List CLXX
Piątek 10 wieczór, grudzień 1775
Ależ sobie użyłam! Przysięgam ci, że ty sam nie mógłbyś lepiej ani silniej odpowiedzieć panu de la Harpe. Potraktowałam go tak, jak zasługiwał. Było to przy kilku świadkach, którzy oniemieli, a milczenie, jakie zapanowało, zamiast mnie onieśmielić, dało mi tym więcej siły.
Opowiem ci szczegóły, mój jedyny: wiedz, że jesteś pomszczony należycie; nigdy energiczniej nie wykonano aktu sprawiedliwości. Poczciwy Condorcet, pan de Saint-Chamans zaświadczą, jeżeli trzeba; to, co ty byś dodał, zmniejszyłoby winy pana de la Harpe. Pomówimy o tym, ale uspokój się, jesteś pomszczony, a ten, którego ukarano, kaja się z głębi duszy.
Zapomniałam ci powiedzieć, abyś zawczasu pomyślał o zabezpieczeniu loży, o którą cię prosiłam: co więcej chciałabym cztery bilety parterowe; przez litość, nie zapomnij. Prosiłam cię o Merkurego, ponieważ miałam nadzieję, że zrozumiesz, że to znaczy prośbę, abyś napisał do mnie słówko przed wyjazdem, aleś mnie nie zrozumiał, i w jakiż sposób odczułbyś moją myśl? Nie byłeś tego rana ze mną, mimo żeś był w moim pokoju. Byłeś uszczęśliwiony, iż ktoś wszedł, to mi odejmowało możność zatrzymywania cię. Mój przyjacielu, czy to interesa czy sympatie twoje odrywały cię tak przemożnie od tej, która cię kocha najbardziej na ziemi? Lepiej byś się obchodził z panią de M. i w istocie pragnę tego: ja jedna tylko powinnam cierpieć od ciebie i przez ciebie, ponieważ tylko ja jedna kocham cię dosyć, aby cię kochać zawsze.
Mój przyjacielu, nie zakaszlałam ani razu od wczoraj, to zakrawa na cud. Od czasu proroka Eliasza, który wskrzesił dziecię Sulamitki110, kładąc ręce na jego ręce, oczy na oczy, usta na usta i robiąc się małym jak ono, nie widziałam nic równie cudownego jak to ustanie kaszlu; nie wiem, co się stało z podrażnieniem płuc; nie ma już proroków, ale są cuda, to wystarcza.
Przypominasz sobie, że przyrzekłeś napisać do mnie po rozstaniu z panem de Saint-Germain; czy potrafisz spełnić wszystko, aby list w istocie był wysłany i doszedł moich rąk?
Czy wiesz, zawiązałam dziś nową znajomość; poznałam najbardziej uroczą kobietę, jaką widziałam w życiu. Gdybym miała odżyć jeszcze raz i dano by mi wybór twarzy, wejrzenia, tonu, słowem całej postaci, powiedziałabym, bez wahania i bez myśli o wszystkim, co chwalono, sławiono i wielbiono od czasu, jak istnieje piękno, powiedziałabym: dajcie mi fizjognomię i urok tej kobiety, ale pod warunkiem, że to jej nie odejmie nic, tyle bowiem budzi sympatii. Tak, czuję do niej niewysłowiony pociąg; gdyby chciała, kochałabym ją do szaleństwa przez tych niewiele chwil, które mi zostają. Ale rozumie się, będzie miała co lepszego do roboty.
Drogi mój, gdyby ta kobieta była twoją żoną, umarłabym albo też ubóstwiałabym ją, jest bowiem prosta, skromna, naturalna. Widziałam ją po raz pierwszy dziś popołudniu, a mam uczucie, że znałam ją zawsze, tak rozmowa szła nam łatwo. Byłyśmy prawie same i dobrze nam było; słuchając jej i patrząc na nią, mówiłam sobie: „Och! czemuż to nie jest pani de Chatillon!”. Ale wariatka ze mnie i oto uprzedziłam cię przeciw najbardziej miłej i uroczej istocie na ziemi. Toteż ani mi w głowie nazwać ci ją; chcę, abyś odgadł, jeśli ją spotkasz u mnie.
Miły mój, nie miałbyś czasu słuchać, że cię kocham, a ja jestem na tyle niedorzeczna, aby ci opowiadać odruch serca, który ci się nie będzie podobał, ponieważ ci się wyda przesadny. Ach! czyliż chorzy i nieszczęśliwi znają miarę? Ale nie wyrzucaj mi, że odnalazłam iskierkę ognia, który ożywiał mnie niegdyś! To owo żywe poczucie uroku innych dawało im wierzyć w mój własny urok; od dawna już wnoszę w towarzystwo martwotę śmierci; ty jeden dajesz mi czuć, że istnieję, czy to przez ból czy przyjemność. Mam trochę gorączki, ale jest mi o wiele lepiej. Dobranoc.
Przyjemność, jaką mi sprawiła ta kobieta, nie przeszkodziła mi pamiętać, że bawiłeś bardzo blisko mnie dziś popołudniu: z pewnością byłabym cię odwiedziła, gdybym była na twoim miejscu, ale co za różnica!