List CLXXXII
Niedziela, bardzo późno, luty 1776
Widzisz, drogi, tak wiedziałam! Jedna rzecz tylko budziła we mnie pewną wątpliwość, to że powiedziałam ci, abyś nie przychodził; ale chwila cię porwała i bardzo rada jestem: ty miałeś przyjemność, a ja się nie nudziłam i nie miałam przykrości czekania na ciebie; toteż zaznaczam tylko, ale się nie skarżę.
Był u mnie przed chwilą ktoś, kto był dwa dni nieobecny. Mój przyjacielu, ty mnie bardzo kochasz, ale nie zadałeś mi dziś rano żadnego z pytań, którymi mnie zasypano: czy miałam gorączkę? czy lepiej spałam? ile napadów kaszlu miałam w ciągu doby? etc., etc. i czułam, że każde pytanie wymaga odpowiedzi.
Mój przyjacielu, wytłumacz mi, jeżeli możesz, w jaki sposób można zachować dla ciebie najlżejsze uczucie, skoro się jest pewnym, ale to pewnym aż do oczywistości, że to, co ty nazywasz swoim uczuciem, jest wyzute z zainteresowania, delikatności, względów, przyjaźni, słowem, wszystkiego, co odpowiada przywiązanej i tkliwej duszy?
Tak, jestem pewna, że jeżeli masz czas na to i jeżeli myślisz niekiedy o wszystkim, co tobie dają, i o tej odrobinie, której ty użyczasz, musisz czuć albo wielką litość, albo wielką wzgardę dla swoich ofiar. Co do mnie, jak widzisz, nie łudzę się, ale czynię o wiele gorzej, mogłabym ci powtarzać w każdej chwili:
Zaślepić nie umiałeś, lecz uwieść umiałeś.
Cóż za przekleństwo, mój Boże!
Czy miałeś wieści o zdrowiu pana de Saint-Germain? Pan d’Anlezi wrócił dziś rano z Wersalu; mówił, że leży; dałby Bóg, aby żył, i dla ciebie, i dla Francji!
I co? cóż tedy zwyciężyło dziś wieczór, pani de M., pani His czy praca? Trzeba się urodzić bardzo szczęśliwym, aby być wciąż w kłopocie wyboru. Co do mnie, wyznaję, nie tak pojmowałam szczęście i gdybym miała żyć na nowo, nie takiego bym pragnęła; raczej może ono zadowolić próżność niż uczucie; ale wszyscy mają słuszność, ty bardziej niż kto bądź inny, ponieważ jesteś zadowolony: winszuję ci z szczerego serca.
Co robisz jutro? Nie to, rozumie się, co miałeś robić, ale to co spodoba się pierwszej albo ostatniej z brzegu, i to słuszne, ponieważ właśnie między obiema jest moje miejsce. Jakże dziękowałabym niebu, gdybym, nim umrę, mogła wyrwać się z tego tercetu! W istocie, umarłyby chyba z wściekłości, gdybyś powiedział im całą prawdę: ja, stara, brzydka, markotna, umierająca obok najbardziej miłych i uroczych istot w tym kraju! Wiesz, że ty masz smak przewrotny; przykro mi to dla ciebie, ja bowiem odchodzę, ale ty zostajesz ze swoim przewrotnym smakiem.
Miałam przyjemność bardzo słodką, bardzo szacowną; uściskałam pana de Saint-Chamans. Ma się lepiej, ale nie jest zdrów i martwi się swym stanem, chciałby bowiem żyć.
Dziś cały dzień miałam mnóstwo ludzi; nie robiło mi to ani przyjemności, ani przykrości; nic nie mówiłam i kaszlałam mniej. Zawdzięczałam pani de Durtal syrop, który dziś i wczoraj zastąpił mi środki uśmierzające; od trzech miesięcy żyłam samym opium, kazali mi je odsunąć.
Dobranoc. Widzisz, jak mnie przykuwa rozmowa z tobą, wszelako powinna bym być w łóżku. Nie bardzo się dostrajam do skwapliwości, z jaką opuściłeś mnie dziś rano.