List CXXXVII

Sobota, wpół do dwunastej wieczór, 26 sierpnia 1775

Powiadam jak w Sinobrodym: siostrzyczko Anusiu, czy nic nie widzisz? A pan d’Alembert się nie zjawia. Nie chcę szczegółów, ale nim się położę, chcę słyszeć te słowa: sukces niebotyczny, rzecz wspaniała, nikt nie pamięta równego tryumfu. Kiedy usłyszę te słodkie słowa, wymówię z rozkoszą to, co św. Simeon, skoro ujrzał Zbawiciela. Tak, byłoby mi słodko, słodziej niż kiedykolwiek, zasnąć tej nocy snem wiekuistym.

Mój Boże, jakaż ja jestem zmartwiona! ofiarowywano mi się przesłać gońca z depeszą, która zawierała tę alternatywę: wielkie powodzenie lub mierne powodzenie. Odrzuciłam tę ofiarę; okazałam się małoduszną, nie chciałam zaciągać takiego długu wdzięczności; słowem, byłam głupia i jestem ukarana.

Mój Boże, ileż szczęścia i, jak mówi ambasador, ileż rozkoszy w domu! Drogi mój, nigdy nie będziesz miał tyle, ile pragnę dla ciebie. Ale oto pan d’Alembert. Dobranoc... Entuzjazm pogwałcił wszystkie prawidła, oklaskiwano scenę z trzeciego aktu, najpiękniejszą, jaka istnieje w teatrze. Lecain, Lecain! Czuję się bezlitosna; twoje cierpienie zaszkodziło Hetmanowi, nie mogę już współczuć z tobą, czuję już tylko ten ból. Ale bądź zdrów, drogi; będziesz uważał, żem oszalała, ale pierwszym pragnieniem mego serca nie jest widzieć ciebie; pragnę, byś ujrzał wszystkich tych, którzy dadzą ci się sycić twoim szczęściem, to jest wszystkich, którzy je podzielali.

Poczciwy Condorcet odsyła mi bilecik, który ci przesłałam, i rada z tego jestem; był bardzo nie w porę. Nie zachodź do mnie tymi dniami; używaj szczęścia i nie staraj się zwrócić oczu na istotę, której nigdy nie powinieneś był oglądać. Proszę cię jedynie o godzinę widzenia przed wyjazdem, jestem w nastroju pożegnalnym.