List LIV

Zaczęty we czwartek 22 września 1774

Lżyj mnie: najsroższych imion z ust twych się nie boję;

Straszne mi jest milczenie, nie zniewagi twoje.

Mój przyjacielu, gdybym żyła namiętnością, twoje milczenie przyprawiłoby mnie o śmierć; gdybym miała tylko miłość własną, zraniłoby mnie, znienawidziłabym cię z całej siły: i oto żyję, i nie nienawidzę cię. Ale nie kryję, iż przekonałam się z przykrością, choć bez zdziwienia, że to jedynie mój pęd porywał pana. Musiałeś mi odpowiadać, ale nie umiesz mówić do mnie. Kiedy myślisz, że moje uczucie wygasło, nie czujesz żalu i nie znajdujesz w sobie nic, co by ci dawało prawo upominać się o to, coś stracił. Otóż, mój przyjacielu, jestem dość spokojna, aby być sprawiedliwą; uznaję pańskie postępowanie, mimo iż sprawia mi przykrość; szanuję w panu to, iż nie starasz się przesłonić prawdy. I w istocie, na cóż byś się uskarżał? Zdjęłam ci ciężar. Okropne jest być przedmiotem uczucia, którego człowiek nie może podzielać: cierpi i zadaje ból. Kochać i być kochanym to szczęście niebios; kiedy się je poznało i straciło, zostaje jedynie umrzeć. Dwie rzeczy w naturze nie znoszą mierności: wiersze i... ale nie łudzę się: uczucie, które miałam dla pana, nie było doskonałe. Najpierw musiałam je sobie wyrzucać, było mi zgryzotą; a potem nie wiem, czy to niepokój sumienia sprawił przewrót w mej duszy i odmienił zupełnie mą naturę i sposób kochania, ale doznawałam bez ustanku uczuć, którymi się brzydziłam: poznałam zazdrość, niepokój, nieufność; obwiniałam cię bez ustanku; zmuszałam się, aby się nie skarżyć, ale ten przymus był mi okropny. Słowem, ten sposób kochania był tak obcy mej duszy, iż stał się dla niej męczarnią.

Mój przyjacielu, kochałam cię nadto i nie dosyć: tak więc zyskaliśmy oboje na zmianie, która zaszła we mnie. To ani twoje dzieło, ani moje. Widziałam jasno przez chwilę i w ciągu mniej niż półgodziny odczułam ostatni kres bólu, zgasłam i zmartwychwstałam; a co niepojęte, to iż, przyszedłszy do siebie, odnalazłam już tylko pana de Mora. Wyczerpanie mego mózgu wymazało zeń wszelki inny ślad: i niechże kto mówi potem o spirytualnym charakterze duszy, o jej nieśmiertelności, och, biedny automat! Ty, mój przyjacielu, który kwadrans przedtem wypełniałeś całą mą myśl, przez więcej niż dwadzieścia cztery godzin nie nastręczyłeś się jej ani razu; a później spostrzegłam, że moje uczucie jest tylko wspomnieniem.

Przetrwałam kilka dni, nie odnalazłszy siły cierpienia ani kochania; później odzyskałam wreszcie ten rozsądek, który pozwala oceniać wszystko mniej więcej słuszną miarą. On to daje mi uczuć, że jeżeli nie mogę już oczekiwać słodyczy, nie trzeba mi się też obawiać zbytnich nieszczęść. Odnalazłam spokój, ale nie łudzę się, to spokój śmierci. Za jakiś czas, jeżeli będę żyć, będę mogła powiedzieć jak ów człowiek, który żył samotnie od trzydziestu lat i czytał tylko Plutarcha; pytano go, jak się czuje: prawie tak szczęśliwy, jak gdybym już umarł, odpowiedział. Oto mój stan: nic z tego, co widzę, co słyszę, co czynię, co mam uczynić, nie może ożywić mej duszy nawet chwilowym zainteresowaniem; ten sposób istnienia był mi zupełnie nieznany. Jedna tylko rzecz w świecie sprawia mi przyjemność: to muzyka, ale to jest przyjemność, którą kto inny nazwałby cierpieniem. Chciałabym słyszeć dziesięć razy na dzień tę melodię, która mnie rozdziera i która daje mi się napawać wszystkim, co opłakuję.

Straciłem moją Eurydykę etc.

Chodzę bez ustanku na Orfeusza, sama. We wtorek jeszcze powiedziałam wszystkim, że wybieram się z wizytami, i poszłam zamknąć się w tej lóżce, którą znasz, gdzie jest dobra kanapka. Wróciwszy do domu wieczór, zastałam bilet hrabiego de Crillon; donosił mi, że miał poprzedniego dnia list od pana. Oczekiwałam go nazajutrz i spotkałam szczęśliwie u pani Geoffrin. Przeczytał mi pański list; wspominasz o mnie i wracasz do tego aż trzy razy: to bardzo uprzejmie, ale to jest zimniejsze, niż gdybyś mnie wcale nie wymienił. Ale rada jestem; takim właśnie pana pragnę. Mój Boże, jakże bym mogła wybredzać! Ja, która nie umiem, nie jestem zdolna już kochać inaczej, jak tylko z rozsądkiem i umiarkowaniem, których nigdy nie znałam!

Widziałam pana Turgot i mówiłam mu o obawach pańskich co do domen. Odpowiedział, że nic jeszcze nie postanowił, że pan de Beaumont, intendent finansów, zajmuje się tym i że na razie towarzystwom, które ksiądz Terray potworzył w tym celu, zabroniono wszelkiego działania. Pan Turgot upewnił mnie, że z chwilą, gdy otrzyma informacje od pana de Beaumont, powie mi, czy coś zamierzono lub postanowiono co do domen; ale na ogół ręczy mi, że będzie miał wielkie poszanowanie dla własności. Nie poprzestałam na tym; przedstawiłam pańską sprawę panu de Vaines, który odpowiedział wręcz: Niech będzie zupełnie spokojny; projekt księdza Terray nie uzyska nigdy aprobaty pana Turgot; ręczę za to. Oto, mój przyjacielu, dwie odpowiedzi, które mogą cię upewnić, a mimo że nie są równobrzmiące, znaczy to, o ile mi się zdaje, jedno i to samo. Posyłam ci wyrok, o którym już wspominałam; dołączam list pana de Condorcet, który tak mi się podobał, że dałam go skopiować. Drogi mój, nie dziękuj mi za pamięć, z jaką posyłam ci to, co mi zrobiło przyjemność; to nie dla ciebie, ale aby usłyszeć, co powiesz o tym, zostało mi bowiem wiele sympatii do twego umysłu: jest celny i prosty zarazem. Bądź zdrów.