List LIX

Niedziela, czwarta rano, 2 października 1774

Odpieczętowałam swój list; nie mogę usnąć i ty padniesz ofiarą mej bezsenności. Miałam duszę pełną ciebie, głowa moja była pochłonięta twoim listem i wśród tych myśli krew moja nie mogła się uspokoić. Tak, miły mój, zgadłeś: to panią de Chatillon miałam na myśli. To, co mówisz z jej przyczyny pod moim adresem, jest bardzo miłe; ale ona sprawia, iż jestem nierada z siebie: zdaje się jej, że mnie kocha, stara się, jest dobra, poczciwa dla mnie, ale głowa jej jest próżna jak latarnia, a dusza jest prawdziwą pustynią; pojmujesz dobrze, że nie mam czasu ani sił, aby oświecać i wypełniać tę próżnię. Nuży mnie często, kradnie mi myśli, uczucia; czuję się sama jedynie wówczas, gdy mnie ktoś oderwie od tego, co mi drogie.

Hrabina de Boufflers nie wymieniła przy mnie pańskiego imienia od twego wyjazdu, a widywałam ją często. Upojona jest synową; kilka razy chciała w czasie obiadu sprowadzić rozmowę na ten przedmiot, ale zawsze to jakoś upadło: pani d’Anville była zajęta panem Turgot, ja żyłam listem, którego czekałam, a potem chęcią przeczytania go: słowem, nie było sposobu zająć się najładniejszą, najdowcipniejszą i najpowabniejszą istotką; ale jej przy tym nie było, nie cierpiała zatem.

Czytał pan Komentarz Mathanazjusza? Otóż widzi pan, twoje małe i szkaradne krytyki La Fantaine’a podobne są doń jak dwie krople wody. A któż panu mówił, że to jest doskonałe? Atalia ani Mahomet nie są doskonali; i La Fontaine’a też można by skrytykować, jak pan to czyni. Drogi mój przyjacielu, bądź surowy wobec siebie, dla siebie, a pobłażliwy dla tego, co jest dobre, dla tego, co ci sprawiło przyjemność, a zwłaszcza daruj mi, że mam słuszność. Umieram z chęci przeczytania Grakchów; zachwyca mnie, iż przedmiot zdaje ci się tak bogatym. To mi zapowiada, że dusza twoja wypełni wszystko i to będzie wyborne.

Nie będzie pan oczekiwał ojca? Czy to dobrze? Nic nie wiem; jestem zbyt blisko, aby sądzić. Ileż przyjemności traci ten, kto nadto kocha! Nie mogę już o tobie mówić; dawniej wychwalałam cię, a oto przed kilku dniami ktoś mi powiedział: Ależ pani już nie lubi pana de Guibert; poczciwy Condorcet, pan de Crillon zostawili go daleko za sobą w pani sercu. Ale bo też w istocie jest daleko, a siły moje nie starczą, aby zwrócić myśl na inne przedmioty niż te, które są koło mnie. Drogi mój, najszczersza osoba mija się niekiedy z prawdą. Ale wedle Fontenelle’a to nie kłamstwo, to nie zatajenie prawdy, do której jesteśmy obowiązani.

Bądź zdrów lub raczej dzień dobry. Spokój, cisza całej przyrody winny by ukoić mą duszę; ależ, Boże, jakże ta trucizna, która ją pożera, jest silna! Chłód cykuty nie wnika w nią jeszcze. Czekam dnia z niecierpliwością: odczytam twój list. Trzebaż raczej wierzyć tobie niż poczcie, która powiada mi, iż mogłam mieć trzy razy wiadomość od ciebie.