List LXI
Środa, 6 października 1774
Drogi mój, nie mam wieści od ciebie; czekałam ich. Niestety! czuję, że dusza, która niczego się nie spodziewa, jeszcze spotyka się z zawodem, i że głowa najmniej zdolna do złudzeń i tak tworzy ich za wiele. Daruj, miły mój: to, iż tak potrzebuję ciebie, sprawia, iż nadto na ciebie liczę; trzeba mi się poprawić i z tego błędu.
Chora jestem, wydana na pastwę niewysłowionych cierpień; wszelkie pożywienie zadaje mi jednaki ból. Lekarz wnosi z tego, iż tworzy się jakaś przeszkoda w odźwierniku; nie znałam tego dzikiego słowa, ale to istne tortury, kiedy ta brama zechce się zamknąć. Biorę cykutę; gdyby mogli mi ją przyprawić jak niegdyś Sokratesowi, z jaką bym przyjemnością ją zażyła! Uleczyłaby mnie z powolnej i okrutnej choroby, którą nazywają życiem. Krzywdę mi czynisz, drogi mój; każesz mi się rwać do śmierci, a więzisz mnie przy życiu. Cóż za słabość! Cóż za brak konsekwencji! Tak, patrzę jasno; ale nie mam sił, ociągam się. Czuję to, przyjdzie dzień, chwila, iż będę gorzko żałować, że tak odwlekałam. W istocie, kiedy rzucę oczyma w przeszłość, widzę, iż byłabym zbyt szczęśliwą, gdyby kresem mego życia była środa 1-go czerwca59. Boże, ileż cierpień, mąk byłabym uniknęła! Tak, drżę na myśl, iż mogę czuć żal do ciebie o wszystko, com wycierpiała od tego straszliwego dnia. Jakież złe miałeś natchnienie! Śmierć moja nie byłaby dla ciebie nieszczęściem; do tej chwili nie pamiętałbyś już o niej; i oto zamiast tej niepamięci, która by ci pozwoliła cieszyć się spokojem i radością życia, przygniatam cię swymi cierpieniami, uciskam twą duszę brzemieniem swego życia. Ha! znam ją dobrze, tę duszę czułą, silną i pełną cnoty; byłaby zdolna spełnić wielkie poświęcenie, aby ulżyć nieszczęściu; ale pielęgnować je, łagodzić, uspokajać, to przekracza twą możność. Wszystko, co wymaga ciągłości, jest ci niepodobieństwem; serce twoje jest pełne żaru, ale nie zna, co tkliwość. Namiętność posuwa się jedynie skokami; od czasu od czasu działa, wybucha; ale tkliwość zna inne względy, wspomaga, pociesza, pisałaby każdą pocztą, ponieważ pamiętałaby o potrzebach cierpiącej duszy. Nie, nie czynię ci wymówek, są bezcelowe lub przykre. Ha! jakże byłabym nieszczęśliwa, gdybym ci sprawiła bodaj chwilę przykrości!
Drogi mój, trzeba mi było wiadomości, czy gorączka nie wróciła i czy siostra lepiej? Pisząc ostatni raz, byłam, sądzę, w malignie; miałam silną gorączkę całą noc; opuściła mnie i z jej ustąpieniem zniknął obraz, który zasłaniał mi wszystko inne; ale nie pojmuję, czemu budził on taki lęk w mej duszy. Och! gdybym wszelako mogła odkupić jego życie, bodaj na godzinę, nie ma męki, której bym nie zniosła; rzekłabym:
Darmo mnie straszysz, śmierci posępny Erebie:
Jakimż szczęściem, Ramiro, zstąpić weń dla ciebie!
Ale, drogi mój, nie to wszystko chciałam ci powiedzieć, jestem nieprzytomna, nie mogę pisać dalej, do widzenia.
Sobota, północ
Przede wszystkim, chcę ci powiedzieć, że atrament, którego używasz, biały jest jak papier i dzisiaj to mnie doprawdy zniecierpliwiło. Kazałam sobie przynieść twój list do pana Turgot, gdzie obiadowałam w kompanii dwudziestu osób; oddano mi go przy stole; obok siedział arcybiskup z Aix, z drugiej zaś strony ciekawy ks. Morellet. Otwarłam list pod stołem; ledwie mogłam dojrzeć, że są jakieś czarne znaki, a ksiądz uczynił toż samo spostrzeżenie. Pani de Boufflers, która siedziała obok arcybiskupa, spytała, co mnie tak zajmuje: Niech pani sobie przypomni, gdzie jesteśmy, a domyślisz się, co mogę czytać. — Memoriał do pana Turgot? — Właśnie, droga pani, i chcę przeczytać, nim mu go oddam. I w istocie, nim przeszliśmy do gabinetu, przeczytałam list i odpowiem nań, ale tylko pobieżnie, ponieważ umieram ze znużenia po sztuce, jakiej dokazałam dzisiaj. Miałam dziś u siebie ze sto osób, a ponieważ twój list skrzepił mnie na duchu, byłam rozmowna, zapomniałam, że jestem nieżywa i naprawdę zgasłam. Trzeba przyznać, że miałam wielkie powodzenie, ponieważ doskonale podkreślałam zalety i dowcip osób, z którymi rozmawiałam: tobie to, miły mój, winni, są to spędzenie czasu tak lube dla ich ambicji. Co się tyczy mojej ambicji, pochwały twoje nie upajają jej wcale: odpowiem ci jak Couci:
Kochaj mnie, książę, miast darzyć pochwałą.
Mój przyjacielu, strzeż się kiedykolwiek być dobrym, podnosić moje zalety, roztaczać moje bogactwa: nigdy nie czułam się tak biedna, zrujnowana, nędzna; szacując to, co mam, ukazując mi moje zasoby, ujawniasz mi, że wszystko stracone. Zostaje mi tylko jeden środek i od dawna przeczuwam go, jestem pewna nawet jego konieczności: ogłosić proste bankructwo; ale postępuję tak, jak zwykle się robi: odsuwam, odwlekam, łudzę się nadzieją, chimerami; biorę je za to, czym są, a mimo to podtrzymują mnie na chwilę. Ale ty niweczysz wszystko swoim okropnym wyliczeniem. Cóż za żałosny inwentarz! Gdyby kto inny niż ty silił się pocieszyć mnie i przywiązać do życia tymi rozpaczliwymi pociechami, odpowiedziałabym jak Anusia:
Horacy jednym słowem dokazałby więcej60
I to Horacy mówi do mnie! Miły mój, dusza moja ugina się pod tym. Czegóż bo nie wymyślisz, aby mnie dręczyć? Znajdę, powiadasz, gwarancję, podporę, obronę etc., etc. Ani śladu! Jeżeli trzeba kupić szacunek twój tą ceną, nie roszczę doń pretensji. Byłam szalona, słaba, nieszczęśliwa, bardzo nieszczęśliwa; lękałam się o ciebie i straciłam rozum. Źle postąpiłam, to pewna, i to jeden ból więcej, że muszę to uznać. Nie ma we mnie jednego odruchu, nie mówię ci jednego słowa, które by mi nie było żalem lub wyrzutem. Drogi mój, powinna bym cię nienawidzić. Niestety! jakże dawno nie robię już tego, co bym powinna, co chcę! Brzydzę się sobą, potępiam się i kocham ciebie.