List LXXIII
Poniedziałek, jedenasta wieczór, 1 listopada 1774
Drogi mój, zdaje mi się, że ty masz władzę nad każdym drgnieniem i uczuciem mej duszy. Winna ci jestem rachunek z wszystkich myśli; mam wrażenie, że dopiero dzieląc się nimi, utrwalam je sobie na własność; słuchaj tedy i osądź mój sąd lub raczej mój instynkt, tylko to bowiem posiadam wobec płodów dowcipu, smaku i sztuki. Tak, drogi mój, Akademia Marsylska postąpiła sprawiedliwie, nagradzając pana de Chamfort. Mój Boże, ileż wyższą od innych wydaje mi się Pochwała66, która sprawiła mi i sprawi jeszcze tyle przyjemności! Jakiż to świetny pisarz, jak bogaty i to we wszystkie rodzaje dowcipu, wykwintu, podniosłości, siły i filozofii! Cóż za żywy, barwny i wartki styl, jak iskrzy się od szczęśliwych zwrotów! Cóż za oryginalny ton, język! Słowem, jestem oczarowana i to do tego stopnia, iż gdybym się nie lękała zepsuć ci przyjemności, przytoczyłabym ci dziesięć rysów, jeden świetniejszy od drugiego.
Drogi mój, polecam ci stronicę 44. Powiedz, czy się mylę? Czy nie jest pełna najwyborniejszego czucia? Czy nie uszlachetnił dobrodziejstw i wdzięczności? Czy nie wyraża wszystkich uczuć, jakie tkliwa, podniosła i gorąca dusza pragnęłaby doświadczać i budzić? Słowem, drogi mój, tak mi się podoba ten utwór, iż pragnęłabym, abyś to ty go napisał; mimo to pewna jestem, że napisałbyś lepiej jeszcze: wzbiłbyś się wyżej, a nie miałbyś jego braków. Ale powiedz prędko: czy za dużo spalam entuzjazmu? Przynajmniej nikt mi go nie udzielił: nie widziałam się ani nie rozmawiałam z nikim. Otrzymałam tę Pochwałę o dziewiątej: umierałam z niecierpliwości, aby się znaleźć sama; przeczytałam ją i przesyłam ci pierwsze wrażenie na ryzyko, iż uznasz mnie za wariatkę.
Ale, drogi mój, niech cię nic nie odstręcza od tego, aby mi czytać to, co napiszesz: niech ci będę ową służącą Moliera; nie będę rozumowała, ale odczuję wszystko. Ileż w tym smaku i rozsądku, iż ścieśniłeś swój przedmiot! W najwyborniejszych tragediach bywają rozwlekłości i miejsca martwe; ty unikniesz tych dwóch błędów: wszystko będzie pełne życia i ciepła; cały czas, przedmiot i akcja sztuki będą podtrzymywały słuchacza. Drogi mój, czemu ten ślub nieprzeczytania mi zaraz, natychmiast tego, co chciałabym już czuć i znać? Czy Grakchowie to nie będziesz ty? Czy to, co ciebie ożywia, nie jest tym właśnie, co chciałabym słyszeć i rozpamiętywać całe życie?
Mój Boże, jak ty mnie źle zrozumiałeś zrazu, a jak dobrze mi odpowiadasz później co do milorda Shelburne! Tak, właśnie dlatego szanuję go i kocham, iż jest wodzem opozycji. Jakże nie miałbyś rozpaczać, iż zrodziłeś się pod tym rządem, kiedy ja, słaba i nieszczęśliwa istota, gdybym się miała urodzić na nowo, wolałabym raczej być ostatnim członkiem Izby Gmin niżeli królem pruskim! Jedynie sława Woltera mogłaby mnie pocieszyć, iż nie urodziłam się Angielką. Jeszcze jedno słowo o milordzie Shelburne i już nie wspomnę o nim nigdy, jako że: Sztuka nudzenia polega na tym, aby powiedzieć wszystko67.
Wiesz, w jaki sposób milord daje wytchnienie głowie swej i duszy po wzruszeniach polityki? Pełniąc czyny miłosierdzia godne monarchy; tworząc zakłady publiczne służące wychowaniu wszystkich mieszkańców jego dóbr; wchodząc w szczegóły ich wykształcenia i dobrobytu. Oto wytchnienie człowieka, który ma dopiero trzydzieści cztery lata i którego dusza jest równie tkliwa jak wielka i silna. Oto Anglik godny być przyjacielem cudu i fenomenu Hiszpanii68; oto człowiek, którego chciałabym, abyś poznał; ale żałowałbyś go, bo z pewnością nie jest to człowiek stworzony, aby żyć w tym kraju. Wyjeżdża 13-go: chciał widzieć powrót Parlamentu; w oczekiwaniu pławi się w rozrywkach Paryża. W życiu swoim nie zaznał tego rodzaju wywczasów; znajduje w nich wiele uroku i słodyczy. „To jest przyjemne — mówił do mnie — ponieważ nie będzie trwało; na dłużej bowiem ten tryb życia stałby się najuciążliwszą nudą”. Jakie to odlegle od Francuza, od miłego lalusia ze dworu! Prezydent Montesquieu ma słuszność: ustrój rządu kształtuje ludzi. Człowiek obdarzony energią, wzniosłością i geniuszem jest w tym kraju jak lew na łańcuchu; uczucie własnej siły staje się mu męczarnią, to olbrzym zmuszony chodzić na kolanach.
Drogi mój, jedna jest tylko droga otwarta do sławy, ale piękna: to droga Molierów, Racinów, Wolterów, d’Alembertów, Condorcetów etc., etc. Tak, drogi, trzeba się ograniczyć do tego, skoro nauka tak chciała. Dobranoc; nie wiem, czy ten list odejdzie, ale ugadałam się z tobą i uczyniłam sobie zadość.
Wtorek rano
Widzę, że poczta do Bordeaux odchodzi dziś rano, wysyłam zatem list. Gdybyś miał, jak mówiłeś zrazu, przybyć 13-go, byłoby to daremne. Donieś mi, skądkolwiek będziesz pisał, czy od 21 października do 1 listopada nie pisałeś do mnie ani razu. Poczta z poprzedniego poniedziałku i soboty minęła bez żadnej wiadomości. Nie umiem wyrazić, jak mnie to przygnębia; dusza moja jest martwa, ciało w stanie cierpienia, który obudziłby w tobie litość. Bądź zdrów, drogi; jeżeli usłuchasz pana Turgot, będziesz tu 13-go.