Przedmowa przekładcy

I. O biografii i osobistości de la Mettriego1 (1709–1751)

Jeden z pierwszych badaczy dziejów materializmu, Friedrich-Albert Lange2, poświęcając przed przeszło półwiekiem3 obszerny rozdział epokowej Historii filozofii materialistycznej de la Mettriemu, uważał za stosowne rozpocząć go od „spłacenia długu prawdzie” i rewindykacji „jednego z najbardziej pohańbionych imion w historii literatury4”. Tradycja ta powstała już w kołach współcześników de la Mettriego. Puściła tak mocne korzenie, że nie zdołały jej obalić ani własne wysiłki Langego, ani też późniejsze badania źródłowe Assézata5, Du Bois Reymonda6, Quépata7, Picaveta8 i innych. Wciąż jeszcze bowiem napotykamy w nowszych opracowaniach historii filozofii sądy o charakterze de la Mettriego, przejęte bezkrytycznie od poprzedników właściwego historyka, nieoparte na żadnym dochodzeniu źródłowym, dyktowane jak gdyby, że użyję dosadnego wyrażenia Du Bois Reymonda, przez „moralność guwernantek i dogmatyzm kapłanów”. I dziś zaiste, jak ongiś, mienić się może de la Mettrie „obijanym urwisem materializmu francuskiego w wieku XVIII”. Podobnie zaś jak ów kierunek należy dotychczas do najmniej wyświetlonych w dziejach filozofii, pozostaje również jego główny i najskrajniejszy przedstawiciel po dziś dzień postacią o rysach wykrzywionych złośliwie przez nienawiść i zawiść współczesnych, uprzedzenia i antypatie potomnych.

Przyczyny takiego stosunku do osobistości de la Mettriego tkwią, po pierwsze, w rodzaju działalności tego autora, po drugie — w charakterze jego epoki. De la Mettrie nadawał się doskonale do roli wyznaczonej mu przez okoliczności dziejowe: sławny lekarz, jeden z najzdolniejszych uczniów znakomitego „wspólnego nauczyciela całej Europy” Boerhaave’a, nie zasklepiał się wyłącznie w swym zawodzie ściślejszym, interesując się również w ogóle postępami wiedzy przyrodniczej, czując się w zakresie anatomii i fizjologii jak u siebie w domu. Idąc za przykładem mistrza, stosującego zasady systematu kartezjańskiego do badania życia organicznego, studiował de la Mettrie filozofów starożytnych i nowoczesnych, mając zaś, jako jeden z najwybitniejszych wychowanków kolegium jansenistowskiego w Caen, sposobność wykształcenia się w krasomówstwie i rozwinięcia zamiłowania do literatury pięknej, mógł całym jestestwem poprzeć słuszną według swego najgłębszego przekonania sprawę oczyszczenia psychologii z naleciałości spirytualistycznych i utorować drogę czysto przyrodniczemu sposobowi myślenia.

Gdyby przyszedł na świat o wiek wcześniej, musiałby poprzestać na roli gabinetowego uczonego, przesłaniając wycieczki przeciwko teologom gęstą siecią niedomówień, dwuznaczników, niby jakichś wyroczni delfickich, z których by dopiero późniejsi badacze myśli autora potrafili wydobyć na jaw jej sens istotny. Z drugiej jednak strony nie naraziłby się wówczas na zniesławienie za życia i po śmierci, na opinię „zuchwałego szaławiły”, który „w materializmie szukał tylko uniewinnienia własnego łobuzowstwa”.

Stało się przecież inaczej: w XVII w. nauki przyrodnicze musiały jeszcze walczyć o prawo do bytu, a ówczesna myśl filozoficzna w osobie jej głównego przedstawiciela, Kartezjusza9, stawiała sobie za cel „zamiast teoretycznej filozofii szkolnej pozyskanie praktycznej”, zdobycie powszechnie pożądanych sposobów „stawania się panami i władcami natury10”, natomiast w następnym stuleciu, po opowiedzeniu się wszystkich postępowych żywiołów społeczeństwa francuskiego za Kartezjuszem, zmienił się charakter i cel walki umysłowej. Stosunki społeczno-polityczne, które za czasów autora Rozprawy o metodzie nie przeszkadzały rozwojowi sił wytwórczych kraju, a zarazem zdobywaniu wymienionych „sposobów”, stały się o wiele później zawadą w rozwoju gospodarczym Francji. Usunięcie tej zawady wymagało zniesienia na wpół jeszcze feudalnego ustroju społeczeństwa i państwa, to zaś zadanie nie dało się pomyśleć bez obalenia przestarzałych pojęć, rozkrzewionych na gruncie „ancien régime’u11”. Taka oto praca przypadła w udziale filozofom Oświecenia, a wobec jej doniosłości społecznej musiało zejść na plan dalszy badanie bezpośrednie natury dla celów praktycznych cała zaś energia ideologów ówczesnych skupiła się dokoła walki z „przesądami” w imię „nauki”, z „tyranią” — w imię „prawa naturalnego” — walki o charakterze bardziej namiętnym i ostrym niż polemiki jansenistów z jezuitami.

Człowiek, który w tej walce wysunął się na czoło, który włożył w nią niepośledni talent polemiczny i temperament urodzonego szermierza, powinien był z góry liczyć na to, że narazi sobie całą „armię wrogów”, składającą się, jak powiada żartobliwie de la Mettrie w Liście do mojego umysłu, „podobnie do Stanów Generalnych12 ze szlachty, kleru i stanu trzeciego”. Musiał również wiedzieć, że ci wrogowie nie cofną się przed żadnymi skrupułami, nie zaniechają ani jednego argumentu „ad hominem13”. Jakoż istotnie, wydział lekarski Wszechnicy Paryskiej czuł się boleśnie dotknięty licznymi wycieczkami polemicznymi, satyrami i pamfletami de la Mettriego, chłoszczącymi zacofanie, nawet formalne nieuctwo lekarzy paryskich; kler wszystkich wyznań upatrywał w Człowieku-maszynie „najszkodliwszą książczynę” (pestilentissimum libellum), wolnomyśliciele ówcześni, jak Voltaire14, Maupertuis15, d’Argens16, Algarotti17 zazdrościli de la Mettriemu łaski króla pruskiego, Fryderyka II18, który udzielił gościnnie schroniska filozofowi prześladowanemu i zagrożonemu w „wolnej” Holandii przez wymiar doraźnej „sprawiedliwości” rozwścieczonego tłumu, wreszcie nawet materialiści, jak Diderot19, nie mogli de la Mettriemu przebaczyć, że występując z całą otwartością, zdyskredytował w mniemaniu ogółu poglądy podzielane i przez nich.

Z tych namiętności i antypatii, wywołanych przez bezwzględny sposób wystąpienia de la Mettriego, pochodzą liczne plotki literackie na temat „wyuzdanego” trybu życia „lubieżnego wyznawcy Epikura”, który miał umrzeć rzekomo wskutek własnego nieumiarkowania. Słynna opowieść o pasztecie truflowym20 zdołała tak skutecznie zaszkodzić pamięci de la Mettriego, że zbladły wobec niej zarzuty fuszerki we własnym zawodzie oraz plagiatorstwa w działalności literackiej, podniesione przeciwko niemu swego czasu przez wielkiego fizjologa i poetę Albrechta Hallera21.

Badania źródłowe, przeprowadzone dopiero w drugiej połowie zeszłego wieku, wykazały zarazem zupełną bezpodstawność wymienionych zarzutów i naczelnego oskarżenia o rozwiązły tryb życia, kwalifikując również między bajki opowieść o fatalnym pasztecie. Pierwszym autorem, któremu należy przypisać zasługę wydobycia z zapomnienia głównego dzieła de la Mettriego oraz podjęcia rewindykacji niesłusznie pohańbionego imienia autora, był Juliusz Assézat. Wydał w r. 1865 w Paryżu Człowieka-maszynę, jako drugi tom serii Osobliwości filozoficznych (Singularités Philosophiques), poprzedzając go wstępem biograficzno-historycznym. W roku następnym ukazała się, jak wiadomo, Historia filozofii materialistycznej Langego, rzucająca również spory pęk światła na postać i otoczenie de la Mettriego. Ale i bezstronny na ogół sąd Langego nie zdołał, niestety, wyzbyć się pewnej domieszki podświadomej, niewyrozumowanej antypatii.

„Nieznane są nam wcale jego czyny gorszące — powiada o de la Mettriem znakomity historyk materializmu. — Ani dzieci swoich nie oddawał do domu podrzutków, jak Rousseau, ani nie oszukał dwu narzeczonych, jak Swift, ani nie był uznany winnym oszustwa, jak Bacon, ani nie ciąży na nim podejrzenie fałszerstwa aktów, jak na Voltairze... Jest to rzeczywiście zadziwiające, że wśród tak olbrzymiego oburzenia, jakie się zewsząd podniosło przeciw de la Mettriemu, nie przytaczano ani jednej pozytywnej winy, dotyczącej jego życia22”.

Istotnie zadziwiające — gotowiśmy powtórzyć w ślad za Langem. W następnym jednak zdaniu czytamy: „Wszystkie deklamacje o nieprawości tego człowieka, którego zaiste i my nie liczymy do najlepszych, są wysnute jedynie z jego pism, które znowu obok całej swej tendencyjnej (!) retoryki i pustego (!) dowcipkowania, zawierają jednak poważną ilość zdrowych myśli23”. Gdzie indziej znów mówi Lange, wymieniając okoliczności łagodzące: „Nie zapominamy tu o wpływie czasu i narodu, nie przeczymy, że działała osobista pożałowania godna skłonność de la Mettriego”; o kilka zaś wierszy niżej przyznaje, że „bądź co bądź jednak tradycja nie przekazała nam niczego, co by usprawiedliwiało jej opinię, że był »zuchwałym szaławiłą«, który »w materializmie szukał tylko uniewinnienia swego łobuzowstwa«24”.

Sprzeczność między powyższymi wypowiedzeniami nie wymaga oczywiście żadnych komentarzy. A więc po badaniach Langego utrzymuje się owa „nieusprawiedliwiona opinia tradycji” i to tak dalece, że w r. 1870 Gustaw Desnoiresterres25, ogłaszając sumiennie opracowane dzieło O Voltairze i społeczeństwie francuskim w w. XVIII, zawierające obszerny rozdział poświęcony de la Mettriemu, traktuje go znów jako „obijanego urwisa materializmu francuskiego”, posługując się w charakterystyce autora Człowieka-maszyny rozmaitymi plotkami, pochodzącymi z salonów literackich w. XVIII, tudzież — anegdotami współczesnymi26.

Natomiast Nérée Quépat27 podejmuje w dalszym ciągu badania Assézata i Langego na kartach swej wielkiej monografii, będącej owocem rozległych studiów i mozolnych długoletnich poszukiwań28, prostując m.in. karykaturalny obraz de la Mettriego, nakreślony przez znakomitego historyka literatury Hettnera2930. W dwa lata później ukazuje się w osobnej odbitce przemówienie wielkiego przyrodnika-myśliciela, Emila Du Bois Reymonda, wygłoszone na publicznym posiedzeniu „Królewsko-Pruskiej Akademii Nauk” w Berlinie, ku uświetnieniu pamięci jej reformatora Fryderyka II31 i poświęcone całkowicie osobistości i dziełom de la Mettriego. Jest to, mimo szczupłych rozmiarów, bardzo ważny przyczynek do biografii autora Człowieka-maszyny, komunikujący nieznane dotąd szczegóły z pobytu de la Mettriego na dworze króla pruskiego oraz okoliczności towarzyszące śmierci autora Człowieka Maszyny.

Broszura znanego historyka filozofii, autora Ideologów, Picaveta32, rozpatrująca postać de la Mettriego w świetle krytyki niemieckiej33, traktuje o najbardziej burzliwej epoce w życiu de la Mettriego, związanej z ukazaniem się Człowieka-maszyny i polemiką z Hallerem, o której wypadnie mi szerzej pomówić we właściwym miejscu. Ostatnie dzieło, które należy wymienić tutaj, mianowicie wydana w r. 1900 obszerna monografia Poritzkiego, oparta w znacznym stopniu na badaniach Quépata i Du Bois Reymonda, podaje nadzwyczaj cenne wyniki samodzielnych studiów autora, opartych na nieznanych dotychczas źródłach biograficznych, odkrytych przezeń w czasopismach niemieckich z w. XVIII34.

Gdybyśmy nawet nie posiadali powyższych przyczynków biograficznych, rozwiewających złośliwe plotki i ustalających niezbicie szereg faktów z życia de la Mettriego, to już sam rzut oka na jego działalność literacko-naukową mógłby nas przekonać, że miał słuszność, twierdząc o sobie, iż „jest lepszy, niż fama o nim głosi”. Ów „zuchwały szaławiła” potrafił przecież w przeciągu 18 lat praktyki lekarskiej — a był w swoim czasie jednym z najbardziej wziętych lekarzy — obok wypraw wojennych, odbytych w charakterze generalnego lekarza wojskowego armii francuskiej, wreszcie obok inspekcji szpitali wojskowych — słowem obok zajęć, przerzucających ustawicznie autora w zmiennej kolei losów z miejsca na miejsce, potrafił napisać w okolicznościach najmniej sprzyjających pracy naukowej 40 dzieł treści lekarskiej, filozoficznej i satyrycznej. Dzieła naukowe de la Mettriego świadczą o starannym i pilnym śledzeniu ruchu przyrodniczo-naukowego, z satyr zaś wyziera doskonała znajomość ówczesnej literatury pięknej. Zawód lekarski uprawia de la Mettrie z całym zamiłowaniem. Wyrzeka się tedy znacznej a intratnej praktyki w mieście rodzinnym Saint-Malo, gdzie po śmierci starszego kolegi lekarza Hunaulda otwierały się dlań najponętniejsze widoki zysków materialnych — czyni tak po to, aby udać się do Lejdy i podjąć tam znów od początku studia zawodowe pod kierunkiem wspomnianego już poprzednio Boerhaave’a. Po powrocie do kraju tłumaczy de la Mettrie najważniejsze dzieła mistrza na mowę ojczystą celem podźwignięcia wiedzy lekarskiej w kraju ojczystym. Niebawem narazi na szwank świetne stanowisko lekarza gwardii, które udało mu się uzyskać — narazi je, występując przeciwko nieuctwu lekarzy paryskich, zarzucając im oszustwo i niecną chciwość.

Wydając na świat równocześnie dzieła filozoficzne, rzuca de la Mettrie śmiałe wyzwanie deistom i teologom rozmaitych wyznań. A nie czyni tego bynajmniej jako warchoł, napadający przez wrodzoną złośliwość lub marną zazdrość na tę lub ową „powagę” naukową, ni też jako pieniacz, dla którego nieustanne prawowanie się z kimkolwiek jest samo przez się celem — całą polemikę autora Człowieka-maszyny cechuje jeden wielki rys zasadniczy: oto ciągle i wszędzie, we wszystkich dziełach podnosi dwa zadania chwili bieżącej, zwalczając z jednej strony, jak już o tym wspomniałem, lichych, niewykształconych zawodowo lekarzy, z drugiej zaś — przeciwników wolności badań naukowych. Ośrodkiem, z którego rozchodzą się jego wycieczki w tych dwóch kierunkach, jest niezłomna wiara w jedynie zbawienną dla rodzaju ludzkiego potęgę wiedzy przyrodniczej w ogóle, w szczególności zaś wiedzy lekarskiej, w której, zdaniem mistrza de la Mettriego w zakresie filozofii, Kartezjusza, należy wyłącznie poszukiwać środka, zdolnego „uczynić ludzi mądrzejszymi, niż dotąd35”.

Wobec powyższych faktów z zakresu działalności de la Mettriego traci zupełnie rację bytu pytanie Langego, „czy jego36 działalność piśmiennicza miała swe źródło w zepsuciu osobistym, czy też uległ on potężnemu, jako punkt przejściowy usprawiedliwionemu, duchowi czasu37”. Słusznie powiada o de la Mettriem przekładca niemiecki Czlowieka-maszyny, Max Brahn: „gdyby to samo38 był uczynił w służbie idealizmu lub religii, nazwano by go męczennikiem, nie zaś, jak dotąd, lekkomyślnym i nierozsądnym człowiekiem39”.

Dziś, gdy znamy obyczajowość w. XVIII daleko lepiej niż przed półwiekiem, nie gorszy nas zgoła „rozwiązły tryb życia” de la Mettriego. Trafnie zauważył już Du Bois Reymond, że do obyczajów autora Człowieka-maszyny należy przyłożyć miarę jego epoki. Był on zresztą pod tym względem bardziej raczej umiarkowany od wielu ludzi współczesnych, aczkolwiek nie przywdziewał togi katońskiej, jak inni, że wspomnę Voltaire’a, Diderota, Rousseau.

Jako człowiek posiadał de la Mettrie wybitne zalety towarzyskie: sposób jego obejścia odznaczał się prostotą i szczerością, mowa mieniła się iście francuskim dowcipem subtelnym, a wolnym przecież od świadomej złośliwości i nacechowanym raczej pewną dobrodusznością, zwaną przez Francuzów „bonhomie”. Te właściwości charakteru zjednały de la Mettriemu sympatię Fryderyka II. Mędrzec z „Saint-Souci”, o ile można sądzić z wielu jego listów, znajdował się przez czas pewien pod urokiem osobistości de la Mettriego.

Stosunek między królem a jego przybocznym lektorem (w tym charakterze zaproszony został de la Mettrie na dwór Fryderyka II) nie miał w sobie nic poniżającego dla filozofa: „lekkomyślny” ulubieniec króla potrafił utrzymać wobec niego godność ludzką, jak to wynika chociażby z relacji Voltaire’a, podziwiającego mimo woli niewymuszone, swobodne zachowanie się de la Mettriego w Saint-Souci. Chcąc z nim przestawać, musiał mu Fryderyk II wybaczać znaczniejsze odstępstwa od etykiety dworskiej40. Silne poczucie niezależności osobistej w związku z bezwzględną szczerością zyskało de la Mettriemu, prócz możnego protektora, również licznych wrogów; nie zważając jednak na to, czynił zawsze, jak myślał, co zaś myślał, wypowiadał bez ogródek w piśmie i słowie. Toteż styl de la Mettriego nosi wybitne znamię jego swoistej osobistości: cechuje on człowieka, którego żywiołem jest walka, obliczony jest na to, aby podziałać na czytelnika, podbić go nie tylko treścią, ale i formą wywodów, udzielającą się bezpośredniej jeszcze od treści. Ożywiony jest wreszcie nie tyle może głębokim przekonaniem autora o prawdziwości własnych poglądów — jakkolwiek był niewątpliwie najmocniej o niej upewniony — ile przeświadczeniem, że wszelkie inne mniemania, jak np. wiara w istnienie „Najwyższego Jestestwa”, w nieśmiertelność duszy, w wolność woli — są dla ludzkości niebezpieczne, a co najważniejsze, stanowią dla niej nieszczęście.

Bezwzględność sposobu pisania, zarazem zaś cechę zasadniczą charakteru de la Mettriego najlepiej wyrażają własne jego słowa:

„Pisz tak, jak gdybyś znajdował się sam we wszechświecie; nie obawiaj się zgoła zawiści, ani przesądów ludzkich, inaczej — chybisz celu41”.

II. O rodowodzie psychologii i etyki de la Mettriego42

Główny zarys filozofii de la Mettriego zawarty jest w dwóch jego dziełach, mianowicie w Historii naturalnej duszy oraz w Człowieku-maszynie. Drugie z tych dzieł, aczkolwiek mniejszych rozmiarów i mniej systematycznie opracowane od pierwszego, jest stanowczo najważniejsze, zawiera bowiem, po pierwsze, dojrzały owoc myśli, których zarodki spotykamy już w Historii naturalnej duszy albo, ściślej mówiąc, w pierwszym jej wydaniu43, po drugie zaś stanowi punkt wyjścia dla szeregu Przyczynków do historii naturalnej człowieka, jak zatytułował de la Mettrie niektóre dzieła, a więc: Zwierzęta jako coś więcej niż maszyny, Człowiek-Roślina i Systemat Epikura.

Powiedziano kiedyś, że sam tytuł Człowiek-maszyna przypomina Kartezjusza, i że dzieło to mogłoby równie dobrze pochodzić od któregoś ze starszych kartezjańczyków. Dodać należy do tej słusznej uwagi, że ów „starszy kartezjańczyk” musiałby poza tym być z zawodu lekarzem, gdyż zawód ten określał często z góry stanowisko filozoficzne właściwego autora.

Lange zauważył w Histori filozofii materialistycznej, że medycyna usposabiała zazwyczaj swych adeptów do idei materialistycznych; tym bardziej — zaznaczamy — o ile posiadali pewne wykształcenie filozoficzne. Wiemy o mistrzu de la Mettriego, Boerhaavem, że nie tylko zastosował zasady przyrodnicze Kartezjusza do badania życia organicznego, ale że należał również do kryptospinozystów albo „naturalistów”, jak nazywano wówczas w czambuł spinozystów i materialistów. Godność doktorską zawdzięczał Boerhaave rozprawie filozoficznej pt. Disputatio de distinctione mentis a corpore (1690), traktującej m.in. o systematach Epikura44, Hobbesa45 i de Spinozy46.

Z dwoma ostatnimi myślicielami zapoznał się de la Mettrie — sądząc z jego pism — dopiero za pośrednictwem wspomnianej rozprawy Boerhaave’a, a więc z drugiej ręki, natomiast dzieła Epikura i Lukrecjusza, tudzież pisma Kartezjusza studiował niewątpliwie w oryginale. Imię Kartezjusza spotykamy częściej od innych na stronicach Człowieka-maszyny. Polemizując nawet tu i ówdzie z poglądami autora Rozprawy o metodzie, wymienia przecież de la Mettrie z czcią imię „wielkiego człowieka”, bez niego bowiem „pole filozofii leżałoby może jeszcze odłogiem, podobnie jak pole spostrzegania bez Newtona” (§ 70).

Słowa te nie powinny nas dziwić, skoro uprzytomnimy sobie po pierwsze, że metoda de la Mettriego miała być, w myśl samego autora Człowieka-maszyny, jedynie poprawionym wydaniem metody Kartezjusza, wzorowanym na sposobach badania medycyny, a więc opartym na spostrzeganiu i doświadczeniu; po drugie — że mechanistyczna psychologia de la Mettriego była jeno rozwinięciem poglądów autora Rozprawy o wzruszeniach duszy (jestestwa żyjące jako automaty złożone bardziej od innych; wyjaśnienie odruchów za pomocą mechanistycznej teorii „duchów życia”, przejętej nie tylko od mistrza, ale i od jego uczniów — od przyrodników i lekarzy, jak Lamy47i Boerhaave).

Ale de la Mettrie jako konsekwentny zwolennik mechanistycznego pojmowania natury dostrzegł w systemacie kartezjańskim rażącą sprzeczność między pojmowaniem człowieka jako jestestwa myślącego, przeciwstawionego „automatom żyjącym”, a jednoczesnym objaśnianiem czynności ciała ludzkiego w sposób czysto mechanistyczny. Również mechanistycznie usiłował Kartezjusz wytłumaczyć czynności duchowe zwierząt, utrzymując, że „wszystkie (ich) członki mogą być wprawiane w ruch przez dostrzegane zmysłowo przedmioty za pośrednictwem duchów życia, a bez pomocy duszy” (Wzruszenia duszy I, art. 16).

Skoro jednak zwierzę postrzega, czuje, przypomina sobie, porównuje, a nawet i sądzi bez pośrednictwa niematerialnej duszy, mocą jedynie swej organizacji nerwowo-mózgowej, wystarcza tedy wykazać, że „zdolność myślenia jest jeno zdolnością czucia” (§ 67), właściwą według Kartezjusza również zwierzętom, że „dusza rozumna to tylko dusza czująca, przysposobiona do rozważania idei i rozumowania” (tamże); wystarcza dalej udowodnić zależność tej ludzkiej jakoby tylko duszy od stanów ciała, aby ustalić ciągłość rozwojową między „zwierzęciem-maszyną” a „człowiekiem-maszyną”.

Już Montaigne, poprzednik Kartezjusza, cytowany często przez de la Mettriego jako „pierwszy z Francuzów, który odważył się myśleć”, umieścił człowieka nie ponad państwem zwierzęcym, lecz pośród jestestw żyjących, dowodząc na szeregu przykładów, że zwierzęta posiadają tak samo, jak ludzie, władzę wyobraźni i zdolność tworzenia pojęć, że nawet przewyższają pod pewnym względem człowieka; następnie i de Spinoza pojmował uduchowienie materii nie w sensie witalistycznym, jak np. Giordano Bruno, lecz mechanistycznym (Etyka, cz. II, twierdz. 13): przypisując, w przeciwieństwie do Kartezjusza, zwierzętom duszę, uważał ją przecież, podobnie jak duszę człowieka i innych jestestw, jeno za — że się tak wyrażę — „automat duchowy”, czy też, używając określenia Arystotelesa, za „przedmiot uduchowiony48”.

Nie ulega wątpliwości, że wspomniane poglądy Montaigne’a i de Spinozy musiały poważnie wpłynąć na krytyczne stanowisko de la Mettriego wobec czysto ludzkiej psychologii Kartezjusza. De la Mettrie poczytuje swemu mistrzowi za szczególną zasługę, iż „pierwszy dokładnie wykazał, że zwierzęta są maszynami w prawdziwym znaczeniu tego słowa” (§ 70), dualizm zaś kartezjański uważa jedynie za zręczny fortel w celu otumanienia teologów (tamże).

Zadaniem de la Mettriego jest właśnie wydobycie na światło dzienne ukrytej jakoby w dziełach Kartezjusza analogii między człowiekiem a zwierzęciem. Ułatwia sobie wykonanie tego zamierzenia przez uprzednie wykazanie wpływu rozmaitych czynników materialnych na sprawy duchowe, zwłaszcza zaś na stany podświadome (§ 7).

Liczne opisy rozmaitych faktów z dziedziny patologii ogólnej i chorób umysłowych (§§ 7, 9, 10) przytacza autor Człowieka-maszyny oczywiście po to, aby podważyć kartezjańską rękojmię istnienia („myślę, więc jestem”)49.

W następnych wywodach dochodzi de la Mettrie drogą psychogenetyczną do swoistej psychologii człowieka (§ 13–24), zbliżając się w tym względzie do Locke’a i w ogóle do angielskiej psychologii asocjacyjnej. Natomiast odbiega od niej zupełnie w określeniu wyobraźni jako najgłówniejszej władzy duchowej (§ 25). Określenie to polega — jak już w drugiej połowie wieku XVIII słusznie wykazał jeden z umiarkowanych przeciwników konsekwentnego materializmu, psycholog i historyk filozofii Tiedemann50 — na niespostrzeżonym przekręceniu właściwego sensu wyrazów, oznaczających rozmaite czynności duchowe i opuszczeniu swoistych różnic między pojęciami tych czynności.

Sądziłbym, że to zatarcie pojęć ma u de la Mettriego głębsze znaczenie: podkopując pewnik kartezjański w opisach stanów podświadomych, usiłuje znieść również w dziedzinie objawów świadomych różnicę między właściwym myśleniem (intellectio) a wyobrażaniem (imaginatio), ustanowioną przez Kartezjusza w Rozprawie o wzruszeniach duszy (rozdz. XII, § 77). Autor Rozprawy uważał wyobraźnię, jak wiadomo, za zdolność czysto cielesną, utrzymując, że dusza jako taka czynna jest w czystej postaci (anima pura) jeno w procesie właściwego myślenia, gdy przy wyobrażaniu musi się posługiwać obrazami cielesnymi. Wyobrażanie bowiem, zarówno jak postrzeganie i pamięć zmysłowa, należy tylko o tyle do zakresu duszy, o ile ta jest związana z ciałem.

Montaigne51, Kartezjusz52, de Spinoza53, Locke54, słowem filozofowie nowożytni — oto główni nauczyciele de la Mettriego w szkole myślenia psychologicznego. Natomiast w dziedzinie rozważań etycznych autora Człowieka-maszyny uwydatnia się, obok pism wspomnianego już Montaigne’a, w równej mierze wpływ myślicieli nowożytnych (Hobbes55, Shaftesbury56, Bayle57, de Maillet58) i starożytnych (Epikur59 i Lukrecjusz60).

Montaigne wycisnął wybitne piętno na rozważaniach de la Mettriego nad wrażliwością moralną człowieka i zwierząt (§ 38). Silniej jeszcze zaznacza się wpływ poglądów Montaigne’a w zapatrywaniach autora Człowieka-maszyny na stan kulturalny ludzkości, będący, zdaniem jego, zwyrodnieniem zdolności przyrodzonych człowieka (§ 44). Lange poczytuje de la Mettriemu za szczególną zasługę, że wypowiadając tę myśl, wyprzedził Rousseau, który ją rozwinął w rozwiązaniu słynnego zadania konkursowego, ogłoszonego przez Akademię Dijońską w roku 1749, a więc w dwa lata po ukazaniu się Człowieka-maszyny. Nie była to jednak i u de la Mettriego myśl oryginalna: znajdujemy ją jeszcze w Apologii Rajmunda de Sebonde Montaigne’a, który na kilku stronicach rozprawia obszernie o zgubnym wpływie nauk i umiejętności, pochodzącym z nadużycia władz umysłowych i z pychy rozumu ludzkiego, stawiającej człowieka poza nawias warunków naturalnych. Zachodzi w tym względzie tak daleko, że wynosi nieuctwo, pozostawiające wolność działania „naszej wielkiej, potężnej macierzy”, tzn. naturze.

Wpływ wymienionych myślicieli nowożytnych i starożytnych przebija wyraźnie w usiłowaniach uniezależnienia moralności od religii, jakkolwiek sam autor Człowieka-maszyny twierdzi w Rozprawie o szczęściu, że nowe podstawy moralności „zawdzięcza samej naturze, nie zaś naśladowaniu Hobbesa i Mylorda S.” (Shaftesbury’ego). Właściwa oryginalność de la Mettriego w tej dziedzinie polega na stanowczym odrzuceniu wszelkiego związku między istnieniem Boga a moralnością61 (§ 46).

Potężniej jeszcze od Montaigne’a wpłynął na etykę de la Mettriego słynny poemat Lukrecjusza O naturze rzeczy62. Stanowisko autora Człowieka-maszyny w etyce można śmiało określić jako neoepikureizm. Zarówno eudemonistyczny punkt wyjścia (§ 44), jako też materialistyczno-sensualistyczna ocena rozkoszy (ob. Przypisanie do Człowieka-maszyny) zbliża etykę de la Mettriego do starożytnego epikureizmu. Inaczej jednak przedstawia się stosunek autora Człowieka-maszyny, a w ślad za nim i całej etyki epoki Oświecenia do tradycyjnych norm religijnych jako wytycznych praktyki życiowej. Epikureizm starożytny nie był zgoła nauką przewrotową, zwalczającą te normy: przeciwnie, umiał się do nich dostosować, z wyjątkiem tylko systematu Lukrecjusza, tak umiłowanego przez autora Człowieka-maszyny. Będąc ideologią grup społecznych zainteresowanych w zachowaniu istniejącego porządku rzeczy, głosił epikureizm miast walki kontemplacyjne używanie rozkoszy, wówczas gdy idealizm platoński — ideologia grup niezadowolonych — rozsadzał ramki wierzeń tradycyjnych. W wieku XVIII zmieniły się role idealizmu i materializmu, aczkolwiek niezupełnie w sensie heglowskiej radykalnej odwrotności, gdyż i w podstawie etyki Oświecenia tkwił przecież rdzeń zachowawczy, mianowicie upatrywanie szczęśliwości w kontemplacyjnym używaniu „rozkoszy wyższego rzędu”. Pogląd ten dogadzał oczywiście potrzebom życiowym arystokracji dworskiej, której jedyną racją bytu był istniejący ustrój społeczny i państwowy. Ale neoepikureizm wieku XVIII pragnął zarazem, w myśl właśnie Lukrecjusza, przypuszczenia najszerszych warstw społeczeństwa do używania zarówno „rozkoszy wyższego rzędu”, jak i przyjemności czysto zmysłowych. Jednocześnie zaś występowali moraliści wieku XVIII, z de la Mettriem na czele, zarówno ze śmiałą krytyką urządzeń, wyłączających szerokie warstwy społeczeństwa z szczęśliwości powszechnej i niezdolnych do zapobieżenia zbrodniom przeciwko „prawu naturalnemu”, jak z krytyką norm religijnych i etycznych, uświęcających istniejący ustrój. Toteż etyka Oświecenia stała się przede wszystkim ideologią najinteligentniejszych i najodważniejszych żywiołów mieszczaństwa francuskiego wieku XVIII, a więc ideologią klasy, do której niebawem należeć miała przyszłość.

III. O wydaniach Człowieka-maszyny i dzieł pokrewnych

Człowiek-maszyna ukazał się w końcu r. 1747 w Lejdzie, nakładem Eliasza Luzaca, in 12°, z wystawioną na karcie tytułowej datą roku nadchodzącego. Data owa, jak już zaznaczyłem w rozdziale traktującym o osobistości de la Mettriego, wprowadziła w błąd wielu czytelników i badaczy, zarówno co do rzeczywistego czasu wydania wspomnianego dzieła, jak i co do okresu rokowań Fryderyka II z de la Mettriem. Karta tytułowa pierwszego wydania zawierała motto, zapożyczone przez autora od Voltaire’a. U eklektyka tak chwiejnego w swych przekonaniach filozoficznych, jak Voltaire, mógł de la Mettrie łacno63 odnaleźć ustęp, odpowiadający duchowi Człowieka-maszyny; znając zaś niechęć, okazywaną przez Voltaire’a de la Mettriemu, wiedząc, że zazdrościł autorowi Człowieka-maszyny łaski Fryderyka II, możemy przypuścić, że i de la Mettrie, który w jednym miejscu Człowieka-maszyny (§ 10) czyni przejrzystą i wysoce dla Voltaire’a niepochlebną aluzję, wybrał i cytatę do „motta” z pewnym umysłem, aby „deistę”, za jakiego podawał się Voltaire, przedstawić w oczach publiczności jako ateusza.

Autor dzieła nie ujawnił swego nazwiska, słusznie bowiem przewidywał, że dziełko nieznaczne rozmiarami — pierwsze wydanie Człowieka-maszyny zawiera stron niepaginowanych 20 + 109 in 12° — ale ważkie treścią, opierające badanie duszy ludzkiej na nowych podstawach, a przy tym napisane w formie agitacyjno-polemicznej, wywoła burzę wśród obrońców ustanowionego porządku rzeczy i idei64.

Wydawca Człowieka-maszyny, Eliasz Luzac (1723–1791) był w swoim czasie dość znaczną osobistością: zaliczał się do zwolenników filozofii Wolffa i wielbicieli Mantesquieu’go, poza tym zaś ogłosił drukiem kilka dzieł własnych, traktujących o ekonomii politycznej, tudzież o prawie i filozofii. Jakkolwiek w Przestrodze drukarza zaznacza Luzac wyraźnie, że nie podziela bynajmniej poglądów autora dziełka, jakkolwiek tłumaczy, dlaczego „odważył się umieścić swe imię na tak zuchwałej książce”, nie uchroniły go te zastrzeżenia ani od grzywny w ilości 400 dukatów, nałożonej przez władze miejskie na wydawcę „najszkodliwszej książczyny”, ani od konieczności opuszczenia rodzinnego miasta i wyjazdu do Getyngi, gdzie przebywał dwa lata w oczekiwaniu, aż uspokoi się burza, wywołana przez Człowieka-maszynę.

Ani wspomniane władze, ani też w ogóle „honoratiores” lejdejscy nie wzięli widocznie Przestrogi za dobrą monetę: mieli snać65 po temu słuszne powody, skoro późniejsi badacze, począwszy od Langego, wyrażają przypuszczenie, że autorem Przestrogi był sam de la Mettrie. Poritzky uważa to za „bardzo prawdopodobne”, powołując się na fakt, że pod nazwiskiem Luzaca ukazała się również replika przeciwko Człowiekowi-maszynie, mianowicie Człowiek jako coś więcej niż maszyna, napisana, jak ustaliły niezbicie badania Poritzkiego, przez samego autora Człowieka-maszyny celem wprowadzenia w błąd czytelników i ubawienia się ich kosztem66. Poritzky dodaje również, że Luzacowi przypisano inną jeszcze rozprawkę pt. Essai sur la liberté de produire des sentiments (1749), pochodzącą istotnie od de la Mettriego tak samo, jak i wymieniona poprzednio.

Gdyby się nawet nie wiedziało o tych faktach, to już sam na wskroś ironiczny i lapidarny styl Przestrogi, samo zachęcanie teologów do walki nie z obyczajami, lecz ze sposobem myślenia „bezbożników”, dalej określanie rozważań zawartych w Człowieku-maszynie jako niezbyt szkodliwych hipotez, wreszcie końcowy ustęp Przestrogi, wypuszczony67 w wydaniu 1751 r. — wszystko to powinno nas upewnić o autorstwie de la Mettriego. A gdy dodam, że Przestrogę przedrukowywano we wszystkich wydaniach Dzieł filozoficznych de la Mettriego, zawierających Człowieka-maszynę — z wyjątkiem wydania z r. 1774 (Amsterdam) — że sam de la Mettrie, występując gwałtownie w Essai sur la liberté przeciwko zelantom religijnym, powołuje się na Przestrogę68— zniknie ostatni cień wątpliwości w kwestii autorstwa Przestrogi.

Przechodzę z kolei do tzw. Przypisania (Dédicace). Jak przypisywana Luzacowi Przestroga, jest ono jeno środkiem ukrycia osobistości autora — środkiem tak umiejętnie zastosowanym, że nie znając istotnej opinii Hallera o de la Mettriem, można by wziąć Przypisanie za hołd złożony słynnemu poecie i profesorowi getyndzkiemu przez wielbiciela jego kunsztu i umiejętności. Tymczasem sprawa przedstawia się w rzeczywistości całkiem inaczej. De la Mettrie nie znał bynajmniej osobiście Hallera i tyle tylko miał z nim wspólnego, że studiowali obaj — zresztą w różnych okresach czasu — medycynę w Lejdzie pod kierunkiem wspomnianego już Boerhaave’a, że następnie obaj przełożyli — również niezależnie od siebie — dzieła mistrza na mowę ojczystą, opatrzywszy je własnymi uwagami. Ponieważ zaś przekład de la Mettriego ukazał się później od Hallerowskiego, dało to powód Hallerowi, który miał manię doszukiwania się u wszystkich uczniów Boerhaave’a plagiatów zarówno z wykładów mistrza, jak i z dzieł własnych Hallera, do zarzucenia tego samego de la Mettriemu. Bezpodstawne posądzenie musiało srodze rozgoryczyć wielce zapalnego i żywego autora Człowieka-maszyny. Rozgoryczenie wzmogło się jeszcze, gdy w r. 1745 ukazała się w Hadze Historia naturalna duszy, przełożona jakoby „z angielskiego przez M. Charpa”, Haller bowiem w omówieniu tego dzieła zadenuncjował autora — wśród wylewów oburzenia — jako „zbiegłego z Francji dr. de la Mettriego”, wskazując Paryż jako rzeczywiste miejsce druku.

Uprzytomnijmy sobie, że właśnie ogłoszenie drukiem Historii naturalnej duszy, spalonej publicznie na skutek „aresztu”, zarządzonego przez parlament paryski (1746) — w dwa dni po zniszczeniu Myśli filozoficznych Diderota — zmusiło jej autora do opuszczenia świetnego stanowiska lekarza gwardii i ucieczki do Holandii, a zrozumiemy uczucia, jakich musiał doznawać względem wroga, prześladującego go i tutaj, w bezpiecznym schronisku. Napaść Hallera, który w całym zatargu był przecież od samego początku stroną zaczepną, przebrała wreszcie miarę cierpliwości de la Mettriego: dla tego urodzonego szermierza i polemisty znaczyło już bardzo wiele milczeć całe dwa lata, nie oddziaływając na zaczepki. Postanowiwszy więc po ostatniej napaści nie krępować się nadal żadnymi względami, odważył się, celem zapewnienia Człowiekowi-maszynie lepszego przyjęcia, poświęcić go w osobnym Przypisaniu Hallerowi, spirytualiście i ortodoksyjnemu wyznawcy kalwinizmu, jako mistrzowi, zaszczycającemu przyjaźnią autora Człowieka-maszyny. Treść Przypisania stanowiła pochwała rozkoszy, czerpanej z umiejętności i sztuk — pochwała ozdobiona wszystkim przepychem krasomówstwa, na jaki mógł się zdobyć dawny uczeń kolegium jansenistowskiego w Caen.

Jak się tego należało spodziewać, odrzucił Haller ze swej strony z oburzeniem nieproszony a kompromitujący hołd domniemanego ucznia i przyjaciela: „powinność względem Boga, religii i siebie” nakazała mu umieścić w „Journal des Savants” (maj 1749) odpowiednio zredagowaną deklarację, w której o omawianym dziele i Przypisaniu czytamy m.in. co następuje:

„Oświadczam, że książka ta stoi w zupełnej sprzeczności z moimi zapatrywaniami, Przypisanie zaś uważam za najokrutniejszą ze zniewag, jakie bezimienny autor wyrządził już tylu uczciwym ludziom, i proszę Szanowną Publiczność upewnić się, że nie utrzymywałem nigdy jakichkolwiek stosunków z autorem Człowieka-maszyny bądź w postaci znajomości, bądź korespondencji, bądź też przyjaźni, i że wszelką zgodność z jego poglądami uważałbym za największe nieszczęście dla siebie”.

Jak się sam de la Mettrie zapatrywał na Przypisanie, wynika z tego, co o nim mówi w Rozprawie wstępnej do wydania swych Dzieł filozoficznych z r. 1751. „Wydaje mi się — powiada — że byłoby podwójną przesadą przypisać w przyjaźni tak śmiałą książkę, jak Człowiek-maszyna uczonemu, któregom nigdy nie widział, i który w przeciągu 50 lat żywota nie zdołał uwolnić się od wszystkich przesądów dzieciństwa, ale nie sądziłem, że styl mój mię zdradzi. Powinienem był może opuścić jedną część, która temu, do kogo była zwrócona, wydarła tyle żałośliwych skarg, jęków i zaprzeczeń; ale ta część właśnie zyskała tak znaczne pochwały ze strony pisarzy, których poklask nieskończenie mi pochlebia, że nie miałem odwagi tego uczynić. Tę więc część, czytaną już we wszystkich dotychczasowych wydaniach Człowieka-maszyny, pozwalam sobie dołączyć tutaj ponownie cum bona venia celeberrimi Savantissimi, Pedantissimi professoris”.

Gdzie indziej znów, w przedmowie francuskiej do niemieckiego przekładu L’art de jouir, nieznanej dotychczas, a znalezionej przeze mnie w Warszawskiej Bibliotece Uniwersyteckiej przed kilku laty, objaśnia de la Mettrie, czemu nazywa Hallera „znakomitym przyjacielem”, czyni to dlatego, ponieważ — dodaje w nawiasie — „jesteś Pan od dawna jednym, i drugim69 i ponieważ przypisanie Człowieka-maszyny nie uczyniło Pana ani znakomitszym, ani też moim przyjacielem”. Dodać jeszcze należy, że wydawcy, kierując się pewnym pietyzmem dla pamięci de la Mettriego, który uważał Przypisanie za arcydzieło swego kunsztu krasomówczego, przedrukowywali je we wszystkich zbiorowych publikacjach Dzieł filozoficznych de la Mettriego, zawierających Człowieka-maszynę.

Obok Przestrogi i Przypisania przedsięwziął de la Mettrie inne jeszcze kroki dla zatarcia swego autorstwa. A więc jeszcze w Przestrodze drukarza opowiada umyślnie, że nieznany mu zupełnie „autor niniejszej książeczki” przysłał drukarzowi swe dzieło z Berlina, prosząc go jedynie „o nadesłanie sześciu egzemplarzy tegoż pod adresem p. Markiza d’Argens”. Dalej, w samym tekście Człowieka-maszyny polemizuje autor nieraz z samym sobą, jako autorem Historii naturalnej duszy70, a gdy powołuje się raz na dzieło podpisane jego właściwym nazwiskiem, mianowicie na czysto lekarską rozprawkę O zawrotach głowy, czyni to w postaci nawiasowej uwagi do jednego z odnośników: „czytałem o tym fakcie w wyciągu z Rozprawy o zawrotach głowy de la Mettriego” (§ 41). W przekładzie angielskim Człowieka-maszyny, ogłoszonym wkrótce po ukazaniu się oryginału, przypisane jest to dzieło — zapewne za wskazówką, a już niewątpliwie z wiedzą de la Mettriego — wspomnianemu już w Przestrodze Markizowi d’Argens, dobrodusznemu liberałowi, który należał do najbliższego otoczenia Fryderyka II. Wreszcie w dziełku Człowiek-Roślina, wydanym w Poczdamie w rok po ukazaniu się Człowieka-maszyny (1748), zaprzecza de la Mettrie, jakoby był autorem Człowieka-maszyny, przypisując jego autorstwo Janowi Chrzcicielowi Morgagniemu 71, profesorowi Wszechnicy Padewskiej; dla nadania zaś większego prawdopodobieństwa swemu twierdzeniu wymienia de la Mettrie w Człowieku-Roślinie obok dzieł bezsprzecznie pochodzących odeń, jak Historia naturalna duszy i Człowiek jako coś więcej niż maszyna, przypisywane mu często niesłusznie Myśli filozoficzne Diderota oraz inne cudze pisma.

Rozległe środki ostrożności, zastosowane w celu ukrycia autorstwa, skutkowały na pozór przez czas pewien: zarówno nazwisko wydawcy Człowieka-maszyny, jak i Przestroga, napisana rzekomo przez niego, nie nasunęła tym razem Hallerowi żadnych podejrzeń w kwestii autorstwa de la Mettriego. Biograf Hallera, Jan Jerzy Zimmermann opowiada, że za autora Człowieka-maszyny uważał Haller przez pewien czas niejakiego Szwajcara, studiującego podówczas w Lejdzie („Götting. Ztg. v. gelehrt. Sachen”, 1749, s. 193). Również i sprawozdawca „Götting. Philosophische Bibliothek”, Windheim, który spostrzegł w swej recenzji o Człowieku-maszynie (1749, t. I, s. 197 i n.) uderzające podobieństwo wywodów tego dzieła do Historii naturalnej duszy, nie ustalił przecież nazwiska autora Człowieka-maszyny: zwracając uwagę na wspomniany już poprzednio przekład angielski tego dzieła, dodaje sprawozdawca, że „autor dość dużo przepisał z wydanej w r. 1745 Histoire de l’âme, gdzie również znajduje się obrona materializmu”.

Ale były to tylko pojedyncze głosy. Dowiedziano się wkrótce, że autorem Człowieka-maszyny nie był ani d’Argens, ani Maupertuis, jak niektórzy przypuszczali, ani też jakikolwiek wróg osobisty Hallera, jeno że dzieło to pochodziło od de la Mettriego. Stało się to, po pierwsze, już za sprawą ukazania się w druku Człowieka-maszyny. Wielka wrzawa, wywołana przez ogłoszenie Człowieka-maszyny, zwróciła uwagę szerszej publiczności na tę nowość księgarską. Mimo że filozofowie i teologowie jak gdyby sprzysięgli się na zgubę dziełka, przyjmując je jak najgorzej, kupowano i czytywano przecież tym skwapliwiej oryginał, który w pierwszych latach wywołał szereg sprawozdań we wszystkich znaczniejszych dziennikach, a nawet i powódź replik. Szczególną zaś poczytnością cieszył się oryginał Człowieka-maszyny w Niemczech, gdzie wszyscy ludzie wykształceni władali językiem francuskim i gdzie dla tej przyczyny dzieło de la Mettriego nie ukazało się w przekładzie.

Po drugie, wrodzona żywość i temperament szermierski nie byłby pozwolił de la Mettriemu wyprzeć się na czas dłuższy dzieł własnych, tak jak to np. uczynił Helwecjusz. Głos wewnętrzny kazał de la Mettriemu, zgodnie z jego zasadą moralną, przytoczoną przeze mnie w zakończeniu charakterystyki osobistości tego myśliciela, wypowiadać to, co myślał, bez ogródek, z nieustraszoną odwagą, chociażby groziło mu to największym niebezpieczeństwem. Wszystkie powyższe okoliczności musiały tedy sprawić, że istotne nazwisko autora Człowieka-maszyny zostało w krótkim czasie ujawnione, wywołując dlań wspomniane już przykre następstwa.

Nakład pierwszego wydania Człowieka-maszyny, rozchodząc się z nieoczekiwaną szybkością, miał się niebawem wyczerpać, podobnie jak inne dzieła filozofa72. Okazała się zatem konieczność zbiorowego wydania tych dzieł. Autor mógł wówczas ogłosić je drukiem jedynie w Berlinie, gdzie znalazł bezpieczne schronisko po ucieczce z Lejdy. Zaledwie jednak przygotował wydanie do druku i opatrzył Rozprawą wstępną (Discours préliminaire), wydarła go już światu śmierć nagła (11 listopada 1751 r.). Toteż Dzieła filozoficzne ukazały się dopiero w końcu r. 1751 — z inicjatywy króla Fryderyka II — w jednym tomie in 4°, „nakładem Jana Nourse’a w Londynie”, jak informuje nas karta tytułowa, niepodająca nazwiska autora. Wydanie to należy dziś również do rzadkości bibliograficznych73. Część nakładu ukazała się w nieco zwiększonym formacie z portretem de la Mettriego74 Jeden z takich egzemplarzy znajduje się w posiadaniu Biblioteki Zamoyskich.

Autor uważał widocznie za stosowne zachować i w pierwszym wydaniu zbiorowym pewne środki ostrożności, skoro na karcie tytułowej nie figuruje ani właściwe miejsce druku (Berlin), ani też nazwisko autora. Poza tym tekst Człowieka-maszyny, przedrukowanego w tym wydaniu, wykazuje pewne znamienne odstępstwa od tekstu 1747 r., zaznaczone przeze mnie szczegółowo w uwagach do przekładu. Należy jeszcze nadmienić, że w wydaniu 1751 r. opuszczone jest motto Voltaire’owskie, a to niewątpliwie w związku z wykreśleniem figurującej w wydaniu 1747 r. wycieczki osobistej przeciwko Voltaire’owi (§ 10), który w r. 1751 bawił na dworze poczdamskim, utrzymując poprawne na pozór stosunki osobiste z autorem Człowieka-maszyny. Tyle o tekstach Człowieka-maszyny, przygotowanych do druku przez samego autora.

W drugiej połowie w. XVIII przedrukowywano nieraz Dzieła filozoficzne, uzupełniając je innymi pracami autora, nieobjętymi wydaniem 1751 r.; Człowieka-maszynę jednak znajdujemy tylko w niektórych, jak np. w wydaniu z 1753 r. (Amsterdam, t. I), 1774 (Amsterdam, t. III), 1775 (Berlin, t. III) i 1796 (Berlin, t. III), natomiast brak go w wydaniu 1764 r. (Berlin). Z wymienionych tutaj wydań tylko w Dziełach filozoficznych z r. 1753 naśladowana jest dokładnie postać zewnętrzna pierwszego wydania Człowieka-maszyny, a więc format, karta tytułowa wraz z „mottem” i datą 1748 r., paginacja itp., a chociaż w paru zaznaczonych przeze mnie miejscach (§§ 21, 77) odbiega tekst wydania 1753 od tekstu pierwotnego, to przecież nie w tym stopniu, co w wydaniu 1751 r.

Na ogół tekst Człowieka-maszyny zarówno w wydaniu 1753 r jak i w późniejszych, wzorowany jest na pierwszym wydaniu. Przeinaczenia tekstu, odbiegające od przejrzanych przez samego autora pierwszych dwóch wydań Człowieka-maszyny (1747 i 1751), mają przeważnie charakter czysto stylistyczny, częstokroć znów są zupełnie dowolne, jak np. w wyd. 1774 (Amsterdam), zawierającym sporo pomyłek drukarskich lub opuszczeń; toteż o tyle tylko je uwzględniłem, o ile zmieniały w czymkolwiek treść wywodów autora (§§ 39, 41). Dodać jeszcze należy, że „motto”, opuszczone w wydaniu 1774 (Amsterdam), umieszczone jest za to w wydaniu 1775 r, jakkolwiek po Przestrodze i Przypisaniu.

Właściwa krytyka tekstu Człowieka-maszyny rozpoczęła się bardzo późno, mianowicie dopiero w drugiej połowie wieku XIX. Wówczas, w r. 1865, ukazało się wspomniane już w niniejszej przedmowie nowe wydanie Człowieka-maszyny, sporządzone przez Assézata. Nie jest to jednak wydanie krytyczne w istotnym znaczeniu tego wyrazu: zawiera właściwie jeno przedruk wydania 1751 r. z nielicznymi uwagami krytycznymi, z których przecież nie wynika konieczność oparcia się właśnie o ten tekst późniejszy. Pracę krytyczną ciągną dalej po Assézacie wymienieni już w innym miejscu Quépat i Poritzky. Z przekładców dotychczasowych Człowieka-maszyny jeden tylko wydawca drugiego przekładu niemieckiego, Max Brahn uwzględnia — nawiasowo zresztą — pewne różnice, a raczej mówiąc ściśle, pewną różnicę między tekstem 1747 r. a wydaniem 1751 r.

Należy wreszcie powiedzieć cośkolwiek o odpowiedziach de la Mettriego pod własnym adresem oraz o jego autopamfletach, pozostających w najściślejszym związku z Człowiekiem-maszyną i z tego powodu przedrukowywanych zazwyczaj, już po śmierci autora, w zbiorowych wydaniach jego dzieł filozoficznych z wyjątkiem — rzecz znamienna — wydań 1751 i 1753 r. Jako pierwsze dzieło z tej kategorii wymieniamy tutaj wspomnianą już na początku niniejszego rozdziału rozprawkę pt. Człowiek jako coś więcej niż maszyna, wydaną pod nazwiskiem Luzaca (Londyn 1748), przedrukowaną zaś dopiero w wydaniu 1774 r. (Amsterdam). Usiłuje ona, pod pozorem obrony twierdzeń o niematerialności duszy, skompromitować gruntownie pogląd spirytualistyczny na tę kwestię, zbijając właściwe wywody Człowieka-maszyny za pomocą bardzo ryzykownych, a częstokroć i najwyraźniej niedorzecznych argumentów. Na twierdzenie np. Człowieka-maszyny, jakoby ciało ludzkie było zegarem, świeży zaś sok odżywczy — zegarmistrzem (§ 63), odpowiada Luzac-de la Mettrie: „dajcie chłopu wszystkie soki świata, niechaj pije najlepszy szampan — przecież aż do końca życia nie potrafi czytać, nie zrozumie logiki, ani nie zostanie doktorem”.

Przy tej sposobności de la Mettrie przemyca żywcem całe ustępy z Człowieka-maszyny, tak iż rozprawka czyni miejscami wrażenie plagiatu. Mimo tę okoliczność, mimo nawet wyraźne zastrzeżenie autora — w przedmowie — by książki jego nie uważano za replikę, wymierzoną przeciwko Człowiekowi-maszynie, przeciwnicy de la Mettriego chcieli koniecznie dopatrzyć się w L’homme plus que machine wody na swój młyn. Wymieniony już sprawozdawca niemiecki Windheim dodaje np. do zastrzeżenia autora wspomnianej rozprawki: „niemniej jednak czytelnicy, zarażeni trucizną Człowieka-maszyny, dobrze uczynią, gdy pozwolą się wyleczyć przez p. Luzaca”. Wszakże Haller, dowiedziawszy się już od innych o istotnym autorze Człowieka-maszyny, odsłonił tym razem w swym czasopiśmie („Göttingische Zeitungen von gelehrten Sachen” 1748, 30 maja) jego przyłbicę.

Drugie z kolei dziełko polemiczne de la Mettriego należy do arcydzieł jego niepospolitego kunsztu satyrycznego. Jest to odpowiedź na bezimienną krytykę Człowieka-maszyny (pióra zwolennika filozofii Wolffa, prof. Hollmanna), zatytułowana: List do mego rozumu, czyli anonim wyszydzony” (1749?). W Liście de la Mettrie m.in. wychwala ironicznie Kartezjusza za to, że ten nie wyciągnął konsekwencji ze swego poglądu na zwierzęta; czytamy tamże dalej, iż jeno „nauczyciele Ewangelii potrafią nam objaśnić tego filozofa”, wobec czego autor każe swemu niesfornemu i „trzpiotowatemu” rozumowi iść utorowaną drogą.

Wkrótce po tej odpowiedzi, skierowanej pod adresem istniejącego rzeczywiście krytyka, ukazał się List do Panny A. C. P., czyli Maszyna Powalona (1749), zwrócony do osoby ad hoc zmyślonej i zawierający pod tą postacią żywot i koleje pośmiertne „Pana Maszyny”, jak autor nazywa siebie w tym autopamflecie. Spotykamy się tam z tymiż zarzutami przeciwko „Panu Maszynie”, które podniósł Haller w polemice z de la Mettriem. I to dziełko zostało poważnie potraktowane przez przeciwników Człowieka-maszyny, a jeden z nich przełożył je nawet na język niemiecki, dodając w licznych miejscach do oryginału własne, dość mocne przymiotniki, cechujące charakter i rodzaj działalności „Pana Maszyny”.

Wobec takiego powodzenia swej satyry wypuścił de la Mettrie w ślad za nią Odpowiedź autorowi „Maszyny Powalonej”, w której, wskrzeszając „Pana Maszynę”, obsypuje zrazu jego biografa, tzn. siebie, rozmaitymi komplementami, aby zaraz potem zaatakować siebie na całej linii, ośmieszając z jednej strony Hallerowskie zarzuty, z drugiej jednak podsuwając swoim przeciwnikom nowe argumenty polemiczne. Ci znów, jak np. przekładca niemiecki Listu do Panny A. C. P. nie omieszkali zrobić użytku z nadarzającej się szczęśliwie sposobności: „byłoby Panu bardzo łatwo wykazać” — powiada de la Mettrie, zwracając się do autora Maszyny Powalonej — „że np. Człowiek-maszyna przepisany jest z Kartezjusza, moje zaś dziełko Człowiek-Roślina — z Linneusza”. Oryginalny ten sposób dokuczenia przeciwnikom przyczynił się, rzecz prosta, nie tylko do powstania coraz to innych legend o „plagiatach” de la Mettriego, ale i do przysporzenia badaczom życia i działalności literackiej autora Człowieka-maszyny wielu trudności przy komentowaniu i odcyfrowywaniu jego „apokryfów”. Chcąc więc możliwie wszechstronnie wyświetlić nieznane dotychczas dokładnie dzieje losów Człowieka-maszyny, nie mógł przekładca w niniejszej przedmowie uchylić się od rozpatrzenia również i pism wspomnianych.

IV. O przekładzie Człowieka-maszyny

Posługiwałem się przy przekładaniu tekstem pierwszego wydania Człowieka-maszyny jako najkompletniejszym i najpewniejszym, gdyż zmiany i opuszczenia, spotykane w wydaniu 1751 r., mają na celu, jak wykazałem we właściwym miejscu, lepsze ukrycie istotnego miejsca druku albo też tłumaczą się względem na nowe otoczenie autora. Zaznaczyłem jednak w uwagach do przekładu wszystkie odstępstwa w wydaniu 1751 r. i następnych od tekstu pierwotnego, przy czym dodać muszę, że zarówno wymienieni poprzednio monografiści, jak i wspomniany przekładca niemiecki uwzględnili te ustępstwa tylko w nieznacznej części. Uwagi krytyczno-tekstologiczne, źródła częstych u de la Mettriego cytat, analogicznie brzmiące ustępy z innych dzieł autora, objaśnienia rozmaitych aluzji, komentarze treściowe itp. — podaję poza tekstem przekładu, natomiast uwagi samego autora umieszczam pod tekstem, oznaczając je gwiazdką dla odróżnienia od uwag przekładcy75.

W dziedzinie redakcji tekstu wypadło mi niejako dokonać dzieła zaniedbanego przez autora, który, acz inne swe prace podzielił systematycznie na rozdziały i paragrafy, pofolgował swym myślom w Człowieku-maszynie, pozwalając im przez „pośpiech w myśleniu i pisaniu”, jak czytamy w Liście do mego rozumu — wylać się jednym nieprzerwanym potokiem. A byłoby błędem z braku podziału formalnego wnioskować o braku wszelkiej systematyczności w wykładzie treści Człowieka-maszyny. Znajdujemy przecież w samym tekście wyraźne wskazówki, niepozostawiające najmniejszej wątpliwości o należytym rozczłonkowaniu materiału faktycznego, że wspomnę np. o porządku dowodów na rzecz zależności duszy od stanów ciała (część druga, I–III), o wyliczeniu stadiów rozwoju umysłowego człowieka (część trzecia, I–V) itp. Wobec tego tylko szczegółowszy podział na paragrafy może mieć niekiedy pewne cechy dowolności, jakkolwiek i tutaj usiłowałem stosować się do intencji autora tam, gdzie były widoczne, jak np. w częściach pierwszej i drugiej. Pozwalam sobie wyrazić mniemanie, że podział mój przyczynił się do ujawnienia biegu myśli autora — biegu wprawdzie żywego i wartkiego, jednakowoż niezbaczającego na ogół z wytkniętego z góry szlaku. Dla ułatwienia orientacji dodałem jeszcze spis rzeczy, oraz wykaz najważniejszych osób i rzeczy, o których mowa w Przestrodze drukarza, Przypisaniu, tudzież w Człowieku-maszynie.

Niemało trudności nastręcza przekładcy Człowieka-maszyny język tekstu, czasem znamionujący niepospolitego mówcę i mistrza w utarczkach słownych, namiętnego apostoła materializmu, szturmującego do umysłu czytelnika i porywającego go polotem wysoce ruchliwej i niespokojnej wyobraźni76, czasem wyszukany, połyskujący wszystkimi barwami sztuki krasomówczej, niekiedy znów właśnie w najważniejszych określeniach i sformułowaniach zwięzły i jasny. Jest to, słowem, styl, o którym Goethe nie powiedziałby z pewnością, jak o Systemacie Natury Holbacha, że wydaje mu się „szarym, cudacznym, trupim”. Należało więc tę żywość, zmienność i giętkość mowy autora, układającej się z trudem w ramki prawidłowo zbudowanego i wymierzonego zdania, zachować w przekładzie, aczkolwiek nie kosztem jednostajności przekładu, polegającej, że pozwolę sobie powtórzyć określenie przekładcy Etyki de Spinozy, Ignacego Halperna, na dokładnym odtworzeniu wszystkich mian autora oraz ich zmiennych niekiedy znaczeń — odtworzeniu poprzedzonym przez wyszukanie i ustalenie wyrazów przybierających cechy mianownicze.

Z przekładców dotychczasowych Człowieka-maszyny zasadę jednostajności zapowiedział w przedmowie jedynie Brahn — mówię „zapowiedział”, w samym bowiem przekładzie nie znajdujemy śladów przeprowadzenia wspomnianej zasady. Tymczasem gdyby się Brahn nią kierował, musiałby, wbrew swemu twierdzeniu, przyznać, że de la Mettriemu nie brak bynajmniej jasności i ścisłości wysłowienia się, jak to wynika z podanego poniżej słowniczka mian nasuwających pewne trudności przy przekładaniu. Trudności te pochodzą bądź to z przestarzałego gdzieniegdzie języka, bądź ze swoistych wyobrażeń przyrodniczych, psychologicznych oraz filozoficznych.

S[tefan] Rudniański77.

Słowniczek mian

Âme raisonnabledusza rozumna

Âme sensitivedusza czująca

Attributprzymiot

DieuBóg w znaczeniu religijnym

Divinitébóstwo w znaczeniu metafizycznym

Entendementwładze poznawcze

Essence* — treść (nie zaś „istota”, jak wynika z § 74, gdzie mowa o nieznanej nam „essentiellement” własności myślenia jako przymiocie materii)

Etre* — jestestwo (a nie „istota”, „substance”, ponieważ tym pierwszym mianem oznacza autor zarówno jestestwa żyjące, jak Jestestwo Najwyższe, „Être Suprême78”, nazywane przezeń znów gdzie indziej, w § 49, „être de raison”. Idąc w tym przypadku, jak i w innych, oznaczonych gwiazdką, za Ignacym Halpernem, przekładam: „Être de raison” przez „jestestwo rozumowe”)

Faux* — mylny (w znaczeniu poznawczo-teoretycznym dla odróżnienia od vicieux: błędny, w znaczeniu logicznym)

Formes substantiellesformy istotne (jako miano pochodne od substance: istota)

Idéeidea

(a nie „myśl”, „pensée”, gdyż miana tego używa autor w całkiem określonych dwóch znaczeniach, a więc: 1. pewnej treści poznawczej, 2. pewnego przymiotu materii; i nie „wyobrażenie”, „image”, będące mianem pochodnym od „wyobraźni”, „imagination”. Że mamy tutaj do czynienia z mianem, wynika chociażby z tych miejsc tekstu, gdzie autor mówi o „idei bóstwa”, por. Przestroga, lub „idei proporcji”, por. § 23, o „ideach wrodzonych”, por. § 30, wreszcie o „rozważaniu idei”, por. § 67: „dusza rozumna to tylko dusza czująca, przysposobiona do rozważania idei i rozumowania”.

Autor, jak widać z przytoczonych przykładów, używa miana „idea” raz w znaczeniu logicznym, por. § 67, innym razem w znaczeniu psychologicznym: „idee wrodzone”, określając w tym przypadku jako „idee” stany poznawcze bardziej niezależne od postrzegania rzeczy zewnętrznych niż „wyobrażenia”)

Impressionwrażenie jako bezpośrednie oddziaływanie jestestwa żyjącego na pewien bodziec, wrażający się w tkankę nerwową i pozostawiający tam pewne „ślady”, jak to mniemano w w. XVIII

Jugementwładza sądzenia

Observationspostrzeganie, jako pewien przepis metodyczny

Principepierwiastek (a nie „zasada”, jak wynika ze znaczeń, nadawanych temu mianu przez autora, a więc: principe sensitif, principe du sentiment: pierwiastek czuciowy, utożsamiany w pewnym miejscu tekstu z początkiem nerwów, por. § 72; principe moteur, principe du mouvement, principe d’oscillatïon: pierwiastek ruchowy)

Sensationczucie (a nie „wrażenie” jako miana zbliżone do „sentir”: czuć, i oznaczające stan podmiotowy, wywołany przez świadomie przejęte czyli postrzeżone wrażenie zmysłowe)

Sentiment — 1.) w pierwszym znaczeniu: wrażliwość jako pewna własność materii organizowanej, por. § 67; 2.) w drugim: uczucie jako stan, rozpatrywany w sobie, np. sentiment intime: uczucie wewnętrzne, por. § 26 i 37; 3.) w trzecim: poczucie jako stan o treści oznaczonej, np. „poczucie natury”, „poczucie cnoty”, „poczucie prawa naturalnego” itp.

Substance* — istota (zarówno w znaczeniu anatomicznym, np. „miąższ, tj. swoista istota części ciała”, por. § 55, jak filozoficznym; w tych przypadkach, gdzie mowa o „istocie wszechświata” używam miana „wszechistota”, np. w § 69)