Pieśń II

O! nie lękajcie się mojej goryczy!

Dalibóg! nie wiem sam, skąd mi się wzięła;

Długo po świecie pielgrzym tajemniczy

Chodziłem, farby zbierając do dzieła,

A teraz moja Muza strof nie liczy,

Lecz złe i dobre gwiazdy siać zaczęła;

Komu za kołnierz spadnie przez przypadek

Sirius rzucony przez nią lub Niedźwiadek140,

Spali się — lecz ja nie winien. — Per Bacco141!

Różnymi drogi142 mój poemat wiodę:

Jak chochlik często częstuję tabaką,

A gdy kichają, ja zaczynam odę,

Na przykład drugą piękną odę taką

Jak do młodości. Może serca młode

Pokochają mnie za to, żem jest śmiały,

Jak Roland143, który w pół rozcinał skały.

I teraz chciałbym rozciąć — co? — dom jeden,

Podolski jeden dom rozciąć na dwoje

I pokazać wam jaki szczery Eden!

Jak nieraz pełne aniołów pokoje!

Jak złoty, piękny domów jest syredeń144! —

Ukraińskie to słóweczko, nie moje.

Wywołał je tu rym przez dźwięki bliźnie,

Nie miłość, którą mam ku Kozaczyźnie.

Chciałbym więc rozciąć jeden z dawnych dworów,

Które na górach stoją nad stawami.

Stawy — to tarcze z tęczowych kolorów,

Gdzie się łabędzie białe za gwiazdami

Gonią, podobne do srebrnych upiorów.

A na nie księżyc jasnymi oczami

Patrzy, na niebie jeden, przez topole,

A drugi taki złoty księżyc — w dole.

Atoli wnętrze tych domów dopiéro

Poetyczne jest — zwłaszcza jeśli miłość

Oświeci, wonną je napełni myrrą145,

I ścian drewnianych sprostuje pochyłość;

Podolanek są usta srebrną lirą,

Serca... Ta strofa ma pewną zawiłość,

Której nie lubię, lecz ją skończyć muszę. —

Serca są takie jak aniołów dusze.

Sam znałem jedną — lecz nie wspomnę o niéj,

Bo się nadzwyczaj mój rym rozserdeczni,

Od serca mi jej wiało tyle woni

I tyle światła: że mi dziś słoneczniéj —

Chociaż mi zegar teraz północ dzwoni —

Niż gdybym w Boga się patrzał najwieczniéj.

Niech was bluźnierstwa nie rozpędza trwoga,

Ona umarła już. — Jest częścią Boga,

Duszą, światłością, wolą, jedną chwilą

Wieczności, wiedzą wszystkiego. — O! dosyć!

Niech resztę grobu cyprysy ochylą146.

Różom najbielszym jej żałobę nosić147.

Ją słońca drogi mlecznej nie omylą,

Zdziwiona blaskiem, będzie się podnosić

Jako harmonii lekkiej głos, bez końca

Ze słońc, na wielkie słońca i nad słońca.

A gdy się w drogi zatrzyma połowie,

Jak gołąb puszczę za nią skrzydła chyże —

A tu mi ręce zawiążcie na głowie,

I twarzą bladą połóżcie na lirze,

Jakbym w alpejskim upadłszy parowie

Spoczywał. — Miałem ja troski i krzyże —

Więcej niż śniło się wam, filozofom.

Lecz dajmy pokój tym myślom i strofom.

Dosyć o sercach strzaskanych, o świecie

Tu, ziemskim i tam, nadsłonecznym; oba

Smętne są. — Światy wam utworzę trzecie,

Jeżeli się mój poemat podoba,

Znów drugi, wielki tom napiszę w lecie,

A te zostaną pieśni jako proba

Wcale nie według mego serca — ale

Ponieważ moje są: otwarcie chwalę.

Głupi! o sobie dobrze mów!148 wykrzyka149

Ryszard w okropnym bardzo monologu,

Ujrzawszy siebie we śnie jak krwawnika150

Oczerwienionym, na piekielnym progu —

Szkoda, że w księdzu Kiefalińskim151 znika

Szekspir; przyczyną jest trudność połogu

W stanie bezżennym — także to, że z księdza

Nie może nagle być Makbeta jędza.

O księżach dobrze mów! jest to przestroga

Już nie Szekspira, na tym fundamencie

Moralność cała stoi. — Lecz na Boga!

Gdzie mój poemat? Moje przedsięwzięcie

Epiczne? Moja ariostyczna droga152? —

Widzę, że wszystko mi stoi na wstręcie153,

Nawet pisania łatwość rzuca plamę —

Mówią, że w czterech dniach układam dramę.

O! Boże! ileżbym stworzył romansów,

Gdybym chciał wszystkich d...w154 być zabawą,

Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów155,

Na której by się uczyli ze sławą

Sylabizować. Lecz z prozą aliansów156

Nie chcę — do wiersza mam, jak sądzę, prawo.

Sam się rym do mnie miłośnie nagina,

Oktawa157 pieści, kocha mię sestyna158.

Ktoś to powiedział, że gdyby się słowa

Mogły stać nagle indywiduami;

Gdyby ojczyzną był język i mowa:

Posąg by mój stał, stworzony głoskami

Z napisem patri patriae159. — Jest to nowa

Krytyka. — Stój! — ten posąg błyska skrami,

Spogląda z góry na wszystkie języki,

Lśni jak mozaika, śpiewa jak słowiki.

Otocz go lasem cyprysów, modrzewi,

On się rozjęczy jak harfa Eola160,

W róże się same jak dryjada161 wdrzewi162,

Głosem wyleci za lasy, na pola,

I rozłabędzi wszystko, roześpiewi...

Jak smukła, pełna słowików topola,

Co kiedy w nocy zacznie pieśń skrzydlatą,

Myślisz... że w niebo ulatujesz z chatą,

Że porwał cię głos, jasność księżycowa,

Serce rozkwitłe, rozlatane pieniem,

O! gdyby mogły się na posąg słowa

Złożyć i stanąć pod cyprysów cieniem,

Jak marmur, który duszę w sobie chowa,

I z wolna złotym wylewa strumieniem;

A tak powoli leje i łagodnie,

Że po tysiącach lat jak słońce wschodnie

Stoi w nim cała, ogromna... O! gdyby! —

Zachcenia moje są jak Klefta163 żądze,

Który chciał w trumnie mieć dla słońca szyby

I dla jaskółek — na co? — Znowu błądzę

Jak Telimena, gdy wyszła na grzyby,

A zbiera mrówki (mrówkami są żądze).

Na wiatr to mówię tylko, lecz w nadziei,

Żem dostrzegł, jako Poznańczyk164 — idei.

Czy w poemacie tym, równie szczęśliwa

Krytyka równe porobi odkrycia?

Nie wiem. — Czasami myśl w Eterze pływa

Przez piękne bardzo przelatując śnicia,

Lecz później, pismo, druk, tęcze obrywa

Z kształtów. — A teraz odbłysk mego życia

Na ten poemat pada niezbyt pięknie.

Patrzcie jak serce wesołe — gdy pęknie!

Szczęściem, że pieśni tej bohater młody,

Świeży, miłosny i ma ciemne oko,

Złote połyskiem zielonawej wody,

Lecz niezbyt na świat patrzące głęboko.

Owszem, ma nadto serdecznej pogody,

Nadto mu prawie na świecie szeroko.

Ach! nieraz szczerze westchniecie z litości

Widząc, jaki w nim brak artystyczności!

Poezja go otacza. — Czytelniku!

Na jego miejscu, o! ileżbyś razy

Uczuł, że dusza twa na wykrzykniku

Hypogryfując165, leci, klnie wyrazy;

Klnie, że wokoło zimnych serc bez liku!

Same szkielety pod nią, same płazy!

Beniowski, jakby go Bóg o tym ostrzegł,

A priori166 to czuł — lecz nie spostrzegł.

Co lepsza, nigdy nie mówił, nie pisał —

Biedaczek! brakło mu formy gotowej!

Nigdy się w myśli dzwon nie rozkołysał,

Idei żadnej w nim nie było nowej,

Najnowsze z ustek różanych wysysał,

I teraz, patrzcie, w pasiece lipowej

Klęczy pokornie przy kochanki nodze, —

Oboje na zbyt niebezpiecznej drodze.

Lecz młodość — O! ta, pomimo dewotek,

Ta jest najlepszą obroną dziewicom;

To jest kochanków młodość. — Mimo plotek

Szesnastoletnim się przybliżyć licom

Pozwólcie — zwłaszcza gdy chłopiec podlotek

Zazdrości skrzydeł dwu synogarlicom,

Dlatego tylko, że się mogą bratać,

Piórkami ściskać i gruchać, i latać.

O! pierwsza miłość! tej wiernym obrazem

Jest zamienienie serc bez interesu;

Tej ideałem jest latanie razem

W krainie, w której nie ma końca, kresu.

Potem się człowiek głupi staje płazem,

Mimo krew zimną, z każdego karesu167

Mogą wyniknąć rzeczy złe i zdrożne,

O których książki już mówią nabożne.

Za takie rzeczy, nie rozumiem zgoła,

Dlaczego w Rzymie nieszczęsne grzesznice

Sadzą do zamku Świętego Anioła168,

Prócz tych... — Ta strofa musi zakryć lice;

Wstydzi się, że tę myśl wzięła od czoła,

Nie zaś z profilu. O! Muzy dziewice,

Zarumienieniem waszym ucieszony

Wracam do bajki mojej — z innej strony.

To jest, zostawiam z kochankiem dziewicę

Śród róż, drzew, świateł księżycowych, woni,

Wód rzucających srebrne błyskawice

Spod brzóz i bielą okrytych jabłoni;

Serce przy sercu i przy licu lice,

Dłoń niespokojna w niespokojnej dłoni;

Ach! są to rzeczy bardzo piękne, czułe,

Lecz wieszcza mogą przemienić w gadułę.

A więc do zamku wracam, gdzie Starosta

Kłaniał się, poił, dął, puszył, brał na ton:

A chociaż szlachta go słuchała prosta,

O rzeczach duszy rozmawiał jak Platon —

Na mózg wesołych ludzi wielka chłosta! —

Więc się rozeszli, woląc sen — niż świat on,

Co się naówczas zdał zaatlantyckim.

Został się pan Starosta z Dzieduszyckim169...

Ów Dzieduszycki był to regimentarz

Podolski, wielki wróg konfederacji170,

Z której niedawno chciał uczynić cmentarz,

Co do jednego wyciąć — niech go kaci171!

Z Rulhiera172 pewnie jego czyn pamiętasz:

A tu obaczysz, jak mu się wypłaci

Konfederacja: jak jest niebezpiecznie

Z demokratami być nie dosyć grzecznie!

Przypomnę tylko, że ten paliwoda

Zdradą na obóz napadł i wycinał,

Czego mu potem była wielka szkoda,

Bowiem go czekał stryczek lub puginał173.

Nie znano jeszcze wówczas Wallenroda,

I kończył jak pies, kto zdradą zaczynał:

Exemplum174: oba litewskie biskupy175,

Na dwóch latarniach miejskich — oba trupy.

Dziś zdrajcom łatwiej — jeśli ich pod lodem

Car nie utopi — łatwiej ujść latarni.

Krukowiecki176 jest miasta Wallenrodem,

Demokratycznym jest Gurowski177. — Czarni,

Lecz obu wielka myśl była powodem,

Oba chcą Polski, aby ujść bezkarni;

Bo zna to dobrze ta piekielna para,

Że łatwiej odrwić Polaków — niż cara.

Wallenrodyczność czyli Wallenrodyzm

Ten wiele zrobił dobrego — najwięcéj!

Wprowadził pewny do zdrady metodyzm,

Z jednego zrobił zdrajców sto tysięcy.

Tu nie mam więcej już rymu na odyzm178,

Co od włoskiego odiar-lo — najprędzej

Może zastąpić brak polskiego słowa —

Wallenrodyczność więc — jest to rzecz nowa.

Mój czytelniku, powiem coś na ucho:

I sam Paszkiewicz179... domyślaj się reszty —

— Co? sam Paszkiewicz? — O tym jeszcze głucho,

Lecz jestem pewny — Pomyślał: a wiesz ty,

Że on być musi już przejęty skruchą?

On jest Polakiem aż po same meszty180,

Które mu dzisiaj wyszyła Wallida,

Aby Turkiem był dla Abdul Meszyda181. —

— Tak jest: obaczysz, lecz trzymaj w sekrecie,

Co powiedziałem: nie rzucaj się w spiski,

Bo wielkim rzeczom przeszkodzisz na świecie,

Rzeczom, co jako piorunowe błyski

W chmurach się kryją. — Więc już rozumiecie,

Że Dzieduszycki nie miał jednej kréski182

Od brzegów Dźwiny183 po hordy Nogajca184,

Wszyscy w ojczyźnie mówili: to zdrajca!

Zwalił to wprawdzie na króla rozkazy;

Ale się wyparł król, jak zawsze bywa,

Wyparł się, jako święty Piotr, trzy razy,

I cała wina na koguta spływa

Dlatego, że piał. A więc wszystkie zmazy

Pan Regimentarz, kochanek Gradywa185,

Dźwigał na sobie i chował in petto186

Zemstę, jak Włochy187, co się mszczą stiletto188.

Tymczasem chciał się ożenić bogato,

I okiem wszystkie przemierzywszy domy,

Najlepszym z domów wydał mu się na to

Ów zamek, wielki, malowniczy, stromy,

Gdzie mieszkał szlachcic-pół, pół-król, pół-Kato189,

Pół-wariat, a pół-syn Cezarów Romy;

Maleńki starzec, pół-łysego czoła,

Ojciec, który miał córkę, pół-anioła.

Wybrawszy teścia, przyjechał bez swatów,

Z intencją ojcu się oświadczył, pannie;

Wspomniał o drzewie swoich antenatów190

Nie wspomniał ani raz o krwawej wannie,

Którą chciał sprawić dla konfederatów —

Ale o królu mówił nieustannie,

Pokręcał wąsa, zarzucał wylotów191,

Lubił pić, bardzo nienawidził kotów.

Dlatego kochał psy, gdy gardło zalał...

Pozwolił nieraz Anieli szpicowi,

Aby mu lizał wąs... za psami szalał,

Zalecał nawet dóbr intendentowi,

Ażeby chłopów psom kąsać pozwalał,

Mówiąc zazwyczaj, że to psy uzdrowi

Od bólu zębów, a stąd od wścieklizny, —

Miał jednak dobrą stronę — anewryzmy192, —

Te dowodziły, że miał serce. — Głowy

Nie dowodziła w nim choroba żadna,

Lecz materialny kadłub, z okiem sowy,

Na szyi zawsze nieruchomej; składna

Figurka, uśmiech i ukłon wężowy;

Grzeczność, co w takim panu bardzo ładna!

Wielka znajomość świata, krajów, ludzi.

I wiele tego wszystkiego, co łudzi.

Ów pan układny więc siedział przy stole

Przy samym panu Staroście, na prawo;

Dobijał właśnie targu i na czole

Widać mu było niecierpliwość krwawą,

Gryzącą; oczy utopił sokole,

Za ręce teścia trzymał ręką prawą,

Lewą na stole wyciągniętą prosto

Ku kielichowi i mówił: „Starosto!

„Jakem człek prawy! jakem Polak prawy!

Tak pragnę córkę twoją uszczęśliwić,

Wierzaj mi i bądź, starosto, łaskawy.”

Tu pragnąc trupi głos nieco ożywić,

Pociągnął wina; pił jak but dziurawy,

I zwykł się nieco był po piciu krzywić,

Tak wyciągnąwszy blisko wina kwartę193,

Zmarszczył i czoło rozjaśnił wytarte.

I rozjaśniony znów do zamku pana:

„Starosto, zezwól na szczęśliwość naszą.”

Tak mówiąc, teścia przyszłego kolana

Ścisnął pod stołem i oczy, co straszą

Chłopów jak oczy czerwone szatana,

Uczynił cukrem i ponętą ptaszą —

A miał na oczach swoich jak jastrząbek,

Z powiek wilgotno czerwonych obrąbek.

Starosta na pół śpiący, ale grzeczny

Nie wstawał ani odpowiadał na to,

Pan to był bowiem, co chciał być bezpieczny,

Zwłaszcza, gdy ujrzał twarz żółtą, wąsatą,

I wiedział, że gniew może ściągnąć wieczny,

Gniew, który czeka z lichwą i z wypłatą.

Siedział więc zimny, lecz trochę się puszył,

Że w konkur194 wielki pan o córkę ruszył.

Nie odpowiadał nic, bo przez połowę

Już spał — a wreszcie nie chciał odpowiadać.

Pan Dzieduszycki zaczął prośby nowe,

Jak do pacierzy jął ręce układać;

Już się był począł przez słowa miodowe

Do uśpionego na pół serca wkradać,

Już widział uśmiech, co poprzedza wszędzie,

Ostatnie, słodkie słowo: niech tak będzie.

Gadając, ręce pokornie złożone

Na stół położył obie i wytrzeszczał

Na pana zamku oczy zaiskrzone —

Albowiem uśmiech mu senny obwieszczał,

Że po pjanemu195 zdobył sobie żonę —

Wtem nagle jak wąż wzdął się i zawrzeszczał,

Wstał — lecz na stole miał obiedwie dłonie,

A na nich papier i orła w koronie...

Orzeł na karcie był — a karta była

Nożem tureckim do rąk mu przybita...

Boleść go nad nią w arkadę196 skrzywiła,

Oczy w niej toną — myślałbyś, że czyta,

Że karta trupie kolory odbiła

Na jego żółtą twarz. Ksiądz karmelita197

Za stołem cicho stał i patrzał z góry

Na czytelnika bladego tortury.

Ocknięty zamku pan — to raz na księdza,

To znów na ściany patrzał, wstając z wolna,

Ręka na szabli, w oczach gniewu jędza,

Ledwo się w sobie pohamować zdolna...

Lecz myślał, że mu sen mary napędza.

Tak dziwną była ta cisza okolna,

Ten papier nagle do stołu przybity,

Dzieduszyckiego jęk — wzrok karmelity.

Już dawno by się był skokiem lamparta

Rzucił do szabli — ale mówiąc szczerze...

Myślał, że sen mu grał sztukę Mozarta198,

Że Don-Żuana widział na operze,

Gdy trupa ziemia puściła otwarta

Na muzykalny wieczór i wieczerzę.

Tak trudno było pomiarkować zrazu,

Czy ksiądz był z ciała ludzkiego czy z głazu.

Godzina była nocna i bez przerwy

Piał kogut, świece miały długie knoty,

Na wieżach zamku śpiewał ptak Minerwy199,

A w jednym oknie miesiąc200 stanął złoty —

Znacie działanie tej gwiazdy na nerwy. —

Miesiąc więc w oknie stał — dziwne łoskoty

Na dachu, jakby jęczenia grobowe —

Wreszcie Ladawy pan — odzyskał mowę.

„Ktoś ty?” Ksiądz milczał. „Co tu robisz, mnichu?

Co znaczy papier ten? na Lucyfera!”

Tu Dzieduszycki zajęczał po cichu,

Ale tak jęknął, jak człek, co umiera.

Spojrzał — chciał spojrzeć, lecz w powiek kielichu

Nie było oczu, tylko białość szczera

Jak w zwierciadlanym łysnęła odruzgu201,

Szkło tylko — gałki uciekły do mózgu.

Starosta spojrzał i cofnął się biały

Jak wosk, jak oczy, którymi go szukał

Pan Dzieduszycki; ale okazały

W cofnieniu się swym na ludzi nie hukał,

Zwłaszcza, że ksiądz był wielki — a on mały.

Nieraz zaś przedtem pan Starosta fukał

Na równych sobie, niższym dawał szlagę202,

Licząc na swoją małość i powagę.

Więc co miał w oczach skier, wszystkie zapalił,

Co miał na czole zmarszczków203, zebrał razem.

Sam by się Jowisz oburzony chwalił

Tak olimpijskim na twarzy wyrazem.

Spiorunowany ksiądz się w proch nie walił,

Lecz w jedną szybę okien rzucił głazem;

Na ten brzęk wszystkie ganki i komnaty

Przewiał ogromny wrzask: Konfederaty204.

Starosta spuścił łeb — ksiądz się przybliżył

I wyjął szablę mu złoconą z ręki:

„Przebacz, wielmożny pan, jeślim ubliżył,

Lecz zamek był nam potrzebny; a jęki

Tego człowieka słuszne. Bóg go zniżył.

Ten, co na krzyżu poniósł krwawe męki,

Ten go nam daje; a wyrok nie minie.

Kto mieczem grzeszył, ten od miecza zginie.” —

Podczas tej mowy twarze się wąsate

Pokazywały w podwojach, kołpaki205,

Konfederatki206, czapki i rogate,

I krągłe, i kapuzy207, i pakłaki208,

I owe jeszcze uszami skrzydlate,

Co ekonomów są laurem. Gdy taki

Rój czapek i rój północnych latarek

Zjawił się, rzekł ksiądz: „ja jestem ksiądz Marek!”

Wstrzymał się — powiódł okiem po Staroście.

Zmarszczył się... i rzekł: „dla Kozaka Sawy209,

Który się bije z chłopami na moście,

Wypuścić racę nad zamkiem Ladawy,

Wy się tu, proszę, bracia, nie panoszcie

Rabunkiem, zamek się nie poddał krwawy;

Ale wielmożny dziedzic sam to czuje,

Że opór próżny — więc kapituluje” —

— Na to Starosta krzyknął: „protestuję

Przeciwko zdradzie haniebnej waszmościów,

Jako Rzymianin, z zamku ustępuję.

Mieć nie będziecie nawet moich kościów.” —

Tu mi czytelnik zapewne daruje

Trochę w tej mowie niegramatycznościów;

Lub niechaj raczy ze mną na spoczynek

Do księżycowych wrócić Anielinek.

O! tam poezja gotowa — Romeo!

Pożycz mi twoich słów rozpłomienionych.

Zresztą już Ursę210 mam z Kassyjopeą211,

Mam księżyc i mam dwoje serc pęknionych,

I Filomelę212, co tak jak J. B. O.213

Ów Londyńczyków słowik zapalonych,

Śpiewa dla chcących spać arystokratów,

Tak że go wszyscy dają do stu katów.

O! tam poezja. — Gdyby tylko na to,

Aby się żegnać, warto brać amanty214.

Czuliście kiedy tę łzę lodowatą

Przy pożegnaniu, ciężką jak brylanty?

Te słowa: „pójdę i skonam za kratą215!”

Czyście słyszeli te słodkie kuranty216,

Grane przez wszystkie pozytywki żywe,

A jednak — przysiągłbym, że nie fałszywe.

Czyście żegnali? klęczeli? włos rwali?

Tracili ducha? wymowę? kolory?

Pugilares217 z paszportem? itd.218

Czy przysięgaliście jako upiory

Wrócić po śmierci przy księżycu biali?

Łopotać w okno czarne skrzydłem zmory?

Kochankę swoją w noc poślubną napaść,

Unieść na koniu i w ziemię się zapaść?

Czy wam pozwolił potem los nie wrócić?

Zachować smutku wrażenie niestarte,

I całe życie się przeszłością smucić:

Odwiedzać morza, ludy, Egipt, Spartę,

A zawsze: — „ona teraz musi nucić!

Teraz na księżyc oczy ma otwarte!” —

Ach, takem ja śnił — lecz na piramidzie,

Tfu! — odebrałem list, że za mąż idzie.

To mię cokolwiek zmięszało219 — nie bardzo —

Ale cokolwiek zmięszało, Bóg świadkiem! —

Są ludzie, którzy wtenczas klną i gardzą,

Lecz ja to smutnym nazywam wypadkiem.

Takich dwa: a me serce tak zatwardzą,

Że niezabudką już, ani bławatkiem

Nie da się nigdy wyprowadzić w pole,

Chyba mi posag położą na stole.

Ha, takem zgorzkniał, że nawet nie trącę

W tej pieśni smutnej lutni pożegnania.

Szeptali długo jak wierzby płaczące,

Gołębie słychać tam było gruchania,

Łzy zimne usta zmywają gorące,

Słychać serc bicia, płacze, słowa, łkania,

Już się rozeszli — rzecz skończona! — Horor220!

Miłość przechodzi już w pamiątek kolor...

W kameleona, w serdeczną jaszczurkę,

W rzecz poetycznie piękną, w sen niebieski,

W muzę, Olimpu zamglonego córkę,

W poemat smutny od deski do deski,

W mgłę podnoszącą się z łez, w białą chmurkę

Na tle przeszłości, w gwiazdę, w arabeski

Tęczowe — chmurą obwiedzione złotą.

W dole: Raphaël pinxit221 albo Giotto222.

W galerii siedzi dusza. — O! tęczowa

Kopuło myśli, tyś moim kościołem! —

Wymalowana, jasna, księżycowa

Nad srebrnym duszy wisząca aniołem,

Modlitwą w tobie są rozpaczy słowa,

Serce wygląda jak urna z popiołem

W najtajemniejszej kaplicy stojąca —

Tak jesteś, gdy cię żaden wiatr nie trąca. —

Lecz kiedy burza zawieje i zruszy

Z filarów ciebie, kopuło tęczowa,

Pękasz jak niebo nad aniołem duszy;

Próżno się broni w błyskawicach głowa,

Cały gmach na nią upada i kruszy

I ją, i serce, które biedna chowa

Jak smętny łabędź pod skrzydły223 białemi.

Pękło — popioły rozwiał wiatr po ziemi.

Skończona wielka tragedia powagi

I ciszy greckiej; reszta wiatru wyciem,

Myśl zabłysnęła nagle jak miecz nagi,

Marzenia stają się czynem i życiem,

Czyny się stają piorunem odwagi —

Rozbiły kościół! — Pod jego rozbiciem

I serce pękło, i burza przewyła...

Z wszystkiego... patrzcie co? — krzyż i mogiła.

Przez wszystkie takie sceny odgrywane

W teatrze naszych wnętrzności224 Maurycy

Przejdzie, uczuje sercem każdą zmianę,

Czas mu postawi zwierciadło różnicy,

Czas matematyk. Dziś serce strzaskane.

Ruszył na koniu pędem błyskawicy,

Za nim pasieka, szczęście, przeszłość, ona,

Kto wie za kilka lat, czy jego żona?

Panna Aniela, jeszcze nieświadoma

Odmian, które się w zamku wydarzyły,

Biegła, ścieżeczka przed nią była stroma,

Pomiędzy skalne wijąca się bryły;

Potem sadzawka i ów dąb z rękoma

Założonymi, ów dąb pełen siły,

Który się dawniej kochał bez nadziei,

Jedno swe oko topiąc w Galatei225.

Nad tą sadzawką nasza młoda panna

Już zadyszana stanęła, poprawić

Włosy. Sadzawka była bowiem szklanna,

Można się było w niej oczyma bawić,

I była to gwiazd kryształowych wanna.

I rybki się w niej zaczynały jawić

Długie, błyszczące robiąc korowody,

Ilekroć łezkę rzuciła do wody;

Ale przed rankiem rybki spały na dnie.

Panna Aniela uwiązała włosy,

Nie przypatrzyła się nawet — czy ładnie,

Lękała się tknąć kwiatów pełnych rosy...

I serce biło w niej — bo chciała zdradnie

Do zamku dostać się — a jakieś głosy

W powietrzu cichym brzęczały i gwary,

Jak gdyby przez sen mruczał zamek stary.

Konfederatów był to wrzask daleki,

Którzy już doszli byli do piwnicy.

Panna Aniela wezwała opieki,

Nabożną będąc, u Bogarodzicy —

A wtem, gdy wzniosła do nieba powieki,

Blask jakiś nagły jak od błyskawicy

Całą oślepił. — Nim oddech utracę

W tej strofie, powiem, że ujrzała racę.

Była to owa raca, nakazana

Przez księdza Marka na znak panu Sawie...

Pod biedną panną zadrżały kolana

Z trwogi — wąż leciał, paląc się jaskrawie,

I syczał, i tak jak oko szatana

Spojrzał z błękitu: i tak jako pawie

Piór płomienistych zaokrąglił końce,

I zatrzymany w niebie, trwał jak słońce.

Anieli zdało się, że już odkryta,

Że już ją widzi ojciec, jej dugena226,

Niebo, ta raca na gwiazdach rozbita,

I każda róża w ogniu, i falena227;

Już zdało się jej, że świat cały pyta

I pokazuje ją palcem. — Ta scena

Byłaby bardzo przykra dla tej panny,

Gdyby to zamiast racy był świt ranny.

Lecz raca zgasła i swe włosy złote

W ciemnym powietrzu cicho osypała.

Kilka z tych włosów przez grubą ciemnotę228

Upadło właśnie z nieba tam, gdzie stała

Panna Aniela, myśląc, jak tę psotę

I te wycieczki będzie ubierała

W wymówki; i pod ulewą ognistą

Przybrała na się postać dziwnie czystą.

Różane usta przygryzła zdradliwie,

Z oczu spuszczonych w bok miotała błyski;

Trochę się patrząc smutnie i fałszywie

Przygotowała dla ojca uściski,

Dla guwernantki podobne pokrzywie

Pocałowanie; jeden ukłon niski

Dla pretendenta do obrączki ślubnej,

I z tym ukłonem uśmiech — treści zgubnej.

Mimo to wszystko serce biło szybko,

Coś do tej główki wpadło i pobiegła

Biegnąc, jak gdyby była złotą rybką,

Która od wędki z dala plusk spostrzegła;

I coraz prędzej leciała i gibko

Chwiała się, ogniem twarzyczkę zażegła229,

Zadyszała się — różowa wpadła

W bramę i wkoło spojrzała, i zbladła.

Przy bramie stali obcy ludzie, mnodzy,

Różnego stroju, wąsaci i zbrojni. —

Widać, że byli trzymani na wodzy,

Bo ujrzeli ją i stali spokojni.

Byli to wszystko szlachcice ubodzy,

Patriotyczni bardzo, bogobojni,

Na pierwszy ogień szli, stali przy bramach,

Choć zimno, rzadko który w lisich błamach230.

Nie zapytała ich o nic, nie śmiała

O nic zapytać panna starościanka,

Ale spojrzawszy na nich już nie drżała,

Już wyglądając dumnie jak Rzymianka

Wyprostowana, sroga, trochę biała,

A okiem paląc jak Transteweranka231,

Biegła, jak wicher szła przez korytarze,

O swego ojca twarz patrząca w twarze.

Jako Elektra232 weszła; elektrycznie

Cała się wstrzęsła233, widząc ojca w tłumie,

Który dowodził wtenczas retorycznie,

Że schylić głowy przed nikim nie umie:

Że rad by się był rozsądzić granicznie

Z konfederacją itd. — W szumie

Tych słów nic więcej nie pojęła córa,

Tylko, że ojcu grozi jakaś chmura.

Blady był bowiem starzec, jego ręce

Drżały. — Tu powiem, że Dzieduszyckiemu

Pożyczył niegdyś proszony, naprędce,

Kozaków przeciw panu Pułaskiemu234.

Słusznie więc teraz zbladł jako jarzęce235

Świece, trupowi podobien białemu.

I ów pan, cały purpurowy wczora,

Wyglądał jako statua Komandora236.

Ujrzawszy córka to, nie mówiąc słowa,

Pewnymi kroki do stołu się zbliża,

Widzi, że sterczy w nim sztyletu głowa

W papier utkwiona, więc jak piorun chyża

Wyrywa ów nóż i za gorset chowa.

Wtenczas, by237 ręce Boże zdjęte z krzyża,

Rąk dwoje wyszło spod papieru, obie

Te ręce zdrajca położył na sobie.

I oblały go krwią jasną dziurawe

Dłonie, i włos mu okrwawiły siwy.

Potem ku piersiom poniósł ręce krwawe,

I na żupanie białym, znak straszliwy

Został jak owe ordery plugawe,

Które dziś każdy kat i człowiek krzywy238

Wiesza na piersiach. — Potem się posunął,

Dał krok, zawrzeszczał jak szatan — i runął.

Serce w nim chore biło coraz prędzéj,

Czekając tylko na noża wyjęcie,

I pękło. — Siwy ten sęp z okiem jędzy

Utonął teraz już w dziejów odmęcie;

Ale są życia, co z tej samej przędzy

Winą się239, dla nich ten rym i przeklęcie!

Niech swoją przyszłość w tej pieśni odkryją!

Niech jak psy patrzą na trupa i wyją!

Gdy padł rąk własnych zczerwieniony łzami,

Ksiądz Marek z krzyżem do niego przyskoczył:

Lecz zdrajca za krzyż ukąsił zębami,

A potem ręką odepchnął i zbroczył.

Szmer zgrozy zachwiał w pokoju światłami.

Ksiądz wyjął brewiarz240, ustami namoczył

Palec i karty przewracał z pokorą,

Wiedząc, że duszę tę — już diabli biorą.

Wtenczas Starosta rzucił się do stołu,

Kułakiem stuknął, krzycząc: „rozbójnicy!”

Przemierzył księdza od góry do dołu:

„Waszeć byś lepiej modlił się w kaplicy

Niż — z mojego cię wyklnę Kapitołu241!

Córko, podaj mi papier — kozak242, świécy!

Siadaj tu Panna, et pagina fracta243,

Pisz protestacją, która pójdzie w akta.” —

Posłuszna panna Aniela usiadła,

Chwyciła w rękę pióreczko łabędzie:

A starzec do niej: „ta krew czarna, zsiadła,

Ta krew na stole atramentem będzie.

Umocz tu pióro.” Aniela pobladła:

Krwią był zalany stół aż po krawędzie,

Krwią, co wyciekła z rąk regimentarskich,

Gdy mu przybito do rąk wyrok Barskich244.

Ale posłuszna w krwi zmoczyła pióro.

Potem spojrzała i dreszcz ją przeniknął. —

„Wezwawszy bogów na świadki — pisz córo! —

Których bogdajby wzroku nie uniknął

Ów czyn nieszczęsny i haniebny... iuro245!...”

Tu karmelita ksiądz powstawszy krzyknął:

„Ja egzorcyzmem te szatany zwalczę...

Co ty krwią każesz pisać, bałwochwalcze?

„A ty, panienko, grzech ściągasz na duszę,

Pisząc bluźnierstwa takie krwią człowieka.

Ja was tu jednym znakiem krzyża skruszę,

I na tym miejscu krwi popłynie rzeka,

Gdzie stoję, a te góry palcem ruszę

I na Moskali pójdą! — Kto tu szczeka?

Kto tu urąga się z Bożego Ducha?

Kto tutaj, słysząc, nie słyszy i słucha?

„Zaprawdę, mówię ci, panie Starosto,

Że masz na oczach bielmo i ślepotę.

I powiem ci tu bez ogródek — prosto,

Że prosto idziesz w piekielną ciemnotę246,

Za to cię Pan Bóg chciał ukarać chłostą,

I gdyby nie ja, te komnaty złote

Byłyby dzisiaj twoją krwią zwalane,

I purpurowe, i w ogień odziane.

„Czy nie wiesz o tym? że na Ukrainie

Zaczęła się rzeź247 i szlachty wyrżnięcie?

Pod święconymi nożami krew płynie;

Pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie

W bijące serce. Cały naród ginie,

Jak w zapalonym przez Boga okręcie:

A ty, że byłeś jak miecz obosieczny,

Ale bezczynny: sądzisz, żeś bezpieczny?

„Gdyby nie nasze nad tobą czuwanie,

Dzisiejszej nocy kozak twój, Mohiła,

Miał tu pohulać z tobą, wielki panie.

Dziś by tu wielka rzeź w zamczysku była.

Idź! — on przykuty łańcuchami w ścianie,

A przy nim zbójców powiązanych siła...

Idź! obacz, jakie teraz mają łoże;

Leżą na workach, a w tych workach noże!

„O! taka pościel będzie dla grzesznika,

Co, jak ty, patrzy na mordy spokojnie,

Dziś byłbyś w piekle, tu, bez spowiednika

Zamordowany. — Pan Sawa się zbrojnie

Z twoimi chłopy248 na moście potyka,

I za twą całość249 krew wylewa hojnie.

A twoja siwa się tu rzuca głowa,

Jak gołąb biała, lecz w myślach jałowa.”

Podczas tej mowy pan Starosta w czoło

Księdza jasnemi patrzał się oczyma;

Nagle jak człowiek, gdy ujrzy, że gołą

Zbójca siekierę nad głową zatrzyma...

Zadrżał. — A wtem pan Sawa wszedł wesoło,

Sawa, ogromny skarb dla pisoryma,

Pół Kozak, a pół szlachcic — ten donosił,

Że całą groblę starosty krwią zrosił.

I widać było to na nim; wszedł z brzękiem,

Hucznie, lecz spojrzał i zmięszał się cały,

Ujrzawszy oczy, w których całym pękiem

Kupido trzymał najeżone strzały.

Zamek był broni napełniony szczękiem,

Trup na podłodze, Karmelita biały

Nad trupem, blady Starosta, stół krwawy,

Za stołem panna anielskiej postawy,

Jako Sybilla250 z piórem w ręku. — Basta! —

Na tym się moja pieśń kończy obrazie.

Dalej ujrzycie zapalone miasta,

Szlachcica, z żydem, z psem, na drogoskazie

Wiszących251 — romans w poemat urasta,

Coś w nim o królu będzie, o zarazie,

O Panu Bogu. Pociągnąwszy hausta252,

Jak się rozogni myśl, napiszę Fausta.

Jak się rozgniewam na imaginacją253,

Diabłowi254 oddam bohatera duszę...

I pewnie zyskam wszystkich aprobacją255,

A tych, co płakać ze mną nie chcą — zmuszę.

I demokracją, i arystokracją256

Do łez głębokich trzecią pieśnią wzruszę,

Wziąwszy następnie za rymów dewizę:

Jeżeli gryzę co — to sercem gryzę.