X

Ranek był. Morze rozpalone świtem

Wre z dala, szumi i srebrzy sią w pianę,

Potem portową groblą odłamane,

Brzegi spokojnym oblewa błękitem;

A brzeg wysoko szarzeje granitem.

Wyżej palm błyszczy zieloność wesoła.

Te palmy, w niebo sięgające szczytem,

Jako nam istność malują anioła;

W mgle mają stopy — a w błękicie czoła.

O! jakże smutny fali szum bezdenny,

Co się z cichego morza wydobywa!

I ten las masztów jako las jesienny,

Z którego burza północy gniewliwa

Połowę jasnych liści poobrywa;

A pozostałym da rozliczne szaty,

Liść Sztatudera36 złotem się pokrywa,

Róż Albijonu37 płonią się szkarłaty,

Szronem się Franków osrebrzyły kwiaty.

Słysząc szum żagli — słyszysz jakby we śnie

Gwarzące różnym językiem narody...

Rozdarte gromem skarżą się boleśnie,

Jakby mówiły doznane przygody

I prześcignięte z wiatrami zawody.

A fala milczy — choć może w niej tonie

W tej chwili okręt nadziejami młody;

I jęk rozpaczy wydany przy zgonie

Uczuła fala — lecz zamknęła w łonie.