XII

Widząc ją taką chciałem bronić siebie

I rzekłem: „Luba! jak Bóg jest na niebie,

Z sercaś mi wszystko odpuścić powinna;

Lilija jedna wszystkiemu jest winna.

Otoś ty wczoraj w tym źródle, co bije

Na jasnej łące, myła twarz i szyję;

A tam za tobą prosta, niedaleka,

Jak służebnica, co z rąbkami czeka,

Lilija jedna, cała jasna, w bieli,

Oczekiwała, aż wyjdziesz z kąpieli.

Widząc was obie takie białe, w parze,

Myślałem, że śpiąc o aniołach marzę;

I drżeć zacząłem, i zadrżałem wszystek,

I jeden tylko poruszyłem listek,

Ten listek inne poruszył listeczki,

I szmer się zrobił — ty wybiegłaś z rzeczki;

I takeś prędko uciekała zlękła,

eś łonem kwiatu potrąciła pręty;

I lilijowa wnet łodyga pękła,

I kwiat z niej upadł twoją piersią ścięty;

A jam rozważać zaczął z twarzą bladą,

Jak ten kwiat kruchy, jak ty jesteś zwinna.

I oto dzisiaj rankiem, pod kaskadą —

Nie jam był winien — lecz lilija winna”.