XVII

Jak śpiewający na niebie skowronek,

Z gór słychać było pustelnika dzwonek.

Rzekła raz: „Chodźmy do staruszka celi,

Może rozgrzeszy, może rozweseli,

Dłonie nam zwiąże i kochać ośmieli”.

Tak mówiąc wbiegła do sosnowej chaty,

Szybko zamknęła wszystkie okienice,

Ażeby na nią nie patrzały kwiaty;

I ustroiwszy się jak gór dziewice,

Wybiegła do mnie — myślałem, że padnę!...

Ani jej oczy kiedy takie ładne,

Ani jej usta takie były świeże...

Motyla miała czarnego na głowie,

Ten alabastrów od smagłości strzeże;

I przeświecony od słońca w połowie

Na czoło rzuca skrzydła cieniu duże;

A pod motylem pochowane róże

Spod czarnej gazy patrzały ciekawe,

Na pół zamknięte, świeże, jeszcze łzawe;

Wiedząc, że zawsze strzegę serca strony,

Złośliwy motyl usiadł przechylony.

Myślałem, że mu to skrzydło połamię...

Siadł i na lewe przechylił się ramię.

I któż by wierzył w przeczucia, co straszą,

Gdy wyobraźnia cała szczęściem dumna!

Gdym z góry spojrzał na dolinę naszą,

Szalet się oku wydawał jak trumna,

Maleńki, cichy; kiedym spojrzał z góry,

Nasz ogród z wiszeń jak cmentarz ponury;

I niespokojne o nas gołębice,

I zadumane o nas w łąkach trzody;

Ziemia smutniejsza, błękitniejsze wody,

Zabite śmierci ćwiekiem okienice;

Wszystko zaczęło mię straszyć i smucić,

Jakbyśmy nigdy nie mieli powrócić.

Szedłem posępny i drżący na góry...

Jeziora czarne, głazy, śniegi, chmury;

Girlandy z orłów na błękitnym lodzie,

Słońce czerwone jak krew o zachodzie,

Dom pustelnika śniegiem przysypany

I dwa ogromne na straży brytany,

Krzyżyk na celi, gdzie siadały gile,

Cela, pustelnik stary, księgi w pyle —

Wszystko to dzisiaj już podobne snowi...

Pamiętam tylko, że promień zachodu

Cały się na twarz rzucał Chrystusowi,

Kiedy na palec jej zimny jak z lodu

Kładłem pierścionek..................

.................................