IX

Ludzie, po drzewach szukający wszędzie,

Budzą słowiki i płoszą łabędzie.

Już słychać szmery, już wrzawa szalona,

Że graf otruty, że cierpi, że kona.

Wreszcie okropna wieść do groty wpadła:

Powiernik zaśmiał się — a pani zbladła

I znów skościeli oboje na długo.

Lecz kto by wtenczas ją widział z tym sługą,

Kto by ją widział, kiedy przez kaskadę

Blaski księżyca ją oblały blade,

Kto by w jej usta już nie koralowe,

Ale pobladłe, otwarte, surowe

Spojrzał i słuchał, gdy tak stała cicha,

Jak przez te usta serce w niej oddycha;

Kto by usłyszał, z jakim dzikim wrzaskiem

Wybiegła z ludźmi się spotkać i z blaskiem,

I z obwinieniem, co na każdej twarzy

Przy migającej się pochodni żarzy;

Kto by w tej chwili, nie zalane łezką,

Ale pięknością jasne nadniebieską

Widział jej oczy, gdy je w gwiazdach trzyma

Albo o męża pyta się oczyma:

Ten by ją całkiem miał nie potępioną.

Zepsutą była, niewierną — lecz żoną.