XXXIV

Graf Wacław skonał. O! domysłów płonność!

Na lice wyszła trucizny zieloność:

Ale krew jego już dawno zepsuta;

Ciągła samotność, łzy, wzgarda, pokuta,

To nieraz także te trucizny duszy

Wyjdą na ciało zwiędłe od katuszy

I nieraz lice trupowi odmienia,

Połamią, poskrzą, zsinią, pozielenią:

Więc może i te splamienia Wacława

Nie z gwałtu poszły, lecz z natury prawa;

Lepiej tak wierzyć niż oskarżać ludzi.

Niech się podstępna ciekawość nie trudzi;

Gdy ziemia z siebie rzecz przeklętą zrzuci,

Niechaj spokojność w tłum zmieszany wróci.

Lecz nie, ten zamek wre skargą i gwarem,

Domysły rosną z niepokojem, swarem,

Mówią, że pani chciała ukryć winę,

Mówią, że miała otrucia przyczynę —

Jaką? — Nie można wierzyć w takie baśnie.

Miałażby otruć małżonka — a właśnie

Zadatek nowej miłości i wiary

W jej łonie — po cóż przy kołysce mary?