Banicja podwodna
Co zostaje za rogiem, nie powiewa chusteczką,
nie wywiesza białych ani czarnych flag.
Co nabrzmiewało tłuszczem, rosło w trawach,
stężało w padliną i ciemno jest jak przed burzą.
Dziewczyny kołysały biodrami
w takt czytania poezji, a wiara
marnowała się od niedzieli.
Namówiona do głupoty lespedeza35
straciła wszystkie najlepsze trójlistki
i wyczerpały się stare korowody.
Ktoś miał zawał w wyjściu awaryjnym,
ktoś wołał na pomoc przeznaczenie.
Zostało mi pięć minut na ucieczkę,
ale wykorzystałam cztery.
Rytm opuszcza zapomniane jednostki,
pływające wśród ogłupiałych słupów,
gdzie prędzej można usnąć niż położyć kamień.
Miałam zestaw oczu szklanych i raz wygrałam
w „małego sadystę”, choć starożytny żeglarz
doradzał mi w sprawach mapy i deszczu.
Potem bity amen pakowały się manatki,
żeby nie zapomnieć niczego, co może się
przydarzyć przed nowiem.
Położyłam cyrkiel na szali. Ważny język
ani drgnął. Radosne, podwodne komunikaty
urywały się w połowie. Bo nim zdołał się
zrozumieć koniec z początkiem,
na brzegu wyłączano urządzenie.