1. Masakra na Wyspach Kokosowych

W jednej kwestii Povondra się mylił: strzelanina w pobliżu miasta Kankesanturai nie była pierwszym starciem pomiędzy ludźmi i Płazami. Do pierwszego znanego historykom konfliktu doszło kilka lat wcześniej na Wyspach Kokosowych, jeszcze w czasie złotego wieku pirackich wypraw na Salamandry. Ale nawet to nie był najstarszy incydent tego rodzaju. W portach Oceanu Spokojnego opowiadano nieraz o pewnych godnych politowania przypadkach, gdy Płazy stawiały czynny opór nawet wobec normalnego S-Trade. Jednak o takich drobnostkach historia nie wspomina.

Z tymi Wyspami Kokosowymi, zwanymi też Wyspami Keelinga, było tak. Pewnego razu przypłynął tam piracki statek „Montrose” znanej spółki Harrimana, Pacific Trade, dowodzony przez kapitana Jamesa Lindleya, na zwykły połów Płazów typu Maccaroni. Na Wyspach Kokosowych znana była obfitująca w Płazy zatoka, obsadzona nimi jeszcze przez kapitana van Tocha, ale ze względu na jej oddalenie pozostawiona, jak się to mówi, na łasce bożej. Kapitanowi Lindleyowi nie można było zarzucić nieostrożności, ani tego, że załoga zeszła na brzeg nieuzbrojona. (Wtedy bowiem piracki handel Płazami ujęty był już w regularne formy. Prawdą jest jednak i to, że okręty pirackie i ich załogi bywały przedtem uzbrojone w karabiny maszynowe, a nawet w lekkie działa, wprawdzie nie przeciw Salamandrom, tylko przeciwko nieuczciwej konkurencji innych piratów. Na wyspie Karakelong kiedyś jednak załoga parowca Harrimana starła się z marynarzami duńskiego okrętu, którego kapitan uważał Karakelong za swoje łowisko. Wówczas obie załogi postanowiły wyrównać stare rachunki, zwłaszcza w kwestii prestiżu i konkurencji w handlu, w taki sposób, że zaniechały łowienia Płazów i zaczęły strzelać do siebie z karabinów i hotchkiss’ów. Duńczycy wprawdzie wygrali potyczkę na lądzie na noże, ale okręt Harrimana z powodzeniem ostrzeliwał potem duński statek z armat i zatopił go, razem z kapitanem Nielsem — był to tak zwany Karakelong-incident. Wówczas musiały w tę sprawę wkroczyć odpowiednie urzędy i rządy krajów będących stronami konfliktu. Pirackim okrętom nadal zakazano używania dział, karabinów maszynowych i granatów ręcznych. Poza tym pirackie towarzystwa podzieliły między siebie tak zwane wolne tereny łowieckie, tak że do każdej lokalnej społeczności Płazów mógł zawijać tylko pewien określony statek piracki. To gentelmen’s agreement wielkich piratów było faktycznie dotrzymywane i respektowane także przez małych korsarskich przedsiębiorców). Ale wracając do kapitana Lindleya, postępował on całkowicie w duchu powszechnych handlowych i morskich obyczajów, kiedy na Wyspach Kokosowych wysłał swych ludzi na polowanie na Płazy, uzbrojonych jedynie w pałki i wiosła. Późniejsze urzędowe dochodzenie przyznało zmarłemu kapitanowi rację.

Załogą, która owej księżycowej nocy wyszła na brzeg na Wyspach Kokosowych, dowodził kapitan marynarki Eddie McCarth, doświadczony w tego rodzaju polowaniach. To prawda, że stado Płazów, które znalazł na brzegu, było niezwykle liczne — według szacunków od sześciuset do siedmiuset dorosłych, silnych samców — podczas gdy kapitan McCarth dowodził jedynie szesnastoma ludźmi. Nie można jednak winić go za to, że nie zrezygnował ze swego zadania; nie można już choćby dlatego, że oficerom i załogom okrętów pirackich zwyczajowo wypłacano premię od ilości złowionych sztuk. W późniejszym dochodzeniu urząd morski stwierdził, że „kapitan McCarth jest wprawdzie odpowiedzialny za niefortunny incydent”, ale „w danych okolicznościach prawdopodobnie nikt nie postąpiłby inaczej”. Przeciwnie, nieszczęsny młody oficer wykazał sporo rozwagi w tym, że zamiast powolnego otaczania Płazów — co przy tych proporcjach liczbowych i tak nie mogłoby być skuteczne — zarządził nagły atak, dzięki któremu Jaszczury miały zostać odcięte od morza, zepchnięte w głąb wyspy i pojedynczo ogłuszane uderzeniami pałek i wioseł. Niestety, przy rozwiniętym ataku tyraliera marynarzy się przerwała i prawie dwieście Salamander uciekło do wody. Podczas gdy atakujący zajmowali się Płazami odciętymi od morza, za ich plecami zaczęły rozlegać się wystrzały podmorskich pistoletów (shark-guns). Nikt nie miał pojęcia, że te w naturalnym środowisku żyjące, dzikie Płazy na Wyspach Keelinga są uzbrojone w pistolety przeciw rekinom, i nigdy nie wyjaśniono, kto właściwie zaopatrzył je w broń.

Marynarz Michael Kelly, który przeżył całą katastrofę, opowiada: „Gdy rozległy się wystrzały, myśleliśmy, że strzela do nas jakaś inna załoga, która też przyszła polować na Płazy. Kapitan McCarth odwrócił się natychmiast i krzyknął: »Co robicie, durnie, tu jest załoga «Montrose»!«. W tym momencie został ranny w bok, ale wyciągnął jeszcze rewolwer i zaczął strzelać. Potem dostał drugą kulę w szyję i padł. Dopiero teraz spostrzegliśmy, że to strzelają Płazy i że chcą nam odciąć drogę odwrotu do morza. Wtedy Long Steve uniósł wiosło i rzucił się na Płazy, krzycząc: »Montrose! Montrose!«. My pozostali też krzyczeliśmy »Montrose« i waliliśmy te potwory wiosłami, jak tylko się dało. Chyba pięciu nas tam zostało martwych, a reszta przebiła się do morza. Long Steve wskoczył do wody i brodził w kierunku łodzi, ale tam uwiesiło się na nim kilka Płazów i ściągnęły go pod wodę. Charliego też utopiły. Darł się do nas: »Chłopcy, rany boskie, chłopcy, nie dajcie mnie!«, ale my nie mogliśmy mu pomóc. Te świnie strzelały nam w plecy. Bodkin się odwrócił i dostał w brzuch, wykrztusił tylko »ach nie« i padł. Postanowiliśmy dostać się z powrotem w głąb wyspy. Wcześniej rozwaliliśmy na tych ścierwach wiosła i pałki, więc teraz zmykaliśmy jak zające. Zostało nas już tylko czterech. Baliśmy się uciekać daleko od brzegu, że nie dostaniemy się z powrotem na statek. Schowaliśmy się za skałami i krzakami i musieliśmy patrzeć, jak Płazy dobijają naszych towarzyszy. Topiły ich w wodzie jak kocięta, a jeśli któryś jeszcze pływał, waliły go lewarkiem w głowę. Dopiero teraz poczułem, że mam zwichniętą nogę i nie mogę zrobić ani kroku”.

Zdaje się, że tymczasem kapitan James Lindley, który został na „Montrose”, usłyszał tę strzelaninę dochodzącą z wyspy. Czy myślał, że doszło tam do jakiegoś starcia z tubylcami, czy też że są tam inni handlarze Płazami, w każdym razie wziął kucharza i dwóch mechaników, którzy byli jeszcze na statku, kazał załadować na pozostałą łódź karabin maszynowy, który przezornie, choć wbrew surowemu zakazowi, ukrywał na statku, i popłynął swej załodze na pomoc. Był na tyle ostrożny, że nie wyszedł na brzeg; przybił tylko do niego łodzią, na której dziobie umocowany był ów karabin, i stanął „z założonymi rękami”. Oddajmy teraz głos marynarzowi Kelly’emu.

„Nie chcieliśmy wołać kapitana, żeby nas Płazy nie znalazły. Pan Lindley stanął w łodzi z założonymi rękami i zawołał: »Co tu się dzieje?«. Wtedy Płazy zwróciły się ku niemu. Na brzegu było ich kilkaset i wciąż nowe wypływały z morza i otaczały łódź. »Co się tu dzieje?« — ponownie spytał kapitan. Wtedy jeden wielki Płaz podpłynął bliżej i powiedział: »Odpłyńcie stąd!«.

Kapitan spojrzał na niego, przez chwilę nic nie mówił, a potem zapytał: »Jesteś Płazem?«.

»Wszyscy jesteśmy Płazami — powiedział ten Jaszczur. — Niech pan stąd odpłynie!«.

»Chcę wiedzieć, co zrobiliście z moimi ludźmi« — powiedział nasz stary.

»Nie powinni nas byli atakować — odparł Płaz. — Wracajcie na wasz statek!«.

Kapitan znowu przez chwilę milczał, a potem całkiem spokojnie rozkazał: »Jenkins, ognia!«.

I mechanik Jenkins zaczął strzelać do Płazów z karabinu maszynowego”.

(Przy późniejszym badaniu całej sprawy urząd morski oświadczył dosłownie: „W tym względzie Capt. James Lindley postępował tak, jak należy oczekiwać od brytyjskiego marynarza”).

„Płazy były zbite w gromadę — opisywał dalej Kelly — więc padały jak ścięty łan żyta. Niektóre strzelały z tych swoich pistoletów do pana Lindleya, ale on stał z założonymi rękami i nawet nie drgnął. Wtedy wynurzył się z wody za łodzią czarny Płaz, który trzymał w łapie coś jakby blaszaną puszkę do konserw, drugą ręką coś z niej oderwał i rzucił ją do wody pod łódź. Po paru sekundach wytrysnął w tym miejscu w górę słup wody i słychać było stłumiony, ale silny wybuch, aż ziemia zatrzęsła nam się pod nogami”.

(Na podstawie relacji Kelly’ego prowadzący dochodzenie urząd uznał, że chodziło o materiał wybuchowy W 3, który dostarczano Płazom pracującym przy umocnieniach Singapuru do rozbijania skał pod wodą. Ale to, w jaki sposób te ładunki dostały się z rąk tamtejszych Płazów na Wyspy Kokosowe, pozostało zagadką. Jedni przypuszczali, że przewozili je ludzie, inni uważali, że Jaszczury już wtedy musiały mieć jakiś sposób kontaktowania się na odległość. Opinia publiczna domagała się wówczas, by zabronić dawania Płazom do rąk tak niebezpiecznych materiałów wybuchowych. Jednakże odpowiedni urząd oświadczył, że na razie nie można „wysoce skutecznego i stosunkowo bezpiecznego” materiału wybuchowego W 3 zastąpić innym. I tak już zostało).

„Łódź wyleciała w powietrze — kontynuował Kelly swe zeznanie — i rozpadła się na kawałki. Na miejsce zbiegały się Płazy pozostałe jeszcze przy życiu. Nie widzieliśmy, czy pan Lindley żyje, ale wszyscy trzej towarzysze — Donovan, Burke i Kennedy — wyskoczyli i pobiegli mu na pomoc, żeby nie wpadł w ręce tym Płazom. Ja też chciałem pobiec, ale miałem zwichniętą kostkę, usiadłem więc i obiema rękami ciągnąłem za stopę, żeby nastawić skręcony staw. Nie wiem, co się w owej chwili działo, lecz kiedy spojrzałem w tamtą stronę, Kennedy leżał twarzą w piasku, a po Donovanie i Burkem nie było śladu. Tylko pod wodą coś się jeszcze kotłowało”.

Marynarz Kelly uciekł potem w głąb wyspy, gdzie trafił do wioski tubylców. Ci jednak zachowywali się względem niego dziwnie i nie chcieli nawet udzielić mu schronienia. Może bali się Płazów. Dopiero po siedmiu tygodniach jakaś łódź rybacka znalazła dokumentnie splądrowaną i opuszczoną „Montrose”, zakotwiczoną przy Wyspach Kokosowych, i uratowała też Kelly’ego.

Kilka tygodni później przypłynęła na Wyspy Kokosowe brytyjska kanonierka Jego Wysokości „Fireball” i na kotwicy wyczekiwała nocy. Była to jasna noc przy pełni księżyca. Z morza wyszły Płazy, usiadły na piasku w wielkim kręgu i zaczęły swój uroczysty taniec. Wtedy okręt Jej Wysokości wystrzelił pierwszy szrapnel w środek kręgu. Jaszczury, o ile nie zostały rozszarpane na strzępy, na moment zdrętwiały, a potem rzuciły się ku wodzie. W tej chwili zagrzmiała straszliwa salwa z sześciu dział, i tylko kilka rannych Salamander pełzło jeszcze ku morzu. Potem rozległa się druga i trzecia salwa.

Następnie okręt Jego Wysokości cofnął się mniej więcej pół mili i zaczął strzelać pod wodę, płynąc powoli wzdłuż brzegu. Trwało to sześć godzin i wystrzelono jakieś osiemset pocisków. Potem okręt „Fireball” odpłynął. Jeszcze przez dwa dni powierzchnia morza w pobliżu Wysp Keelinga pokryta była tysiącami ciał rozszarpanych Płazów.

Tej samej nocy holenderski okręt wojenny „Van Dijck” oddał trzy salwy do gromady Płazów na wysepce Goenong Api. Japoński krążownik „Hakodate” trzykrotnie wystrzelił z armaty w kierunku wysepki Płazów — Ailinglaplap. Francuska kanonierka „Bechamel” rozproszyła trzema uderzeniami taniec Płazów na wyspie Rawaiwai. Było to ostrzeżenie pod adresem Płazów. Nie było ono daremne: podobny przypadek (nazwano go Keeling-killing) już więcej się nie powtórzył i zarówno legalny, jak i nielegalny handel Płazami mógł nadal kwitnąć bez przeszkód.

2. Zajścia w Normandii

Inny charakter miał konflikt w Normandii, do którego doszło nieco później. Tamtejsze Płazy, pracujące głównie w Cherbourgu i zamieszkujące okoliczne wybrzeże, bardzo polubiły jabłka. Ponieważ jednak pracodawcy nie chcieli im ich dostarczać oprócz zwykłego pożywienia dla Płazów (ponoć zwiększyłoby to koszty budowy ponad ustalony budżet), Płazy organizowały złodziejskie wyprawy do pobliskich sadów owocowych. Wieśniacy skarżyli się na to w prefekturze i Płazy dostały surowy zakaz włóczenia się po wybrzeżu, poza tak zwaną jaszczurczą strefą, ale to nic nie pomogło. Ginęło coraz więcej owoców w sadach, ginęły też ponoć jajka z kurników, i każdego rana znajdowano coraz więcej zabitych psów stróżujących. Wtedy wieśniacy zaczęli sami pilnować swoich sadów, uzbrojeni w stare strzelby, i strzelali do kłusujących Płazów. Ostatecznie pozostałoby to jedynie lokalną sprawą, ale normandzcy wieśniacy, rozgoryczeni między innymi również tym, że podniesione zostały podatki i podrożała amunicja, zapałali do Płazów śmiertelną nienawiścią i organizowali na nie najazdy całymi uzbrojonymi zgrajami. Gdy zaczęli masowo zabijać Płazy także w ich miejscach pracy, poskarżyli się prefektowi przedsiębiorcy prowadzący budowy wodne i prefekt zarządził, żeby wieśniakom odebrać ich zardzewiałe pukawki. Wieśniacy jednak bronili się przed tym i dochodziło do nieprzyjemnych konfliktów z żandarmerią. Zaciekli Normandczycy oprócz Płazów zaczęli zabijać też żandarmów. Do Normandii ściągnięto posiłki policyjne, które przeszukiwały na wsiach dom po domu.

Właśnie w tym czasie wydarzyła się bardzo nieprzyjemna historia. W okolicy Coutances wiejskie chłopaki napadły na Płaza, który ponoć podejrzanie kręcił się w pobliżu kurnika, otoczyły go, przypartego plecami do ściany stodoły, i zaczęły rzucać w niego cegłami. Ranna Salamandra zamachnęła się i rzuciła na ziemię coś podobnego do jajka. Nastąpił wybuch, który rozerwał na kawałki Płaza, ale także trzech chłopców: jedenastoletniego Pierre’a Cajusa, szesnastoletniego Marcela Bérarda i piętnastoletniego Louisa Kermadeca. Oprócz tego pięcioro dzieci zostało lżej lub ciężej rannych. Wieść o tym rozniosła się po całej okolicy. Około siedmiuset ludzi zjechało się zewsząd autobusami; napadli oni na osadę Płazów w zatoce Basse Coutances, uzbrojeni w strzelby, widły i cepy. Jakieś dwadzieścia Płazów zostało zabitych, zanim żandarmom udało się zapanować nad rozwścieczonym tłumem. Wezwani z Cherbourga saperzy otoczyli zatokę Basse Coutances ogrodzeniem z drutu kolczastego. Lecz w nocy Salamandry wyszły z morza, ręcznymi granatami rozwaliły kolczaste zasieki i najwyraźniej szykowały się do wypadu w głąb lądu. Ciężarówki wojskowe przywiozły w pośpiechu kilka kompanii piechoty z karabinami maszynowymi i kordon wojska starał się oddzielić Jaszczury od ludzi. Tymczasem wieśniacy demolowali urzędy skarbowe i posterunki żandarmerii, a jeden nielubiany poborca podatkowy został powieszony na latarni z tabliczką „Precz z Płazami!”. Gazety, zwłaszcza niemieckie, pisały o rewolucji w Normandii. Rząd w Paryżu ogłosił jednak stanowcze dementi.

Podczas gdy krwawe starcia wieśniaków z Płazami rozszerzały się na wybrzeże Calvadosu, Pikardię i Pas-de-Calais, z Cherbourga wypłynął stary francuski krążownik „Jules Flambeau” w stronę zachodniego wybrzeża Normandii. Chodziło tylko o to, jak później zapewniano, żeby jego obecność wpłynęła uspokajająco zarówno na tamtejszych mieszkańców, jak i na Płazy. „Jules Flambeau” zatrzymał się półtorej mili od zatoki Basse Coutances. Gdy zapadła noc, dowódca statku rozkazał, by dla większego wrażenia puszczano kolorowe race. Wielu ludzi na wybrzeżu przyglądało się temu pięknemu widowisku. Nagle usłyszeli syczący pomruk i przy dziobie okrętu wystrzelił w powietrze ogromny słup wody. Okręt przechylił się i w tej chwili nastąpił potężny wybuch. Widać było, że krążownik tonie. W ciągu kwadransa z okolicznych portów przybyły na pomoc łodzie motorowe, ale okazały się niepotrzebne. Oprócz trzech mężczyzn zabitych przy samym wybuchu, cała załoga ocalała, a „Jules Flambeau” zatonął pięć minut po tym, jak jego kapitan jako ostatni opuścił pokład ze słowami: „Nic się nie da zrobić”.

Urzędowy komunikat, wydany jeszcze tej samej nocy, głosił, że „stary krążownik »Jules Flambeau«, który w najbliższych tygodniach miał zostać wyłączony z eksploatacji, najechał podczas nocnego rejsu na podwodne skały i wskutek wybuchu kotłów zatonął”. Ale gazety nie dały się tym uspokoić. Podczas gdy półoficjalne organa twierdziły, że statek natknął się na niemiecką minę nowoczesnej produkcji, opozycyjne i zagraniczne gazety przynosiły bijące w oczy tytuły:

Francuski krążownik storpedowany przez płazy!

Zagadkowe zdarzenie u wybrzeży Normandii!

Bunt Płazów!

„Wzywamy do odpowiedzialności — pisał żarliwie w swej gazecie poseł Barthélemy — tych, którzy uzbroili zwierzęta przeciw ludziom; tych, którzy dali Płazom do rąk bomby, żeby nimi zabijały francuskich wieśniaków i bawiące się niewinne dzieci; tych, którzy dali morskim potworom najnowocześniejsze torpedy, żeby mogły nimi zatapiać francuską flotę, gdy tylko się im zachce. Powtarzam, wzywamy do odpowiedzialności: niech zostaną oskarżeni o zbrodnię, niech zostaną postawieni przed sądem wojennym za zdradę ojczyzny, niech zostanie zbadane, ile dostali od producentów uzbrojenia za to, że zaopatrują morskie kanalie w broń przeciwko cywilizowanej ludzkości!”. I tak dalej. Po prostu zapanowała powszechna panika, ludzie zbierali się na ulicach i zaczęto stawiać barykady. Na paryskich bulwarach stali senegalscy strzelcy z karabinami ustawionymi w kozły, a na przedmieściach czekały czołgi i auta pancerne. Wówczas na sali sejmowej powstał minister żeglugi morskiej, François Ponceau, blady, ale zdeterminowany, i przemówił: „Rząd bierze na siebie odpowiedzialność za to, że uzbroił Płazy na francuskim wybrzeżu w strzelby, podwodne karabiny maszynowe, baterie dział podmorskich i wyrzutnie torped. Lecz podczas gdy francuskie Płazy mają tylko lekkie działa małego kalibru, niemieckie Salamandry uzbrojone są w podmorskie moździerze kalibru 32 cm. Podczas gdy na francuskim wybrzeżu jeden podmorski skład granatów ręcznych, torped i materiałów wybuchowych wypada średnio na dwadzieścia cztery kilometry, na włoskim wybrzeżu głębinowe arsenały broni rozmieszczone są co dwadzieścia, a w wodach niemieckich co osiemnaście kilometrów. Francja nie może pozostawić i nie pozostawi swych wybrzeży bez ochrony. Francja nie może zrezygnować ze swych Płazów. Minister polecił już jak najdokładniej zbadać, kto jest winien fatalnych nieporozumień na wybrzeżu Normandii. Wydaje się, że Płazy wzięły kolorowe race za sygnał do interwencji wojskowej i chciały się bronić. Na razie zarówno dowódca okrętu »Jules Flambeau«, jak i prefekt miasta Cherbourga zostali odwołani ze swych stanowisk. Specjalna komisja bada też, jak przedsiębiorcy realizujący zlecenia na prace wodne traktują Płazy. W przyszłości będzie w tym względzie nakazany ścisły dozór. Rząd ubolewa głęboko z powodu strat w ludziach. Młodzi bohaterowie narodowi — Pierre Cajus, Marcel Bérard i Louis Kermadec zostaną odznaczeni i pochowani na koszt państwa, a ich rodziny otrzymają rentę honorową. W najwyższym dowództwie marynarki nastąpią istotne zmiany. Kwestią udzielenia rządowi wotum zaufania Wysoka Izba zajmie się, gdy tylko rząd będzie w stanie przedstawić dokładniejsze informacje”.

Następnie gabinet zapowiedział stałe posiedzenie.

Tymczasem prasa — zależnie od zabarwienia politycznego — proponowała karną, likwidacyjną, kolonizacyjną albo krzyżową wyprawę przeciw Płazom, strajk generalny, dymisję rządu, aresztowanie przedsiębiorców zatrudniających Płazy, aresztowanie komunistycznych przywódców i agitatorów i wiele innych podobnych działań ratunkowych. Słysząc pogłoski o możliwym zamknięciu wybrzeży i portów, ludzie zaczęli gorączkowo zaopatrywać się w artykuły spożywcze i ceny wszystkich towarów rosły w zawrotnym tempie. W miastach przemysłowych wybuchły zamieszki antydrożyźniane. Giełdę zamknięto na trzy dni. Była to najbardziej napięta i najgroźniejsza sytuacja w ostatnich trzech, czterech miesiącach. Wówczas do całej sprawy zręcznie wmieszał się minister rolnictwa Monti. Zarządził mianowicie, żeby na francuskim wybrzeżu dwa razy w tygodniu wsypywano do morza tyle i tyle set wagonów jabłek dla Płazów, ale na koszt państwa. To rozporządzenie niezwykle zadowoliło Płazy i uspokoiło sadowników w Normandii i gdzie indziej. Ale Monti poszedł jeszcze dalej w tym kierunku: ponieważ już od dłuższego czasu poważnie wrzało w regionach winiarskich, cierpiących na brak zbytu, minister zarządził, by państwo dopłacało do Płazów w taki sposób, że każda Salamandra będzie dostawać dziennie pół litra białego wina. Płazy początkowo nie umiały sobie z tym winem poradzić, gdyż dostawały po nim silnych biegunek, i wylewały je do morza. Jednak z biegiem czasu najwyraźniej przywykły do niego, i — zgodnie z obserwacjami — od tego czasu francuskie Płazy parzyły się z większym zapałem, chociaż z mniejszą płodnością niż wcześniej. Tym sposobem została za jednym zamachem rozwiązana kwestia agrarna i afera z Płazami. Groźne napięcie zostało zażegnane, a kiedy wkrótce doszło do nowego kryzysu rządowego z powodu skandalu finansowego Mme Töppler, sprytny i doświadczony Monti został w nowym gabinecie ministrem żeglugi.

3. Incydent w kanale La Manche

Nieco później belgijski statek transportowy „Oudenbourg” płynął z Ostendy do Ramsgate. Gdy był pośrodku Cieśniny Kaletańskiej, oficer pełniący służbę zaobserwował, że pół mili na południe od wyznaczonego kursu „coś się dzieje w wodzie”. Nie mogąc stwierdzić z tej odległości, czy ktoś tam nie tonie, rozkazał płynąć ku temu silnie wzburzonemu miejscu. Przeszło dwustu pasażerów przyglądało się z nawietrznej strony statku dziwnemu widowisku: tu i ówdzie woda tryskała pionowym strumieniem, tu i ówdzie wyskoczyło z niej jakieś czarne ciało. Przy tym powierzchnia wody na przestrzeni jakichś trzystu metrów szaleńczo wirowała i kipiała i słychać było gwałtowne trzaski i huki. Było to coś jakby podwodna erupcja jakiegoś mniejszego wulkanu. Kiedy „Oudenbourg” powoli zbliżył się do tego miejsca, nagle jakieś dziesięć metrów od dziobu pojawiła się ogromna fala i rozległ się straszny wybuch. Cały statek uniósł się gwałtownie, a na pokład spadł deszcz niemal wrzącej wody. Równocześnie z nią na dziobie plasnęło o pokład mocne czarne cielsko, które wiło się, wydając przy tym przeraźliwy skrzekot. Był to przerażony i poparzony Płaz. Dowodzący oficer rozkazał dać pełną parą wstecz, żeby statek nie wpłynął w sam środek tego wybuchającego piekła. Jednak eksplozje słychać już było ze wszystkich stron, a powierzchnia morza usiana była szczątkami rozerwanych Płazów. W końcu udało się zawrócić okręt i „Oudenbourg” pełną parą uciekał na północ. Wtem zagrzmiał potworny wybuch mniej więcej sześćset metrów za jego rufą i z morza wytrysnął olbrzymi słup wody i pary o wysokości chyba stu metrów. „Oudenbourg” wziął kurs na Harwich i wysyłał na wszystkie strony drogą radiową ostrzeżenie: „Uwaga, uwaga, uwaga! Na linii Ostenda–Ramsgate duże niebezpieczeństwo podwodnych eksplozji. Nie wiemy, czym one są. Radzimy wszystkim okrętom omijać to miejsce!”. Tymczasem nadal trwało dudnienie i grzmoty, jak w czasie morskich manewrów, ale nie było nic widać z powodu strzelającej w górę wody i pary. Z Dover i z Calais wypłynęły już pełną parą torpedowce i niszczyciele, także eskadry samolotów wojskowych pędziły na to miejsce, lecz kiedy tam dotarły, zastały jedynie powierzchnię morza zmętniałą od żółtego mułu i pokrytą ogłuszonymi i rozszarpanymi Płazami.

W pierwszej chwili mówiło się o wybuchu jakichś min w Kanale, ale gdy po obu stronach Cieśniny Kaletańskiej wybrzeża zamknęły kordony wojska i gdy angielski premier po raz czwarty w historii przerwał w sobotni wieczór swój weekend i pospiesznie wrócił do Londynu, zaczęto wyczuwać, że chodzi o wydarzenie o bardzo poważnym międzynarodowym znaczeniu. Gazety przynosiły najbardziej alarmujące wieści, ale o dziwo pozostawały tym razem daleko w tyle za rzeczywistością. Nikt nawet nie przeczuwał, że przez kilka krytycznych dni Europa, a z nią cały świat, znajdowała się o krok od wojennej pożogi. Dopiero gdy po paru latach członek ówczesnego brytyjskiego gabinetu sir Thomas Mulberry przegrał w wyborach do parlamentu i w rezultacie tego wydał swój polityczny pamiętnik, można było przeczytać w nim, co się wtedy właściwie działo. Lecz w tym czasie nikogo to już nie interesowało.

Najzwięźlej rzecz ujmując, sprawy wyglądały następująco: zarówno Francja, jak i Anglia zaczęły, każda ze swej strony, budować w kanale La Manche podmorskie umocnienia, dzięki którym można by w razie wojny zamknąć cały Kanał. Potem jednak oba mocarstwa oskarżały się nawzajem, że zaczęło to drugie. Najprawdopodobniej jednak oba rozpoczęły prace umocnieniowe jednocześnie z obawy, że sąsiednie zaprzyjaźnione państwo mogłoby ukończyć je wcześniej. Krótko mówiąc, pod powierzchnią Cieśniny Kaletańskiej wyrastały na wprost siebie dwie ogromne betonowe fortece, uzbrojone w ciężkie działa, wyrzutnie torped, otoczone rozległymi polami minowymi i wyposażone we wszelkie najnowocześniejsze zdobycze techniki wojskowej, jakie w tym czasie dał człowiekowi do dyspozycji postęp w sztuce wojennej. Po stronie angielskiej ta straszliwa głębinowa twierdza obsadzona była przez dwie dywizje ciężkich Płazów i mniej więcej trzydzieści tysięcy Salamander-robotników, po stronie francuskiej — przez trzy dywizje pierwszorzędnych Płazów bojowych.

Wydaje się, że owego krytycznego dnia na dnie morskim pośrodku Kanału spotkała się brygada pracownicza brytyjskich Płazów z Salamandrami francuskimi i że doszło między nimi do jakiegoś nieporozumienia. Po stronie francuskiej twierdzono, że ich spokojnie pracujące Płazy zostały napadnięte przez Jaszczury brytyjskie, które chciały je przepędzić. Brytyjskie uzbrojone Płazy ponoć próbowały wziąć do niewoli kilka Płazów francuskich, ale te się broniły. Potem brytyjskie Salamandry wojskowe zaczęły rzucać w stronę francuskich Płazów-robotników ręczne granaty i strzelać do nich z moździerzy, toteż francuskie Płazy zostały zmuszone do użycia takiej samej broni. Rząd francuski jest zmuszony domagać się od rządu Jego Wysokości pełnej satysfakcji i ewakuacji wojsk ze spornego podmorskiego terenu, a także zapewnienia, że podobne przypadki już się nie powtórzą.

W odpowiedzi rząd brytyjski wystosował specjalną notę do rządu Republiki Francuskiej, oświadczając w niej, że francuskie zmilitaryzowane Płazy przedostały się na angielską połowę Kanału w celu rozmieszczenia tam min. Brytyjskie Płazy zwróciły im uwagę, że znajdują się na terenie ich miejsca pracy, na co francuskie uzbrojone po zęby Salamandry odpowiedziały, rzucając ręczne granaty, którymi zabiły kilka Płazów-robotników brytyjskich. Rząd Jego Wysokości z żalem jest zmuszony domagać się od rządu Republiki Francuskiej pełnej satysfakcji i gwarancji, że w przyszłości francuskie Płazy bojowe nie wkroczą na angielską połowę kanału La Manche.

Na to rząd francuski oświadczył, że nie może nadal tolerować tego, aby sąsiednie państwo budowało podmorskie fortyfikacje w bezpośredniej bliskości francuskiego wybrzeża. Co się tyczy nieporozumienia na dnie Kanału, rząd Republiki proponuje, aby w duchu Konwencji Londyńskiej sporna kwestia została przedstawiona Sądowi Rozjemczemu w Hadze.

Rząd brytyjski odpowiedział, że nie może i nie zamierza poddawać bezpieczeństwa brytyjskich wybrzeży żadnym zewnętrznym decyzjom. Jako napadnięte państwo domaga się ponownie i z całym naciskiem przeprosin, wynagrodzenia szkód i gwarancji na przyszłość. Równocześnie śródziemnomorska flota angielska, stacjonująca w pobliżu Malty, wypłynęła pełną parą w kierunku zachodnim. Flota atlantycka otrzymała rozkazy, by skoncentrować się w pobliżu Portsmouth i Yarmouth.

Rząd francuski zarządził mobilizację pięciu roczników rezerwistów marynarki wojennej.

Wydawało się, że żadne z państw nie może już teraz ustąpić. Ostatecznie było jasne, że nie chodzi o nic innego, jak tylko o panowanie nad Kanałem. W tym krytycznym momencie sir Thomas Mulberry odkrył zadziwiający fakt, że po stronie angielskiej żadne robocze ani wojskowe Płazy właściwie (przynajmniej de jure) nie istnieją, bowiem na Wyspach Brytyjskich do tej pory obowiązuje zakaz wydany kiedyś za czasów sir Samuela Mandevilla, wedle którego ani jedna Salamandra nie może zostać zatrudniona na wybrzeżu ani na wodach terytorialnych Wysp Brytyjskich. Wobec tego rząd brytyjski nie mógł oficjalnie twierdzić, że francuskie Płazy zaatakowały Płazy brytyjskie. Cała sprawa sprowadzała się zatem do problemu, czy francuskie Salamandry celowo czy tylko przez pomyłkę wkroczyły na dno brytyjskich wód terytorialnych. Urzędy Republiki obiecały, że to zbadają. Rząd angielski nie zaproponował nawet, żeby przedstawić spór Międzynarodowemu Trybunałowi w Hadze. Ponadto brytyjska i francuska admiralicja uzgodniły, że pomiędzy podmorskimi fortyfikacjami w kanale La Manche utworzona zostanie neutralna strefa o szerokości pięciu kilometrów, co niezwykle wzmocniło przyjaźń między oboma państwami.