11. Autor rozmawia sam ze sobą

— Chcesz to tak zostawić? — odezwał się w tym miejscu wewnętrzny głos autora.

— Niby co? — zapytał pisarz trochę niepewnie.

— Pozwolisz Povondrze tak po prostu umrzeć?

— No... — bronił się autor — robię to niechętnie, ale... W końcu Povondra ma już swoje lata. Powiedzmy, że jest już dobrze po siedemdziesiątce.

— I pozwolisz mu się tak dręczyć? Nie powiesz mu nawet: „Dziadku, przecież nie jest aż tak źle, świat nie zginie z powodu Płazów i ludzkość ocaleje, niech pan tylko zaczeka, a dożyje pan tego”? Proszę cię, nie możesz nic dla niego zrobić?

— Może mu przyślę lekarza — zaproponował autor. — Staruszek ma pewnie gorączkę z nerwów. W tym wieku może jednak dostać z tego zapalenia płuc, ale może z Bożą pomocą przeżyje. Może będzie jeszcze huśtać Marzenkę na kolanach i wypytywać, czego się w szkole nauczyła... Pogodna starość. Boże, niech ma staruszek jeszcze pogodną starość!

— Ładnie mi pogodna — kpił wewnętrzny głos. — Będzie to dziecko przytulać starymi rękami i bać się, człowieku, bać się, że i ono będzie kiedyś uciekać przed huczącymi wodami, które nieodwracalnie zalewają cały świat. Będzie z przerażeniem marszczyć swe krzaczaste brwi i szeptać: „To ja zrobiłem, Marzenko, to moja wina”. Posłuchaj, naprawdę chcesz skazać całą ludzkość na zagładę?

Autor sposępniał.

— Nie pytaj mnie, co ja chcę. Myślisz, że to z mojej woli ludzkie lądy rozpadają się na kawałki? Myślisz, że chciałem takiego zakończenia? To jest po prostu logika wydarzeń. Czyż ja mogę w nią ingerować? Robiłem, co mogłem. Ostrzegałem ludzi zawczasu. Ten X to byłem po części ja. Mówiłem: „Nie dawajcie Płazom broni ani materiałów wybuchowych, porzućcie ten wstrętny handel z Salamandrami” i tak dalej. Sam wiesz, jak się to skończyło. Wszyscy mieli tysiące absolutnie słusznych ekonomicznych i politycznych argumentów, dlaczego jest to niemożliwe. Ja nie jestem politykiem ani ekonomistą, ja ich przecież nie mogę przekonywać. Co zrobić... świat pewnie zginie, zostanie zatopiony, ale stanie się tak przynajmniej z powszechnie akceptowanych przyczyn politycznych i ekonomicznych, przynajmniej dokona się to z pomocą nauki, techniki i opinii publicznej, przy użyciu całej ludzkiej pomysłowości! Żadna katastrofa kosmiczna, tylko same przyczyny natury państwowej, mocarstwowej, ekonomicznej i innej. Na to nie można nic poradzić.

Głos wewnętrzny milczał przez chwilę.

— A nie żal ci ludzkości?

— Poczekaj, nie tak szybko! Przecież nie musi zginąć cała ludzkość. Płazy potrzebują tylko więcej wybrzeży, żeby miały gdzie mieszkać i składać jaja. One pewnie zamiast zwartych lądów zrobią z suchej ziemi same długie makarony, żeby tych wybrzeży było jak najwięcej. Powiedzmy, że na tych pasach ziemi jacyś ludzie się utrzymają, co nie? I będą produkować metale i inne rzeczy dla Salamander. Płazy przecież nie mogą same pracować przy ogniu, wiesz przecież.

— A więc ludzie będą służyć Płazom.

— Będą, jeśli chcesz to tak nazywać. Będą po prostu pracować w fabrykach tak jak teraz, tylko będą mieć innych panów. Koniec końców, może nawet tak wiele się nie zmieni.

— I nie żal ci ludzkości?

— Na boga, daj mi spokój! Co mam zrobić? Przecież ludzie sami tego chcieli. Wszyscy chcieli mieć Płazy. Chciał je mieć handel, przemysł i technika, chcieli je politycy i wojskowi... I młody Povondra to mówił: wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni. Jakże nie byłoby mi żal ludzkości! Ale najbardziej było mi jej żal, kiedy widziałem, jak sama za wszelką cenę dąży do tej zagłady. Człowiekowi chce się krzyczeć, kiedy na to patrzy. Wrzeszczałby i wznosił obie ręce do nieba, jakby widział pociąg wjeżdżający na niewłaściwe tory. Teraz nie da się już tego powstrzymać. Płazy będą się dalej rozmnażać, będą nadal kruszyć stare lądy... Przypomnij sobie tylko, czego dowodził Wolf Meynert: że ludzie muszą zrobić miejsce Płazom i że dopiero Salamandry stworzą szczęśliwy, niepodzielony, homogeniczny świat.

— No wiesz, Wolf Meynert! Wolf Meynert jest intelektualistą. A znasz coś strasznego, zabójczego i bezsensownego, czym by jakiś intelektualista nie chciał odrodzić świata? Ech, dajmy temu spokój! Nie wiesz, co teraz robi Marzenka?

— Marzenka? Myślę, że bawi się na Vyszehradzie. „Musisz być cicho — powiedzieli jej — bo dziadek śpi”. Więc nie wie, co ma robić i okropnie się nudzi.

— I co robi?

— Nie wiem. Prawdopodobnie stara się dosięgnąć czubkiem języka koniec nosa.

— No widzisz. A ty byś chciał dopuścić do nowego potopu świata?

— Przestań! Czy ja mogę czynić cuda? Niech się stanie, co się musi stać! Niech sprawy toczą się nieodwracalnym biegiem! To też jest swego rodzaju pociechą, że to, co się dzieje, dzieje się w zgodzie z dziejową koniecznością i prawem.

— A nie można by tych Płazów jakoś powstrzymać?

— Nie można. Jest ich za dużo. Trzeba zrobić dla nich miejsce.

— Nie dałoby się sprawić, żeby jakoś wymarły? Mogłyby na przykład ulec jakiejś chorobie albo degeneracji...

— To byłoby zbyt proste, bracie. Dlaczego Przyroda ma wciąż naprawiać to, co ludzie zepsuli? Więc nawet ty już nie wierzysz, że sami sobie pomogą? No widzisz, no widzisz. Znowu chcielibyście liczyć na to, że was ktoś albo coś uratuje! Coś ci powiem. Wiesz, kto jeszcze teraz, gdy już jedna piąta Europy jest zatopiona, dostarcza Płazom materiały wybuchowe, torpedy i wiertarki? Wiesz, kto gorączkowo, dniem i nocą pracuje w laboratoriach, żeby znaleźć jeszcze skuteczniejsze maszyny i materiały do rozwalenia świata? Wiesz, kto pożycza Płazom pieniądze, kto finansuje ten Koniec Świata, ten cały nowy Potop?

— Wiem. Wszystkie fabryki. Wszystkie banki. Wszystkie państwa.

— No, więc widzisz. Gdyby były tylko Płazy przeciw ludziom, może dałoby się coś zrobić, ale ludzie przeciw ludziom... Tego się, człowieku, nie da powstrzymać.

— Poczekaj... Ludzie przeciw ludziom! Coś mi przyszło do głowy. Może mogłyby Płazy powstać przeciw Płazom.

— Płazy przeciw Płazom? Co masz na myśli?

— Skoro tych Salamander jest tak dużo, mogłyby na przykład posprzeczać się o jakiś kawałek wybrzeża, o jakąś zatokę czy coś. Potem już będą walczyć ze sobą o coraz dłuższe wybrzeża. Aż w końcu musiałyby walczyć o wybrzeża całego świata, nie? Płazy przeciw Płazom! Jak myślisz, czy to nie byłaby logika dziejowa?

— Ależ nie, to nie przejdzie. Płazy nie mogą walczyć z Płazami. To byłoby wbrew naturze. Płazy to przecież jeden gatunek.

— Ludzie to też jeden gatunek, człowieku. A jak widać, nie przeszkadza im to. Jeden gatunek, a o wszystko walczą! Już nawet nie o miejsce do życia, ale o władzę, o prestiż, o wpływy, o sławę i nie wiem, o co jeszcze! Czemu by Płazy też nie mogły walczyć ze sobą na przykład o prestiż?

— Po co miałyby to robić? Co by z tego miały?

— Nic, chyba tylko to, że jedne miałyby tymczasowo więcej wybrzeży i większą władzę niż inne. A po jakimś czasie znowu by się to odwróciło.

— A czemu jedne miałyby mieć więcej władzy od innych? Przecież wszystkie są jednakowe, wszystkie są Płazami. Wszystkie mają taki sam szkielet, są równie brzydkie i równie przeciętne. Czemu miałyby się nawzajem mordować? Powiedz mi, w imię czego miałyby ze sobą walczyć?

— Zostaw je tylko same sobie, a jakiś powód na pewno się znajdzie. Spójrz, jedne żyją na zachodnim wybrzeżu, a inne na wschodnim. Będą się ścierać na przykład w imię walki Zachodu ze Wschodem. Tu masz europejskie Salamandry, a tam na dole afrykańskie. Byłoby dziwne, gdyby prędzej czy później jedne nie chciały być czymś więcej niż drugie! Pójdą im to udowodnić w imię cywilizacji, ekspansji czy bóg wie czego. Zawsze znajdą jakieś ideowe czy polityczne racje, dla których Płazy z jednego wybrzeża będą musiały wymordować Płazy z drugiego wybrzeża. Salamandry są cywilizowane tak jak my, człowieku. Nie zabraknie im mocarstwowych, ekonomicznych, prawnych, kulturalnych czy innych argumentów.

— I mają broń. Nie zapominaj, że są świetnie uzbrojone.

— Tak, mają mnóstwo broni. Widzisz więc. Byłoby dziwne, gdyby nie nauczyły się od ludzi, jak się tworzy historię!

— Poczekaj, moment! — (Autor podniósł się gwałtownie i zaczął szybkim krokiem przemierzać gabinet). — Fakt, byłoby to dziwne! Już to widzę. Wystarczy popatrzeć na mapę świata... Do diabła, gdzie jest jakaś mapa świata?!

— Mam ją przed oczami.

— To dobrze. Tutaj jest Ocean Atlantycki z Morzem Śródziemnym i Północnym. Tu jest Europa, a tu Ameryka... Więc tu jest kolebka kultury i nowożytnej cywilizacji. Gdzieś tutaj jest zatopiona stara Atlantyda...

— A teraz tam Płazy zatapiają nową Atlantydę.

— Właśnie. A tutaj masz Ocean Spokojny i Indyjski. Stary, tajemniczy Orient, bracie. Kolebka ludzkości, jak powiadają. Tu gdzieś, na wschód od Afryki jest zatopiona mityczna Lemuria. Tutaj jest Sumatra, a kawałek na zachód od niej...

— ...wysepka Tana Masa. Kolebka Płazów.

— Tak. I tam rządzi King Salamander, duchowy przywódca Jaszczurów. Tu jeszcze żyją tapa-boys kapitana van Tocha, pierwotne, pacyficzne, półdzikie Płazy. To po prostu ich Orient, rozumiesz. Ten cały obszar nazywa się teraz Lemuria, podczas gdy ten drugi region, cywilizowany, zeuropeizowany i zamerykanizowany, nowoczesny i rozwinięty pod względem technicznym, to Atlantyda. Tam dyktatorem jest Chief Salamander, wielki zdobywca, technik i żołnierz, Czyngis-chan Płazów i burzyciel lądów. Wielka osobowość, człowieku.

— (...posłuchaj, on naprawdę jest Płazem?)

— (...nie, Chief Salamander jest człowiekiem. Naprawdę nazywa się Andreas Schulze i podczas wojny światowej był gdzieś podoficerem).

— (Ach, to dlatego!)

— (No jasne. Teraz już wiesz). Zatem tu jest Atlantis, a tam Lemuria. Ten podział ma uzasadnienie geograficzne, administracyjne, kulturowe...

— ...i narodowe. Nie zapominaj o względach narodowych. Lemuryjskie Salamandry mówią Pidgin English, natomiast atlantyckie Basic English.

— No dobrze. W ciągu doby przedostają się Atlantydzi byłym Kanałem Sueskim do Oceanu Indyjskiego...

— Naturalnie. Klasyczna droga na wschód.

— Dokładnie. Natomiast lemuryjskie Płazy pchają się przez Przylądek Dobrej Nadziei na zachodnie wybrzeże byłej Afryki. Twierdzą bowiem, że do Lemurii należy cała Afryka.

— Oczywiście.

— Hasło: „Lemuria dla Lemurów. Precz z obcymi” i tym podobne. Między Atlantydami i Lemurianami pogłębia się przepaść nieufności i odwiecznej nieprzyjaźni. Nieprzyjaźni na śmierć i życie.

— Czyli stają się Narodami.

— Tak. Atlantydzi gardzą Lemurianami i nazywają ich brudnymi dzikusami. Lemurianie zaś fanatycznie nienawidzą atlantydzkich Płazów, widząc w nich imperialistów, zachodnie diabły i gwałcicieli starego, czystego, pierwotnego „jaszczurstwa”. Chief Salamander domaga się koncesji na wybrzeżach Lemurii, ponoć w interesie rozwoju eksportu i cywilizacji. Czcigodny starzec King Salamander, choć niechętnie, musi się zgodzić, jest bowiem gorzej uzbrojony. W zatoce rzeki Tygrys, niedaleko dawnego Bagdadu, pojawia się iskra zapalna: lemuryjscy tubylcy napadają na koncesję Atlantydów i zabijają dwóch oficerów, rzekomo z powodu jakiejś obrazy narodowej. W następstwie tego...

— ...dochodzi do wojny. No, oczywiście.

— Tak, dochodzi do wojny światowej Płazów z Płazami.

— W imię Kultury i Prawa.

— I w imię Istoty Bycia Płazem. W imię narodowej Sławy i Wielkości. Pod hasłem: „My albo oni!” Lemurianie, uzbrojeni w malajskie krisy i sztylety joginów, wyrżną bez litości antlantydzkich agresorów. Za to bardziej postępowi, europejsko wykształceni Atlantydzi wpuszczą do mórz Lemurii chemiczne trucizny i kultury zabójczych bakterii z takim powodzeniem, że zatrują w ten sposób wszystkie oceany świata. Morze zostanie skażone sztucznie wyhodowaną zarazą. I to będzie koniec, człowieku. Jaszczury wyginą.

— Wszystkie?

— Wszystkie, co do jednego. Będzie to wymarły gatunek. Zostanie po nich tylko ten stary odcisk z Öhningen Andriasa Scheuchzeri.

— A co z ludźmi?

— Ludzie? Ach, prawda, ludzie. No, zaczną powoli wracać z gór na wybrzeża tego, co pozostanie z lądów. Ale ocean jeszcze długo będzie śmierdzieć rozkładającymi się Płazami. Z materiału naniesionego przez rzeki znowu utworzą się lądy. Morze krok po kroku ustąpi i wszystko będzie prawie tak jak dawniej. Powstanie nowa legenda o potopie świata, który zesłał Bóg za grzechy ludzi, a także o zatopionych mitycznych krajach, które podobno były kolebką ludzkiej kultury. Będzie się na przykład opowiadać bajki o jakiejś Anglii czy Francji albo o Niemczech...

— A potem?

— ...dalej już nie wiem.

Przypisy:

1. kampung (indonez.-malaj.) — tradycyjna wioska rdzennej ludności w Brunei w Indonezji, Malezji i Singapurze. [przypis tłumacza]

2. tuan (malaj.) — pan. [przypis tłumacza]

3. sahib (arab.) — pan, władca; forma używana w językach indyjskich dla uhonorowania kogoś. [przypis tłumacza]

4. djins (ang.) — dżinny, dobre lub złe duchy w kulturze arabskiej. [przypis tłumacza]

5. toddy (ang.) — wino palmowe. [przypis tłumacza]

6. furlong — miara angielska równa 1/8 mili. [przypis tłumacza]

7. Golombek i (...) Valenta — Bedřich Golombek i Edvard Valenta to postaci autentyczne, popularni dziennikarze współpracujący z Čapkiem w redakcji dziennika „Lidové noviny”. [przypis tłumacza]

8. metrampaż (z fr. metteur en pages: składający w stronice) — łamacz, składacz; daw. pracownik drukarni zajmujący się składem tekstu i grafik w kolumny i strony. [przypis edytorski]

9. Welzl, Jan Eskymo (1868–1948) — czeski podróżnik, łowca przygód, poszukiwacz złota i gawędziarz; jego opowieści zainspirowały kilku czeskich pisarzy; Golombek i Valenta opracowali literacko i wydali opowieści Welzla z okolic polarnych. [przypis tłumacza]

10. damned Clipperton Island. A lot of damned islands (ang.) — przeklęte Wyspy Clippertona. Wiele przeklętych wysp. [przypis tłumacza]

11. Captain van Toch, he is as good as his word (ang.) — Na słowie kapitana van Tocha można polegać jak na nim samym. [przypis tłumacza]

12. my lad (ang.) — mój chłopcze. [przypis tłumacza]

13. Consulado de la Republica Ecuador (hiszp.) — prawdopodobnie chodzi o funkcję Konsula Honorowego Republiki Ekwadoru. [przypis tłumacza]

14. Very glad to meet you, Captain. Please, come in (ang.) — Bardzo mi miło pana spotkać, kapitanie. Proszę wejść. [przypis tłumacza]

15. Captain of Long Distances (ang.) — Kapitan Żeglugi Wielkiej. [przypis tłumacza]

16. A highseaer. East India and Pacific Lines, sir (ang.) — Kapitan wolnych mórz. Linie Indie Wschodnie i Pacyfik, panie. [przypis tłumacza]

17. equator (ang.) — równik. [przypis tłumacza]

18. mollusk (ang.) — mięczak. [przypis tłumacza]

19. jelly-fish (ang.) — meduza. [przypis tłumacza]

20. YMCA (z ang. Young Men’s Christian Association: Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej) — międzynarodowa organizacja ekumeniczna propagująca wartości chrześcijańskie. [przypis tłumacza]

21. overdeck, lowerdeck (ang.) — górny i dolny pokład. [przypis tłumacza]

22. rycerz Schillera, który wszedł do klatki lwa po rękawiczkę swej damy — chodzi o balladę Fryderyka Schillera Rękawiczka. [przypis tłumacza]

23. Trader Horn (ang.) — Kupiec Horn, barwny film amerykański z 1931 r., opowiadający o przygodach tytułowego kupca Horna, który ratuje jasnowłosą dziewczynę wziętą do niewoli przez plemię afrykańskich dzikusów. [przypis tłumacza]

24. subretka (daw., z fr.) — pokojówka, służąca. [przypis edytorski]

25. przeddyluwialny a. predyluwialny (z łac.) — przedpotopowy. [przypis edytorski]

26. Andrias Scheuchzeri — wymarły gatunek gigantycznej salamandry z miocenu, pierwotnie opisany jako skamieniałość dawnego człowieka z czasów potopu; czasem utożsamiany ze współczesnym gatunkiem wielkiej salamandry. [przypis tłumacza]

27. Annie Laurie — stara szkocka piosenka (ballada), której tekst bazuje na wierszu Williama Douglasa (ok. 1682–1748) z Dumfriesshire i opowiadającym o romansie poety z dziewczyną o tymże nazwisku (Annie Laurie, 1682–1764); słowa zostały nieco zmodyfikowane, a melodia autorstwa Alicii Scott dodana w roku 1834/5; piosenka znana jest również pod tytułem Maxwelton Braes. [przypis edytorski]

28. Mae West, właśc. West, Mary Jane (1893–1980) — amerykańska aktorka filmowa i teatralna, piosenkarka, dramatopisarka, scenarzystka i komiczka; w latach 30. XX wieku była symbolem seksu, a jednocześnie skandalistką, swoim stylem bycia na scenie, na ekranie i w życiu prywatnym oraz w swoich sztukach teatralnych przełamującą kolejne tematy tabu. [przypis edytorski]

29. Willkomen (niem.) — witajcie. [przypis edytorski]

30. Ben venuti (wł.) — witajcie. [przypis edytorski]

31. Auf Wiedersehen (niem.) — do zobaczenia. [przypis edytorski]

32. divertissement (fr.) — zabawa, rozrywka; także: wywodzące się z fr. kultury dworskiej XVII w. krótkie widowiska, np. baletowe lub o charakterze mieszanym, pokazywane np. w antrakcie sztuk teatralnych czy operowych. [przypis edytorski]

33. loco (łac.: miejsce) — daw. formuła handlowa stosowana w Polsce i krajach sąsiednich oznaczająca, że sprzedający wydaje towar przewoźnikowi podstawionemu przez kupującego w wyznaczonym miejscu, najczęściej w magazynie sprzedającego; obecnie zastąpiona formułą EXW (ang. Ex Works: z zakładu). [przypis edytorski]

34. abbé (fr.) — ksiądz. [przypis edytorski]

35. milieu (fr.) — środowisko. [przypis edytorski]

36. animal faber (łac.) — dosł. zręczne zwierzę, zwierzę twórcze; tu: analogia do terminu homo faber. [przypis tłumacza]

37. halerz — daw. drobna moneta czeska; przen. grosz. [przypis edytorski]

38. Historia Płazów — por. G. Kreuzmann, Geschichte der Molche; Hans Tietze, Der Molch des XX. Jahrhunderts; Kurt Wolff, Der Molch und das deutsche Volk; Sir Herbert Owen, The Salamanders and the British Empire; Giovanni Focaja, L’evoluzione degli anfibii durante il Fascismo; Léon Bonnet, Les Urodèles et la Société des Nations; S. Madariaga, Las Salamandras y la Civilización i wiele innych. [przypis autorski]

39. epoce historycznej, której nastanie G. H. Bondy ogłosił na pamiętnym walnym zgromadzeniu Kompanii Eksportowej Pacyfiku w swych proroczych słowach o rozpoczynającej się utopii — por. Inwazja jaszczurów, Księga I, rozdział 12. [przypis autorski]

40. mierzyć wydarzeń historycznych stuleciami ani dekadami, (...) ale kwartałami, w których ukazują się kwartalne statystyki gospodarcze — Świadectwem tego niech będzie pierwszy wycinek ze zbiorów Povondry:

Rynek płazów

(ČTK) Według ostatnich danych, które opublikował Salamander-Syndicate pod koniec kwartału, sprzedaż Płazów wzrosła o trzydzieści procent. W ciągu trzech miesięcy dostarczono prawie siedemdziesiąt milionów Płazów, zwłaszcza do Ameryki Południowej i Środkowej, Indochin i włoskiej Somalii. W najbliższym czasie przygotowywane jest pogłębianie i poszerzanie Kanału Panamskiego, oczyszczenie portu w Guayaquil i usunięcie niektórych mielizn i czapek tektonicznych w Cieśninie Torresa. Tylko te prace oznaczałyby według przybliżonych szacunków przemieszczenie dziewięciu miliardów metrów sześciennych ziemi. Budowa dużych wysp, które stanowić będą bazy lotnicze linii Madera–Bermudy, ma się rozpocząć dopiero wiosną przyszłego roku. Zasypywanie wysp w archipelagu Marianów w strefie japońskiej postępuje; dotychczas uzyskano osiemset czterdzieści tysięcy akrów nowego, tzw. lekkiego lądu pomiędzy wyspami Tinian i Saipan. Ze względu na rosnący popyt cena Płazów jest bardzo stabilna i kształtuje się w granicach: Leading 61, Team 620. Zapasy są wystarczające.

41. Syndykat Płazów (...) zdobywał dla Salamander nowe kontynenty i nowe wybrzeża, pokonując przy tym liczne przeszkody hamujące tę ekspansję — O takich przeszkodach świadczy na przykład ta informacja, wycięta z gazety bez daty:

Czy Anglia zamyka się przed płazami?

(Reuter) Na pytanie członka Izby Gmin Mr J. Leedsa odpowiedział dziś sir Samuel Mandeville, że rząd Jego Wysokości zamknął Kanał Sueski dla wszelkich transportów Płazów; dalej — że nie zamierza dopuścić do tego, by choćby jeden Płaz był zatrudniony na wybrzeżu albo na wodach terytorialnych Wysp Brytyjskich. Powodem podjęcia takich kroków, oświadczył sir Samuel, jest z jednej strony bezpieczeństwo Wysp Brytyjskich, z drugiej zaś obowiązywanie dawnych przepisów dotyczących zwalczania handlu niewolnikami.

Na pytanie członka Parlamentu Mr B. Russela sir Samuel odpowiedział, że to stanowisko nie dotyczy jednak brytyjskich dominiów i kolonii.

42. Płazy zostały zaopatrzone w podwodne pistolety z nabojami dum-dum do obrony przed drapieżnymi rybami — używano do tego niemal powszechnie pistoletów, które wynalazł inż. Mirko Šafránek, a produkowały je zakłady Zbrojovka w Brnie. [przypis autorski]

43. gdzieniegdzie kręgi konserwatywne ostro sprzeciwiały się wprowadzaniu na rynek nowych sił roboczych, upatrując w nich nieuczciwą konkurencję dla ludzkiej pracy — Por. poniższą wiadomość dziennikarską:

Ruch strajkowy w Australii (Havas)

Przywódca australijskich związkowców Harry Mac Namara ogłasza strajk generalny wszystkich pracowników portowych, komunikacji, elektrowni i innych. Organizacje związkowe żądają bowiem, żeby przywóz pracujących Płazów do Australii był ściśle limitowany, zgodnie z przepisami emigracyjnymi. W przeciwieństwie do tego australijscy farmerzy domagają się, żeby import Płazów został uwolniony, gdyż dzięki potrzebie ich wyżywienia znacznie wzrasta zbyt miejscowej kukurydzy i tłuszczów zwierzęcych, zwłaszcza owczego łoju. Rząd dąży do kompromisu. Syndykat Płazów proponuje, że będzie płacił organizacjom związkowym sześć szylingów za każdego przywiezionego Płaza. Rząd jest skłonny zagwarantować, że Płazy będą pracować wyłącznie w wodzie i że (ze względów obyczajowych) nie wynurzą się z niej bardziej niż na 40 centymetrów, czyli do piersi. Związkowcy obstają jednak przy 12 centymetrach i żądają za każdego Płaza opłaty w wysokości dziesięciu szylingów, oprócz podatku rejestracyjnego. Wydaje się, że dojdzie do porozumienia za pośrednictwem Skarbu Państwa.

44. dochodziło do nieporozumień innego rodzaju — Por. ciekawy dokument ze zbiorów Povondry:

Płazy ratują 36 tonących

(Od naszego specjalnego korespondenta)

Madras, 3 kwietnia

W tutejszym porcie parowiec „Indian Star” zderzył się z łodzią przewożącą około czterdziestu tubylców, która natychmiast zatonęła. Zanim można było wysłać łódź policyjną, na pomoc pospieszyły Płazy pracujące przy usuwaniu szlamu z portu i wyniosły na brzeg trzydziestu sześciu tonących. Jedna Salamandra sama wyciągnęła z wody trzy kobiety i dwoje dzieci. W nagrodę za ten bohaterski czyn Płazy dostały pisemne podziękowanie od miejscowych władz w nieprzemakalnym pudełku.

Tymczasem tamtejsi mieszkańcy są skrajnie oburzeni tym, że Płazy pozwoliły sobie dotknąć tonących osób z wyższych kast. Uważają oni bowiem Płazy za stworzenia nieczyste i nietykalne. W porcie zgromadziło się kilka tysięcy tubylców domagających się usunięcia Płazów z portu. Policja utrzymuje jednak porządek; zaledwie trzy osoby zginęły, a sto dwadzieścia zostało zatrzymanych. O dziesiątej wieczorem przywrócono spokój. Salamandry pracują dalej.

45. instalowanie Salamander na wszystkich kontynentach witano na ogół z żywym zainteresowaniem, a nawet z entuzjazmem — Por. poniższy, szalenie ciekawy wycinek, niestety w nieznanym języku i w efekcie tego niemożliwy do przetłumaczenia:

Saht na kchri te salaamander bwtat

Saghr gwan t’lap ne Salaam Ander bwtati og t’cheni berchi ne Simbwana m’bengwe ogandi sűkh na moďmoď opwana Salaam Ander sri m’oana gwen’s. Og di limbw, og di bwtar na Salaam Ander kchri p’che ogandi p’we o’gwandi te ur maswâli sűkh? Na, ne ur lingo t’Islamli kcher oganda Salaam Andriaa ashti. Bend op’tonga kchri Simbwana mędh, salaam!.

46. Centrum owego handlu i swego rodzaju giełdą Płazów był Salamander Building w Singapurze — Por. obszerny i obiektywny opis, sygnowany inicjałami e. w., z 5 października:

S-Trade

Singapur, 4 października. Leading 63. Heavy 317. Team 648. Odd Jobs 26, 35. Trash 0,08. Spawn 80–132.

Taką informację może czytelnik znaleźć codziennie w rubryce swojej gazety między telegramami z ceną bawełny, cyny lub pszenicy. Czy wiecie jednak, co oznaczają te zagadkowe liczby i słowa? No tak, handel Płazami czyli S-Trade. Ale jak ten handel naprawdę wygląda, o tym większość czytelników ma dosyć mgliste pojęcie. Prawdopodobnie wyobrażają sobie wielki targ rojący się tysiącami Płazów, gdzie przechadzają się kupcy w tropikalnych nakryciach głowy, oglądają oferowany towar i w końcu wskazują palcem na dobrze rozwiniętą, zdrową, młodą Salamandrę, mówiąc: „Chciałbym kupić tę sztukę. Ile kosztuje?”.

W rzeczywistości giełda Płazów wygląda zupełnie inaczej. W singapurskiej marmurowej siedzibie S-Trade nie zobaczycie ani jednego Płaza, a jedynie uprzejmych i eleganckich urzędników w białych ubraniach, przyjmujących telefoniczne zlecenia. „Tak, proszę pana. Leading kosztuje sześćdziesiąt trzy. Ile? Dwieście sztuk? Dobrze, proszę pana. Dwadzieścia Heavy i sto osiemdziesiąt Team. Okey, rozumiem. Statek wypływa za pięć tygodni. Right? Thank you, sir”. Cały pałac S-Trade huczy od rozmów telefonicznych. Sprawia on raczej wrażenie urzędu albo banku, niż jakiegoś targu. A jednak ten biały, szlachetnie wyglądający budynek z jońskimi kolumnami od frontu jest targiem bardziej światowym niż bagdadzki bazar za czasów Haruna ar-Raszída.

Wróćmy jednak do cytowanej informacji na temat notowań giełdowych, z jej handlowym żargonem. Leadings to są po prostu specjalnie wybrane, inteligentne, z reguły trzyletnie Płazy, starannie przyuczone do tego, by zostać dozorcami i kierownikami w koloniach robotniczych Płazów. Sprzedawane są pojedynczo, bez względu na wagę ich ciała; ceni się jedynie ich inteligencję. Singapurskie Leadings, mówiące dobrą angielszczyzną, uważane są za pierwszorzędne i najbardziej spolegliwe. Sporadycznie oferowane są także inaczej oznaczone kierownicze Płazy, na przykład tak zwani Capitanos, Inżynierzy, Malayan Chiefs, Foremanders i inne, ale Leadings są cenione najwyżej. Dzisiaj ich cena oscyluje w okolicach sześćdziesięciu dolarów za sztukę.

Heavies to cięższe, bardziej atletycznie zbudowane, zazwyczaj dwuletnie Płazy, których waga waha się od stu do stu dwudziestu funtów. Sprzedawane są jedynie w drużynach (tzw. bodies) po sześć osobników. Są wyćwiczone do najcięższych prac fizycznych, jak kruszenie kamieni, usuwanie skał i tym podobnych. Jeśli w przytoczonej informacji jest napisane „Heavy 317”, oznacza to, że za drużynę (body) składającą się z sześciu ciężkich Płazów trzeba zapłacić trzysta siedemnaście dolarów. Na każdą drużynę przypada z reguły jeden Leading jako kierownik i nadzorca.

Teams to zwykłe pracujące Płazy o wadze od osiemdziesięciu do stu funtów, które są sprzedawane wyłącznie w zespołach (teamach) po dwadzieścia sztuk. Są przeznaczone do prac zespołowych i używa się ich chętnie do bagrowania, budowania nasypów albo tam i tym podobnych rzeczy. Na każdy team liczący dwudziestu osobników przypada jeden Leading.

Odd Jobs są klasą samą dla siebie. Są to Płazy, które z różnych powodów nie przeszły zbiorowego i specjalistycznego szkolenia, na przykład dlatego, że dorastały poza wielkimi, fachowo zarządzanymi jaszczurczymi farmami. Są to właściwie na wpół dzikie, ale często bardzo uzdolnione Płazy. Kupuje się je po jednej sztuce albo po tuzinie i używa się do różnych prac pomocniczych lub drobniejszych zadań, do których nie warto odkomenderowywać całych drużyn czy zespołów. Jeśli Leadings możemy uważać za elitę wśród Płazów, to Odd Jobs stanowią coś w rodzaju drobnego proletariatu. W ostatnim czasie są chętnie kupowane jako jaszczurczy surowiec, który poszczególni przedsiębiorcy dalej hodują i dzielą na Leadings, Heavies, Teams lub Trash.

Trash czyli śmieci (odpadki) to mniej wartościowe, słabe albo niepełnosprawne Płazy, których nie sprzedaje się pojedynczo ani w określonych partiach, lecz zbiorowo na wagę, zwykle całymi dziesiątkami ton; kilogram żywej wagi kosztuje dzisiaj od siedmiu do dziesięciu centów. Nie wiadomo właściwie, do czego służą i w jakim celu są kupowane — może do jakichś lżejszych prac w wodzie. Żeby nie doszło do nieporozumienia, przypominamy, że Płazy są dla ludzi niejadalne. Ten Trash kupują niemal na pniu chińscy handlarze; dokąd je wywożą, nie wiadomo.

Spawn to po prostu narybek Płazów, a dokładniej rzecz biorąc, kijanka maksymalnie roczna. Sprzedaje i kupuje się je całymi setkami i cieszą się one dużym popytem, głównie dlatego, że są tanie i ich transport jest najmniej kosztowny. Dopiero na miejscu dostawy hoduje się je nadal do czasu, aż będą zdolne do pracy. Spawn transportuje się w beczkach, bowiem kijanki nie opuszczają wody, tak jak to muszą czynić codziennie dorosłe Płazy. Często bywa tak, że ze Spawn wyrastają jednostki niezwykle uzdolnione, przewyższające nawet standardowy typ Leading. Dzięki temu handel narybkiem bywa szczególnie interesujący. Najbardziej uzdolnione Płazy sprzedawane są potem po kilkaset dolarów za sztukę. Amerykański milioner Denicker zapłacił nawet dwa tysiące dolarów za Płaza, który płynnie mówił dziewięcioma językami, i polecił przetransportować go specjalnym statkiem do Miami; sam transport kosztował prawie dwadzieścia tysięcy dolarów. Ostatnimi czasy narybek Płazów jest chętnie kupowany dla tak zwanych stajni, gdzie wybiera się i trenuje szybkie, sportowe Płazy. Zaprzęga się je potem trójkami do płytkich łodzi w kształcie muszli. Zawody muszli ciągniętych przez Płazy są obecnie bardzo modne i stanowią ulubioną zabawę młodych Amerykanek w Palm Beach, Honolulu czy na Kubie; noszą one nazwę Triton-Races albo Regaty Wenus. W lekkiej, ozdobnej muszli, ślizgającej się po powierzchni morza, stoją zawodniczki w jak najpiękniejszych i najbardziej powabnych strojach kąpielowych i trzymają w rękach jedwabne lejce potrójnego zaprzęgu Płazów. Rywalizuje się o tytuł Wenus. Mr J. S. Tinker, zwany Królem Konserw, kupił dla swej córeczki zaprzęg zawodniczych Płazów — Posejdona, Hengista i King Edwarda za co najmniej trzydzieści sześć tysięcy dolarów. To wszystko jednak wykracza już poza ramy właściwego S-Trade, który ogranicza się do tego, że dostarcza całemu światu solidnych pracujących Leadings, Heavies i Teams.

Wspomnieliśmy już o farmach Płazów. Niech czytelnik nie wyobraża sobie ogromnych stajni hodowlanych i zagród. Jest to kilka kilometrów pustego wybrzeża, na którym są rozrzucone domki z blachy falistej. Jeden domek jest przeznaczony dla weterynarza, jeden dla kierownika, a pozostałe dla personelu dozorującego. Dopiero podczas odpływu widać, że od brzegu biegną w morze długie tamy, dzielące wybrzeże na kilka basenów. Jeden jest dla narybku, drugi dla klasy Leading i tak dalej. Każdy rodzaj jest karmiony i ćwiczony oddzielnie, w nocy. Po zmierzchu Płazy wychodzą ze swych nor na brzeg i gromadzą się wokół nauczycieli; są to zazwyczaj emerytowani żołnierze. Najpierw jest lekcja mówienia. Nauczyciel odczytuje Płazom słowa, na przykład „kopać”, i wyjaśnia im obrazowo ich znaczenie. Potem ustawia je czwórkami i uczy maszerować. Teraz następuje półgodzinna gimnastyka i odpoczynek w wodzie. Po przerwie Płazy uczą się obchodzenia z różnymi narzędziami i bronią, po czym mniej więcej przez trzy godziny, pod nadzorem nauczycieli, wykonują praktyczne zajęcia z zakresu budownictwa wodnego. Później wracają do wody i są karmione specjalnymi sucharami, które zawierają głównie mąkę kukurydzianą i łój; Leadings i Heavies są dokarmiane mięsem. Lenistwo i nieposłuszeństwo karze się pozbawieniem jedzenia, innych kar cielesnych nie ma; zresztą wrażliwość Salamander na ból jest znikoma. Wraz ze wschodem słońca na farmach Płazów nastaje martwa cisza. Ludzie idą spać, a Płazy znikają pod wodą.

Ten bieg rzeczy zmienia się w ciągu roku tylko dwa razy. Raz w okresie parzenia, gdy Płazy przez czternaście dni są pozostawione same sobie, i powtórnie — gdy na farmę przypływa statek Syndykatu Płazów i przywozi kierownikowi polecenia, ile Płazów poszczególnych klas ma zostać zabranych. Rekrutacja odbywa się w nocy; oficer okrętowy, kierownik farmy i weterynarz siedzą przy stoliku z lampą, podczas gdy dozorcy i załoga statku zamykają Salamandrom odwrót do morza. Potem jeden Płaz za drugim podchodzi do stolika i zostaje uznany za zdatnego lub nie. Wybrane Płazy wsiadają następnie do łodzi, które odwożą je na statek. Robią to na ogół dobrowolnie, to znaczy na sam ostry rozkaz; tylko czasem trzeba użyć delikatnej przemocy, jaką jest związanie. Spawn czyli narybek jest łowiony za pomocą sieci.

Podobnie w sposób humanitarny i higieniczny odbywa się transport Płazów na statku-cysternie; co drugi dzień wymienia się im pompami wodę w basenach i są one obficie karmione. Śmiertelność podczas transportu wynosi poniżej dziesięciu procent. Na życzenie Towarzystwa Ochrony Zwierząt na każdym tankowcu obecny jest kapelan okrętowy, który czuwa nad ludzkim traktowaniem Salamander i co noc wygłasza do nich kazanie, w którym zaszczepia im w sercach zwłaszcza szacunek do ludzi oraz pełne wdzięczności posłuszeństwo i miłość w stosunku do ich przyszłych pracodawców, którzy nie pragną niczego innego, jak tylko po ojcowsku troszczyć się o ich pomyślność. Oczywiście bardzo trudno jest wytłumaczyć Płazom, na czym polega ojcowska troska, nie znają one bowiem pojęcia ojcostwa. Wśród bardziej wykształconych Salamander przyjęło się nazywać kapelanów okrętowych Papa Płaz. Bardzo sprawdziły się także filmy edukacyjne, za pomocą których pokazuje się Płazom podczas transportu z jednej strony cuda ludzkiej techniki, z drugiej zaś ich przyszłe prace i obowiązki.

Są ludzie, którzy skrót S-Trade (Salamander-Trade) tłumaczą jako Slave-Trade, czyli handel niewolnikami. Otóż, jako bezstronni obserwatorzy możemy powiedzieć, że gdyby dawny handel niewolnikami był tak dobrze zorganizowany i tak doskonale pod względem higienicznym prowadzony jak dzisiejszy handel Płazami, moglibyśmy niewolnikom tylko gratulować. Zwłaszcza droższe Salamandry traktuje się bardzo przyzwoicie i oszczędnie, już choćby dlatego, że kapitan i załoga statku ręczą swoim wynagrodzeniem za życie powierzonych im Płazów. Autor tego artykułu był świadkiem, jak bardzo nawet ci najtwardsi marynarze na tankowcu Syndykatu Płazów byli przejęci, gdy dwieście czterdzieści pierwszorzędnych Płazów w jednym zbiorniku dostało ostrej biegunki. Chodzili im się przyglądać z oczami niemal pełnymi łez i dawali swym ludzkim uczuciom ujście we właściwy sobie szorstki sposób: „Diabli nam te ścierwa nadali!”.

47. dzikie odłowy Płazów milcząco uważano za naturalną regulację ich populacji — Przytaczamy autentyczny ówczesny opis:

Piraci XX wieku

E. E. K.

Była jedenasta wieczorem, gdy kapitan naszego statku kazał ściągnąć banderę i spuścić łodzie. Noc była księżycowa, tonąca w srebrzystej poświacie. Wysepka, ku której płynęliśmy, nazywała się bodaj Gardner Island w archipelagu Feniksa. Podczas takich księżycowych nocy Płazy wychodzą na brzeg i tańczą. Możecie do nich podejść i nie usłyszą was, tak są pochłonięte swym zbiorowym, niemym tańcem. Było nas dwudziestu, wyszliśmy na brzeg z wiosłami w rękach i rozwinięci w tyralierę zaczęliśmy półokręgiem otaczać ciemną gromadę rojącą się na plaży w księżycowym świetle.

Trudno opisać wrażenie, jakie wywołuje taniec Płazów. Jakieś trzysta zwierząt siedzi na tylnych nogach w absolutnie symetrycznym okręgu, zwróconych czołem do środka; środek okręgu jest pusty. Płazy nie poruszają się, są jakby zamarłe. Wygląda to jak okrągła palisada wokół jakiegoś tajemniczego ołtarza; ale nie ma tu żadnego ołtarza ani żadnego bóstwa. Nagle jedno ze zwierząt mlaśnie „ts-ts-ts” i zaczyna kołysać górną połową ciała. Ten posuwisty ruch przenosi się coraz dalej i po kilku sekundach wszystkie Płazy kołyszą górną połową tułowia, nie ruszając się przy tym z miejsca, coraz szybciej, bezdźwięcznie, coraz bardziej frenetycznie, w szalonym i upojnym wirze. Po jakimś kwadransie słabnie jeden Płaz, po nim drugi i trzeci, kołyszą się jeszcze przez chwilę wyczerpane i zamierają. Znowu wszystkie siedzą bez ruchu jak posągi. Po chwili gdzie indziej rozlega się ciche „ts-ts-ts”, inny Płaz zaczyna się wić i jego taniec przenosi się naraz na cały krąg. Wiem, że ten opis wygląda bardzo mechanicznie; ale dodajcie do tego kredowe światło księżyca i regularny, długi szum przypływu. Miało to w sobie coś niesłychanie magicznego i w jakimś sensie zaklętego. Przystanąłem ze ściśniętym gardłem, z mimowolnym uczuciem grozy i przerażenia. „Człowieku, ruszaj się — krzyknął na mnie najbliższy sąsiad — bo zrobisz dziurę!”.

Zacieśnialiśmy nasz pierścień wokół tanecznego kręgu zwierząt. Mężczyźni trzymali wiosła w poprzek i mówili półgłosem, raczej dlatego, że była noc, niż żeby Płazy nie mogły ich usłyszeć. „Do środka, biegiem!” — zawołał dowodzący oficer. Podbiegliśmy do tego wirującego kręgu. Wiosła z głuchym rąbnięciem uderzyły w grzbiety Salamander. Dopiero teraz Płazy się wystraszyły, cofały się do środka albo próbowały prześlizgnąć się między wiosłami do morza, ale uderzenia wioseł odrzucały je z powrotem, skrzeczące z bólu i strachu. Popychaliśmy je żerdziami do środka, stłoczone, spychane, włażące jeden na drugiego. Dziesięciu mężczyzn zamykało je w ogrodzeniu z wioseł, a dziesięciu innych szturchało i młóciło wiosłami po tych, które próbowały podejść albo przebiec. Był to jeden wielki kłąb czarnego wijącego się, skrzeczącego w dezorientacji mięsa, na które spadały mocne razy. Potem otwarła się luka pomiędzy dwoma wiosłami; wyślizgnął się przez nią Płaz, który został ogłuszony ciosem pałką w grzbiet; po nim drugi i trzeci, aż leżało ich tam chyba ze dwadzieścia. „Zamknąć!” — rozkazał oficer i luka między wiosłami zamknęła się. Bully Beach i mieszaniec Dingo chwycili do każdej ręki nogę jednego ogłuszonego Płaza i wlekli je po piasku do łodzi jak worki. W pewnym momencie jedno z wleczonych ciał uwięzło między kamieniami; wówczas marynarz ze złością szarpnął gwałtownie i noga się urwała. „To nic — burknął stary Mike, który stał koło mnie — ona mu, człowieku, odrośnie”. Gdy nawrzucali ogłuszone Płazy do łodzi, oficer rozkazał sucho: „Przygotujcie następne!”. I znowu spadały ciosy pałką na grzbiety Płazów. Ten oficer nazwiskiem Bellamy był wykształconym, spokojnym człowiekiem, znakomitym szachistą; ale to było polowanie albo raczej interes, nie było więc mowy o jakichś skrupułach. W ten sposób złowiono przeszło dwieście zamroczonych Płazów. Mniej więcej siedemdziesiąt ich tam zostało, prawdopodobnie martwych i niewartych załadunku.

Na statku schwytane Płazy wrzucono do zbiorników. Nasz statek był starym tankowcem do transportu ropy naftowej; źle wyczyszczone zbiorniki śmierdziały naftą, a powierzchnia wody była tłusta i tęczowa; tylko pokrywy były odsunięte, żeby mogło się tam dostać powietrze. Gdy nawrzucali do nich Płazy, zrobiło się tam gęsto i obrzydliwie. Wyglądało to jak jakaś zupa z makaronem. Miejscami cała ta zawartość poruszała się słabo i żałośnie. W ciągu dnia zostawiło się Płazy w spokoju, żeby mogły dojść do siebie. Nazajutrz przyszło czterech mężczyzn z długimi drągami i szturchali nimi tę „zupę” (fachowo naprawdę mówi się na to soup). Mieszali w tej gęstwinie ciał i obserwowali, które się nie poruszają albo z których odpada mięso; te nabijali na długie haki i wyciągali ze zbiorników. „Czy zupa jest czysta?” — zapytał potem kapitan. „Tak, panie kapitanie”. „Dolejcie do niej wody!”. „Tak jest, panie kapitanie”. To czyszczenie „zupy” musiało się odbywać codziennie. Za każdym razem wyrzucano do morza od sześciu do dziesięciu sztuk „zepsutego towaru”, jak to nazywano. Naszemu statkowi wiernie towarzyszyła kawalkada wielkich, najedzonych do syta rekinów. W pobliżu zbiorników śmierdziało okropnie; mimo regularnego jej wymieniania, woda w kadziach była żółta, upstrzona odchodami i rozmoczonymi sucharami; w niej ospale pluskały się bądź leżały bez ruchu czarne, ciężko oddychające ciała. „Tutaj mają się dobrze — twierdził stary Mike. — Widziałem statek, który woził je w blaszanych beczkach po benzolu. Wszystkie im wyzdychały”.

Po sześciu dniach ładowaliśmy nowy towar na wyspie Nanomea.

Więc tak wygląda handel Płazami. Co prawda, mowa tu o handlu nielegalnym, a ściślej rzecz biorąc współczesnym piractwie, które rozkwitło niemal z dnia na dzień. Mówi się, że prawie jedna czwarta wszystkich sprzedawanych i kupowanych Płazów jest łowiona w ten sposób. Istnieją wylęgarnie, które nie są warte tego, aby Syndykat Płazów utrzymywał tam stale farmy. Na mniejszych wyspach Pacyfiku Płazy rozmnożyły się tak, że stały się wręcz ciężarem. Tubylcy ich nie lubią i twierdzą, że przekopują swoimi korytarzami całe wyspy. Dlatego zarówno urzędy kolonialne, jak i sam Syndykat przymykają oczy na te rabunkowe napady na siedliska Płazów. Przyjmuje się, że istnieje około czterystu pirackich okrętów, które zajmują się tylko łupieniem Płazów. Oprócz drobnych przedsiębiorców to współczesne piractwo uprawiają całe towarzystwa okrętowe, z których największe to Pacific Trade Company z siedzibą w Dublinie; jego prezesem jest szanowny pan Charles B. Harriman. Przed rokiem warunki pracy w tej branży były nieco gorsze. Wówczas pewien chiński bandyta imieniem Teng z trzema statkami napadał wprost na farmy Syndykatu i nie cofał się nawet przed wymordowaniem ich personelu, jeśli ten stawiał mu opór. W listopadzie minionego roku ów Teng ze swą małą flotą został ostrzelany przez amerykańską kanonierkę „Minnetonka” u wybrzeża Midway Island. Od tego czasu piractwo, którego ofiarami padały Płazy, przybrało mniej dzikie formy i cieszy się stałym rozkwitem, ponieważ uzgodniono pewne warunki, na jakich je w milczeniu tolerowano, na przykład: że przy napaści na obce wybrzeże zostanie zdjęta z masztu bandera rodzimego państwa; że pod pretekstem piractwa nie będzie prowadzony eksport ani import innych towarów; że złowione Płazy nie będą sprzedawane po cenach dumpingowych i będą oznaczane w handlu jako towar drugiej jakości. Płazy w nielegalnym handlu sprzedawane są po dwadzieścia, dwadzieścia dwa dolary za sztukę. Uważane są za niższy wprawdzie, ale bardzo mocny gatunek z tego powodu, że przeżyły straszne traktowanie na pirackich okrętach. Szacuje się, że taki transport przeżywa przeciętnie dwadzieścia pięć do trzydziestu procent złapanych Płazów, ale te, które przetrwały, wytrzymają niejedno. W żargonie handlowym nazywa się je Maccaroni i ostatnimi czasy uwzględnia się je także w regularnych raportach handlowych.

Dwa miesiące później grałem w szachy z panem Bellamy w holu hotelu „France” w Sajgonie. Wtedy nie byłem już jednak najemnym marynarzem.

— Panie Bellamy — powiedziałem do niego — jest pan przyzwoitym człowiekiem i, jak to się mówi, dżentelmenem. Czy nie czuje pan czasem, że wbrew pańskiej naturze służy pan czemuś, co jest w istocie najpodlejszym niewolnictwem?

Bellamy wzruszył ramionami.

— Płazy to płazy — mruknął wymijająco.

— Przed dwustu laty mówiono, że Murzyni to Murzyni.

— A czy nie była to prawda? — odparł Bellamy. — Szach!

Tę partię przegrałem. Miałem nagle wrażenie, że każdy ruch na szachownicy został już kiedyś przez kogoś zrobiony. Może i nasza historia była już kiedyś rozegrana, a my przesuwamy nasze figury takimi samymi posunięciami ku takim samym porażkom jak kiedyś. Może właśnie taki przyzwoity i cichy Bellamy chwytał kiedyś Murzynów na Wybrzeżu Kości Słoniowej i woził ich na Haiti albo do Luizjany, pozwalając im zdychać w ładowni. Nie wydało mu się to niczym złym. Bellamy nie ma nigdy złych intencji. Dlatego jest niereformowalny.

— Czarne przegrały — powiedział Bellamy z zadowoleniem i wstał, przeciągając się.

48. nauka, która natychmiast zwróciła uwagę na badanie Płazów zarówno od strony cielesnej, jak i duchowej — Przytaczamy sprawozdanie z kongresu naukowego w Paryżu, napisane przez naocznego świadka.

I. Congrès d’urodèles

W skrócie nazywa się go Kongresem Płazów Ogoniastych, choć jego oficjalna nazwa jest nieco dłuższa: Pierwszy Międzynarodowy Kongres Zoologów dla Badań Psychologii Płazów Ogoniastych. Jednakże prawdziwy paryżanin nie lubi zbyt długich nazw. Ci uczeni profesorowie, którzy zasiadają w amfiteatrze Sorbony, są dla niego po prostu Messieurs les Urodèles, panowie płazy ogoniaste, i tyle. Albo jeszcze krócej i bardziej lekceważąco: Ces Zoos-là.

Poszliśmy więc popatrzeć na Ces Zoos-là bardziej z ciekawości niż ze sprawozdawczego obowiązku. Z ciekawości, która nie dotyczyła uniwersyteckiego potencjału tych na ogół starszych okularników, lecz właśnie owych... stworów (czemu pióro wzbrania się przed słowem „zwierząt”?), o których już tyle napisano, począwszy od grubych ksiąg naukowych, po bulwarowe przyśpiewki, i które są rzekomo — według niektórych — dziennikarskim humbugiem, według innych istotami pod wieloma względami zdolniejszymi niż sam pan stworzenia i jego koronne dzieło, jak jeszcze dzisiaj (pisząc to, mam na myśli okres po wojnie światowej i innych okolicznościach dziejowych) mówi się o człowieku. Miałem nadzieję, że szacowni panowie uczestnicy Kongresu dla Badań Psychologii Płazów Ogoniastych dadzą nam, laikom, jasną i ostateczną odpowiedź, jak ma się rzecz z tymi legendarnymi zdolnościami Andriasa Scheuchzeri; że powiedzą nam: tak, to jest stworzenie rozumne albo przynajmniej tak dalece zdolne do korzystania z dobrodziejstw cywilizacji, jak wy czy ja; dlatego w przyszłości należy się z nim liczyć, tak jak należy liczyć się z przyszłością ludzkich ras niegdyś uważanych za dzikie i prymitywne. Niestety, żadna taka odpowiedź, ba — nawet pytanie o to na kongresie nie padły. Dzisiejsza nauka jest zbyt... profesjonalna, żeby zajmować się tego rodzaju problemami.

A zatem dowiedzmy się czegoś o tym, co się określa naukowo życiem duchowym zwierząt. Ten wysoki pan z sumiastym wąsem czarnoksiężnika, który właśnie grzmi na podium, to sławny profesor Dubosque. Wydaje się, że zwalcza jakąś zwyrodniałą teorię któregoś z szanownych kolegów, ale ten fragment jego przemowy dociera do nas niezbyt wyraźnie. Dopiero po dłuższej chwili orientujemy się, że ten rozemocjonowany czarnoksiężnik mówi o postrzeganiu przez Andriasa kolorów i o jego zdolności rozróżniania rozmaitych odcieni kolorystycznych. Nie wiem, czy to dobrze zrozumiałem, ale odniosłem wrażenie, że Andrias Scheuchzeri jest być może ślepy na kolory, ale profesor Dubosque musi być strasznie krótkowzroczny, sądząc z tego, jak podnosił swe notatki aż pod same grube, złowrogo błyszczące szkła okularów. Potem przemawiał uśmiechnięty japoński uczony doktor Okagawa. Było to coś o krzywej reakcyjnej, a także o zjawiskach, jakie powstaną, gdy przetnie się jakąś ścieżkę sensoryczną w mózgu Andriasa. Potem opisywał, co Andrias robi, gdy zmiażdży mu się mechanizm odpowiadający błędnikowi u człowieka. Następnie profesor Rehmann szczegółowo wyjaśniał, jak reaguje Andrias na elektrowstrząsy. Później wywiązała się burzliwa dyskusja pomiędzy nim i profesorem Brucknerem. C’est un type, ten profesor Bruckner: mały, złośliwy i niesamowicie impulsywny. Stwierdził między innymi, że gdy idzie o zmysły, Andrias jest równie źle wyposażony jak człowiek i odznacza się takim samym ubóstwem instynktów. Z czysto biologicznego punktu widzenia jest to ponoć prawie tak samo schyłkowe zwierzę jak człowiek i podobnie jak on stara się swą biologiczną niższość zrekompensować tym, co zwie się intelektem. Wydaje się jednak, że inni naukowcy nie traktowali profesora Brucknera poważnie, może dlatego, że nie przecinał żadnych ścieżek sensorycznych i nie wysyłał do mózgu Andriasa żadnych wyładowań elektrycznych. Potem profesor van Dieten powoli i niemal z nabożeństwem opisywał, jakie zaburzenia pojawiają się u Andriasa, któremu usunięto prawy czołowy płat mózgowy albo zwój potyliczny po lewej stronie mózgu. Potem amerykański profesor Devrient wygłosił...

Wybaczcie, naprawdę nie wiem, co wygłosił, gdyż w tej chwili zaczęło chodzić mi po głowie, jakie zaburzenia mogłyby się pojawić u profesora Devrienta, gdybym usunął mu prawy czołowy płat mózgowy, jak by reagował uśmiechnięty doktor Okagawa, gdybym go drażnił prądem elektrycznym, i jak mógłby się zachowywać profesor Rehmann, gdyby ktoś zmiażdżył mu labirynt uszny. Poczułem również niepewność, jak to właściwie jest z mym rozróżnianiem kolorów albo z czynnikiem „t” w moich reakcjach motorycznych. Męczyła mnie wątpliwość, czy mamy (w sensie ściśle naukowym) prawo mówić o naszym (to znaczy ludzkim) życiu duchowym, jeśli nie wypatroszyliśmy sobie nawzajem zwojów mózgowych i nie przecięli ścieżek sensorycznych. Powinniśmy właściwie rzucić się na siebie ze skalpelami w rękach, żeby móc wzajemnie badać nasze życie duchowe. Jeśli o mnie chodzi, byłbym gotów w interesie nauki rozbić okulary profesora Dubosque’a albo razić elektrowstrząsami łysinę profesora Dietena, po czym opublikowałbym artykuł opisujący, jak na to reagowali. Prawdę mówiąc, potrafię to sobie dokładnie wyobrazić. Już nie tak dokładnie natomiast mogę sobie wyobrazić, co się działo przy takich eksperymentach w duszy Andriasa Scheuchzeri, ale wydaje mi się, że jest to niezmiernie cierpliwe i dobroduszne stworzenie. Żaden z tych przemawiających tęgich umysłów nie wspomniał o tym, żeby biedny Andrias Scheuchzeri kiedyś się wkurzył.

Nie wątpię w to, że Pierwszy Międzynarodowy Kongres Zoologów dla Badań Psychologii Płazów Ogoniastych okazał się wielkim sukcesem naukowym, lecz kiedy będę miał wolny dzień, pójdę do Jardin des Plantes wprost do basenu Andriasa Scheuchzeri, żeby powiedzieć mu po cichu: „Ty, Płazie, jeśli kiedyś nadejdzie twój dzień... żeby ci nie przyszło do głowy badać naukowo życia duchowego ludzi!”.

49. Płazy (...) były stworzeniami bardzo (...) użytecznymi — Użyteczność Płazów badał zwłaszcza hamburski uczony Wuhrman. Spośród jego artykułów napisanych na ten temat zacytujmy przynajmniej w skrócie jeden tekst.

Bericht über die somatische Veranlagung der Molche

(Raport na temat predyspozycji somatycznych płazów)

Eksperymenty, które przeprowadziłem na pacyficznej salamandrze olbrzymiej (Andrias Scheuchzeri Tschudi) w moim laboratorium w Hamburgu, miały ściśle określony cel: wypróbowanie odporności Płazów na zmiany środowiska i inne wpływy zewnętrzne, a przez to wykazanie ich praktycznej użyteczności w różnych rejonach geograficznych i w zmieniających się warunkach.

Pierwsza seria eksperymentów miała dać odpowiedź na to, jak długo Płaz wytrzyma bez wody. Zwierzęta doświadczalne umieszczano w suchych zbiornikach w temperaturze 40–50 °C. Po kilku godzinach wykazywały one widoczne zmęczenie; gdy zostały polane wodą, znowu ożywały. Po dwudziestu czterech godzinach leżały nieruchomo, poruszając jedynie powiekami; tętno spowolnione, wszelkie czynności fizyczne obniżone do minimum. Zwierzęta ewidentnie cierpią i najmniejszy ruch kosztuje je wiele wysiłku. Po trzech dniach nadchodzi stan kataleptycznego odrętwienia (kseroza); zwierzęta nie reagują, nawet gdy są przypalane elektrokauterem. Kiedy podnosi się wilgotność powietrza, zaczynają przejawiać pewne oznaki życia (zamykają oczy przed ostrym światłem itp.). Gdy wysuszony w ten sposób Płaz został po siedmiu dniach wrzucony do wody, ożył po upływie kolejnej doby; jednak przy dłużej trwającym wysuszeniu większość doświadczalnych zwierząt ginęła. Wystawione na bezpośrednie działanie słońca, giną już po kilku godzinach.

Inne zwierzęta doświadczalne zostały zmuszone do obracania w ciemności wałka w ekstremalnie suchym środowisku. Po trzech godzinach ich wydolność zaczęła maleć, ale wzrosła znowu po obfitym spryskaniu wodą. Przy często powtarzanym spryskiwaniu zwierzęta były zdolne kręcić korbą wałka siedemnaście, dwadzieścia, a w jednym przypadku dwadzieścia sześć godzin bez przerwy, podczas gdy człowiek biorący udział w tym eksperymencie był już po pięciu godzinach tej samej czynności znacznie wyczerpany. Na podstawie tych eksperymentów możemy wnioskować, że Płazy mogą być z powodzeniem wykorzystywane do pracy w suchym terenie, jednak pod dwoma warunkami: że nie są wystawione na bezpośrednie działanie słońca i że co jakiś czas spryskuje się je na całej powierzchni ciała wodą.

Druga seria eksperymentów dotyczyła odporności Płazów, zwierząt pierwotnie tropikalnych, na zimno. Przy gwałtownym ochłodzeniu wody ginęły na katar jelit, ale przy stopniowej aklimatyzacji do chłodniejszego środowiska szybko pojawiało się przyzwyczajenie. Po ośmiu miesiącach pozostawały aktywne nawet przy temperaturze wody 7°C, jeśli podawano im w pożywieniu więcej tłuszczu (15–20 dkg na głowę). Jeżeli temperatura wody została obniżona poniżej 5°C, popadały w odrętwienie (gelozę); w tym stanie Płazy mogły być zamrażane i przechowywane zamarznięte w bloku lodowym przez kilka miesięcy; gdy lód się roztopił i temperatura wzrosła powyżej 5 °C, zaczynały znowu przejawiać oznaki życia, a przy siedmiu, dziesięciu stopniach zaczynały energicznie szukać pożywienia. Na podstawie tego można sądzić, że Płazy mogą bardzo łatwo aklimatyzować się także w naszym klimacie, aż po północną Norwegię i Islandię. Dla polarnych warunków klimatycznych należałoby przeprowadzić dalsze eksperymenty.

Natomiast znaczną wrażliwość przejawiają Płazy na wpływy chemiczne; przy eksperymentach z mocno rozcieńczonym ługiem, ściekami fabrycznymi, odczynnikami garbarskimi itd. odpadała im skóra całymi płatami i zwierzęta doświadczalne ginęły wskutek jakiejś zgorzeli skrzeli. Dla naszych rzek Płazy są więc praktycznie bezużyteczne.

W następnym szeregu eksperymentów udało nam się stwierdzić, jak długo wytrzymują Płazy bez jedzenia. Mogą głodować trzy tygodnie i dłużej, bez widocznych oznak innych niż osłabienie. Jednego Płaza pozostawiłem bez jedzenia przez sześć miesięcy. Ostatnie trzy miesiące spał bez ruchu i bez przerwy. Kiedy mu potem wrzuciłem do zbiornika posiekaną wątróbkę, był tak słaby, że na nią nie reagował i musiał być karmiony sztucznie. Po kilku dniach jadł normalnie i można go było użyć do dalszych badań.

Ostatni cykl eksperymentów zajmował się zdolnościami regeneracyjnymi Płazów. Jeśli Płazowi utnie się ogon, w ciągu dwóch tygodni odrośnie mu nowy; w przypadku jednego Płaza powtarzaliśmy ten eksperyment siedmiokrotnie, z jednakowym rezultatem. Tak samo odrastają mu ucięte nogi. Jednemu zwierzęciu doświadczalnemu amputowaliśmy wszystkie cztery kończyny i ogon; po trzydziestu dniach był znowu cały. Jeżeli złamie się Płazowi kość udową albo ramieniową, odpadnie mu cała złamana kończyna, a na jej miejscu wyrośnie nowa. Podobnie odrasta wyłupione oko albo odcięty język. Ciekawe, że Płaz, któremu uciąłem język, zapomniał mowy i musiał się jej nauczyć na nowo. Jeśli Płazowi amputuje się głowę lub przetnie się jego ciało pomiędzy szyją i kością biodrową, zwierzę ginie. Można mu natomiast usunąć żołądek, część jelit, dwie trzecie wątroby i inne organy, a jego funkcje życiowe nie zostaną zakłócone, tak że można powiedzieć, iż niemal wypatroszony żywcem Płaz jest zdolny do dalszego życia. Żadne inne zwierzę nie ma takiej odporności na jakiekolwiek zranienia jak właśnie Płaz. Pod tym względem mógłby być doskonałym, prawie niezniszczalnym zwierzęciem bojowym. Niestety, na przeszkodzie temu stoi jego pokojowość i naturalna bezbronność.

Oprócz tych eksperymentów mój asystent doktor Walter Hinkel badał wartość Płazów pod kątem przydatnych surowców. Stwierdził przede wszystkim, że ciało Płazów zawiera niezwykle wysoki procent jodu i fosforu; niewykluczone, że te ważne pierwiastki dałoby się w razie potrzeby wydobywać z nich na skalę przemysłową. Skóra Płazów, sama w sobie niedobra, może być mielona i prasowana pod wysokim ciśnieniem; uzyskana w ten sposób sztuczna skóra jest lekka, dosyć silna i mogłaby być substytutem skóry wołowej. Tłuszcz Płazów jest niejadalny ze względu na obrzydliwy smak, ale nadaje się jako smar techniczny, ponieważ zamarza dopiero w bardzo niskich temperaturach. Również mięso Płazów było uważane za niejadalne, a wręcz trujące; spożywane na surowo, wywołuje gwałtowne boleści, wymioty i halucynacje zmysłowe. Doktor Hinkel po przeprowadzeniu wielu eksperymentów, które wykonywał sam na sobie, stwierdził, że te szkodliwe działania znikają, jeśli pokrojone mięso sparzyć gorącą wodą (podobnie jak w przypadku niektórych muchomorów) i umieścić na dwadzieścia cztery godziny w słabym roztworze nadmanganianu potasu. Potem można je gotować albo dusić i smakuje ono jak niedobra wołowina. Zjedliśmy przyrządzonego w taki sposób Płaza, którego nazywaliśmy Hans. Było to wytresowane i inteligentne zwierzę ze szczególnym zmysłem do pracy naukowej. Pracowało na oddziale doktora Hinkela jako jego laborant i można mu było powierzyć także drobniejsze analizy chemiczne. Rozmawialiśmy z nim całymi wieczorami, bawiąc się jego nienasyconym pragnieniem zdobywania wiedzy. Z żalem musieliśmy naszego Hansa uśpić, ponieważ oślepł na skutek moich eksperymentów z trepanacją. Mięso tego Płaza było ciemne i gąbczaste, ale jego spożycie nie wywołało żadnych nieprzyjemnych następstw. Z pewnością w razie wojennej potrzeby mięso Płazów może być mile widzianym i tanim substytutem wołowiny.

50. Gdy tylko Płazy stały się powszednim zjawiskiem, zmieniła się, by tak rzec, ich problematyka — Charakterystyczny dowód stanowi ankieta pisma „Daily Star” na temat: „Czy Płazy mają duszę?”. Cytujemy z tej ankiety (jednak bez gwarancji autentyczności) kilka wypowiedzi wybitnych osobistości:

Dear sir,

mój przyjaciel, wielebny H. B. Bertram i ja przez dłuższy czas obserwowaliśmy Salamandry przy budowie tamy w Adenie. Rozmawialiśmy z nimi również dwu albo trzykrotnie, ale nie zauważyliśmy u nich żadnej oznaki wyższych uczuć, takich jak Honor, Wiara, Patriotyzm albo Sportowy Duch. A co innego, pytam się, możemy słusznie nazywać duszą?”

Truly yours,

Colonel John W. Britton

„Nie widziałem nigdy żadnego Płaza, ale jestem przekonany, że stworzenia, które nie mają własnej muzyki, nie mają też duszy”.

Toscanini

„Pozostawmy na boku kwestię duszy, ale, mogąc obserwować osobniki z gatunku Andrias Scheuchzeri, powiedziałbym, że nie mają one indywidualności; wydają się być wszystkie równie pracowite, równie zdolne — i równie pozbawione wyrazu. Jednym słowem odzwierciedlają pewien ideał nowoczesnej cywilizacji, a mianowicie Przeciętność”.

Andrè d’Artois

„Zdecydowanie nie mają duszy. W tym podobne są do człowieka”.

G. B. Shaw

„Wasze pytanie wprawia mnie w zakłopotanie. Wiem na przykład, że mój chiński piesek Bibi ma małą i śliczną duszę. Również moja perska kotka Sidi Hanum ma duszę, i to jaką wspaniałą i okrutną! A Płazy? Tak, te biedactwa są bardzo zdolne i inteligentne. Potrafią mówić, liczyć i być bardzo pożyteczne. Skoro jednak są takie brzydkie...”

Wasza Madeleine Roche

„Niech sobie będą Płazy, byleby nie były marksistami”.

Kurt Huber

„Nie mają duszy. Gdyby ją miały, musielibyśmy pod względem ekonomicznym postawić ich na równi z człowiekiem, co byłoby absurdalne”.

Henry Bond

„Nie mają za grosz seksapilu. Dlatego też nie mają duszy”.

Mae West

„Mają duszę, jak każde stworzenie i każda roślina, jak wszystko, co żyje. Wielka jest tajemnica życia”.

Sandrabharata Nath

„Mają ciekawą technikę i styl pływania. Możemy się od nich wiele nauczyć, zwłaszcza gdy idzie o pływanie na długich dystansach”.

Johny Weissmüller

51. Mme Louise Zimmermann, dyrektorka pensjonatu dla dziewcząt w Lozannie (...) — pierwowzorem tej postaci mogła być Marie-Louise Zimmermann-Asta z pracowni dydaktyki i epistemologii nauk uniwersytetu w Genewie, autorka m.in. rozprawy Apprendre par l’autonomie. [przypis tłumacza]

52. w Beaulieu (pod Niceą) pierwsze liceum dla Płazów, w którym kijanki Salamander pracujących w Marsylii uczono francuskiego języka i literatury (...) — Więcej na ten temat znaleźć można w książce Mme Louise Zimmermann, sa vie, ses idées, son oeuvre (Alcan). Cytujemy z tego dzieła pełne szacunku wspomnienie Płaza, który był jednym z jej pierwszych uczniów:

„Opowiadała nam bajki La Fontaine’a, siedząc przy naszym prostym, ale czystym i wygodnym zbiorniku. Cierpiała wprawdzie z powodu wilgoci, ale nie dbała o to, w pełni oddana swemu nauczycielskiemu powołaniu. Zwracała się do nas mes petits Chinois, bo podobnie jak Chińczycy nie umiałyśmy wymawiać głoski r. Po pewnym czasie jednak tak się do tego przyzwyczaiła, że sama wymawiała swe nazwisko Mme Zimmelmann. My, kijanki, uwielbiałyśmy ją. Te małe, które jeszcze nie miały rozwiniętych płuc i w konsekwencji tego nie mogły opuszczać wody, płakały, że nie mogą towarzyszyć jej podczas spacerów po szkolnym ogrodzie. Była taka łagodna i miła, że — o ile wiem — rozgniewała się tylko raz: to było wtedy, gdy nasza młoda nauczycielka historii w upalny dzień włożyła strój kąpielowy i weszła pomiędzy nas do zbiornika z wodą, gdzie opowiadała nam o walkach Holendrów w obronie wolności, siedząc po szyję w wodzie. Wówczas nasza droga Mme Zimmelmann naprawdę się rozgniewała: »Natychmiast proszę iść się wykąpać, Mademoiselle, ale to już!« — wołała ze łzami w oczach. Dla nas była to delikatna, ale zrozumiała lekcja, że nie należymy jednak do ludzi. Później byliśmy naszej duchowej matce wdzięczni, że nam tę świadomość zaszczepiła w sposób tak zdecydowany, a zarazem taktowny.

Jeśli się dobrze uczyłyśmy, czytała nam w nagrodę współczesną poezję, na przykład wiersze François Coppé [Coppé, François (1842–1908): popularny w swoim czasie francuski poeta i dramaturg; przyp. tłum.]. »To wprawdzie zbyt nowoczesne — mówiła — ale w końcu to też należy dzisiaj do dobrego wykształcenia«. Pod koniec roku szkolnego urządzano akademię, na którą był zapraszany pan prefekt z Nicei oraz inne dostojne osobistości. Najzdolniejsi i bardziej zaawansowani w nauce uczniowie, którzy mieli już płuca, byli suszeni przez woźnego i ubierani w białe togi. Potem przedstawiali za cienką kurtyną (żeby damy się ich nie przestraszyły) bajki La Fontaine’a, wzory matematyczne i kolejnych władców z dynastii Kapetyngów z odpowiednimi datami. Następnie pan prefekt w długiej i pięknej przemowie wyrażał wdzięczność i szacunek naszej drogiej pani dyrektor, na czym radosny dzień się kończył. Podobnie jak o nasz rozwój duchowy troszczono się też o nasz fizyczny dobrostan. Raz w miesiącu badał nas miejscowy weterynarz, a co pół roku każdy z nas był ważony, czy ma przepisową wagę. Nasza droga dyrektorka szczególnie kładła nam do głowy, żebyśmy zrezygnowali z ohydnego, bezwstydnego zwyczaju tańców przy księżycu. Wstyd powiedzieć, ale mimo to niektórzy bardziej dojrzali wychowankowie potajemnie w czasie pełni księżyca dopuszczali się tej zwierzęcej niegodziwości. Mam nadzieję, że nasza matczyna przyjaciółka nigdy się o tym nie dowiedziała. Złamałoby to jej wielkie, szlachetne i pełne miłości serce”.

53. skończyło się na tym, że w każdym narodzie propagowano inny Język Uniwersalny — Sławny filolog Curtius w dziele Janua linguarum aperta proponował między innymi, żeby jako jedyny język porozumiewania się Płazów zaadoptowano łacinę złotego wieku Wergiliusza. »Od nas zależy dzisiaj — wołał — czy łacina, ten język najdoskonalszy, najbogatszy w reguły gramatyczne i najlepiej opracowany pod względem naukowym, stanie się znów żywą i ogólnoświatową mową. Jeśli wykształcona ludzkość nie skorzysta z tej okazji, zróbcie to wy same, Salamandrae, gens maritima. Wybierzcie na wasz język ojczysty eruditam linguam Latinam, jedyny język godny tego, żeby nim mówił orbis terrarum. Nieśmiertelna będzie wasza zasługa, Salamandrae, jeśli wskrzesicie do nowego życia wieczny język bogów i herosów. Bowiem razem z tym językiem, gens Tritonum, przejmiecie kiedyś dziedzictwo panującego nad światem Rzymu«.

Natomiast pewien łotewski telegrafista imieniem Wolteras, razem z pastorem Mendeliusem wynaleźli i opracowali szczególny język dla Płazów, nazwany językiem pontyckim (pontic lang). Wykorzystali w tym celu elementy wszystkich języków świata, zwłaszcza narzeczy afrykańskich. Ów język pontycki rozszerzył się szczególnie w krajach północnych, niestety tylko wśród ludzi. W Uppsali powstała nawet katedra tego języka, ale spośród Płazów, o ile wiadomo, nie mówił tym językiem ani jeden. Prawdę powiedziawszy, najbardziej wśród Salamander przyjął się Basic English, który później stał się oficjalnym językiem Płazów.

54. Nie wierzmy nikomu na świecie, nie mamy tam ni jednego przyjaciela — Jest to początek wiersza Nie wierzmy nikomu z tomu Jitřní písnĕ Josefa Svatopluka Čecha (1946). [przypis tłumacza]

55. Język czeski dla Płazów (...) — Por. felieton pióra Jaromíra Seidla-Novoměstskiego, zachowany w zbiorach Povondry.

Nasz przyjaciel na wyspach Galapagos

Odbywając z małżonką, poetką Jindřišą Seidlową-Chrudimską, podróż dookoła świata, aby czarem tylu nowych, potężnych wrażeń chociaż częściowo zagłuszyć ból po stracie naszej drogiej cioteczki, pisarki Bohumily Jandovej-Strešovickiej, dostaliśmy się aż na osamotnione, wieloma legendami owiane wyspy Galapagos. Mieliśmy tylko dwie godziny czasu i przeznaczyliśmy je na spacer brzegiem tej opuszczonej wyspy.

— Spójrz, jak przepięknie zachodzi dzisiaj słońce — powiedziałem do mej małżonki. — Czyż nie wygląda to tak, jakby całe niebo tonęło w zalewie złota i krwi?

— Czy pan raczy być Czechem? — rozległo się znienacka za nami pytanie wypowiedziane poprawną i czystą czeszczyzną.

Spojrzeliśmy zdumieni w tamtym kierunku. Nie było tam nikogo poza dużym czarnym Płazem, siedzącym na skałach i trzymającym w rękach coś, co wyglądało jak książka. Podczas naszej podróży dookoła świata widzieliśmy już kilka Płazów, ale nie mieliśmy dotąd okazji wdać się z nimi w rozmowę. Dlatego łaskawy czytelnik zrozumie nasze zdziwienie, kiedy na wybrzeżu tak pustym spotkaliśmy Płaza, a ponadto usłyszeliśmy pytanie w naszym ojczystym języku.

— Kto to powiedział? — zawołałem po czesku.

— To ja się ośmieliłem, proszę pana — odparł szczerze Płaz, powstając. — Nie mogłem się powstrzymać, słysząc pierwszy raz w życiu czeską mowę.

— Jak to — zdumiałem się — pan zna czeski?!

— Właśnie zajmowałem się odmianą nieregularnego czasownika być — odrzekł Płaz. — Ten czasownik jest w istocie nieregularny we wszystkich językach.

— Jak, kiedy i dlaczego — nalegałem — nauczył się pan czeskiego?

— Przypadek dał mi do rąk tę książkę — odrzekł Płaz i podał mi książkę, którą trzymał w ręce; był to Język czeski dla Płazów, a jej kartki nosiły ślady częstego i pilnego użytkowania. — Dostała się tu wraz z innymi książkami o pouczającej treści. Miałem do wyboru Geometrię dla wyższych klas szkoły średniej, Dzieje taktyki wojennej, Przewodnik po Dolomitach albo Zasady bimetalizmu. Wybrałem jednak tę książkę, która stała się moim najmilszym przyjacielem. Znam ją już całą na pamięć, a jednak znajduję w niej wciąż nowe źródła zabawy i pouczeń.

Moja pani i ja okazaliśmy nieopisaną radość i podziw wobec jego poprawnej, zrozumiałej wymowy.

— Niestety, nie ma tu nikogo, z kim mógłbym rozmawiać po czesku — prawił skromnie nasz nowy przyjaciel — i nawet nie jestem pewien, piąty przypadek liczby mnogiej słowa koń brzmi końmi czy koniami.

— Końmi — powiedziałem.

— O, nie, koniami! — wykrzyknęła żywo moja pani.

— Czy byłby pan łaskaw powiedzieć mi — zapytał nasz miły rozmówca z zapałem — co nowego słychać w naszej mateczce o stu wieżach, w Pradze?

— Rośnie, przyjacielu — odparłem ucieszony jego zainteresowaniem i w kilku słowach opisałem mu rozkwit naszej złotej metropolii.

— Jakże radosne są to wieści — mówił Płaz z nieskrywanym zadowoleniem. — A czy wiszą jeszcze na Mostowej Wieży ucięte głowy straconych czeskich panów?

— Już dawno nie — odparłem, nieco (przyznam się) zdziwiony jego pytaniem.

— To zaiste szkoda — stwierdził sympatyczny Płaz. — Była to cenna pamiątka historyczna. Niech nam Pan Bóg wybaczy, że tyle wspaniałych zabytków ucierpiało w czasie wojny trzydziestoletniej. Jeśli się nie mylę, czeska kraina została wtedy zamieniona w pustynię zbroczoną krwią i łzami. Całe szczęście przynajmniej, że nie zginął wtedy dopełniacz negacji. W tej książce piszą, że ponoć jest na wymarciu. Byłoby mi go bardzo żal, proszę pana.

— Ujęła więc pana również nasza historia! — zawołałem radośnie.

— Zaiste, proszę pana — odrzekł Płaz. — Zwłaszcza klęska białogórska i trzystuletnia niewola. Czytałem o nich bardzo dużo w tej książce. Jesteście zapewne bardzo dumni ze swej trzystuletniej niewoli. Były to niezwykłe czasy, proszę pana.

— Tak, ciężkie czasy — przytaknąłem. — Czasy ucisku i smutku.

— A jęczeliście? — pytał skwapliwie nasz przyjaciel.

— Jęczeliśmy, cierpiąc niewypowiedzianie pod jarzmem okrutnych ciemiężców.

— To mnie cieszy — odetchnął Płaz. — W mojej książce tak właśnie piszą. Bardzo się cieszę, że to prawda. To doskonała książka, proszę pana, lepsza niż Geometria dla wyższych klas szkoły średniej. Chciałbym kiedyś stanąć na tym pamiętnym miejscu, gdzie zostali straceni czescy panowie, a także na innych sławnych miejscach okrutnego bezprawia.

— Powinien pan nas odwiedzić — zaproponowałem mu serdecznie.

— Dziękuję za to miłe zaproszenie — skłonił się Płaz. — Niestety, nie jestem tak dalece samodzielny w moich poczynaniach...

— My byśmy pana kupili! — zawołałem. — Chcę przez to powiedzieć, że być może moglibyśmy dzięki zbiórce narodowej zapewnić środki, które umożliwiłyby panu...

— Serdeczne dzięki! — mruknął nasz przyjaciel wyraźnie wzruszony. — Słyszałem jednak, że woda w Wełtawie jest niedobra. My bowiem chorujemy w rzecznej wodzie na nieprzyjemną dezynterię. — Po czym zamyślił się odrobinę i dodał: — Ciężko byłoby mi też opuścić mój miły ogródek.

— Ach — wykrzyknęła moja pani — ja też jestem zapaloną ogrodniczką! Jakże byłabym panu wdzięczna, gdyby mi pan pokazał okazy tutejszej flory!

— Z największą przyjemnością, droga pani — odparł Płaz, kłaniając się grzecznie. — Czy nie będzie pani przeszkadzało to, że mój ogródek znajduje się pod wodą?

— Pod wodą?

— Tak, dwadzieścia dwa metry pod wodą.

— A jakie kwiaty pan tam hoduje?

— Morskie sasanki — prawił nasz przyjaciel — w kilku rzadkich odmianach. Również morskie rozgwiazdy i morskie ogórki, nie licząc krzewów koralowych. „Szczęśliwy, kto hodował dla swej ojczyzny jedną różę, jeden szczep”, jak powiada poeta [Tym poetą jest František Ladislav Čelakovský, a utwór, z którego pochodzi cytowany dwuwiersz, znajduje się w tomie Růže stolistá (1892); przyp. tłum.].

Z żalem musieliśmy się pożegnać, gdyż statek dawał już znak do odjazdu.

— A co by pan przekazał, panie... panie... — jąkałem się, nie wiedząc, jak nasz miły druh się nazywa.

— Nazywam się Boleslav Jablonský — Płaz nieśmiało uprzedził nasze pytanie. — Jest to według mnie ładne nazwisko. Wybrałem je z mojej książki [Jablonský, Boleslav, właśc. Karel Tupý (1813–1881) — czeski poeta romantyczny, ksiądz katolicki, orędownik zbliżenia czesko-polskiego; przyp. tłum.].

— Co by pan, panie Jablonský, chciał przekazać naszemu narodowi?

Płaz zamyślił się na chwilę.

— Powiedzcie swoim rodakom — odrzekł w końcu głęboko poruszony — powiedzcie im, żeby nie ulegli starym słowiańskim waśniom... i żeby chowali we wdzięcznej pamięci Lipany [pod Lipanami w 1434 r. miało miejsce starcie zbrojne pomiędzy katolicką i utrakwistyczną szlachtą czeską a taborytami, radykalnym odłamem husytów, uważane za jedną z ważniejszych bitew w dziejach Czech; przyp. tłum], a zwłaszcza Białą Górę [Biała Góra: miejsce największej klęski w historii Czech w bitwie pomiędzy siłami czeskich protestantów a wojskami katolickich Habsburgów, stoczona 8 listopada 1620 r.; przyp. tłum]! Czołem, moje uszanowanie — skończył nagle, starając się opanować emocje.

Odpływaliśmy łodzią zamyśleni i wzruszeni. Nasz przyjaciel stał na skale i machał nam ręką; zdawało nam się, że coś woła.

— Co on wołał? — spytała moja pani.

— Nie wiem — odparłem — ale brzmiało to jakby: proszę pozdrowić pana burmistrza Baxę [Baxa, Karel (1863–1938), czeski prawnik i polityk, był wielokrotnie wybierany na burmistrza Pragi i pełnił tę funkcję w latach 1919–1937; red. WL].

56. przeciwnicy wiwisekcji podpisali wiele protestów i petycji, aby zakazać przeprowadzania na żywych Płazach eksperymentów naukowych; w szeregu państw takie prawo faktycznie zostało wydane — zwłaszcza w Niemczech wszelka wiwisekcja została surowo zakazana, ale tylko żydowskim naukowcom. [przypis autorski]

57. miejsca pracy i toalety dla Płazów zostały otoczone wysokimi drewnianymi płotami, które chroniły Płazy (...), a przede wszystkim (...) oddzielały świat Salamander od świata ludzi — Wydaje się, że chodziło tu także o pewne pobudki moralne. Wśród papierów Povondry znalazła się wielojęzyczna Proklamacja, opublikowana przypuszczalnie we wszystkich gazetach na świecie i podpisana przez samą księżną Huddersfield, gdzie napisano:

„Liga Ochrony Płazów zwraca się przede wszystkim do was, kobiety, żebyście w interesie przyzwoitości i dobrych obyczajów przyczyniły się pracą swych rąk do wielkiej akcji, której celem jest zaopatrzenie Płazów w odpowiednią odzież. Najbardziej odpowiednia do tego jest sukienka o długości 40 cm, szeroka w pasie na 60 cm, najlepiej ze wszytą gumką. Zaleca się sukienkę złożoną w fałdy (plisowaną), która dobrze pasuje i umożliwia większą swobodę ruchów. Dla krajów tropikalnych wystarczy fartuszek zawiązywany w pasie, wykonany z całkiem prostego materiału nadającego się do prania, ewentualnie z części waszych starszych ubrań. Pomóżcie tym biednym Płazom, żeby pracując w pobliżu ludzi, nie musiały pokazywać się bez jakiegokolwiek ubrania, co zapewne obraża ich poczucie wstydu i dotyka nieprzyjemnie każdego przyzwoitego człowieka, szczególnie każdej kobiety i matki”.

58. na drodze prawnej zobowiązać same Płazy, żeby respektowały ludzki porządek prawny i kierowały się przepisami, które zostaną dla nich wydane — Por. pierwszy proces Płazów, który toczył się w Durbanie i był szeroko komentowany w światowej prasie (zob. wycinki Povondry). Urząd pracy w A zatrudniał robotniczą kolumnę Płazów, które po pewnym czasie tak się rozmnożyły, że nie miały już w porcie dość miejsca, i kilka kolonii kijanek osiedliło się na pobliskim wybrzeżu. Właściciel ziemski, do którego należała ta część wybrzeża, domagał się, żeby urząd portowy eksmitował swe Salamandry z jego prywatnego terenu, ponieważ ma tam swoje kąpielisko. Urząd portowy odpowiadał, że to nie jego sprawa; skoro Płazy osiedliły się na terenie skarżącego, stały się jego prywatną własnością. Podczas gdy postępowanie to odpowiednio się przeciągało, Płazy zaczęły (wiedzione z jednej strony naturalnym instynktem, z drugiej zapałem do pracy, zaszczepionym im przez wychowanie) bez polecenia i pozwolenia budować tamy i zbiorniki portowe na wybrzeżu pana B. Wtedy pan B złożył skargę na urząd portowy w związku z uszkodzeniem jego mienia. W pierwszej instancji oskarżenie zostało odrzucone z uzasadnieniem, że majątek pana B nie został przez te tamy uszkodzony, lecz ulepszony. Druga instancja przyznała rację stronie skarżącej, uzasadniając, że nikt nie musi tolerować na swym terenie zwierząt hodowlanych sąsiada i że urząd portowy w A odpowiada za wszystkie szkody wyrządzone przez Płazy, tak jak wieśniak wynagradza szkody, które sąsiadom wyrządzi jego bydło. Strona oskarżana protestowała jednak, że nie może odpowiadać za Salamandry, ponieważ nie może ich zamknąć w morzu. Na to sędzia oświadczył, że według niego można na szkody wyrządzone przez Płazy spojrzeć podobnie jak na szkody wyrządzone przez kury, których też nie można zamknąć, gdyż potrafią latać. Przedstawiciel urzędu portowego zapytywał, w jaki sposób jego klient ma Płazy eksmitować albo skłonić do tego, by same opuściły prywatne wybrzeże pana B. Sędzia odpowiedział, że to nie jest sprawa sądu. Przedstawiciel urzędu portowego pytał, jak Wysoki Sąd zapatrywałby się na to, gdyby oskarżony urząd kazał wystrzelać te niepożądane Płazy. Na to sędzia odparł, że jako brytyjski dżentelmen uważałby to za skrajnie niewłaściwe postępowanie, a także za naruszenie prawa łowieckiego pana B. Strona oskarżona powinna więc po pierwsze usunąć Płazy z prywatnego terenu skarżącego, a po drugie usunąć szkody wyrządzone tam przez tamy i regulację brzegu, i to w taki sposób, by przywrócić ów kawałek wybrzeża do stanu pierwotnego. Przedstawiciel strony oskarżonej zadał następnie pytanie, czy do wyburzenia tam i likwidacji zbiorników mogą zostać użyte Salamandry. Sędzia odrzekł na to, że w jego ocenie w żadnym wypadku, chyba że zezwoli na to skarżący, którego małżonka brzydzi się Płazami i nie może się kąpać na brzegu skażonym przez Salamandry. Oskarżana strona oponowała, że bez pomocy Płazów nie może przecież usunąć tam zbudowanych pod powierzchnią morza. Na to sędzia oświadczył, że sąd nie chce i nie może decydować o szczegółach technicznych; sądy są tu po to, aby chronić prawo własności, a nie by oceniać, co jest wykonalne, a co nie.

W ten sposób cała sprawa została pod względem prawnym zakończona. Nie wiadomo, jak urząd portowy w A poradził sobie z tą trudną sytuacją, ale ten przypadek pokazał, że Problem Płazów trzeba będzie koniecznie uregulować także za pomocą nowych przepisów prawnych.

59. Będziemy zapewne oczekiwać od Płazów, żeby w przypadku konfliktu wojennego broniły naszych wybrzeży, ale wówczas nie możemy pozbawiać ich pewnych praw obywatelskich, na przykład prawa wyborczego, prawa do zgromadzeń, reprezentacji (...) — Niektórzy brali równouprawnienie Płazów tak dosłownie, że domagali się, żeby Salamandry mogły piastować wszelkie publiczne urzędy w wodzie i na ziemi (J. Courtaud) albo żeby stworzyć z nich w pełni uzbrojone podmorskie pułki z własnymi głębinowymi dowódcami (generał sił morskich Desfours), albo nawet żeby dozwolone były małżeństwa mieszane ludzi z Płazami (adwokat Louis Pierrot). Przyrodnicy oponowali wprawdzie, że takie małżeństwa w ogóle nie są możliwe, ale maître Pierrot oświadczył, że nie chodzi o biologiczną możliwość, lecz o zasadę prawną, i że sam jest gotów pojąć za żonę samicę Płaza, żeby udowodnić, iż wspomniana reforma prawa małżeńskiego nie pozostanie jedynie na papierze. (Monsieur Pierrot stał się potem wziętym adwokatem w sprawach rozwodowych).

(Nadmieńmy tu w luźnym związku, że zwłaszcza w prasie amerykańskiej od czasu do czasu pojawiała się informacja o dziewczynach, które ponoć podczas kąpieli zostały zgwałcone przez Płazy. Dlatego w Stanach Zjednoczonych mnożyły się przypadki, gdy Płazy były chwytane i linczowane, a głównie palone na stosie. Daremnie uczeni występowali przeciwko temu ludowemu zwyczajowi, twierdząc, że z przyczyn anatomicznych takie przestępstwo jest ze strony Salamander fizycznie niemożliwe. Wiele dziewcząt przysięgało, że były molestowane przez Płazy, dzięki czemu dla każdego porządnego Amerykanina sprawa była jasna. Potem cieszące się popularnością palenie Płazów zostało ograniczone przynajmniej przez to, że mogło się odbywać tylko w soboty i to pod dozorem strażaków. Wtedy też powstał Ruch Przeciwko Linczowaniu Płazów, na którego czele stał czarnoskóry wielebny Robert J. Washington i do którego zgłosiły się setki tysięcy ludzi, jednak bez wyjątku samych czarnoskórych. Amerykańska prasa zaczęła twierdzić, że ten ruch ma znamiona ruchu politycznego i wywrotowego. Dlatego dochodziło do napadów na dzielnice czarnoskórych i spalono wielu mieszkańców, którzy w swych kościołach modlili się za Braci Płazy. Niechęć wobec nich osiągnęła szczyt, gdy od podpalonego murzyńskiego kościoła w Gordonville zajęło się całe miasto. Ale to nie należy już bezpośrednio do historii Płazów.)

Spośród udogodnień i korzyści, które faktycznie stały się udziałem Płazów, wymieńmy przynajmniej niektóre: każda Salamandra miała swoją metrykę i była zarejestrowana w miejscu pracy; musiała mieć urzędowe pozwolenie na pobyt; musiała płacić podatek pogłówny, który odprowadzał za nią pracodawca i potrącał jej go z wyżywienia (ponieważ Płazy nie dostawały wynagrodzenia w pieniądzach). Podobnie musiała płacić najemne za zamieszkiwany kawałek wybrzeża, powszechne narzuty, opłaty za postawienie drewnianego ogrodzenia, opłaty szkolne i inne obciążenia publiczne. Po prostu musimy lojalnie przyznać, że pod tym względem postępowano z nimi tak jak z innymi obywatelami, doświadczały więc jednak jakiegoś równouprawnienia.

60. przychylność wobec Płazów może przejawiać się jedynie w tym, że będzie o nich pamiętać w specjalnej modlitwie (...) — zob. encyklikę Ojca Świętego Mirabilia Dei opera. [przypis autorski]

61. Rozważano też stworzenie dla Płazów (...) podstawowego i uproszczonego nauczania chrześcijańskiego (...) — literatura przedmiotu była w tym przypadku tak bogata, że sama jej bibliografia zajęłaby pokaźne dwa tomy. [przypis autorski]

62. monizm (filoz.) — kierunek filozoficzny uznający (w przeciwieństwie do dualizmu), że natura całej rzeczywistości jest jednorodna, istnieje tylko jeden byt, który dopiero sztucznie można dzielić na wiele innych. [przypis edytorski]

63. niemal z dnia na dzień powstało mnóstwo tajnych świątyń tego kultu — Zob. w papierach Povondry pornograficzną broszurkę, która podobno została przedrukowana z policyjnych raportów w B***. Informacji zawartych w tym „prywatnym egzemplarzu, wydanym dla celów naukowych” nie można w przyzwoitej książce cytować. Przytaczamy tylko niektóre szczegóły:

„Świątynia kultu Salamander, znajdująca się na ulicy ***, pod numerem ***, skrywa w swym wnętrzu duży basen, wyłożony ciemnoczerwonym marmurem. Woda w basenie jest perfumowana wonnymi esencjami, ogrzewana i iluminowana od spodu ciągle zmieniającymi się kolorowymi światłami; poza tym w świątyni panuje ciemność. Przy śpiewie litanii Płazów wchodzą do tęczowego basenu po marmurowych stopniach niczym nieprzyodziani wierzący — z jednej strony mężczyźni, z drugiej kobiety, na ogół z wyższych sfer. Wspomnijmy choćby baronową M., aktora filmowego S., ambasadora D. i wiele innych znacznych osobistości. Nagle niebieski reflektor rozświetla ogromną marmurową skałę, wystającą z wody, na której leży i ciężko oddycha wielki, stary, czarny Płaz, zwany Mistrzem Salamandrem. Po chwili milczenia Mistrz zaczyna mówić. Wzywa wierzących, żeby w pełni i z całej duszy oddali się następującym obrzędom tańca Płazów i uczcili Wielkiego Salamandra. Po czym wstaje i zaczyna kołysać się i kręcić górną połową ciała. Wówczas wierzący płci męskiej także zaczynają szaleńczo, coraz szybciej kołysać się i kręcić, ponoć po to, żeby wytworzyło się Środowisko Seksualne. Tymczasem Salamandry wydają z siebie ostre »ts-ts-ts« i skrzekliwe odgłosy. Potem pod wodą gaśnie jedno światło za drugim i rozpętuje się ogólna orgia”.

Nie możemy wprawdzie ręczyć za ten opis, ale pewne jest, że we wszystkich większych miastach Europy policja z jednej strony ostro prześladowała te sekty, z drugiej zaś miała mnóstwo pracy z tłumieniem ogromnych społecznych skandali z tym związanych. Sądzimy jednak, że kult Wielkiego Salamandra był wprawdzie niezwykle popularny, ale widowiskowość jego oprawy na ogół nie była taka bajkowa, a w biedniejszych warstwach w ogóle jej nie było.

64. chrześcijańskie sekty, które próbowały ochrzcić Płazy, powołując się na słowa Pisma: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. W tym kontekście po raz pierwszy wypowiedziano, że Płazy są jakby narodem — także wspomniana już katolicka modlitwa w intencji Płazów nazwana była Dei creatura de gente Molche: „Boże stworzenia narodu Płazów”. [przypis autorski]

65. oświadczenie Międzynarodówki Komunistycznej, podpisane przez towarzysza Molokowa i skierowane „do wszystkich uciskanych i rewolucyjnych Płazów całego świata” — Oświadczenie, zachowane w papierach Povondry, brzmiało:

Towarzysze Płazy!

Ustrój kapitalistyczny znalazł sobie ostatnią ofiarę. Gdy jego tyrania zaczęła się definitywnie rozbijać o rewolucyjny rozmach klasowo uświadomionego proletariatu, zgniły kapitalizm zaprzągł na swe usługi was, Robotnicy Morza, zniewolił was duchowo swą burżuazyjną cywilizacją, podporządkował was swym klasowym prawom, pozbawił was jakiejkolwiek swobody i uczynił wszystko, aby was móc bezkarnie i brutalnie wykorzystywać

(14 wersów usunięto)

Pracujące Płazy! Nadchodzi chwila, gdy zaczniecie uświadamiać sobie cały ciężar niewolnictwa, w którym żyjecie

(7 wersów usunięto)

i domagać się swych praw jako klasa i jako naród!

Towarzysze Płazy! Rewolucyjny proletariat całego świata podaje wam rękę

(11 wersów usunięto)

wszystkimi środkami. Zakładajcie związki zawodowe, wybierajcie mężów zaufania, zakładajcie fundusze strajkowe! Liczcie się z tym, że uświadomiona klasa robotnicza nie opuści was w waszej sprawiedliwej walce i ręka w rękę z wami przypuści ostatni atak

(9 wersów usunięto)

Uciskane i rewolucyjne Płazy całego świata łączcie się! Ostatni bój już nadchodzi!

Podpisano: Molokov.

66. Salamandry zostały wprost zalane płomiennymi wezwaniami z rozmaitych stron, aby jako całość przyłączyły się do tego czy innego ideowego, politycznego albo społecznego programu ludzkiej społeczności — W zbiorach Povondry znaleźliśmy tylko kilka takich proklamacji; pozostałe prawdopodobnie spaliła z czasem pani Povondrowa. Z zachowanych materiałów przytaczamy przynajmniej niektóre tytuły.

Płazy, odrzućcie broń! (Manifest pacyfistyczny)

Molche, wirft Juden heraus! (Niemiecka ulotka)

Towarzysze Płazy! (Proklamacja grupy anarchistów spod znaku Bakunina)

Koledzy Płazy! (Publiczna odezwa wodnych skautów)

Przyjaciele Płazy! (Otwarty adres Centrali towarzystw akwarystycznych i hodowców zwierząt wodnych)

Płazy, przyjaciele! (Odezwa Towarzystwa Odrodzenia Moralnego)

Obywatele Płazy! (Odezwa Reformatorskiej Frakcji Obywatelskiej w Dieppe)

Koledzy Płazy, wstąpcie w nasze szeregi! (Towarzystwo Pomocy Byłym Marynarzom)

Koledzy Płazy! (Klub Pływacki „Aegir”)

Szczególnie ważne (jeśli wolno nam tak sądzić na podstawie tego, że ją Povondra starannie podkleił) była chyba proklamacja, którą cytujemy w pełnym oryginalnym brzmieniu:

67. Centre Universitaire de Nice, (...) uroczysty wykład doktora Charlesa Merciera, niezwykle uczonego Płaza z portu w Tulonie, (...) na temat teorii krzywej stożkowej w geometrii nieeuklidesowej — W zbiorach Povondry zachowało się felietonistyczne, dosyć powierzchowne opisanie tej uroczystości, w dodatku tylko połowiczne, jako że druga część gdzieś się zapodziała.

Nicea, 6 maja

W pięknym, jasnym budynku Instytutu Studiów Śródziemnomorskich na Promenade des Anglais panuje dziś ożywienie. Dwaj agents de police utrzymują na chodniku przejście dla zaproszonych osobistości, które kroczą po czerwonym dywanie do urokliwego, przyjemnie chłodnego amfiteatru. Widzimy uśmiechniętego mera Nicei, prefekta w cylindrze, generała w błękitnym mundurze, panów z czerwoną baretką Legii Honorowej, damy w dojrzałym wieku (dominuje modna w tym roku terakota), wiceadmirałów, dziennikarzy, profesorów i dostojnych staruszków wszelkich nacji, których na Côte d’Azur jest zawsze pełno. Nagle drobny incydent: pomiędzy tą całą elitą nieśmiało i niepostrzeżenie stara się prześliznąć dziwne stworzonko. Jest od głowy do ziemi zakryte jakąś długą czarną peleryną lub dominem, na oczach ma ogromne czarne okulary i pospiesznie, niepewnie podąża do przepełnionego westybulu. „Hé, vous! — krzyknął jeden ze strażników. — Qu’est-ce que vous cherchez ici? [Hé, vous (...) cherchez ici? (fr.) — Halo, czego pan/pani tu szuka?; przyp. tłum.]” Ale w tym momencie do wystraszonego przybysza podchodzą uniwersyteccy dostojnicy i cher docteur tu, cher docteur tam. A więc to jest doktor Charles Mercier, uczony Płaz, który dziś ma wygłosić wykład przed śmietanką Lazurowego Wybrzeża! Szybko do środka, żebyśmy jeszcze upolowali miejsce w uroczyście podekscytowanym audytorium!

Na podium zasiada Monsieur le Maire, Monsieur Paul Mallory, wielki poeta, Mme Maria Dimineanu jako delegatka Międzynarodowego Instytutu Współpracy Intelektualnej, rektor Instytutu Studiów Śródziemnomorskich i inne oficjalne osobistości. Z boku podium jest pulpit dla wykładowcy, a za nim... ależ tak, to prawdziwa blaszana wanna! Zwyczajna blaszana wanna, jakie bywają w łazienkach. Dwaj funkcjonariusze wprowadzają na podium nieśmiałe stworzenie zakryte długą kapą. Rozlegają się oklaski, w których daje się odczuć zakłopotanie publiczności. Doktor Charles Mercier kłania się wstydliwie i rozgląda się niepewnie, gdzie ma usiąść. „Voila, Monsieur — szepcze jeden z funkcjonariuszy i wskazuje blaszaną wannę. — To dla pana”. Doktor Mercier ewidentnie bardzo się wstydzi, nie wie, jak odwrócić od siebie uwagę. Usiłuje w miarę możliwości dyskretnie zająć miejsce w wannie, ale zaplątuje się w długą pelerynę i z głośnym pluskiem wpada do wanny, opryskując przy tym obficie panów na podium, którzy jednak udają, że nic się nie stało. W audytorium ktoś zaśmiał się histerycznie, ale panowie z pierwszych rzędów oglądają się karcąco i syczą „psst”! W tej chwili powstaje Monsieur le Maire et Depute i prosi o głos.

— Panie i panowie — mówi — mam zaszczyt powitać na terenie pięknego miasta Nicea doktora Charlesa Merciera, wybitnego przedstawiciela życia naukowego naszych bliskich sąsiadów, mieszkańców morskich głębin. (Doktor Mercier wynurza się do połowy ciała z wody i kłania się głęboko). Po raz pierwszy w dziejach cywilizacji morze i ziemia podają sobie ręce na gruncie współpracy intelektualnej. Dotychczas życie duchowe napotykało nieprzekraczalną granicę: były nią oceany. Mogliśmy je przebyć, mogliśmy po nich pływać naszymi statkami we wszystkich kierunkach, ale pod ich powierzchnię, panie i panowie, cywilizacja nie mogła przeniknąć. Ten mały kawałek lądu, na którym żyje ludzkość, był aż dotąd otoczony morzem dziewiczym i dzikim. Były to wspaniałe ramy, ale była to także odwieczna granica: z jednej strony krocząca cywilizacja, z drugiej zaś wieczna i niezmienna przyroda. Ta granica, moi drodzy słuchacze, zostaje teraz przekroczona. (Oklaski) My, dzieci tej wielkiej doby, mamy to niezwykłe szczęście, iż jesteśmy naocznymi świadkami tego, jak rośnie nasza duchowa ojczyzna, jak przekracza własne brzegi, zstępuje do morskich odmętów, dociera do głębin i przyłącza do starej, wykształconej ziemi ocean nowoczesny i cywilizowany. Jakież to wspaniałe widowisko! (Brawo!) Panie i panowie, dopiero dzięki narodzinom kultury oceanicznej, której wybitnego przedstawiciela mamy zaszczyt powitać dziś wśród nas, nasza planeta stała się planetą naprawdę i w całości cywilizowaną. (Entuzjastyczna owacja. Doktor Mercier wstaje w wannie i kłania się).

— Drogi doktorze i wielki naukowcu — zwrócił się następnie Monsieur le Maire et Député do doktora Merciera, który opierał się o brzeg wanny, z przejęciem i ciężko poruszając skrzelami — zechce pan przekazać swym krajanom i przyjaciołom na dnie morza nasze gratulacje, nasz podziw i wyrazy naszej najgorętszej sympatii. Proszę im powiedzieć, że w was, naszych morskich sąsiadach, pozdrawiamy awangardę postępu, która będzie krok po kroku kolonizować bezkresne obszary morskie i na dnie oceanu założy nowy kulturalny świat. Widzę już, jak w morskich głębinach wyrastają nowe Ateny i nowy Rzym. Widzę tam rozkwitający nowy Paryż z podmorskim Luwrem i Sorboną, z podmorskim Łukiem Triumfalnym i Grobem Nieznanego Żołnierza, z teatrami i bulwarami. I pozwólcie mi wyrazić także mą najtajniejszą myśl: mam nadzieję, że naprzeciw naszej drogiej Nicei wyrośnie w błękitnych falach śródziemnomorskich nowa sławna Nicea, wasza Nicea, która będzie swymi wspaniałymi alejami, sadami i promenadami obrębiać nasze Lazurowe Wybrzeże. Chcemy was poznać i chcemy, żebyście wy poznali nas. Osobiście jestem przekonany, że bliższe kontakty naukowe i społeczne, które dziś pod tak szczęśliwymi auspicjami inaugurujemy, poprowadzą nasze narody do coraz bliższej współpracy kulturalnej i politycznej w interesie całej ludzkości, w interesie światowego pokoju, dobrobytu i postępu. (Długotrwała owacja).

Teraz powstaje doktor Charles Mercier i stara się w kilku słowach podziękować panu merowi i deputowanemu nicejskiemu, ale po pierwsze jest nazbyt wzruszony, a po drugie ma dość szczególną wymowę. Z jego przemówienia wychwyciłem jedynie kilka z trudem wypowiedzianych słów; o ile się nie mylę, było to: „bardzo zaszczycony”, „kontakty kulturalne” i „Victor Hugo”. Po czym wyraźnie stremowany uczony z powrotem schował się w wannie.

Głos zabiera Paul Mallory. To, co wygłasza, nie jest mową, lecz poetyckim hymnem przesiąkniętym głęboką filozofią.

— Dziękuję losowi — powiada — że dożyłem spełnienia się i potwierdzenia jednego z najpiękniejszych mitów całej ludzkości. Jest to potwierdzenie i spełnienie przedziwne: zamiast mitycznej zatopionej Atlantydy widzimy z zachwytem nową Atlantydę, która się z głębin wynurza. Drogi kolego Mercier, pan, będący poetą geometrii przestrzennej, i pańscy uczeni przyjaciele, jesteście pierwszymi wysłannikami tego nowego świata, który wyłania się z morza. Nie zrodzona z piany Afrodyta, ale Pallas Anadiomene. Jednak o wiele dziwniejsze i bez porównania bardziej tajemnicze jest to, że do tego... (brakuje zakończenia).

68. Pauvre petit, il est tellement laid! (fr.) — Biedne maleństwo, jest taki brzydki! [przypis tłumacza]

69. pelagial (z gr. pélagos: morze) — toń wodna; wody otwarte mórz, oceanów i jezior; pelagial nerytyczny (tzw. nerytopelagial a. epipelagial) to górna warstwa wód stykających się z wodami przybrzeżnymi, do której dociera światło (głębsza strefa ciemnych wód ponad stokiem kontynentalnym nosi nazwę batypelagial, najgłębsza to abisal). [przypis edytorski]

70. Komisja do Badania Problemu Płazów, do której zostaną zaproszeni również dwaj delegaci Płazy (...). W ten sposób Płazy osiągnęły najwyższe w owym czasie międzynarodowe uznanie swego istnienia — W papierach Povondry zachowało się trochę niewyraźne zdjęcie z gazety, na którym obaj delegaci Płazów wychodzą po schodkach z Jeziora Genewskiego na Quai du Mont Blanc, żeby wyruszyć na posiedzenie Komisji. Wydaje się więc, że byli oficjalnie zakwaterowani w samym Lac Léman.

Co się tyczy genewskiej Komisji do Badania Problemu Płazów, wykonała ona ogromną i pożyteczną pracę głównie przez to, że starannie wystrzegała się wszystkich drażliwych problemów politycznych i ekonomicznych. Zasiadała permanentnie przez wiele lat i odbyła ponad tysiąc trzysta posiedzeń, na których pilnie debatowano o międzynarodowym ujednoliceniu nazewnictwa dla Płazów. W tym względzie panował bowiem okropny chaos. Oprócz naukowych nazw takich jak Salamandra, Molche, Batrachus i tym podobne (które to określenia zaczęły być odbierane jako niegrzeczne), proponowano całe mnóstwo innych. Płazy miano nazywać Trytonami, Neptunidami, Tetydami, Nereidami, Atlantami, Oceanikami, Posejdonami, Lemurami, Pelagami, Litoralami, Pontykami, Batydami, Abyssami, Hydrionami, Żandemerami (Gens de Mer [fr.: „Ludzie Morza”; red. WL]), Sumarynami i tak dalej. Komisja do Badania Problemu Płazów miała z tych wszystkich nazw wybrać najodpowiedniejszą i zajmowała się tym gorliwie i sumiennie aż do samego końca Wieku Płazów, jednak nie doszła do ostatecznej i jednomyślnej konkluzji.

71. spór ideowy pomiędzy „staropłazami” i „młodopłazami” — Jest to prawdopodobnie aluzja do sporu staroczechów (nieoficjalna nazwa członków czeskiej partii liberalno-konserwatywnej, działającej w latach ok. 1860–1918) z młodoczechami, czyli członkami partii liberalno-demokratycznej, działającej mniej więcej w tym samym okresie. [przypis tłumacza]

72. Tymczasem „staropłazy”, jak się zdaje, obstawały konserwatywnie przy naturze i nie chciały zrezygnować ze starych, dobrych, zwierzęcych przyzwyczajeń i instynktów (...) pytały, czy to małpowanie ludzi przystoi dumnym i znającym swoją wartość Płazom — Povondra włączył do swych zbiorów także dwa albo trzy artykuły z „Národní politiky”, które dotyczyły dzisiejszej młodzieży; prawdopodobnie tylko przez niedopatrzenie przypisał je do tego okresu cywilizacji Płazów. [przypis autorski]

73. Płazy (...) [m]ają swoje podmorskie i podziemne miasta, głębinowe metropolie (...) mają swój mniej lub bardziej nieznany, ale (...) technicznie bardzo zaawansowany świat — Pewien pan z Dejvic opowiadał Povondrze, że kąpał się na plaży w Katwijk aan Zee. Wypłynął daleko w morze, tak że ratownik wołał do niego, żeby wrócił. Rzeczony pan (niejaki komisarz Příhoda) gwizdał na to. Ratownik wskoczył do łodzi i popłynął za nim.

— Panie — powiedział do niego — tu się nie wolno kąpać!

— Czemu nie? — zapytał komisarz Příhoda.

— Tu są Płazy.

— Ja się ich nie boję — oponował Příhoda.

— One tu mają pod wodą jakieś fabryki czy coś — mruknął ratownik. — Tu się nikt nie kąpie, proszę pana.

— Ale czemu nie?

— Płazy tego nie lubią.

74. japoński projekt, żeby nad Płazami (z natury czarnymi) sprawował międzynarodowy mandat naród japoński jako przedstawiciel ras kolorowych — Ten pomysł wiązał się prawdopodobnie z silną polityczną propagandą, której niezwykle istotny dokument mamy w rękach, dzięki zbierackiej pasji Povondry. Dokument ów brzmi dosłownie:

[przypis autorski]

75. Der Nordmolch, der Edelmolch (niem.) — płaz północny, płaz szlachetny. [przypis tłumacza]

76. Drake, Francis (ok. 1540–1596) — angielski korsarz, podniesiony przez królową Elżbietę do godności szlachcica i rangi admirała, największy żeglarz swoich czasów. [przypis tłumacza]

77. Sade, Donatien Alphonse François de (1740–1814) — słynny francuski libertyn, w rzeczywistości nie był publicystą, lecz pisarzem, autorem powieści, nowel, dramatów, poematów i in. [przypis tłumacza]

78. kombatant (daw.) — wojownik, żołnierz. [przypis edytorski]

79. Bank of England (ang.) — wybrzeże Anglii. [przypis edytorski]

80. Solche Erfolche erreichen deutsche Molche (niem.) — Takie osiągnięcia mają tylko niemieckie Płazy. [przypis tłumacza]

81. Untergang der Menscheit (niem.) — Upadek ludzkości. [przypis tłumacza]

82. Halo, halo! Chief Salamander speaking. (...) Stop your broadcasting! Halo, Chief Salamander speaking (ang.) — Halo, halo! Mówi Chief Salamander. Halo, mówi Chief Salamander! Wstrzymajcie wszelkie nadawanie, ludzie! Wstrzymajcie wasze nadawanie! Halo, mówi Chief Salamander! [przypis tłumacza]

83. Ready? Ready. (ang.) — Gotowe? Gotowe. [przypis tłumacza]

84. Attention! (...) Now! (ang.) — Uwaga! Uwaga! Uwaga!... Halo!... Teraz! [przypis tłumacza]

85. Chief Salamander speaking! Halo, Chief Salamander is going to speak! (ang.) — mówi Chief Salamander [„naczelna salamandra” a. szef Salamander], Chief Salamander ma zamiar przemówić. [przypis edytorski]

86. John Bull (ang.) — Jan Byk, karykaturalne ucieleśnienie Anglii i Wielkiej Brytanii, w postaci tęgiego, porywczego i gburowatego Anglika [przypis tłumacza]