4. Przedsiębiorstwo handlowe kapitana van Tocha
Gdy kapitan van Toch o tym opowiadał, zjeżyły mu się włosy z tyłu głowy ze wzruszenia i podekscytowania.
— No więc to właśnie przysiągłem. Od tego czasu, chłopcze, nie miałem chwili spokoju. W Padangu wziąłem urlop i posłałem tym Żydom w Amsterdamie sto pięćdziesiąt siedem pereł, wszystko, co mi te zwierzątka przyniosły. Potem znalazłem takiego gościa, Dajaka i shark-killera, który zabija te rekiny nożem w wodzie. Potworny złodziej i zabójca. Popłynąłem z nim taką małą łodzią trampową z powrotem na Tana Masa i powiedziałem mu: „A teraz, chłopie, będziesz tu swym nożem zabijać rekiny”. Chciałem, żeby wybił te sharks, żeby zostawiły w spokoju moje jaszczury. On był taki morderca i poganin, ten Dajak, że nic sobie nie robił także z tych tapa-boys. Diabeł, nie diabeł... było mu wszystko jedno. A ja tymczasem przeprowadzałem na tych lizards observations i experiments. O, proszę, mam taką książkę okrętową, w której codziennie to zapisywałem.
— Którego dziś mamy? Prawda, dwudziestego piątego czerwca. Więc na przykład dwudziestego piątego czerwca zeszłego roku. Yeah, tutaj. „Dajak zabił rekina. Lizards bardzo interesują się jego ścierwem. Toby...”. Toby to był taki mniejszy jaszczurek, ale bardzo sprytny — wyjaśniał kapitan. — Musiałem im nadać różne imiona, wiesz, żebym mógł pisać o nich w tej książce. No więc „Toby wsadzał palce do dziury od noża. Wieczorem przynosiły mi suche gałęzie na ognisko”. Eee, to nic ciekawego — mruknął kapitan. — Znajdę jakiś inny dzień. Na przykład dwudziestego czerwca, dobrze? Lizards budowały tę... tę... jak to się nazywa... jetty?
— Tamę, nie?
— Yeah, tamę. Taką dam. Budowały więc tę nową tamę na północno-zachodnim końcu Devil Bay. Człowieku, to było fantastyczne dzieło. Gotowy breakwater.
— Falochron?
— Yeah. One na tej stronie znosiły jajeczka i chciały tam mieć spokojną wodę. Same to wymyśliły, że zrobią tam taką dam. Ale ja ci powiem, że żaden urzędnik ani inżynier z Waterstaat w Amsterdamie nie zrobiłby lepszego projektu takiej podwodnej tamy. Szalenie zmyślna robota, tylko że woda im to podmywała. One wygrzebują pod wodą takie głębokie dziury ciągnące się aż do brzegu i w tych dziurach za dnia przesiadują. Niezwykle sprytne zwierzęta, całkiem jak beavers.
— Bobry.
— Yeah, te wielkie myszy, co potrafią budować tamy na rzece. One tam, w tej Devil Bay, miały mnóstwo tych tam i tamek, takich pięknych równych dams, tak że wyglądało to niczym jakieś miasto. Miały zamiar postawić tamę przez całą Devil Bay. Tak właśnie... „Już potrafią odwalać kamienie za pomocą lewarka — czytał dalej. — Albertowi...”, to był jeden tapa-boy, „...zmiażdżyło przy tym dwa palce... Dwudziestego pierwszego: Dajak zeżarł Alberta! Ale było mu po nim niedobrze. Piętnaście kropli opium. Obiecał, że już więcej tego nie zrobi. Padało cały dzień... Trzydziestego czerwca: Lizards budowały dalej tamę. Toby nie chce pracować”. Panie, to był dopiero spryciarz — wyjaśniał kapitan z podziwem. — A spryciarze nigdy nie chcą nic robić. On zaś ciągle coś majstrował, ten Toby. Szkoda gadać, wśród jaszczurów też są duże różnice... „Trzeciego lipca: Sergeant dostał nóż”. To był duży, silny jaszczur, ten Sergeant. I bardzo zdolny, proszę pana... „Siódmego lipca: Sergeant zabił tym nożem jedną cuttle-fish”. To taka ryba, która ma w sobie to brązowe gówno.
— Sepia?
— Yeah, to będzie ona... „Dziesiątego lipca: Sergeant zabił nożem wielką jelly-fish19”. To z kolei taki galaretowaty potwór, a parzy jak pokrzywa. Szkaradne zwierzę... A teraz uwaga, panie Bondy... Trzynastego lipca. Podkreśliłem to sobie. „Sergeant zabił tym nożem małego rekina. Waga siedemdziesiąt funtów...”. Tutaj to mam, panie Bondy — uroczyście oświadczył kapitan van Toch. — Tu mam to napisane czarno na białym. To był wielki dzień, chłopcze. Dokładnie trzynastego lipca zeszłego roku. — Kapitan zamknął notes. — Ja się tego nie wstydzę, panie Bondy, ja tam na brzegu tej Devil Bay uklęknąłem na oba kolana i płakałem z radości. Wtedy już wiedziałem, że moje tapa-boys się nie dadzą. Ten Sergeant dostał za to piękny nowy harpun. Harpun to najlepsza rzecz do łowienia rekinów, chłopcze. I mówię mu: „Be a man, Sergeant, i pokaż tym tapa-boys, że mogą się bronić”. Człowieku! — wykrzyknął kapitan, podskoczył i w uniesieniu walnął pięścią w blat biurka — wiesz, że po trzech dniach pływały tam ogromne martwe rekiny, full of gashes, jak się to powie?
— Całe poranione?
— Yeah, same dziury od tego harpuna. — Kapitan napił się, aż zabulgotało. — Tak to wygląda, panie Bondy. Dopiero wówczas zawarłem z tymi tapa-boys... coś jakby umowę. To znaczy, dałem im słowo, że jeśli przyniosą mi muszle perłopławów, dam im za nie harpuny i noże, żeby się mogły bronić, see? To jest uczciwy business, panie Bondy. Co tu dużo gadać, człowiek powinien być uczciwy również wobec zwierząt. Dałem im też jakieś drewno. I dwie żelazne wheelbarrows...
— Taczki... Wózki.
— Yeah. Takie taczki. Żeby mogły wozić kamienie na tamę. Te biedactwa musiały wszystko nosić w tych swoich łapkach, wiesz? No, masę rzeczy dostały. Nie chciałbym ich oszukać, co to, to nie. Poczekaj, chłopcze, coś ci pokażę.
Kapitan van Toch uniósł sobie jedną ręką brzuch, a drugą wyłowił z kieszeni spodni płócienny woreczek.
— Tutaj je mam — powiedział i wysypał jego zawartość na stół. Było to około tysiąca pereł różnej wielkości: drobne jak ziarenka piasku, większe, wielkości grochu, a kilka nawet wielkości czereśni, doskonałe perły w kształcie kropli, perły barokowe o nieregularnych kształtach, perły srebrzyste, niebieskie, cielisto żółtawe, wpadające w czerń i różowe. G. H. Bondy był oszołomiony. Nie mógł się powstrzymać, musiał w nich grzebać, toczyć je koniuszkami palców, przykrywać obiema dłońmi.
— Są piękne — westchnął z zachwytem. — Kapitanie, to jest jak sen.
— Yeah — rzekł kapitan beznamiętnie. — Są naprawdę piękne. A tych rekinów jaszczury zabiły chyba ze trzydzieści w ciągu tego roku, kiedy tam z nimi byłem. Mam to tu napisane — powiedział, stukając się w kieszonkę na piersiach. — Bo też tych noży im dałem że ho, ho... i pięć harpunów. Mnie te noże kosztują prawie dwa dolary amerykańskie a piece, czyli za sztukę. Bardzo dobre noże, chłopcze, ze stali, której nie bierze żaden rust.
— Rdza.
— Yeah. Bo to mają być podwodne noże, do użytku w morzu. A ci Batakowie też mnie kosztowali kupę pieniędzy.
— Jacy Batakowie?
— No ci tubylcy na wyspie. Oni wierzą w to, że te tapa-boys są diabłami, i strasznie się ich boją. A kiedy widzieli, że ja z tymi diabłami rozmawiam, chcieli mnie autentycznie zabić. Całymi nocami walili w takie dzwony, żeby odegnać te diabły od swojego kampungu. Okropny hałas robili. A potem co rano chcieli, żebym im za to dzwonienie płacił. Za tę pracę, którą w to włożyli. Szkoda gadać, ci Batakowie są strasznymi złodziejami. Ale z tymi tapa-boys, z tymi jaszczurami można by zrobić uczciwy biznes. Bardzo dobry interes, panie Bondy.
G. H. Bondy czuł się jak w bajce.
— Kupować od nich perły?
— Yeah. Tylko że w Devil Bay już żadnych pereł nie ma, a na innych wyspach nie ma żadnych tapa-boys. W tym cały problem, młodzieńcze. — Kapitan van Toch triumfalnie wydął policzki. — To jest właśnie ten wielki interes, który sam wymyśliłem. Chłopcze — rzekł, przeszywając powietrze grubym palcem — przecież tych jaszczurów mnóstwo przybyło od tego czasu, gdy się za nimi ująłem! One się teraz mogą bronić, you see? Eh? I wciąż ich będzie przybywać! No tak czy nie, panie Bondy? Czy nie byłby to bajeczny interes?
— Tylko że ja wciąż nie rozumiem... — odparł G. H. Bondy niepewnie — ...o co panu właściwie chodzi, kapitanie?
— No, żeby przewozić te tapa-boys na inne perłowe wyspy — wyrzucił z siebie wreszcie kapitan. — Zaobserwowałem, że te jaszczury nie mogą się same przedostać przez pełne, głębokie morze. One potrafią przez chwilę płynąć, a potem chwilę dreptać po dnie, ale na dużej głębokości jest dla nich zbyt duże ciśnienie. One są bardzo miękkie, wiesz? Ale gdybym miał statek, na którym można by dla nich zrobić taki tank, taki zbiornik na wodę, mógłbym je rozwozić, dokąd bym chciał, see? I one by tam szukały pereł, a ja bym do nich jeździł i dowoziłbym im noże i harpuny i inne potrzebne rzeczy. Te biedactwa tak się w tej Devil Bay roz... rozprosiły, nie?
— Rozmnożyły.
— Yeah, tak się rozmnożyły, że już tam nie będą miały co jeść. One jedzą takie mniejsze rybki i molluscs, i różne wodne owady. Ale mogą też jeść ziemniaki i suchary, i takie zwyczajne rzeczy. Więc można by je karmić w takich tanks na statku. A ja bym je w odpowiednich miejscach, gdzie nie ma dużo ludzi, wypuszczał do wody i urządził tam takie... takie farms dla tych moich jaszczurów. Bo ja bym chciał, żeby te zwierzątka mogły się jakoś wyżywić. One są bardzo miłe i mądre, panie Bondy. Jak je pan zobaczy, powie pan: „Hello, Captain, ma pan pożyteczne zwierzątka”. Yeah. Ludzie teraz oszaleli na punkcie pereł, panie Bondy. To jest ten wielki business, który wymyśliłem.
G. H. Bondy był zakłopotany.
— Bardzo mi przykro, kapitanie — zaczął z wahaniem — ale ja... naprawdę nie wiem...
Błękitne oczy kapitana van Tocha zaszkliły się łzami.
— To niedobrze, chłopcze. Ja bym ci zostawił te wszystkie perły jako... jako guaranty na ten statek, ale sam go kupić nie mogę. Wiem o bardzo zgrabnym statku w Rotterdamie... z silnikiem Diesla...
— Czemu nie zaproponował pan tego interesu komuś w Holandii?
Kapitan pokręcił głową.
— Znam tych ludzi, chłopcze. Z nimi nie mogę o tym rozmawiać... Ja bym mógł wozić tym statkiem także inne rzeczy, wszelkie możliwe goods, i sprzedawałbym je na tych wyspach. Yeah, mógłbym to robić. Mam tam masę znajomości, panie Bondy. A przy tym mógłbym mieć na tym statku tanks dla moich jaszczurów.
— Można by się nad tym zastanowić — rozmyślał G. H. Bondy. — Bo też przypadkowo... No tak, musimy szukać nowych rynków dla naszego przemysłu. Przypadkiem rozmawiałem o tym niedawno z paroma ludźmi. Chciałbym kupić dwa statki, jeden dla Ameryki Południowej, a drugi dla tych wschodnich regionów.
Kapitan ożywił się.
— To się panu chwali, sir. Statki są teraz strasznie tanie, może pan wykupić cały port.
Kapitan van Toch zabrał się do technicznego wykładu, gdzie i jak można kupić vessels i boats i tank steamers. G. H. Bondy nie słuchał go, tylko obserwował. G. H. Bondy znał się na ludziach. Ani przez chwilę nie brał poważnie jaszczurów kapitana van Tocha, ale sam kapitan zasługiwał na jego uwagę. Uczciwy, bez wątpienia. I zna układy tam na dole. Wariat, owszem. Ale niezwykle sympatyczny. W sercu G. H. Bondego zadrgała jakaś fantastyczna struna. Statki z perłami i z kawą, statki z przyprawami i wszystkimi zapachami Arabii. G. H. Bondy miał dziwne uczucie, co zdarzało mu się zazwyczaj przed podjęciem każdej ważnej decyzji; uczucie, które można by wyrazić słowami: „Wprawdzie nie wiem dlaczego, ale chyba w to wejdę”. Tymczasem Captain van Toch rysował potężnymi łapami statki z awning decks albo quarter-decks...
— ...bajeczne statki, chłopcze.
— Wie pan co, kapitanie Vantochu — powiedział nagle G. H. Bondy — proszę do mnie przyjść za dwa tygodnie. Wrócimy do tematu tego statku.
Captain van Toch zrozumiał, jak wiele znaczą takie słowa. Poczerwieniał z radości i wykrztusił:
— A te moje jaszczury... będę je mógł wozić na tym statku?
— Ależ tak. Proszę tylko, żeby pan o nich nikomu nie mówił. Ludzie pomyśleliby, że pan zwariował... i ja też.
— A te perły mogę tu zostawić?
— Może pan.
— Yeah, w takim razie muszę wybrać dwie z nich, bo chciałbym je komuś posłać.
— Komu?
— Takim dwóm redaktorom, chłopcze. Ale czekaj, czekaj. Psiakrew!
— Co?
— Cholera, jak oni się nazywali? — Kapitan van Toch mrugał w zamyśleniu błękitnymi oczami. — Mam taką ciężką głowę, człowieku. Nie pamiętam, jak się ci dwaj boys nazywali.
5. Kapitan J. van Toch i jego tresowane jaszczury
— Niech sczeznę — powiedział jakiś człowiek w Marsylii — jeśli to nie Jensen.
Szwed Jensen podniósł oczy.
— Poczekaj — rzekł — i nie mów, dopóki sobie nie przypomnę. — Położył dłoń na czole. — „Sea-gull”... nie. „Empress of India”... nie. „Pernambuco”... nie. Już wiem. „Vancouver”, Osaka-Line, Frisco. A nazywasz się Dingle, łajdaku, i jesteś Irlandczykiem.
Mężczyzna wyszczerzył żółte zęby i przysiadł się.
— Right, Jensen. I piję każdą wódkę, jaka jest pod ręką. Skąd się tu wziąłeś?
Jensen skinął głową.
— Pływam teraz z Marsylii do Sajgonu. A ty?
— Ja mam urlop — pochwalił się Dingle. — Więc jadę do domu, sprawdzić, ile mi przybyło dzieci.
Jensen pokiwał głową z powagą.
— To znaczy, że znowu cię wylali, co? Picie na służbie i temu podobne rzeczy. Gdybyś chodził do Ymki20, tak jak ja, człowieku, to byś...
Dingle zrobił śmieszną minę.
— Tutaj jest Ymka?
— Przecież dzisiaj sobota — burknął Jensen. — A ty gdzie pływałeś?
— Na takim trampie — odparł Dingle wymijająco. — Wszystkie możliwe wyspy, tam na dole.
— Kapitan?
— Niejaki van Toch. Holender czy ktoś taki.
Szwed Jensen zamyślił się.
— Kapitan van Toch. Też z nim przed laty pływałem, bracie. Statek „Kandong Bandoeng”. Trasa od czarta do diabła. Gruby, łysy i przeklina też po malajsku, żeby mieć większy repertuar. Znam go dobrze.
— Już wtedy był takim wariatem?
Szwed potrząsnął głową.
— Stary Toch jest all right, człowieku.
— A woził już wtedy te swoje jaszczury?
— Nie. — Jensen trochę się zawahał. — Słyszałem coś o tym... w Singapurze. Jeden taki mielił o tym ozorem.
Irlandczyk poczuł się nieco urażony.
— To nie były żadne brednie, Jensen. To święta prawda z tymi jaszczurami.
— Ten w Singapurze też mówił, że to prawda — mamrotał Szwed. — Ale i tak dostał po gębie — dodał triumfalnie.
— Daj sobie powiedzieć — bronił się Dingle — że coś w tym jest. Przecież kto jak kto, ale ja mogę coś na ten temat powiedzieć. Widziałem te suki na własne oczy.
— Ja też — mruczał Jensen. — Prawie całkiem czarne, jakieś metr sześćdziesiąt z ogonem i biegają na dwóch łapach. Wiem.
— Obrzydlistwo — otrząsnął się Dingle. — Całe pokryte brodawkami, człowieku. Matko Boska, nie dotknąłbym tego. Przecież to musi być trujące!
— Niby czemu? — mruknął Jensen. — Człowieku, służyłem już na statku, gdzie była masa ludzi. Na over- i lowerdecku21 pełno ludzi, mnóstwo kobiet i bóg wie czego, tańczyli i grali w karty. Ja byłem palaczem. A teraz mi powiedz, trąbo jedna, co jest bardziej trujące.
Dingl splunął.
— Gdyby to były kajmany, człowieku, nic bym nie powiedział. Kiedyś wiozłem z Banjarmasin węże do ogrodu zoologicznego. Okrutnie śmierdziały! Ale te jaszczury, Jensen, to są bardzo dziwne zwierzęta. W dzień to nic, w ciągu dnia są w tych basenach z wodą, ale w nocy wychodzą... tap, tap... tap, tap... Cały statek się od nich roił. Stały na tylnych łapach i kręciły głowami... — Irlandczyk się przeżegnał. — Na widok człowieka robią „ts-ts-ts”, jak te kurwy w Hongkongu. Nie karz mnie Boże, ale ja myślę, że coś z nimi jest nie w porządku. Gdyby nie było tak trudno o robotę, nie zostałbym tam ani godziny, Jensi. Ani godziny.
— Aha — rzekł Jensen — To dlatego wracasz do mamusi, co?
— Częściowo. Człowiek musiał strasznie chlać, żeby tam w ogóle wytrzymać, a wiesz, że na to kapitan jest czuły. Ile było szumu, kiedy niby jednego z tych potworów kopnąłem. No, kopnąłem i to z niezłym skutkiem, człowieku, aż mu grzbiet przetrąciłem. Żebyś widział, jak stary szalał. Zsiniał, złapał mnie za kark i byłby mnie wrzucił do wody, gdyby nie mat Gregory. Znasz go?
Szwed tylko przytaknął.
— „Już ma dość, panie kapitanie”, powiedział mat i wylał mi na głowę kubeł wody. A w Kokopo zszedłem na ląd. — Dingle splunął długim, spłaszczonym łukiem. — Staremu bardziej zależało na tych paskudach niż na ludziach. Wiesz, że je uczył mówić? Jak Boga kocham, zamykał się z nimi i całymi godzinami do nich mówił. Myślę, że je tresuje, może dla jakiegoś cyrku. Ale najdziwniejsze jest to, że je potem puszcza do wody. Zatrzymuje się koło jakiejś gównianej wysepki, pływa łodzią przy brzegu i mierzy głębokość. Potem zamyka się w tych basenach, otwiera hatch w burcie statku i wypuszcza te ścierwa do wody. Człowieku, one ci skaczą tym okienkiem jeden po drugim, jak tresowane foki, zawsze dziesięć albo dwanaście. A potem w nocy płynie stary Toch do brzegu z jakimiś skrzynkami. Nikt nie wie, co w nich jest. Potem płynie się dalej. Tak to jest ze starym Tochem, Jensi. Dziwne. Bardzo dziwne. — Dingle patrzył tępo przed siebie. — Boże wszechmogący, Jensi, jak ja się bałem! Piłem, człowieku, piłem jak wariat. A kiedy w nocy to całe towarzystwo dreptało i dokazywało... i robiło „ts-ts-ts”, myślałem sobie nieraz: „Oho, młodzieńcze, to od tego chlania”. Przeżyłem to już kiedyś we Frisco, wiesz przecież, Jensen. Ale wtedy widziałem same pająki. De-li-rium, mówili lekarze w sailor-hospital. Sam już nie wiem. Ale potem pytałem Big Binga, czy też widział w nocy to, co ja, a on mówił, że widział. Ponoć widział, jak jeden jaszczur naciska klamkę i wchodzi do kabiny kapitana. No, nie wiem. Ten Joe tak strasznie chlał. Myślisz, Jensi, że Bing miał to de-li-rium? Co myślisz?
Szwed Jensen wzruszył ramionami.
— A ten Niemiec Peters mówił, że na Manihiki Islands, gdy wiózł kapitana na brzeg, schował się za skałami i patrzył, co tam stary Toch robi z tymi skrzynkami. Człowieku, ponoć te jaszczury same je sobie otworzyły, kiedy stary dał im dłuto. A wiesz, co było w tych skrzynkach? Ponoć noże, kamracie. Takie długie noże i harpuny, i takie rzeczy. Ja wprawdzie Petersowi nie wierzę, bo ma okulary na nosie, ale to dziwne. Co myślisz?
Jensenowi żyły wystąpiły na czoło.
— Powiem ci — zawarczał — że ten twój Niemiec wtyka nos w nie swoje sprawy, rozumiesz. I powiem ci jeszcze, że nie radzę mu tego robić.
— Więc mu to napisz — kpił Irlandczyk. — Najpewniejszy adres to piekło, tam to na pewno dostanie. A wiesz, co mnie wydaje się dziwne? Że stary Toch odwiedza czasem te swoje jaszczury w tych miejscach, gdzie je ulokował. Jak Boga kocham, Jensi. Każe się w nocy wysadzić na brzeg i wraca dopiero rano. No, powiedz mi, Jensen, do kogo by tam chodził. I powiedz mi, co jest w tych paczkach, które wysyła do Europy. Posłuchaj, paczka tej wielkości, a on ją ubezpiecza, powiedzmy, na tysiąc funtów.
— Skąd to wiesz? — Szwed spochmurniał jeszcze bardziej.
— Skąd wiem, to wiem — odparł Dingle wymijająco. — A wiesz, skąd stary Toch te jaszczury wozi? Z Devil Bay. Z Diabelskiej Zatoki, Jensi. Mam tam znajomego, jest agentem, wykształcony człowiek, i on mi mówił, że to nie są żadne tresowane jaszczury. Skądże! Coś takiego można opowiadać małym dzieciom! Nie daj sobie niczego takiego wmówić. — Dingle znacząco zamrugał oczami. — Tak się sprawy mają, Jensen, żebyś wiedział. A ty mi będziesz opowiadać, że Captain van Toch jest all right.
— Powiedz to jeszcze raz — wycharczał groźnie wielki Szwed.
— Gdyby stary Toch był all right, nie woziłby diabłów po świecie... i nie usadzałby ich na tych wszystkich wyspach jak wszy na kożuchu. Jensi, przez ten czas, kiedy z nim byłem, rozwiózł ich dobrych kilka tysięcy. Stary Toch zaprzedał swoją duszę, człowieku. A ja wiem, co mu te diabły za to dają. Rubiny, perły i takie rzeczy. Pomyśl, za darmo by tego nie robił.
Jens Jensen poczerwieniał.
— A co ci do tego?! — wrzasnął i walnął pięścią w stół. — Pilnuj swoich cholernych spraw!
Mały Dingle aż podskoczył ze strachu.
— Daj spokój — wykrztusił zmieszany — co ty tak raptem... Mówię tylko o tym, co widziałem. Ale jeśli chcesz, to mi się wydawało. Jeśli chcesz, powiem, że to delirium. Nie możesz się na mnie złościć, Jensen. Przecież wiesz, że już to kiedyś miałem we Frisco. Ciężki przypadek, mówili lekarze w sailor-hospital. Człowieku, mnie się naprawdę wydawało, że widziałem te jaszczury czy diabły, czy bóg wie co. Ale ich nie było.
— Były, Pat — powiedział ponuro Szwed. — Ja też je widziałem.
— Nie, Jensi — przekonywał Dingle. — Miałeś delirium. Stary Toch jest all right, ale nie powinien rozwozić tych diabłów po świecie. Wiesz co, jak dotrę do domu, dam na mszę za jego duszę. Niech mnie diabli porwą, jeśli tego nie zrobię.
— W naszym fachu — burknął smutno Jensen — nie robi się tego. A jak myślisz, Pat, czy to komuś pomoże, jeśli się da za niego na mszę?
— Człowieku, jeszcze jak! — ożywił się Irlandczyk. — Słyszałem u nas o takich przypadkach, kiedy to pomogło, i to nawet w najcięższych przypadkach. Przeciw diabłom i im podobnym, wiesz?
— To ja też zamówię katolicką mszę — postanowił Jens Jensen. — Za Captaina van Tocha. Ale zamówię tu, w Marsylii. Myślę, że tutaj, w tym dużym kościele, jest taniej, po cenie hurtowej.
— Być może, ale irlandzka msza jest lepsza. U nas są, człowieku, diabelskie klechy, które potrafią czynić czary. Całkiem jak fakirzy albo poganie.
— Słuchaj, Pat — powiedział Jensen — ja bym ci dał dwanaście franków na tę mszę. Ale ty jesteś łajdak, bracie, ty to przepijesz.
— Jensi, takiego grzechu bym na swe sumienie nie wziął. Ale poczekaj, żebyś mi wierzył, dam ci na tych dwanaście franków skrypt dłużny. Chcesz?
— To brzmi sensownie — rozważał lubiący porządek Szwed.
Dingle pożyczył kawałek papieru i ołówek i rozłożył się z tym na stole.
— Więc co mam napisać?
Jens Jensen zaglądał mu przez ramię.
— Napisz na górze, że to jest pokwitowanie.
Dingle powoli, wywalając z wysiłku język i śliniąc ołówek, pisał:
POKWITOWANIE
po twierdzam
że przyjołem ot Jensa Jensena
namszę za Duszę Captna
Tocha dwa 12 franków
PAT DINGLE
— Tak będzie dobrze? — spytał Dingle niepewnie. — A kto z nas ma sobie zostawić ten papier?
— No przecież ty, idioto — powiedział Szwed bez wahania. — To jest po to, żeby człowiek nie zapomniał, że dostał pieniądze.
Tych dwanaście franków pan Dingle przepił w Hawrze, a ponadto zamiast do Irlandii popłynął do Dżibuti. Krótko mówiąc, ta msza nie została odprawiona, skutkiem czego w naturalny bieg rzeczy nie ingerowała żadna siła wyższa.