8. Chief Salamander stawia żądania
Trzy dni po trzęsieniu ziemi w Luizjanie ogłoszono nową katastrofę geologiczną, tym razem w Chinach. W prowincji Jiangsu rozerwało się wybrzeże morza na północ od Nankingu, mniej więcej pośrodku pomiędzy ujściem Jangcy i starym korytem Huang He, czemu towarzyszyło potężne, dudniące trzęsienie ziemi. Do tej szczeliny wtargnęło morze i połączyło się z wielkimi jeziorami Pan-jan i Hung-tsu, między miastami Hwaingan i Fuyang. Wydaje się, że w konsekwencji trzęsienia ziemi Jangcy pod Nankingiem opuszcza swe koryto i płynie w kierunku jeziora Tai Hu i dalej na Hangzhou. Ofiar w ludziach nie można oszacować nawet w przybliżeniu. Setki tysięcy uciekają do północnych i południowych prowincji. Japońskie okręty wojenne dostały rozkaz wypłynięcia w kierunku dotkniętego kataklizmem wybrzeża.
Chociaż podziemne wstrząsy w Jiangsu swymi rozmiarami znacznie przekroczyły pogrom w Luizjanie, poświęcano im niewiele uwagi, gdyż świat przyzwyczaił się już do katastrof w Chinach, gdzie — jak się zdaje — milion istnień ludzkich nie ma większego znaczenia. Poza tym było jasne, że chodzi o zwykłe tektoniczne trzęsienie ziemi, związane z głębinowym rowem oceanicznym w pobliżu archipelagów Riukiu i Filipiny. Jednak trzy dni później europejskie sejsmografy zanotowały nowe wstrząsy skorupy ziemskiej, których epicentrum znajdowało się gdzieś w pobliżu Wysp Zielonego Przylądka. Dokładniejsze informacje mówiły, że poważne trzęsienie ziemi dotknęło wybrzeże Senegambii na południe od St. Louis. Pomiędzy miastami Lampul i Mboro powstała głęboka rozpadlina zalewana przez morze i postępująca w kierunku Merinaghene. Według naocznych świadków, przy straszliwym huku wzbił się z ziemi słup ognia i pary, wyrzucając na znaczną odległość piasek i kamienie. Potem słychać było ryk morza, które wdzierało się do otwartej szczeliny. Straty w ludziach są niewielkie.
To trzecie trzęsienie ziemi wywołało już coś na kształt paniki. „Czy ożywia się aktywność wulkaniczna ziemi?” — pytały gazety. „Skorupa ziemska zaczyna pękać” — głosiły wieczorne wydania. Specjaliści wyrazili przypuszczenie, że „rozpadlina senegambska” powstała być może jedynie na skutek erupcji żyły wulkanicznej związanej z wulkanem Pico na wyspie Fogo w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka. Ten wulkan wybuchł jeszcze w roku 1847 i od tego czasu uważany był za wygasły. Zachodnioafrykańskie trzęsienie ziemi nie ma więc nic wspólnego z sejsmicznymi zjawiskami w Luizjanie i w Jiangsu, które najprawdopodobniej były pochodzenia tektonicznego. Ale ludziom, jak się zdaje, było wszystko jedno, czy ziemia pęka z przyczyn tektonicznych, czy wulkanicznych. Faktem jest, że tego dnia wszystkie kościoły były wypełnione modlącymi się tłumami. W niektórych regionach świątynie musiały być otwarte także w nocy.
Około pierwszej w nocy (było to dwudziestego listopada) radioamatorzy w większej części Europy odbierali na swych radioaparatach silne zakłócenia, jakby gdzieś pracowała jakaś nowa, niezwykle silna radiostacja. Znaleźli ją na długości fali dwieście trzy. Słychać było coś jakby łoskot maszyn albo szum morskich fal. W tym ciągnącym się bez końca szumie rozległ się nagle straszny, skrzekliwy głos (wszyscy opisywali go podobnie: pusty, skrzeczący, jakby sztuczny głos, do tego jeszcze bardzo wzmocniony megafonem). I ten żabi głos wściekle wołał: „Halo, halo! Chief Salamander speaking. Halo, Chief Salamander speaking. Stop all broadcasting, you men! Stop your broadcasting! Halo, Chief Salamander speaking!”82. Potem inny, dziwnie pusty głos spytał: „Ready? Ready”83. Następnie słychać było trzaski, jakby przełączano przewody. I znowu inny nienaturalnie skrzekliwy głos zawołał: „Attention! Attention! Attention!”. „Halo!”. „Now!”84.
Po chwili w nocnej ciszy odezwał się chrapliwy, zmęczony, ale mimo to władczy głos: „Halo, ludzie! Tu Luizjana. Tu Jiangsu. Tu Senegambia. Żałujemy ludzkich ofiar. Nie chcemy wyrządzać wam niepotrzebnych strat. Chcemy tylko, żebyście oczyścili brzegi mórz w miejscach, które wcześniej wyznaczymy. Jeśli to zrobicie, unikniecie przykrych wypadków. Następnym razem podamy wam z co najmniej czternastodniowym wyprzedzeniem, w którym miejscu będziemy rozszerzać nasze morza. Dotychczas przeprowadzaliśmy tylko próby techniczne. Wasze materiały wybuchowe się sprawdziły. Dziękujemy wam.
Halo, ludzie! Zachowajcie spokój. Nie mamy wobec was wrogich zamiarów. Potrzebujemy tylko więcej wody, więcej brzegów, więcej mielizn do życia. Jest nas za dużo. Nie ma już dla nas miejsca na waszych wybrzeżach. Dlatego musimy zburzyć wasze lądy. Uczynimy z nich same zatoki i wyspy. W ten sposób długość linii brzegowych na świecie wzrośnie pięciokrotnie. Będziemy tworzyć nowe mielizny. Nie możemy żyć w głębokim morzu. Będziemy potrzebować waszych lądów do zasypywania głębin. Nie mamy nic przeciwko wam, ale jest nas zbyt dużo. Możecie tymczasem przeprowadzić się w głąb lądu. Możecie schronić się w górach. Góry zostaną zburzone na końcu.
Chcieliście nas. Rozsialiście nas po całym świecie. Teraz nas macie. Chcemy postępować z wami po dobroci. Będziecie nam dostarczać stal na nasze wiertła i kilofy. Będziecie nam dostarczać materiały wybuchowe. Będziecie nam dostarczać torpedy. Będziecie dla nas pracować. Bez was nie moglibyśmy zlikwidować starych lądów. Halo, ludzie, Chief Salamander w imieniu wszystkich Płazów proponuje wam współpracę. Będziecie razem z nami pracować nad zburzeniem waszego świata. Dziękujemy wam”.
Zmęczony, ochrypły głos umilkł i znów słychać było ów szum jakby maszyn albo morza. „Halo, halo, ludzie — odezwał się ponownie skrzekliwy głos — teraz będziemy dla was nadawać muzykę rozrywkową z waszych płyt gramofonowych. Na początek posłuchajcie Marsza trytonów ze znanego filmu Posejdon”.
Gazety jednak uznały tę nocną audycję radiową za „prymitywny i głupi żart” jakiejś stacji. Pomimo tego miliony ludzi oczekiwały następnej nocy przy swych radioodbiornikach, czy przemówi znowu ten straszny, gwałtowny, skrzekliwy głos. Odezwał się dokładnie o pierwszej, przy akompaniamencie głośnego, pluszczącego poszumu. „Good evening, you people — zakwakał wesoło. — Najpierw zagramy wam z gramofonowej płyty Salamander-Dance z waszej operetki Galatea”. Gdy wybrzmiała hałaśliwa i bezwstydna muzyka, rozległ się znowu ów potworny i radosny skrzekot: „Halo, ludzie! Właśnie została storpedowana brytyjska kanonierka »Erebus«, która chciała zniszczyć na Atlantyku naszą radiostację. Załoga utonęła. Halo, wzywamy do głośników rząd brytyjski. Załoga okrętu »Amenhotep«, port macierzysty Port Said, wzdragała się przed wydaniem nam w naszym porcie Makallah zamówionych materiałów wybuchowych. Podobno otrzymała rozkazy, by wstrzymać ich dalsze dostawy. Okręt został zatopiony. Radzimy, by rząd brytyjski odwołał ten rozkaz do jutrzejszego południa drogą radiową, gdyż w przeciwnym razie zostaną zatopione okręty »Winnipeg«, »Manitoba«, »Ontario” i »Quebec« płynące ze zbożem z Kanady do Liverpoolu. Halo, wzywamy do głośników rząd francuski. Odwołajcie krążowniki, które płyną w kierunku Senegambii. Musimy tam jeszcze poszerzyć nowo utworzoną zatokę. Chief Salamander polecił, żebym przekazał obu rządom jego niezachwianą wolę nawiązania z nimi jak najbardziej przyjaznych stosunków. Koniec wiadomości. Teraz będziemy nadawać z płyty waszą pieśń Salamandria, valse érotique”.
Nazajutrz po południu na południowy zachód od Mizen Head zostały zatopione okręty „Winnipeg”, „Manitoba”, „Ontario” i „Quebec”. Świat ogarnęło przerażenie. Wieczorem BBC przekazała, że rząd Jego Królewskiej Mości wydał zakaz dostarczania Płazom jakiejkolwiek żywności, produktów chemicznych, narzędzi, zabawek i metali. O godzinie pierwszej w nocy zaskrzeczał w radiu zirytowany głos: „Halo, halo, halo, Chief Salamander speaking! Halo, Chief Salamander is going to speak!”85. Po czym odezwał się zmęczony, ochrypły, rozgniewany głos: „Halo, ludzie! Halo, ludzie! Myślicie, że damy się zagłodzić? Skończcie z waszymi głupotami! Wszystko, co robicie, obróci się przeciw wam! W imieniu wszystkich Płazów świata wzywam Wielką Brytanię. Ogłaszamy od tej godziny nieograniczoną blokadę Wysp Brytyjskich, z wyłączeniem wolnego państwa Irlandii. Zamykam kanał La Manche. Zamykam Kanał Sueski. Zamykam Cieśninę Gibraltarską dla wszystkich okrętów. Wszystkie porty brytyjskie zostają zamknięte. Wszystkie okręty brytyjskie na jakimkolwiek morzu będą torpedowane. Halo, wzywam Niemcy. Zwiększam dziesięciokrotnie zamówienia na materiały wybuchowe. Dostarczajcie je natychmiast loco główny magazyn Skagerrak. Halo, wzywam Francję. Dostarczcie czym prędzej zamówione torpedy do podmorskich fortów C3, BFF i Quest 5. Halo, ludzie! Ostrzegam was. Jeżeli ograniczycie nam dostawy żywności, wezmę ją sobie sam z waszych okrętów. Jeszcze raz was ostrzegam”. Zmęczony głos zamieniał się w chrapliwe, ledwo zrozumiałe charczenie. „Halo, wzywam Italię. Przygotujcie się do ewakuacji obszaru Wenecja — Padwa — Udine. Ludzie, ostrzegam was po raz ostatni. Dosyć już narobiliście głupstw”. Nastała długa pauza, w czasie której jakby szumiały fale czarnego i zimnego oceanu. Po czym znowu rozległ się wesoły i skrzekliwy głos: „A teraz zagramy wam ostatni przebój grupy Triton-Trot”.
9. Konferencja w Vaduz
Była to dziwna wojna, o ile w ogóle można to nazwać wojną. Nie było bowiem żadnego państwa Płazów ani żadnego uznanego ich rządu, któremu można by oficjalnie wojnę wypowiedzieć. Pierwszym państwem, które znalazło się w stanie wojny z Salamandrami, była Wielka Brytania. Od razu w pierwszych godzinach Płazy zatopiły wszystkie jej okręty zakotwiczone w portach. Temu nie można było w żaden sposób zapobiec. Jedynie statki na pełnym morzu były w tym momencie stosunkowo bezpieczne, zwłaszcza jeśli krążyły nad większymi głębinami. W ten sposób ocalała część brytyjskiej floty, która przerwała blokadę Płazów na Malcie i skupiła się wokół głębi na Morzu Jońskim. Lecz i te jednostki zostały niebawem wytropione przez małe łodzie podwodne Płazów i zatopione jeden po drugim. W ciągu sześciu tygodni Wielka Brytania utraciła cztery piąte całego tonażu okrętowego.
John Bull86 miał jeszcze jedną okazję, by okazać swój powszechnie znany upór. Rząd Jego Królewskiej Mości nie pertraktował z Płazami i nie odwołał zakazu dostaw. „Brytyjski dżentelmen — oświadczył brytyjski premier w imieniu całego narodu — chroni zwierzęta, ale nie negocjuje z nimi”. Już po kilku tygodniach na Wyspach Brytyjskich dał się odczuć rozpaczliwy brak żywności. Tylko dzieci dostawały kromkę chleba i kilka łyżeczek herbaty lub mleka dziennie. Naród brytyjski znosił to nad wyraz dzielnie, choć upadł tak nisko, że zjadł wszystkie swoje konie wyścigowe. Książę Walii własnoręcznie zaorał pierwszą bruzdę na polu golfowym Royal Golf Club, aby posadzić tam marchew dla londyńskich sierocińców. Na kortach tenisowych Wimbledonu posadzono ziemniaki, na torze w Ascott posiano pszenicę. „Poniesiemy wszystkie, nawet te największe ofiary — zapewniał w parlamencie przywódca partii konserwatywnej — ale brytyjskiego honoru nie splamimy”.
Ponieważ blokada brytyjskich wybrzeży była szczelna, Anglii pozostawała tylko jedna wolna droga dla zaopatrzenia i kontaktu z koloniami, czyli droga powietrzna. „Musimy mieć sto tysięcy samolotów” — oświadczył minister lotnictwa, i wszystko, co miało ręce i nogi, oddało się realizacji tego hasła. Czyniono gorączkowe przygotowania do tego, aby móc produkować tysiąc samolotów dziennie. Wtedy jednak rządy pozostałych mocarstw europejskich ostro zaprotestowały przeciwko takiemu naruszaniu równowagi lotniczej. Brytyjski rząd musiał zrezygnować ze swego programu powietrznego i zobowiązać się, że nie zbuduje więcej niż dwadzieścia tysięcy samolotów, i to w ciągu pięciu lat. Nie pozostało więc nic innego niż głodować dalej albo płacić horrendalne ceny za żywność, która była dostarczana samolotami innych państw. Funt chleba kosztował dziesięć szylingów, para szczurów jedną gwineę, puszka kawioru dwadzieścia pięć funtów szterlingów. Słowem: były to złote czasy dla kontynentalnego handlu, przemysłu i rolnictwa.
Jako że marynarka wojenna została już na samym początku wyeliminowana, operacje wojskowe przeciw Płazom toczyły się tylko na lądzie i z powietrza. Armia lądowa waliła z dział i karabinów maszynowych do wody, nie wyrządzając, jak się zdaje, Salamandrom większej krzywdy. Nieco skuteczniejsze były bomby lotnicze zrzucane do morza. Płazy odpowiadały ostrzałem z podwodnych dział brytyjskich portów, które obróciły w ruinę. Z ujścia Tamizy ostrzeliwały także Londyn. Wówczas dowództwo armii podjęło próbę otrucia Salamander bakteriami, ropą i substancjami żrącymi, wylewanymi do Tamizy i do niektórych morskich zatok. Na to Płazy odpowiedziały w ten sposób, że wypuściły na angielskim wybrzeżu na długości stu dwudziestu kilometrów zasłonę gazów bojowych. Była to tylko demonstracja, ale wystarczająca. Rząd brytyjski po raz pierwszy w historii był zmuszony poprosić inne mocarstwa o interwencję, domagając się zakazu wojny z użyciem gazów.
Następnej nocy odezwał się przez radio ochrypły, gniewny i ciężki głos Chief Salamandra: „Halo, ludzie! Niech Anglia nie robi głupstw! Jeśli będzie nam zatruwać wodę, my będziemy zatruwać wam powietrze. Używamy tylko waszej własnej broni. Nie jesteśmy żadnymi barbarzyńcami. Nie chcemy walczyć z ludźmi. Nie chcemy nic więcej, tylko móc żyć. Proponujemy wam pokój. Będziecie nam dostarczać wasze produkty i sprzedacie nam wasze lądy. Jesteśmy gotowi dobrze wam za nie zapłacić. Oferujemy wam więcej niż pokój. Oferujemy wam handel. Oferujemy wam złoto za wasze ziemie. Halo, wzywam rząd Wielkiej Brytanii. Podajcie mi waszą cenę za południową część hrabstwa Lincolnshire przy zatoce Wash. Daję wam trzy dni do namysłu. Na ten czas wstrzymuję wszystkie wrogie działania oprócz blokady”.
W tej samej chwili na angielskim wybrzeżu ustała podmorska kanonada. Umilkły również podwodne działa. Nastała dziwna, niemal przerażająca cisza. Rząd brytyjski oświadczył w parlamencie, że z Płazami pertraktować nie zamierza. Mieszkańcy rejonu zatoki Wash i Lynn Deep zostali ostrzeżeni, że prawdopodobnie grozi im zmasowany atak Płazów i że byłoby lepiej opuścić wybrzeże i przenieść się w głąb lądu. Jednak przygotowane pociągi, samochody i autobusy odwiozły tylko dzieci i część kobiet. Mężczyźni zostali na miejscu. Po prostu nie mieściło im się w głowie, że Anglik mógłby stracić swoją ziemię. Minutę po upływie trzydniowego rozejmu padł wystrzał. Był to strzał z angielskiego działa, który oddał Loyal North Lancashire Regiment, grając przy tym marsz zatytułowany Czerwona róża. Potem zagrzmiał straszliwy wybuch. Ujście rzeki Nene zostało zatopione aż po Wisbech i zalane morzem z zatoki Wash. Pod wodą znalazły się między innymi słynne ruiny Wisbech Abbey, Holland Castle, gospoda „U Jerzego i Smoka” i inne zabytkowe miejsca.
Następnego dnia rząd brytyjski w odpowiedzi na interpelację w parlamencie poinformował, że: z wojskowego punktu widzenia uczyniono wszystko dla obrony brytyjskiego wybrzeża; nie można wykluczyć kolejnych, znacznie rozleglejszych ataków na ziemię brytyjską; rząd Jego Wysokości nie może jednak pertraktować z wrogiem, który nie oszczędza cywilów ani kobiet. (Zgoda). Dziś już nie chodzi o losy Anglii, lecz o cały cywilizowany świat. Wielka Brytania jest skłonna rozważyć międzynarodowe gwarancje, które by ograniczyły te straszliwe i barbarzyńskie ataki zagrażające ludzkości.
Kilka tygodni później zwołana została konferencja przedstawicieli wszystkich państw świata w Vaduz.
Odbyła się ona w Vaduz, ponieważ w Alpach nie istniało zagrożenie ze strony Płazów, a ponadto tam właśnie już wcześniej schroniła się większość zamożnych i wybitnych osobistości z krajów nadmorskich. Konferencja, jak powszechnie przyznawano, zabrała się energicznie do rozwiązania aktualnych światowych problemów. W pierwszym rzędzie wszystkie kraje (łącznie ze Szwajcarią, Abisynią, Afganistanem, Boliwią i innymi państwami śródlądowymi) zdecydowanie odmówiły uznania Płazów za samodzielne walczące mocarstwo, głównie dlatego, że potem także ich Salamandry mogłyby się uważać za członków jaszczurczego państwa. Niewykluczone, że uznane w ten sposób ich państwo chciałoby wykonywać zwierzchność nad wszystkimi wodami i wybrzeżami, gdzie żyją Płazy. Z tego powodu zarówno z prawnego, jak i z praktycznego punktu widzenia nie można wypowiedzieć Salamandrom wojny albo zastosować wobec nich innej formy międzynarodowego nacisku. Każde państwo ma prawo wystąpić tylko przeciwko swoim Płazom. Jest to jego czysto wewnętrzna sprawa. Dlatego nie może być mowy o zbiorowym dyplomatycznym albo wojskowym démarche przeciwko Płazom. Państwom napadniętym przez Jaszczury należy udzielić międzynarodowej pomocy jedynie w taki sposób, że udzieli się im zagranicznych pożyczek na skuteczną obronę.
Następnie Anglia zgłosiła propozycję, żeby wszystkie państwa zobowiązały się przynajmniej, że przestaną dostarczać Płazom broń i materiały wybuchowe. Po starannym namyśle propozycja ta została odrzucona, głównie dlatego, że to zobowiązanie jest już zawarte w Konwencji Londyńskiej. Po drugie, żadnemu państwu nie można zabronić, żeby dostarczało swym Płazom „jedynie na własne potrzeby” wyposażenie techniczne i broń do obrony własnych wybrzeży. Po trzecie, państwom nadmorskim „zależy naturalnie na utrzymaniu dobrych stosunków z mieszkańcami morza” i dlatego uważają za właściwe „powstrzymanie się na razie od wszelkich środków, które Płazy mogłyby uznać za represyjne”. Niemniej jednak wszystkie państwa skłonne są obiecać, że będą dostarczać broń i materiały wybuchowe także tym krajom, które Salamandry zaatakują.
W trakcie tajnych obrad została przyjęta propozycja kolumbijska, żeby podjąć z Płazami przynajmniej nieoficjalne negocjacje. Chief Salamander zostanie poproszony, żeby wysłał na konferencję swych pełnomocników. Przedstawiciel Wielkiej Brytanii zdecydowanie zdystansował się wobec tego, odmawiając obradowania wspólnie z Płazami. W końcu jednak zadowolił się tym, że wyjedzie w tym czasie ze względów zdrowotnych do Engadyny. Tej nocy przy użyciu szyfrów państwowych wszystkich mocarstw nadmorskich zostało wyemitowane wezwanie, aby Jego Ekscelencja pan Chief Salamander wyznaczył swych przedstawicieli i wysłał ich do Vaduz. Odpowiedzią było ochrypłe: „Dobrze, tym razem jeszcze przyjdziemy do was, ale w przyszłości to wasi delegaci przyjdą do mnie, do wody”. Po czym nastąpiło jeszcze oficjalne oświadczenie: „Upoważnieni przedstawiciele Płazów przyjadą pojutrze wieczorem Orient Expressem na stację Buchs”.
W jak najszybszym tempie czyniono wszystkie przygotowania na przyjęcie Płazów. Przygotowano najbardziej luksusowe wanny w Vaduz, a specjalny pociąg przywiózł w cysternach wodę morską do tychże wanien dla delegatów. Wieczorem na dworcu w Buchs miało się odbyć jedynie nieoficjalne przywitanie. Przybyli nań tylko sekretarze poszczególnych delegacji, przedstawiciele miejscowych urzędów i około dwustu dziennikarzy, fotografów i filmowców. Dokładnie o 6:25 Orient Express wjechał na stację. Z salonki wysiedli na czerwony dywan trzej wysocy, eleganccy panowie, a za nimi kilku nienagannie ubranych, dziarskich sekretarzy z ciężkimi aktówkami. „A gdzie są Płazy?” — zapytał ktoś stłumionym głosem. Dwaj albo trzej oficjele wyszli niepewnie na spotkanie owym trzem panom. Wtedy pierwszy z nich dyskretnie i szybko powiedział: „Jesteśmy delegacją Płazów. Ja jestem profesor doktor van Dott z Hagi. A to maître Rosso Castelli, adwokat z Paryża i doktor Manoel Carvalho, adwokat z Lizbony”. Panowie ukłonili się i przedstawili. „To wy nie jesteście Płazami?” — wykrztusił francuski sekretarz. „Oczywiście, że nie — rzekł doktor Rosso Castelli. — Jesteśmy ich adwokatami. Pardon, ci panowie chyba chcą filmować”. Potem uśmiechająca się delegacja Płazów była z zapałem filmowana i fotografowana. Również obecni sekretarze prawników okazywali swe zadowolenie. Trzeba przyznać, że te Salamandry zachowały się rozsądnie i przyzwoicie, przysyłając jako swych przedstawicieli ludzi. Z ludźmi da się rozmawiać. A przede wszystkim odpada nieprzyjemne towarzyskie zakłopotanie.
Jeszcze tej samej nocy odbyła się pierwsza narada z delegatami Płazów. W porządku obrad znalazł się problem jak najszybszego odnowienia pokoju między Płazami i Wielką Brytanią. O głos poprosił profesor van Dott.
— Nie podlega dyskusji — powiedział — że Płazy zostały napadnięte przez Wielką Brytanię. Brytyjska kanonierka „Erebus” zaatakowała na pełnym morzu naszą pływającą radiostację. Brytyjska admiralicja naruszyła pokojowe kontakty handlowe z Płazami przez to, że zabroniła załodze okrętu „Amenhotep” wyładować zamówionego ładunku materiałów wybuchowych. I trzecia rzecz: rząd brytyjski swym zakazem jakichkolwiek dostaw rozpoczął blokadę Salamander. Płazy nie mogły skarżyć się na te nieprzyjacielskie działania ani w Hadze, gdyż Konwencja Londyńska nie dała Płazom prawa skargi, ani w Genewie, ponieważ nie są członkami Ligi Narodów. Nie pozostało im więc nic innego, niż sięgnąć po samoobronę. Pomimo tego Chief Salamander jest skłonny wstrzymać działania wojenne pod następującymi warunkami: po pierwsze, Wielka Brytania przeprosi Płazy za wyżej wymienione krzywdy; po drugie, odwoła wszystkie zakazy dostaw dla Płazów; po trzecie, w ramach odszkodowania odstąpi Salamandrom bez wynagrodzenia nizinne dorzecza w Pendżabie, żeby mogły tam utworzyć nowe wybrzeża i zatoki morskie.
Na to przewodniczący konferencji oświadczył, że przekaże te warunki swemu szanownemu przyjacielowi, przedstawicielowi Wielkiej Brytanii, który akurat jest nieobecny. Nie ukrywał jednak obaw, że te warunki będą trudne do przyjęcia. Niemniej należy mieć nadzieję, że możemy w nich upatrywać punkt wyjścia do dalszych rozmów.
Potem pod obrady poddana została skarga Francji w sprawie wybrzeża Senegambii, które Płazy wysadziły w powietrze, ingerując w ten sposób we francuskie posiadłości kolonialne. O głos poprosił przedstawiciel Płazów, sławny paryski adwokat, doktor Julien Rosso Castelli.
— Niech pan to udowodni — powiedział. — Światowe autorytety w dziedzinie sejsmografii twierdzą, że trzęsienie ziemi w Senegambii było pochodzenia wulkanicznego i że wiąże się z dawną aktywnością wulkanu Pico na wyspie Fogo. Tutaj — zawołał doktor Rosso Castelli, waląc dłonią w swoje dossier — są ich raporty naukowe! Jeśli ma pan dowody, że trzęsienie ziemi w Senegambii powstało w wyniku działań mych klientów, proszę, czekam na nie.
Belgijski delegat Creux:
— Wasz Chief Salamander sam oświadczył, że to zrobiły Płazy!
Profesor van Dott:
— Jego wystąpienie było nieoficjalne.
M. Rosso Castelli:
— Jesteśmy upoważnieni do zdementowania jego wystąpienia. Domagam się wysłuchania rzeczoznawców technicznych w kwestii tego, czy da się sztucznie zrobić w skorupie ziemskiej szczelinę długości sześćdziesięciu siedmiu kilometrów. Proponuję, żeby zademonstrowali nam oni praktyczną próbę o podobnym zakresie. Dopóki nie ma takich dowodów, panowie, będziemy mówić o czynności wulkanicznej. Tym niemniej Chief Salamander jest gotów odkupić od rządu francuskiego zatokę morską, która powstała w rozpadlinie senegambijskiej i nadaje się do założenia osady Płazów. Jesteśmy upoważnieni do porozumienia się z rządem francuskim co do ceny.
Delegat francuski, minister Deval:
— Jeżeli mamy to traktować jako odszkodowanie za wyrządzone szkody, możemy rozmawiać na ten temat.
M. Rosso Castelli:
— Bardzo dobrze. Rząd Płazów domaga się jednak, żeby stosowna umowa kupna obejmowała również tereny Landes od ujścia Girondy po Bayonne, a więc obszar sześciu tysięcy siedmiuset dwudziestu kilometrów kwadratowych. Innymi słowy, rząd Płazów jest skłonny odkupić od Francji ten kawałek południowofrancuskiej ziemi.
Minister Deval (urodzony w Bayonne, poseł z tego okręgu):
— Żeby wasze Salamandry zrobiły z kawałka Francji morskie dno? Nigdy! Nigdy!
Dr Rosso Castelli:
— Francja będzie żałować tych słów, drogi panie. Dziś jeszcze była mowa o cenie kupna.
Potem posiedzenie zostało przerwane.
Podczas następnego spotkania przedmiotem rozmów była wielka międzynarodowa propozycja złożona Płazom: żeby zamiast niedopuszczalnego dewastowania starych, gęsto zasiedlonych lądów budowały dla siebie nowe wybrzeża i wyspy. W tym przypadku zapewni się im znaczący kredyt. Nowe lądy i wyspy zostaną potem uznane za ich samodzielne i suwerenne terytorium państwowe.
Doktor Manoel Carvalho, znany prawnik lizboński, podziękował za tę propozycję, którą przekaże rządowi Płazów.
— Jednak każde dziecko zrozumie — powiedział — że budowanie nowych lądów jest znacznie bardziej czasochłonne i kosztowne niż burzenie starych obszarów. Nasi klienci potrzebują nowych wybrzeży i zatok w jak najkrótszym czasie. To jest dla nich kwestia być albo nie być. Byłoby lepiej dla ludzkości przyjąć hojną ofertę Chief Salamandra, który dziś jest jeszcze skłonny jest kupić świat od ludzi, zamiast opanować go siłą. Nasi klienci znaleźli sposób wydobywania złota znajdującego się w wodzie morskiej. W efekcie tego posiadają niemal nieograniczone środki. Mogą wam za wasz świat dobrze, a wręcz doskonale zapłacić. Liczcie się z tym, że z czasem wartość świata będzie dla nich maleć, zwłaszcza, jeśli nastaną — jak można przewidywać — dalsze katastrofy wulkaniczne albo tektoniczne, o znacznie większych rozmiarach niż te, których dotąd byliśmy świadkami, i jeśli w ich rezultacie zmniejszy się znacznie powierzchnia kontynentów. Dziś jeszcze można sprzedać świat w dotychczasowych rozmiarach. Kiedy jednak zostaną z niego tylko wierzchołki gór, sterczące nad powierzchnią morza, nikt nie da wam za niego złamanego grosza. Jestem tu wprawdzie jako przedstawiciel i radca prawny Płazów — wołał doktor Carvalho — i muszę bronić ich interesów, ale jestem człowiekiem jak i wy, panowie, i dobro ludzi leży mi na sercu nie mniej niż wam. Dlatego radzę wam, nie, zaklinam was: sprzedawajcie lądy, dopóki nie jest za późno! Możecie je sprzedawać w całości albo poszczególnymi krajami. Chief Salamander, którego wielkoduszny sposób myślenia jest dziś już wszystkim znany, zobowiązuje się, że podczas przyszłych koniecznych zmian powierzchni ziemi będzie w miarę możliwości oszczędzał życie ludzi. Zalewanie lądów będzie się odbywało stopniowo i tak, żeby nie doszło do paniki lub niepotrzebnych katastrof. Jesteśmy upoważnieni do rozpoczęcia negocjacji, czy to z prześwietną światową konferencją jako całością, czy też z poszczególnymi państwami. Obecność tak wybitnych prawników jak profesor van Dott czy maître Julien Rosso Castelli może być dla was gwarancją, że niezależnie od słusznych interesów naszych klientów Płazów, będziemy ramię w ramię z wami bronić tego, co jest nam wszystkim najdroższe: ludzkiej kultury i dobra całej ludzkości.
W nieco przygnębiającej atmosferze zajęto się kolejną propozycją: aby Salamandrom udostępnić do zatopienia środkowe Chiny. Za to Płazy zobowiązałyby się, że po wieczne czasy zagwarantują nienaruszalność wybrzeży państw europejskich i ich osad.
Doktor Rosso Castelli:
— Po wieczne czasy to trochę długo. Powiedzmy na dwanaście lat.
Profesor van Dott:
— Środkowe Chiny to trochę mało. Powiedzmy, prowincje Nganhuei, Honan, Kiangsu, Či-li i Föng-tien.
Japoński przedstawiciel zaprotestował przeciwko odstąpieniu prowincji Föng-tien, która leży w sferze zainteresowań Japonii. Chiński delegat zabrał głos, ale niestety nikt go nie rozumiał. Na sali obrad zapanował rosnący chaos. Była już pierwsza w nocy.
Wówczas wszedł do sali sekretarz delegacji włoskiej i szepnął coś do ucha włoskiemu przedstawicielowi, hrabiemu Tosti. Hrabia Tosti zbladł, powstał i nie bacząc na to, że chiński delegat, doktor Ti mówił dalej, zawołał ochrypłym głosem:
— Panie przewodniczący, proszę o głos. Dostałem właśnie wiadomość, że Płazy zatopiły w morzu część naszej prowincji weneckiej aż do Portogruaro.
Nastała straszliwa cisza, tylko chiński delegat mówił dalej.
— Przecież Chief Salamander dawno was ostrzegał — mruczał doktor Carvalho.
Profesor van Dott niecierpliwie poruszył się w fotelu i podniósł rękę.
— Panie przewodniczący, może wrócilibyśmy do rzeczy. Mowa jest o prowincji Föng-tien. Jesteśmy upoważnieni, by zaproponować japońskiemu rządowi rekompensatę w złocie. Pozostaje kwestia tego, co dadzą naszym klientom zainteresowane państwa za likwidację Chin.
W tej chwili nocni radioamatorzy słuchali programu radia Płazów. „Usłyszeliście przed chwilą barkarolę z Opowieści Hoffmanna — skrzeczał speaker. — Halo, halo, a teraz łączymy się z włoską Wenecją”.
A potem słychać było tylko ponury i bardzo głośny szum jakby wzbierających wód.