21. Depesza
Na górach pada śnieg. Sypie wielkimi, cichymi płatkami już całą noc. Nowego śniegu napadało na pół metra, ale padać nie przestaje. Milczenie spływa na lasy. Tylko czasem trzaśnie gałąź przeciążona śniegiem i jej trzaśnięcie toruje sobie krótką drogę przez zaśnieżoną, zgęszczoną ciszę.
Potem wzmógł się mróz i z pruskiej strony nadleciał lodowaty wiatr. Delikatne płatki przemieniają się w kłującą kaszę bijącą prosto w twarz. Opadły śnieg podnosi się z ziemi ostrymi igiełkami i wiruje w powietrzu. Z drzew sypią się obłoki białego kurzu, szybko lecą nad ziemią, krążą i wznoszą się ku mrocznemu niebu. Sypie się śnieg od ziemi ku chmurom.
Gałęzie głębokich lasów zgrzytają i skrzypią. Z ciężkim trzaskiem łamie się sosna i miażdży młododrzew. Ale te ostre dźwięki są jakby porozmiatane i porozwiewane gwiżdżącym huczącym, skuczącym, ostrym, przerywanym hukiem wiatru. Gdy huk na chwilkę ustaje, słyszysz pod nogami piskliwy chrzęst zmarzłego śniegu, jakbyś deptał po tłuczonym, sproszkowanym szkle.
Nad Spindelmühle toruje sobie drogę posłaniec telegrafu. W wysokim śniegu wędruje się diabelnie ciężko. Posłaniec ściągnął czapkę na uszy i owiązał ją czerwoną chustką. Na rękach ma wełniane rękawice, a na szyi pstrokaty szal i jeszcze mu zimno. No, myśli sobie, za półtorej godziny wygrzebię się przecie na Niedźwiedzi Dół, a na schodzenie pożyczę sobie sanki. Diabli nadali, że ludziom chce się posyłać depesze w taką niepogodę!
Koło Dziewczęcej Kładki wichura porwała posłańca i pokręciła nim sobie w kółko. Zdrętwiałymi rękami złapał się za słupek tablicy turystycznej. — Jezus Maria — rzekł sobie — ależ to musi przecie ustać wreszcie! — Naprzeciwko niego w wolnej przestrzeni pędziła masa śniegu, jak obłok. Coraz bliżej, jest tuż, teraz tylko wstrzymać oddech... Tysiące igiełek kłuje go w twarz, włazi za kark; w spodniach jest gdzieś szczelina i przez nią dobiera się śnieg do gołego ciała. Pod zmarzłym ubraniem człowiek jest mokry. Obłok przeleciał i posłaniec ma ochotę wrócić na pocztę. Inżynier Marek — powtarza sobie adres depeszy — to nawet nietutejszy. Ale telegram jest express. Kto wie, o co tam chodzi. Może rodzina, czy ja wiem...
Przycichło trochę i posłaniec ruszył przez Dziewczęcą Kładkę i wzdłuż potoku pod górę. Śnieg skrzypiał pod ciężkimi butami i było mu rozpaczliwie zimno. Wiatr zawył znowu i całe masy śniegu walą się z drzew prosto na głowę posłańca i za kołnierz. Po plecach spływa mu strumyczek lodowatej wody. Ale najgorsze to, że sypki śnieg jest diabelnie śliski, a droga idzie pod górę.
W tej właśnie chwili rozpętał się huragan śniegowy.
Waliło się z góry coś, jakby biały trzaskający mur. Zanim zdołał się odwrócić, cała wściekłość wichury zwaliła go śniegiem w twarz. Schylił się i ciężko dyszał. Zrobił parę kroków i upadł. Usiadł tyłem do wiatru, ale ogarnął go niepokój, że zostanie zasypany śniegiem. Wstał, próbując iść dalej, ale znowu się pośliznął i upadł na ręce. Wstał jeszcze raz i zjechał na brzuchu parę metrów w dół. Przytrzymał się drzewa i otwartymi ustami chwytał powietrze. Lazł teraz na czworakach. Do stu diabłów, muszę przecie dostać się na górę! Aby nie ugrząźć tutaj! Po twarzy spływał mu topniejący śnieg i pot. Śnieg go oślepiał, wydawało mu się, że zgubił drogę, zapłakał na głos i pełzał pod górę. Ale na czworakach lezie się ciężko, i to jeszcze w długiej kapocie. Stanął tedy i zmagając się z wichurą, ruszył naprzód. Gdy się posunął o pół kroku naprzód, to zjeżdżał dwa kroki na dół. Znowu posunął się trochę, ale się pośliznął i z twarzą w śniegu zjeżdżał ze zbocza. Gdy wstał, spostrzegł, że zgubił kij.
A tymczasem nad górami lecą chmary śniegu, zaczepiają się o skały, świszczą, stękają, wirują. Posłaniec szlocha, jakby miał czkawkę; wysilony i wystraszony zrobi krok, przystanie, żeby złapać powietrza, znowu krok, znowu odetchnąć i jeszcze krok... Jezu Chryste! Łapie się drzew. Która też może być godzina? Wyjął z kieszeni kamizelki swoją cebulę w żółtym przejrzystym futerale, lecz i do futerału wdarł się śnieg. Wszystko zalepione śniegiem. Może to już zapada mrok. Zawrócić? Ale przecież ja już muszę być na górze!
Ciosy wiatru przemieniły się w nieprzerwane wianie. Chmury walą się prosto po zboczu, ciemna brudnawa mgła jest pełna płatów śniegowych. Śnieg leci poziomo prosto w twarz i zalepia oczy, usta, nos. Mokrymi, zdrętwiałymi palcami trzeba ten na poły stopniały śnieg usuwać z uszu, z oczu... Posłaniec jest z przodu zawalony grubą, ciężką warstwą śniegu. Jego płaszcz zgina się ciężko, bo jest sztywny i ciężki jak deska. Do podeszew lgnie coraz więcej śniegu i buty stają się ciężkie jak ołów. A w boru coraz ciemniej. Przecież na Boga, nie może być więcej jak druga godzina!
Nagle zwalił się żółtozielony mrok i śnieg padał lawinowo. Kłaki śniegu duże jak pięść, wilgotne i ciężkie, lecą i wirują tak gęsto, że granica między ziemią a powietrzem znika. Nie widać własnego nosa. Wdychasz kłaki śniegu, brniesz przez wirującą zawieję, która sięga ci wysoko ponad głowę, stąpasz na ślepo jak kret ryjący sobie ścieżkę w śniegowej masie. Jedyny instynkt: iść naprzód. Jedyne pragnienie: oddychać czymś innym, niż śniegiem. Coraz trudniej wyciągać nogi ze śniegu. Brniesz przez zaspę, która sięga ci poza kolana. Wyrywasz nogę z gąszczu śnieżnego, który natychmiast zamyka się za tobą.
Tymczasem gdzieś tam po miastach, na dole, padają rzadkie płatki śniegu i zaraz topnieją w czarnym błocie. W sklepach zapalają światło, w kawiarniach jasno, ludzie siedzą pod lampami elektrycznymi i szemrzą, że taki dzisiaj paskudny, ciemny dzień. Niezliczone światła rozbłyskują po wielkim mieście i iskrzą się w wodnistym błocie.
Jedyne światełko świeci na zawianej śniegiem górskiej łące. Z trudem przebija się przez padający śnieg, zdaje się kręcić, przygasać, ale płonie i żyje. Buda w Niedźwiedzim Dole świeci.
Była już godzina piąta, a więc całkiem ciemno, gdy przed Niedźwiedzią Budą zatrzymało się coś bezkształtnego. To „coś” rozłożyło grube, białe skrzydła i zaczęło tłuc nimi o siebie i zdzierać grube pokrywy śniegu. Spod śniegu ukazał się płaszcz, spod płaszcza wyjrzały nogi i zaczęły wściekłe tłuc w kamienny próg, żeby się uwolnić od przylepionego śniegu. Był to pocztowiec ze Spindelmühle.
Wszedł do Budy i ujrzał przy stole chudego pana. Chciał go pozdrowić, ale głos zawiódł go zupełnie. Ozwał się tylko taki łagodny syk, jaki wydaje para ulatująca ciasnym otworem. Chudy pan wstał.
— Ależ, człowieku, gdzież to ciebie diabli noszą w takiej zamieci? Przecież mogłeś w tym bardzo łatwo skręcić kark!
Pocztowiec kiwnął głową i zasyczał niewyraźnie.
— Rozumu nie masz, człowieku! — zrzędził chudzielec. — Panienko — wołał na kelnerkę — niech no pani przyniesie gorącej herbaty! No, gadajcie, ojciec, gdzie was tu licho niosło? Na Niedźwiedzią Budę?
Posłaniec zaprzeczył ruchem głowy i otworzył skórzaną torbę. Była pełna śniegu. Z trudem wygrzebał z niej telegram tak zamarzły, że chrzęścił.
— Chchichcharek? — wyszeptał.
— Co? — pytał chudy pan.
— In-ży-nier... Ma-rek?... — sylabizował posłaniec z wielkim wysiłkiem i z wyrzutem w spojrzeniu.
— To ja jestem Marek — zawołał chudy pan. — Czy jest co dla mnie? Dawaj pan prędzej!
Inżynier Marek otworzył depeszę. Było w niej:
Twoje przypuszczenia potwierdzone. Bondy.
Więcej nic.