Rozdział jedenasty

jak Hieronim konno do stacji pocztowej przybył i jak się w zajeździe z znacznym jednym podróżnym poznał, który się niźnik zwał, a który zbawienne nauki Hieronimowi dawszy, sam się być hultajem pokazał.

Tak więc Hieronim jechał w świat szeroki,

Pachołek za nim i pękate troki52,

By z najbliższego grodku tuż

Pocztowym wozem ruszyć już.

A choć tak gorzko płakał przy rozstaniu,

Jął pogwizdywać przy pierwszym stajaniu

I myśl wesoła przyszła wnet,

Gdy wspomniał Uniwersytet.

Miał bowiem odtąd jako student wolny

Do diabła cisnąć cały mozoł szkolny,

A kij rektorski tyleż go

Obchodził teraz, co to źdźbło!

A cóż dopiero, gdy wspomniał talary,

Które na drogę dał mu jego stary!

Tych, choć nie liczył, wiedział to,

Że więcej będzie, niźli sto.

Tu nagle sięgnął po węzełek matki

W zanadrze: ten był uwiązany w szmatki,

W czarną i białą, tudzież w pstrą,

A wiele sznurków strzegło go.

Co kiedy wszystko rozwinął do treści,

Znalazł tam różnych monet coś trzydzieści,

Złoto i srebro, nawet miedź,

Którą starości kryła śniedź.

Tak to matczysko ciułało po trosze

Na złą godzinę jaką owe grosze,

Chowając skrzętnie z dawnych lat

Co rzadszy pieniądz do tych szmat.

Z radości tedy ująwszy się w boki,

Rozkazał panicz rozwiązywać troki,

Chociaż do syta w domu jadł,

Zanim na konia w drogę siadł.

A iż to w drodze na nudy podróży

Pieczeń soczysta przednio zawsze służy,

Więc do miasteczka zleciał czas,

Jak gdyby właśnie z bicza trzasł.

Już przed zajazdem stuknął wóz pocztowy,

Do drogi prawie tak jakby gotowy,

Tylko mu jeszcze jedną oś

I dyszel wprawią czy tam coś.

Hieronim, z jazdy kontent53 nadzwyczajnie,

Podjezdka54 swego dał prowadzić w stajnie,

Po czym strawnego55 groszy sześć

Dał pachołkowi, by mógł jeść.

Wszakże przy całym przybycia zapale

O swym posiłku nie zapomniał wcale;

Siadł i w godzinę czy też dwie

Prawie że całkiem najadł się.

A był w oberży, której opis skrócę,

Zacny podróżny, pan w wielkiej peruce,

Imć baron Niżnik imię mu,

Z dalekich krajów przybył tu.

Ten gdy młodzieńca z pachołkiem obaczył,

Wnet: kto i skąd był, zapytać go raczył,

Na co Hieronim tak i tak:

«Studiosus56 jestem, choć nie żak!

Do usług Waszej Wielmożności, jadę

Na Akademię, ad parnassum grade57,

Gdzie Teologii w noc i w dzień

Uczyć się będę, bom nie leń!»

«Hm!... Waszmość tedy parasz się nauką! —

Rzekł grzecznie na to owy pan z peruką —

Szczęścia więc życzę. Tylko bacz,

Byś w szkodę nie wpadł, jak ów zacz...

Hm!... Akademia!... Znam wysokie szkoły,

Wiem, jako żywot bywa tam wesoły,

Jak tam łotrzyki różne się

Obławiać zwykły, ciągnąc w grę.

Wielu już, wierzaj Waszmość Pan, studentów

Wpadło tam w matnię kosterskich58 wykrętów,

Czas drogocenny, jak na żart,

W winiarni trwoniąc lub u kart.

Ja sam z lat młodych doznałem, niestety,

Co to są damy, asy i walety!

A więc się Waszmość frantów strzeż,

I słowa moje w serce bierz!»

Na co Hieronim: «Najłaskawszy Panie,

Zachowam zawsze w pamięci twe zdanie

I twoich mądrych nauk treść

Przez życie w sercu będę nieść.

Muszę też wyznać Waszej Wielmożności,

Żem takoż grywał i w karty, i w kości,

Lecz iżem stawiał tak jak nic,

Żaden mnie dotąd nie zgrał fryc59

«Grę niską — na to pan w wielkiej peruce —

Chwalę. Sam nieraz nawet karty rzucę,

Nic bo nie traci, kto tak gra,

Chociaż mu karta padnie zła.

My dwaj — na przykład — z tak piękną zasadą

Spróbować możem, nim konie zajadą

I nim wsiadania przyjdzie czas,

Komu fortuna służy z nas.»

Wnet nasz Hieronim podobał naukę

Zacnego pana i wielką perukę:

Cóż szkodzi pulka albo dwie,

Gdy czas w zajeździe dłuży się?

Tu, jakby cudem, zjawiły się karty,

Stół uprzątnięty został i wytarty,

A sam gospodarz wyniósł się,

By nie przeszkadzać gościom w grze.

Niskie z początku poszły na stół stawki.

Ale Hieronim zerwał się wnet z ławki

I w pierwszą pulę, gdy mu szła,

Rzucił talara czy też dwa.

Zaledwie przecież stawił grubszą sztukę,

Wnet się ku panu, który miał perukę,

Fortuny taki zwrócił los,

Że ciągle pęczniał jego trzos.

Tak kiedy poszły szyldburskie talary

(A sto ich było i dziesięć, do pary),

Po dar matczyny sięgnął ów,

By się odegrać jakoś znów.

Fortuna wszakże, brzydząc się przynuką60,

Najwierniej panu służyła z peruką

I zanim się skończyła gra,

Spuścił węzełek aż do dna.

Tak mniej niżeli w trzy zdrowaśki z szmatki

Los wypatroszył «pożegnalne» matki,

Złoto i srebro, nawet miedź,

Pan ów w peruce zgarnął w sieć.

Być może, że się jeszcze kiedy wrócę

Do opowieści o panu w peruce,

Co umiał karty znaczyć tak,

Że każda stawka szła mu w sak61.

Ale że teraz czasu było mało,

Więc co tam jeszcze w trokach się zostało,

Dobył Hieronim. Z drżących rąk

Lecą tobołki sukien, ksiąg...

I te już stawiać chciał sztuka po sztuce,

Gdy z wielkim żalem dla pana w peruce

Z trąbki pocztylion dobył głos —

I tak ocalił resztę los.

Siadł w wóz Hieronim, związawszy swe juki,

Klnąc w duszy pana i wielkie peruki.

I tak rozstali obaj się,

W przeciwne strony dążąc dwie.