I

Kiedy Liza, przewracając się z boku na bok na łóżku, przetarła wreszcie oczy i rozejrzała się wkoło, izbę wypełniał chorobliwy, blady brzask, tak mdły, że zatonąłby w ciemności, gdyby biało pobielone ściany nie dopomogły mu do zwycięstwa i utrwalenia się.

Okno nie było zasłonięte — mimo to jednak wydawało się, że wisi w nim zasłona ciemnoszarej, beznadziejnej barwy, tak gęsta mgła leżała na podwórzu. Smutny dzień listopadowy wstawał bez śladu blasków słońca; szarości nieba nie mąciła najmniejsza barwna smuga lub plama. Wrzask kawek, które obsiadły owocowe drzewa, brzmiał tak samo bezbarwnie, jak bezbarwny był świt. A nawet kiedy zaczęły piać koguty — kogut z młyna i kogut ze Smoczego Dworu odpowiadały sobie nawzajem — poranna ich pieśń nie dźwięczała jak pobudka, ale raczej wydawało się, że oba połknęły podczas nocy niesłychaną ilość mgły i że teraz buntują się przeciwko temu, usiłując z trudem wykrztusić ją i wypluć.

Przebudzenie się Lizy nie było bynajmniej weselsze aniżeli przebudzenie się dnia.

Przede wszystkim pomyślała i o tym, jaki jest dzień tygodnia. Był to piątek. Cztery dni przeminęły od owej pamiętnej niedzielnej nocy, a w ciągu tego całego czasu nic się nie zmieniło w jej stosunku do młynarza. Wydawało się, że ani na krok nie przybliżyła się do celu. Jeszcze tylko parę dni, potem Janek powróci do domu, a korzystna sposobność będzie bezpowrotnie stracona. Z każdym dniem wzmagały się jej wątpliwości, czy też istotnie postąpiła dobrze, stawiając młynarzowi tak stanowczy opór. W każdą bezsenną noc słyszała coraz wyraźniej przestrogę Peera. Czyż naprawdę wypuściła z rąk łanię, chcąc uchwycić kozła, którego jednak dosięgnąć nie mogła?

Raz po raz nazywała się sama głupią lalką, która — dzięki swojej przesadnej uczciwości — nic nie uzyska, podobnie jak nazbyt grzeczne dzieci.

Wieczorem, zanim zasnęła — aby nazajutrz zbudzić się z ociężałą głową i z większym jeszcze ciężarem ugniatającym serce — leżała cichutko jak myszka i nasłuchiwała, czy się obok coś porusza. Niekiedy podnosiła się na łóżku i zerkała poprzez cienką ściankę, czy na progu drzwi widać jeszcze smugę światła. Ach, gdyby zechciał znowu zapukać albo wprost wejść, bo drzwi nie były zaryglowane! Ale Bóg odmawiał wypełnienia tych życzeń — widocznie nie zasłużyła sobie na łaskę tak jak pewna osoba, która „biegała na wszystkie misyjne zebrania!”...

Ach, gdyby tak naprawdę rozszalała burza! — rozmyślała mała czarownica. Musielibyśmy oboje wstać, ja przestraszyłabym się okropnie, zresztą i tak lękam się zawsze, kiedy się błyska i grzmi... on pocieszałby mnie, rozczuliłby się, a jeden silny grzmot dopomógłby do zakończenia. Dosyć już długo okazywałam, że jestem uczciwą dziewczyną... nikt zaś nie może wymagać, abym naprawdę była tak nieczuła, jak nieczułe jest drzewo lub kamień...

Ale ciężarne burzą chmury nie nadciągały w tych dniach, a czarownica z młyna nie rozporządzała tak tajemną sztuką, by je na zawołanie sprowadzić.

Zaczęła niemal rozpaczać. Każdy przemijający dzień częściowo rabował związane z nim nadzieje. I dzisiaj wstawał znowu taki szary, ohydny dzień, beznadziejnie wkradał się do izby i napominał, aby nie traciła czasu. Ach, gdyby to można było wiedzieć, co czynić! Doznawała wrażenia, że i ten dzień przeminie bezowocnie jak poprzednie.

Wtem wydało się jej, że ktoś puka w okno.

Już przedtem nieraz uderzały w okno obwisłe pędy dzikiego wina, co dowodziło, że mimo pozornej nieruchomości mgły pogoda jest wietrzna. Ale tym razem pukanie brzmiało inaczej — nie głośniej wprawdzie, ale bardziej zdecydowanie; natychmiast zauważyła różnicę.

Podniosła głowę z poduszek i wpatrzyła się w zasłonę mgieł.

Niedługo czekała na wyjaśnienie. Nie pukała tutaj w okno jak tam u jej rywalki mistyczna, astralna ręka — nie, ponad dolną ramą okna ukazała się całkiem rzeczywista pięść uczerniona prochem strzelniczym i poplamiona krwią; poniżej błyszczał jakiś przedmiot, częściowo ukryty poza ramą. Ale to, co można było dojrzeć, błyszczało niezwykle, jak gdyby ta pięść wycisnęła z mgły wielkie, świetlane krople.

Szybkim, kocim ruchem Liza wyskoczyła z łóżka i stanęła przy oknie.

Poniżej uczernionej prochem i poplamionej krwią pięści widniała — w należytym z nią anatomicznym związku — postać Peera Vibe. Na głowie miał futrzaną czapkę, a z każdego jej odstającego włoska zwisała błyszcząca kropelka wody; dookoła krótkiej szyi owinął kilkakrotnie duży wełniany szal, który zakrywał również dolną część ciemnej, nieogolonej brody; sponad ramienia wyzierała strzelba; nogi tkwiły, jak się wydawało, nie w butach natłuszczonych tranem, lecz w berłaczach23 z wilgotnej, lepkiej gliny, zmieszanej ze zwiędłym listowiem i połamanymi gałązkami. Ale najciekawszy był przedmiot, jaki Peer Vibe dzierżył w swej wyciągniętej ku górze prawej pięści: obróżka z nowego srebra, ozdobiona ładnym dzwonkiem.

Cichutko przemknęła Liza ku komodzie i wyjęła z szuflady parę wełnianych skarpetek. Cichutko otworzyła okno i dała Peerowi skarpetki w zamian za obróżkę, a biorąc ją, wsadziła mały palec w otwór dzwonka, aby zapobiec dźwięczeniu.

Potem ostrożnie wysunęła głowę przez okno, spodziewając się, że ujrzy na ziemi zabitą Jenny.

Z krtani Peera wydobyło się prawie bezgłośne, wesołe czkanie.

— Czy sądzisz może, że będę ją nosił na plecach w jasny, biały dzień?... Nie, nie... było już bardzo późno, kiedy nareszcie wylazła mi na strzał. Nie mogłem jej zabrać, musiałem pozostawić ją w lesie... ale w doskonałej kryjówce. Byłby chyba z diabłem w zmowie ten, kto by tam sarnę wywęszył. Dzisiaj wieczorem ją zabiorę. Jak to dobrze mieć wszędzie swoje schowki! Tym właśnie różni się stary, doświadczony kłusownik od nowicjusza.

Zdjął strzelbę z ramienia i podał jej.

— Najlepiej będzie, Lizo, jeżeli udzielisz „Mr. Greenowi” gościny na dzień dzisiejszy. Nie lubi on spacerów przy świetle dziennym. Wieczorem go odbiorę, kiedy pójdę po zwierzynę.

I pożegnał ją skinieniem głowy.

Takie to było pukanie w okienko.

Rzadko kiedy jakaś dziewczyna była szczęśliwsza i weselsza po takim „puk, puk w okieneczko”.

Liza umieściła strzelbę w szafie z ubraniami. Nie po raz pierwszy korzystał „Mr. Green” z tej gościny, gdy jasny dzień zaskoczył dżentelmena podczas wędrówki. Przez długą chwilę wpatrywała się z radością zwycięstwa w spuściznę po biednej Jenny; serce jak młotem waliło w jej piersi.

Ta obróżka była talizmanem szczęścia, który nie mógł zawieść. Połysk srebra rozjaśniał wesoło ołowianą szarzyznę dnia, a dzwoneczek dzwonił tryumfalnie. Obróżkę Jenny trzymała nareszcie w swoim ręku! To był tryumf nad rywalką. Dzień rozpoczynający się tak pomyślnie zapowiadał coś dobrego.

Zagrzebała kosztowny skarb w najgłębszym kąciku dolnej szuflady w komodzie i nakryła go z wielką troskliwością.

Obudziła się późno, a roboty było dzisiaj dużo: należało przede wszystkim upiec obwarzanki. Ale cóż szkodziło opóźnienie? Robota szła jak z płatka.

Lars wsadził głowę przez drzwi, aby się z nią pożegnać. Jego matka leżała ciężko chora, a poczciwy młynarz zwolnił chłopca na kilka dni, by dopomagał w obsługiwaniu chorej. Liza, zajęta całkowicie własnymi sprawami, zapomniała o tym. Gdy jednak Lars przypomniał: „Jak wiesz, moja matka...” — Liza pomyślała o własnej matce i poddała się wzruszeniu.

— Chodź tutaj, mój chłopcze!

Rozwiązała pospiesznie jego tobołek, wsypała w papierową torbę wszystkie obwarzanki, które leżały już upieczone, trzeszczące świeżością na gorącej płycie pieca, i zapakowała je do zawiniątka.

— To dla twojej matki... Pozdrów ją pięknie ode mnie, życzę jej, aby wyzdrowiała jak najprędzej! No, szczęśliwej drogi!

I w nadmiarze przepełniającego ją szczęścia ucałowała go w chłopięce usta, tak że Lars otworzył je szeroko, zdumiewając się tej dobroci. Potem Liza wypchnęła go lekko za drzwi i po tym intermezzo z podwójną energią zabrała się do pracy.

Nie przeszkadzało to bynajmniej zręcznym rękom, że myśli błąkały się daleko w lesie. Tamta stała już teraz zapewne razem z Jankiem przed domem i nawoływała „Jenny! Jenny!”, budząc w lesie stokrotne echa. Ale z gęstwiny nie odpowiadał srebrny dźwięk dzwonka, nie pojawiła się przywoływana Jenny. I wieczorem będzie znowu nadaremnie wołać i w ciągu następnych dni, coraz bardziej beznadziejnie. Będzie wylewać gorzkie łzy, posiada bowiem miękkie, współczujące serce, a płacz z pewnością nie przyczyni piękności jej obliczu — a wreszcie musi uwierzyć, że jej Jenny już nigdy nie powróci. I nigdy już nie będzie się rozlegać w lesie to pieszczotliwe nawoływanie.

Takie idylliczne fantazje obudziły świetny humor w tym dziecku przyrody, w Lizie kłusowniczance, dziecięciu z mokradeł Virket. I bynajmniej nie sama uciecha z cudzego nieszczęścia krzyczała w niej radością. Mistyczne, niedające się ująć słowami uczucie, że moc tamtej została złamana przez pozbawienie jej talizmanu władzy, uczucie, że nie potrafi teraz zwabić do siebie młynarza, tak jak nie przywoła Jenny — to uczucie przepełniało jej mięśnie siłą i sprężystością, rozpalało w oczach iskrzące się ustawiczne fosforyczne blaski. I z tryumfem pieściło to płonące spojrzenie jej własne zwierzę, wiernego Pilatusa, który kręcił się dokoła niej opasły, lśniący błyszczącą sierścią, pomrukując radośnie, wywijając ogonem i oblizując się z zadowoleniem. Tak dumnie stąpał mało który kot na świecie. A tymczasem ukochane zwierzątko tamtej leżało pogrzebane gdzieś w rowie leśnym pod kupą suchych liści, z zagasłymi ślepiami, z zakrwawionym pyszczkiem.