X
Hałas był teraz znacznie mniejszy aniżeli w innych momentach pożaru. Zmalała też liczba ludzi na podwórzu, bo znaczna ich część pospieszyła na przeciwną stronę piekarni, by pomagać tam w akcji gaszenia ognia. Po ostatnim wybuchu płomieni, w których młyn stanął jak gorejąca żagiew i po szczęśliwym odparciu tego ataku nie groziło już niebezpieczeństwo domowi. Zniknął już olbrzymi płonący stos, którego żar mógł zapalić słomianą strzechę. W kamiennym podmurowaniu młyna płonęła jeszcze najniższa podłoga — ale wyżej sterczał tylko smutny szkielet czarnych belek, osłonięty migocącym, czerwonym płaszczem dymów. Ze słomianego pokrycia nie pozostało ani źdźbło, wszystkie piętra były odarte ze ścian.
To pogorzelisko z jedną, sterczącą pionowo, ocalałą z pożaru szprychą śmigła, z kilkoma belkami, wyobrażającymi boczną galeryjkę, sprawiało wrażenie rysunku holenderskiego młyna przedstawionego w przekroju, rysunku, jaki się widuje w podręcznikach młynarstwa. Wzbudziło ono w Jakubie smutne wspomnienie z czasów młodości. Wówczas nabył on takie właśnie dzieło i ofiarował je ojcu jako podarunek z okazji dnia ostatnich jego urodzin. Widział wyraźnie oblicze starca pochylonego nad książką, uzbrojone okularami nasadzonymi prawie na czubek nosa — piękne, krzepkie oblicze z krótką, siwą brodą. Był on dumnym człowiekiem, który brał udział w wypadkach politycznych owego czasu i zasiadał w zgromadzeniu uchwalającym konstytucję... A teraz syna jego czekało więzienie!
Myśl ta tylko przelotnie rzuciła cień na nastrój jego ducha. Co za różnica, czy się siedzi w zgromadzeniu konstytuującym, czy w więzieniu? Jedynie ważne jest to, by ostatecznie dostać się do Ojca w niebiesiech!
Z prawej strony młyna kłębiły się ciągle jeszcze gęste dymy wydobywające się z piekarni. Ale ponieważ zgromadzono tu wszystkie siły ratunkowe, nie ulegało wątpliwości, że uda się ocalić ten budynek. Było to bardzo ważne. Gdyby bowiem piekarnia stała się pastwą ognia, płomienie przerzuciłyby się łatwo na stajnię i tą boczną drogą zagroziłyby raz jeszcze mieszkalnemu domowi.
Z nieznużoną monotonią syczał strumień wody wytryskujący z sikawki. Natomiast trzask i szum pożogi wydawały się tylko dalekim echem niedawnego hałasu. Ucichł też szmer głosów, poszczególne nawoływania brzmiały niemal pokornie. Ludzie wyhałasowali się aż do zmęczenia, pochrypli z krzyku — nawet głos Smoka już dawno umilkł... Teraz jednak rozległ się znowu, głośno jak zawsze, brzmiał jowialnym tonem natrętnej dobroduszności. Powodując się jakimś fantastycznym zamiarem — a może całkiem bez celu — Smok wdrapał się z tyłu na sikawkę. Zarówno niezwykły ten postępek, jak i niezwykłą wesołość głosu tłumaczyła może częściowo pusta flaszka od piwa, którą energicznym łukiem cisnął w kąt poza stajnię. Nie była to już pierwsza flaszka. Praca, jaką Smok wykonywał, budziła pragnienie, a wodę ze studni należało oszczędzać do celów ratunkowych.
— Dobry wieczór, panie sędzio śledczy! — zawołał, kłaniając się z pewną przesadą, tak że omal nie utracił równowagi na swej wąskiej podstawie. — Dobry wieczór!... Bardzo to pięknie, że pan tu przybywa... zastęp dzielnych ludzi powiększa się o jeszcze jednego dzielnego męża... he, he! Prosimy bliżej! Zróbcie miejsce panu sędziemu, który zaszczyca nas swą obecnością; nuże, zróbcie miejsce, chłopcy, aby pan w wyzłacanej czapce przeszedł wygodnie! Spojrzyj pan, panie sędzio, praca wre, tęga praca. Towarzystwo ubezpieczeń nie ośmieli się powiedzieć, że nie uczyniliśmy wszystkiego, co było w ludzkiej mocy.
Młynarz ocknął się z zamyślenia i spojrzał w bok. W grupie ludzi na prawo od studni, gdzie po przemowie Smoka powstało żywe poruszenie, zauważył czapkę, której lśniący daszek i złote naszywki jaśniały i skrzyły się w blasku ognia. Teraz, gdy stojący na przedzie rozstąpili się nieco, dojrzał pod tą czapką dobrze znajomą twarz z jasną brodą i złotymi okularami — twarz, która przypomniała mu chwile największego udręczenia.
W tej samej chwili zbliżyła się dziedziczka, prowadząc Janka za rękę. Karo biegł za nimi, naszczekując.
— Aha, jesteście tutaj?... Urządzimy zapewne naradę familijną? No, niebezpieczeństwo już minęło, a odbudowa młyna nie potrwa długo.
— Gdzie byłeś do tej pory, Janku? — zapytał młynarz, podnosząc chłopca i tuląc go tak serdecznie, że aż zwróciło to uwagę teściowej.
— Stałem obok stajni, mama mnie tam postawiła. Ale babcia zabrała mnie z sobą, a z nią przecie mogłem przyjść?
— Oczywiście — wtrąciła Hanna i pogłaskała go po ręce, usiłując jednocześnie uśmiechnąć się do dziedziczki.
— Przyjechał sędzia śledczy — zauważył młynarz.
— No tak — odpowiedziała dziedziczka. — Bawił tu w pobliżu z powodu wykrycia kradzieży, jak powiada... co prawda Kirkeby jest oddalone o dobre pół mili. Niepotrzebnie nakładał drogi, szkoda koni. I nie wiadomo, czego tutaj szuka! Nie podejrzewa chyba, że ty sam podłożyłeś ogień?
— Czy powiedział, że ojciec podłożył ogień? — zapytał Janek i rozpłakał się ze złości.
Młynarz próbował go uspokoić.
— Nie, nie... babka żartuje tylko.
— Oczywiście, to tylko żart, Janku! Mój Boże, jak to dziecko odczuwa instynktem nieprzyjaciół!... Niechby tylko spróbował powiedzieć coś takiego, jak bym mu wygarbowała skórę!
Otarła oczy chłopcu, który natychmiast zaśmiał się głośno, wyobraziwszy sobie babkę garbującą skórę sędziemu śledczemu.
— Zresztą powiedziałam mu od razu, co się stało — mówiła dalej dziedziczka, zwracając się do Jakuba. — Powiedziałam mu, że potrzebujesz wypoczynku. Jak mi się zdaje, nagadaliście się ze sobą dosyć.
— Bynajmniej. Zawiadom go, że chciałbym z nim pomówić.
— No tak... jeżeli ty chcesz z nim mówić, to co innego... W takim razie przyślę ci go tutaj.
Dziedziczka odwróciła się powoli i poszła naprzód wahającym krokiem. W głębi serca żywiła przypuszczenie, że jej zięć z całą świadomością i wolą zmiażdżył tę parę tam na górze — inaczej byłby to piekielnie sprzyjający przypadek! Toteż nie podobało się jej wcale, że Jakub chce rozmawiać z tym niegodziwym sędzią śledczym, z tym wstrętnym okularnikiem, który tak troskliwie węszył na wszystkie strony, byleby pochwycić Jakuba. Oczywiście, chciał się odznaczyć swoją przenikliwością, chciał może, by go opisywano w gazetach! No, niewiele zyskał... Ale cóż to znaczy, że Jakub chce z nim mówić? Dlaczego wszyscy wyglądają tak uroczyście?
Dziedziczka potrząsnęła głową, coś jej się tu nie podobało. Więc nie spieszyła się bardzo. Tu uścisnęła komuś rękę, tam zamieniła z kimś innym parę słów i tak powoli zdążała ku grupie przy studni.
Smok ekwilibrystycznym ruchem zsunął się szczęśliwie z sikawki na ziemię, pochwycił swą ofiarę, sędziego śledczego, za guzik i z bezpośredniego sąsiedztwa wylewał na niego potok wymowy. Dokoła stali ciżbą inni. W pierwszym szeregu zwracała uwagę maleńka postać Hoyera. Na czarnej, czworobocznej podstawie barków umieścił najdłuższą z swych twarzowych urn żałobnych, jak gdyby gotowy pomieścić w niej cały popiół nieboszczyka młyna. Ostatnie blaski płonącego stosu migotały na tej ziemistej twarzy-urnie, w której znieruchomiałych rysach można było niemal dojrzeć uroczysty napis: „Stań, przechodniu...”. Sędzia doznawał złudzenia, że widzi przed sobą nagrobek, nie zaś człowieka, i nie mógł oderwać uzbrojonych okularami oczu od tego dziwacznego żałobnocmentarnego fenomenu. A jednocześnie, na wpół przytomny, tonął w zalewie słów Smoka, który rozwodził się: jak to szwagier, narażając życie, czynił największe wysiłki, by uratować młyn; jak to potem on sam objął kierownictwo i położył kres pożarowi; a przede wszystkim, jakich to cudów dokazała matka.
— Ach, otóż i ona! Pójdź tu, mateczko! Opowiadam właśnie temu panu od karnych... dochodzeń — wykrztusił to słowo po pewnym wahaniu, z eksplozyjną siłą rozpaczy, jak gdyby w niejasnym przeczuciu, że otaczają je dokoła pułapki — opowiadam, że po prostu uratowałaś dwór...
Kiedy młynarz poprosił teściową, aby sprowadziła sędziego śledczego, leśniczy i Hanna przerazili się. Nie wątpili oni, że Jakub odda się w ręce sądu — to rozumiało się samo przez się. Ale spokój i równowaga umysłu, jakie objawiał, przestraszały ich, bezpośredniość zaś tego, co nastąpi, przejmowała ich grozą.
Młynarz uścisnął Janka, którego jeszcze ciągle trzymał w ramionach i pocałował go tak gwałtownie, że chłopiec aż zaniepokoił się.
— Jesteś teraz zmęczony, Janku, trzeba położyć się do łóżka, aby jutro wstać rześkim... Mama pójdzie już z tobą.
Postawił chłopca na ziemi i dał Hannie znak skinieniem głową.
Zrozumiała, że chce oszczędzić jej widoku tego, co nastąpi. Otoczyła go ramionami, ucałowała gorąco i szepnęła:
— Niechaj Bóg błogosławi cię, Jakubie... teraz i zawsze!
Potem ujęła rękę chłopca i odeszła z nim przez furtkę wiodącą do ogrodu.
Młynarz szedł za nią spojrzeniem, dopóki nie zniknęła mu sprzed oczu, a potem zwrócił się do leśniczego.
— Wszak prawda, Wilhelmie... że Janek...
— Zaufaj nam... zajmiemy się... Hanna jak matka...
Wzruszenie nie pozwalało mu mówić. Przetarł ręką oczy; chwila nie była odpowiednia, by poddawać się rozczuleniu.
Młynarz skinął porozumiewawczo głową i obejrzał się na grupę przy studni.
Teraz teściowa rozmawiała z sędzią śledczym. Okulary i czapka skrzyły się, gdy odwracał głowę. Potem postać jego, otulona długim płaszczem, oderwała się od grupy i poczęła zbliżać się ku nim.
Młynarz, widząc to, stracił panowanie nad sobą. Do głowy napłynęła mu fala goryczy i nienawiści, której nie mógł w sobie zdławić. To był jego wróg: jakże musiał baczyć, jak musiał z nim walczyć, jak napinać wszystkie nerwy, by nie wpaść w zastawiane przezeń pułapki! Teraz nadchodził, teraz będzie tryumfował!
Uświadomił sobie, że jest to grzeszne uczucie, i uchwycił leśniczego za ramię, szukając u przyjaciela podpory.
Sędzia śledczy zdjął czapkę. Łysina zajaśniała w blaskach dogasającego pożaru.
W tej chwili zatrzymał się nagle i odwrócił się, jak gdyby skręcony straszliwym łoskotem, który wszystkich obecnych przeniknął grozą i wszystkie spojrzenia skierował w stronę młyna.
Ciężkie belki żarnowego piętra przepaliły się, wszystkie kamienie młyńskie runęły jednocześnie w dół i przebiły dolne sufity, na wpół już przeżarte ogniem. Niektóre kamienie rozsypały się w proch na twardym, brukowanym gościńcu. Błyszcząca, złocista chmura iskier prysnęła ku niebu. Z czarnego szkieletu młyna posypały się dymiące belki w głąb kamiennego podmurowania, płomienie buchnęły wysoko w górę.
Młynarz leżał w ramionach przyjaciela. Odetchnął swobodniej, jak gdyby z jego serca spadł ciężar cięższy niż wszystkie kamienie młyńskie. Spojrzał w górę na iskry straszliwej, mszczącej pożogi, lecące ku wiecznym gwiazdom, gdzie panowała cisza i ukojenie.
Mniej więcej w rok później kapelan więzienia w Horsen zawiadomił listownie leśniczego i Hannę, że młynarz Jakub Clausen zmarł, kajając się z grzechów i ufając w zbawienie wieczne... i że umierając, przesłał im i swemu synowi ostatnie pozdrowienie.
Przypisy:
1. powała — sufit. [przypis edytorski]
2. gniadosz — koń maści gniadej, tj. mający sierść brązową, a grzywę, ogon i dolne odcinki kończyn czarne. [przypis edytorski]
3. pono (gw.) — podobno. [przypis edytorski]
4. fuszerka — tu: amatorstwo, nieprofesjonalna robota. [przypis edytorski]
5. Ah, non (...) madîtresse (fr.) — Ach nie, nigdy! Wezmę kochankę. [przypis tłumacza]
6. skrzepić się — wzmocnić się, nabrać sił. [przypis edytorski]
7. recydywa — tu: nawrót. [przypis edytorski]
8. małmazja — słodkie, aromatyczne, czerwone wino z krajów śródziemnomorskich; pierwotnie wyrabiane ze szczepu winogron malvasia w okolicach miasta Malvasia na Peloponezie, potem również w innych miejscach, w tym na Wyspach Kanaryjskich i na Maderze; w Polsce ceniono małmazję z Krety; nazwa wina stanowiła synonim luksusowego trunku. [przypis edytorski]
9. Pilatus (...) imionami z Pisma Świętego — imię rzymskiego prefekta Judei, Poncjusza Piłata (łac. Pontius Pilatus) w czasach Jezusa. [przypis edytorski]
10. l’hombre — stara gra francuska, popularna w Skandynawii. [przypis tłumacza]
11. spiritus familiaris (łac.) — duch służebny; występująca w rozmaitych wierzeniach istota sprowadzona poprzez działanie magiczne i służąca swemu panu (pani) do uzyskania konkretnych nadnaturalnych umiejętności. [przypis edytorski]
12. proprieter — proprieterem nazywa się w Danii właściciela majątku średniej wielkości, w odróżnieniu od małorolnego wieśniaka. [przypis tłumacza]
13. potem — tu: poza tym. [przypis edytorski]
14. legawiec — typ psa myśliwskiego używanych do wystawiania zwierzyny na polowaniu. [przypis edytorski]
15. sztucznie — tu w daw. znaczeniu: artystycznie; zgodnie z regułami którejś ze sztuk. [przypis edytorski]
16. kazamata — schron a. twierdza w daw. fortyfikacjach; pot. więzienie (także w formie lm: kazamaty). [przypis edytorski]
17. Wolny strzelec — opera Carla Webera z 1821 r. (tytuł oryg. Der Freischütz), która zapoczątkowała przełom romantyczny w muzyce niem., wykorzystując w warstwie muzycznej ludowe melodie oraz wprowadzając na scenę jako temat: ludowe wierzenia, potęgę natury, a także niesamowitość; w Wolnym strzelcu jednym z kluczowych bohaterów jest diabeł, Samiel, który bezpośrednio wpływa na losy i postępowanie ludzi, zaś jednym z rekwizytów są czarodziejskie, nigdy niechybiające celu srebrne kule, odlewane w nocy w lesie. [przypis edytorski]
18. Christian Winther (1796–1876) — klasyczny liryk duński. Jego zbiór poezji Drzeworyty jest w Danii nadzwyczaj popularny. [przypis tłumacza]
19. Estrup — ówczesny prezydent gabinetu, stojący przez długi czas na czele parlamentarnego rządu. [przypis tłumacza]
20. Europejczycy — nazwa literackiego odłamu ówczesnej opozycji. [przypis tłumacza]
21. pieśń Papagena — jedna z arii z opery Zaczarowany flet Wolfganga Amadeusza Mozarta. [przypis edytorski]
22. dreptający — dziś: drepczący. [przypis edytorski]
23. berłacze — walonki; osłony na stopy, plecione techniką spiralną ze słomy, często nakładane na skórzane obuwie. [przypis edytorski]
24. la belle chocolatiére (fr.) — piękna panienka z czekolady. [przypis tłumacza]
25. aby się wystarać o „list królewski” — „List królewski” jest w Danii dyspensą, pozwalającą na niezwłoczne zawarcie ślubu. Inaczej muszą być ogłaszane zapowiedzi przez trzy kolejne niedziele. [przypis tłumacza]
26. poślad — ziarno na paszę. [przypis edytorski]
27. mlewo — zboże przeznaczone do przemiału, w trakcie mielenia albo po mieleniu. [przypis edytorski]
28. o tym nie pisało — popr.: o tym nie było napisane. [przypis edytorski]
29. Bogö — mała wysepka między Zelandią i Falsterem. [przypis tłumacza]
30. con amore (wł.) — z miłością; z zamiłowania. [przypis edytorski]
31. poszwankowany — dziś: poszkodowany. [przypis edytorski]
32. nuże — okrzyk znaczący tyle co: „dalej!”, „szybko!”. [przypis edytorski]
33. toddy — tu: grog; napój przyrządzany z ginu, wody, cukru, cytryny i przypraw: cynamonu, goździków i gałki muszkatołowej, podawany na zimno lub na gorąco. [przypis edytorski]