XI

Las szumiał tak samo monotonnie i smutnie jak podczas dnia, ale wygląd jego się zmienił. Ponad kołyszącymi się wierzchołkami drzew płynęły błyszczące, srebrne chmury, księżyc przeświecał przez nagie gałęzie i kreślił ich drgające sylwety na nieruchomej twarzy młynarza, który legł wyciągnięty u stóp wielkiego buka.

Jakim sposobem dostał się do lasu? Zaledwie zdawał sobie z tego sprawę. Wypadł z młyna, pognał przez pola i zatrzymał się nagle dopiero wśród drzew. Był to klin leśny, który wcinał się w uprawne role i dzięki temu znajdował się bliżej młyna aniżeli ta część lasu, którędy biegł gościniec; tu nie było ani drogi, ani ścieżki.

Być może, że las przyciągnął go ku sobie, żył przecież podzielony między dwa światy: młyn Lizy i las Hanny. Wypędzony z jednego, schronił się w drugim. Oczywiście, czegóż by tu mógł szukać? Nie było już nadziei. Wszystko się dla niego skończyło!

To uczucie opanowywało go całkowicie. W ogóle nie myślał o niczym. Czuł, że stało się coś straszliwego. Właściwie ani tak bardzo brzydził się popełnionym czynem, ani nie współczuł nazbyt z ofiarami; ubolewał jedynie nad swoim własnym losem — wielkie nieszczęście wdarło się w jego życie i spustoszyło je raz na zawsze. Uświadomił sobie, że byłoby najlepiej, gdyby ugodził w niego piorun z jasnych chmur płynących w górze lub gdyby wyrwane wichrem drzewo przywaliło go swym ciężarem.

Cichy trzask gałęzi obudził go z głuchej zadumy. Zwierzę czy człowiek?... Człowiek... wróg?... Z zarośli, odległych zaledwie o pięćdziesiąt kroków, wyszedł jakiś mężczyzna. Młynarz nie ruszał się, nie śmiał prawie oddychać — byleby tylko nie wykrył go ten człowiek! Nie zastanawiał się wprawdzie, czy i jakie niebezpieczeństwo mu zagraża, gdyby ktoś zobaczył go leżącego tutaj. Niebezpieczny był każdy ludzki wzrok — każdy człowiek stawał się świadkiem, mogącym mówić przeciwko niemu.

A tamten rozglądał się bystro dokoła — w prawo i w lewo — po czym ostrożnie się schylając, wyszedł z leśnego poszycia między wysokie pnie. Teraz przemknął przez smugę księżycowego blasku. Widać było, że jest to licho ubrany człowiek w futrzanej czapce, z szalem na szyi. W jego ręku błyskał metalowy pręt.

Peer Vibe! Jakub poznał go. Jej brat tutaj — w odległości kilkudziesięciu kroków! Ale — Bogu dzięki! — nie zauważył go. Kłusownik zniknął bezgłośnie w gęstwinie lasu.

Jego pojawienie się wytrąciło młynarza z martwoty zadumy i wepchnęło w prawdziwy wir uczuć. Teraz dopiero pojął, co uczynił. Jej brat! Liza nie była kimś, kto istniał tylko w stosunku do niego. Miała brata, miała matkę, która ją kochała — całą rodzinę, której była dumą i nadzieją — była? Była! Teraz wszyscy znienawidzą go! Teraz będą pragnąć zemsty!

Ale to, co wreszcie wynurzyło się z tego chaosu uczuć i myśli i utrwaliło się w mózgu, nie było bynajmniej skruchą. Była to obawa o własne bezpieczeństwo, instynktownie rozbudzona widokiem ludzkiej postaci. Młynarz z radością powitałby piorun godzący w niego, chciał umrzeć — ale nie na szafocie! Za żadną cenę nie chciał wpaść w ręce sądu!

Należało zatroszczyć się o sposób obrony — należało przemyśleć wszystko i przewidzieć z góry, jak odpowiadać na wszelkie możliwe zapytania, by nie zawikłać się niebacznie w sprzecznościach.

Zaczął zastanawiać się nad wszystkim, co zaszło, rozważał szczegół po szczególe i jednocześnie uspokajał się coraz bardziej. Czyż można by udowodnić jego winę? Po prostu przestawił młyn, nie przeczuwając, że tam na górze są ludzie. Jak się to dziwnie złożyło, że nie zastał proboszcza i zapłacił tylko dziesięcinę, nie wspominając wcale o zamiarze rozmowy z pastorem! Gdyby był powiedział proboszczowi, że chce poślubić Lizę, byłby teraz zgubiony bez ratunku. A również gdyby mówił z Wilhelmem, jak zamierzał... Co więcej, gdyby tylko wspomniał, że nie może poślubić Hanny — już samo to byłoby podejrzane!

Wydawało się niemal, jakoby ktoś troszczył się w jego zastępstwie, by się przypadkiem nie zdradził; sprzyjało mu dziwne, ślepe szczęście. I kiedy uświadomił sobie i dziwił się temu, doznał uczucia, które było nieomal równe radości, chociaż rzucało niesamowity cień na wszystkie wypadki. Doznał wrażenia, że to chyba diabeł był jego pomocnikiem.

Tak, rozmowa w lesie nie tylko nie nasuwała najmniejszych podejrzeń, ale przeciwnie, broniła go całkowicie przed oskarżeniem. Przecież wynikało z niej, że jego małżeństwo z Hanną brano już w rachubę. A gdyby przesłuchiwano Hannę, to z jej opisu sceny w leśniczówce sędzia musiałby wywnioskować, że młynarz ją kocha. O tym, co zaszło między nim a Lizą, wiedział może jeden jedyny Jörgen, lecz ten już świadczyć nie będzie. Niebezpieczeństwo groziło tylko ze strony Chrystiana (Lars nie wchodził w rachubę), jeśli oczywiście, ten coś wiedział. Gdyby zeznał, że wedle jego mniemania młynarz kochał się w Lizie i że czeladnicy rozmawiali o tym pomiędzy sobą, byłoby to już źle, bardzo źle. Ale im bardziej zastanawiał się nad tępym umysłem Chrystiana, tym mniej prawdopodobne mu się wydawało, by parobek zaobserwował dużo swymi nieruchliwymi oczami dorsza. Pozostawała jeszcze teściowa, która dla przyzwoitości zezna, że nie dostrzegła nigdy nic podejrzanego, i Henryk, który będzie gotów dać na piśmie sądowi to samo zapewnienie.

Kiedy wyobraził sobie Smoka, stojącego przed sędzią śledczym, uśmiechnął się — i skonstatował to sam, że może się śmiać!

Znowu drgnął, dosłyszawszy jakiś szelest. Było to prawdopodobnie tylko leśne zwierzę, ale przypomniało mu Peera Vibe. Ta myśl nie budziła śmiechu! W swoich rachubach zapomniał o Peerze Vibe!

Ten mógł wiedzieć wszystko! Liza zwierzyła się zapewne bratu, co zaszło pomiędzy nimi, opowiedziała o nadziejach, które na tym opiera; Peer wspominał już także o swoich przypuszczalnych szansach otrzymania posady gajowego. Tak! Jeżeli Liza widziała się z Peerem w ciągu ostatnich dni, to może wiedział on nawet o scenie, jaka rozegrała się w nocy... Jeżeli się z nim widziała? Ależ widziała się z nim! Przed paroma dniami... nie... jeszcze dzisiaj rano ją odwiedził! Peer wiedział o jego zamiarach względem siostry. Niewątpliwie, Peer był niebezpiecznym świadkiem — jego zeznanie mogło mu skręcić kark.

Mogło — ale bynajmniej nie musiało. Byle nie tracić otuchy! Więc przypuściwszy, że zarzut morderstwa, który na pewno mu uczynią, nie będzie poparty wystarczającymi dowodami, czyż za lekkomyślne zabójstwo nie będzie również grozić kara ciężkiego więzienia?

Młynarz uznał niebawem, że i ten zarzut się nie ostoi. Rzeczoznawcy — inni właściciele młynów — zeznają, że parobkowi młynarskiemu, doświadczonemu w pracy nie grozi niebezpieczeństwo, nawet gdyby niespodziewanie przekręcono kaptur podczas jego obecności w tym miejscu. Innymi słowy, młynarz nie był bynajmniej obowiązany najpierw wchodzić na górę i badać, zanim dokonał obrotu wskazanego kierunkiem wiatru.

Chciał jeszcze raz dokładnie przebiec wszystko w myślach.

A więc obrócił kaptur młyna, nie przeczuwając, że jest ktoś na górze i nie biorąc tego całkiem w rachubę. Zauważył, że mechanizm porusza się z trudnością, i to go zdziwiło. Poszedł wtedy na piętro żarnowe, zapalił lampkę, spostrzegł krew i przerażony uciekł, nie wiedząc, dokąd biegnie — byleby tylko daleko od młyna!

Zaraz! Czy nie wyda się to podejrzane, że uciekł zamiast zbadać, co się stało? A jeżeli pozostawił jakiś ślad, gdy wchodził po schodach na górę? Zbadał zawartość wszystkich kieszeni, aby sprawdzić, czy nic nie brakuje — ale nie, nie zgubił nic... Mogły jednak pozostać w grubej warstwie pyłu odciski jego podeszew — czytał kiedyś o podobnym wypadku... W takim razie wpadłby w pułapkę. Gdyby jednak zeznał, że wszedł na górę, zanim uciekł z młyna, łatwo udowodniono by, że nie wie dokładnie, co zobaczył.

A jednocześnie zbudziła się straszliwa myśl! A jeżeli nie zginęli od razu, jeżeli jeszcze żyli i można było ich uratować?! To trzeba było zbadać za wszelką cenę. Chociaż włosy jeżyły mu się na głowie, gdy pomyślał, że trzeba tam pójść i oglądać zmiażdżone trupy — bo to na pewno były trupy, nie mogły to być, o zgrozo, dwa żyjące, straszliwie pokaleczone ciała — to jednak musiał tak postąpić, inaczej nie potrafiłby się obronić.

Młynarz zerwał się, powziąwszy postanowienie. Do młyna z powrotem!

Strzał — drugi strzał — a może tylko echo rozlegające się w lesie... niewątpliwie Peer Vibe strzelił... w niezbyt wielkiej odległości.

Czyżby to żywe przypomnienie brata Lizy — jedynego niebezpieczeństwa, jakie mu groziło — przejęło go takim dreszczem, że musiał oprzeć się ręką o pień drzewa i stać nieruchomo, nie mogąc utrzymać się na nogach? Czy też ten podwójny strzał zbudził jakieś niejasne, straszne przypuszczenie, które sparaliżowało serce i członki? Jak szybko... prawie równocześnie z pierwszym rozległ się drugi strzał... czyż mogło to być echo?... A więc cóż to było?

Dość długo trwało, zanim przezwyciężył to nagłe obezwładnienie i odważył się cofnąć podpierającą go rękę od pnia, aby postąpić parę kroków naprzód. Ale potem zaczął iść coraz szybciej ku skrajowi lasu. Oberwane gałęzie i zmurszałe konary trzaskały pod nogami; niekiedy potykał się o korzenie drzew.

— Stać! Kto tam?!

Okrzyk ten zabrzmiał jakby głos z chmur.

Ale na kilkadziesiąt kroków przed sobą ujrzał ludzką postać, na wpół ukrytą poza drzewem, i koniec lufy rozbłyskującej w promieniach księżyca.

— Stać! Kto tam?

Młynarz cofnął się gwałtownie, usłyszawszy to nagłe wezwanie; rozdrażnione nerwy nie wytrzymały napięcia. Stał teraz w jasnym blasku księżyca, który oświetlał jego twarz.

— Jakubie! Na Boga! To ty?!

Rozpoznał głos leśniczego, który zarzuciwszy szybko strzelbę na ramię, podchodził ku niemu.

Jakub zauważył, że leśniczy dźwiga dwie strzelby, dwie dubeltówki.

— Ty tutaj? Chciałem właśnie pójść do ciebie.

— Do mnie?... tak późno?

— Tak, Jakubie... muszę pomówić z kimś... z jakimś mężczyzną... więc do kogoż innego pójść?

Położył rękę na ramieniu młynarza serdecznie, ale nieco przyciężko... niemal tak, jak gdyby szukał oparcia.

— Bywają chwile, kiedy człowiek potrzebuje pomocy przyjaciela, dobrego człowieka. Taka chwila dla mnie nadeszła. Jakubie! Czy słyszałeś dwa strzały?

— Dwa? A więc jednak...

— Jakubie! Zastrzeliłem Peera Vibe.

— Peer Vibe... nie żyje?!

Jedynego świadka, jakiego się obawiał, usunęła z drogi kula przyjaciela!

Ogarnęła go radość! Ogromna radość — ale jeszcze bardziej zgroza. Niesamowite uczucie, jakiego doznał poprzednio, odżyło, stało się pewnością: wydało mu się, że widzi diabelskie pazury, które wyrównują mu drogę, by cało wyszedł z opresji.

Leśniczy źle wytłumaczył sobie przestrach, jaki błyszczał w jego oczach.

— Nie było wyboru... on albo ja... i byłem na służbie.

Jakub skinął głową.

Wilhelm wytarł rękawem krople potu spływające z czoła.

— Bogu wiadomo, że chętnie byłbym go tylko zranił... ale w tym mdłym świetle trudno celować... Wolałbym był uniknąć tego... moja kula trafiła go widocznie w serce. Leżał martwy jak kamień, gdy się przybliżyłem.

Jakub znowu skinął głową, wpatrując się tępo przed siebie. Diabelskie pazury! Powalają kłusownika na ziemię, że leży martwy jak kamień! O, ten już się nie wygada! Nie złoży obciążającego świadectwa przeciw mordercy swojej siostry.

— Jakubie! — odezwał się leśniczy niemal błagalnie. — Czemu nic nie mówisz?... Na Boga! Tak bardzo chciałbym usłyszeć przyjacielskie słowo!... O, to straszne zastrzelić człowieka... chociażby był występny... Pomyśleć, że stanie przed Wiecznym Sędzią... obciążony grzechem... albowiem byłby mnie zastrzelił... Och, on umie mierzyć... ale jego strzał poszedł w powietrze... natomiast mój... ach, Boże!

— Jesteś bez winy, Wilhelmie, bez zarzutu!

— Ach, nie mów tego! Kto wie, czy trafiłem go śmiertelnie tylko z powodu mdłego światła... może byłem podniecony złością... a to byłby grzech... może powodowała mną obawa śmierci... co byłoby jeszcze większym grzechem...

— Nie, nie, Wilhelmie... jesteś niewinny... przysięgam na Boga!... A chociaż jego krew splamiła twoją rękę, możesz ją spokojnie podnieść ku niebu... jest bowiem czysta jak dłoń anioła!

Leśniczy, który sam podlegał podnieconemu i uroczystemu nastrojowi, nie zwrócił szczególnej uwagi na niezwykle uroczysty ton młynarza. Usłyszał tylko szczere, pełne poręczenie swojej niewinności, czego tak bardzo łaknął.

Milcząc, uścisnął dłoń przyjaciela. Milcząc, stali obaj przez chwilę, każdy pogrążony w świecie własnych myśli. Ale myśl leśniczego weszła niebawem na spokojniejsze i jaśniejsze tory. Uświadomił sobie, że nie był nazbyt podniecony, że celował spokojnie, licząc głośno do trzech. Potem zapytał:

— Ale skąd ty się tu wziąłeś... w nocy w tej gęstwinie, gdzie nie ma drogi ni ścieżki?... I jak ty wyglądasz, Jakubie?... Gdzie twój kapelusz?

— Mój kapelusz?... Nie wiem doprawdy, czy miałem go na głowie.

— Jakubie... co to znaczy? Czyżby się coś wydarzyło?

— Tak, Wilhelmie wydarzyło się nieszczęście... w młynie.

— Na Boga! Czy może któryś z parobków poszwankowany31?

— Nie wiem sam dokładnie, co się stało, ale niewątpliwie stała się straszna rzecz.

I opowiedział przyjacielowi, co się wydarzyło, nie wspomniał tylko, że chodził przedtem na górne piętro i widział tych dwoje. Bardzo obszernie opowiadał wszystko i wyjaśniał wiele szczegółów, leśniczy bowiem nie był zbyt obznajomiony z urządzeniami młyna.

— I nie zbadałeś wcale?

— Nie, nazbyt się przeraziłem.

— To niedobrze.

— Oczywiście, bardzo niedobrze... sam pojąłem to teraz i właśnie wracałem do młyna... Wilhelmie, chodź ze mną!

— Dobrze, pójdę.

— Dziękuję ci. Jakie to szczęście, że cię spotkałem!

— Było to zrządzenie przeznaczenia jak wszystko inne.

— Tak... ale czyż i to było zrządzeniem przeznaczenia, że...

Przerwał przerażony. Omal nie powiedział: „to, że oni oboje tam byli”. — Zapomniał, że nie wolno mu wiedzieć, kto padł ofiarą.

Leśniczy przytwierdził.

— Oczywiście. I to, że zastrzeliłem Peera Vibe... i to również, co się wydarzyło w twoim młynie. Bez woli bożej ani jeden wróbel nie spadnie na ziemię.

Szli szybko ku skrajowi lasu.

— Kiedy to się stało?

— Było prawdopodobnie wpół do szóstej... a może szósta, która godzina teraz?

Leśniczy spojrzał na zegarek.

— Dochodzi ósma.

Krańcowe drzewa lasu okalał płot upleciony z suchych gałęzi i chrustu. Nie brak go nigdy w lasach Falsteru. Przedostali się przez płot, przeskoczyli dosyć szeroki rów i poszli przez rżyska wprost ku młynowi, ponuremu celowi drogi, widocznego już w oddali.

— I nie przypuszczasz, kto padł ofiarą?

Młynarz zawahał się nieco, zanim odpowiedział na to pytanie, którego już dawno oczekiwał.

— Nie... nie mam pojęcia.

— Czy nie widziałeś w młynie nikogo?

— Nie. Jak sądzę, dziewczyna poszła na przechadzkę.

— A parobcy?

— Chrystian o tej porze rozwozi mąkę, chłopiec bawi w tych dniach u rodziców.

— A więc jest jeszcze jeden tylko parobek, który zapewne pilnuje młyna?

— Tak. I tego właśnie nie widziałem.

— Hm.

— Ale gdyby to on był tam na górze... nie mogę tego wprost pojąć... on zna dokładnie mechanizm, codziennie sam puszcza go w ruch.... wystarczyłoby przecie, aby cofnął się o krok, jak ci już tłumaczyłem.

— Ano, okaże się niebawem.

Młynarz westchnął głęboko. Rozmowa się urwała.