O nagłym pojawianiu się całych grup spokrewnionych gatunków
Nagłe zjawianie się całych grup nowych gatunków w pewnych formacjach, uważane było przez niektórych paleontologów, jak np. przez Agassiza, Picteta i Sedgwicka za niezbity dowód przeciwko przekonaniu o przemianie gatunków. Bo gdyby rzeczywiście liczne gatunki tego samego rodzaju lub rodziny pojawiły się nagle, to fakt ten przemawiałby silnie na niekorzyść teorii ewolucji dokonywanej dzięki doborowi naturalnemu. Gdyż nie tylko rozwój pewnej grupy form pochodzących od jednego wspólnego przodka musiał być zgodnie z moją teorią bardzo powolny, lecz i sami przodkowie musieli już żyć dawno przed zjawieniem się ich zmienionych potomków. Ale wciąż przeceniamy dokładność danych geologii i mylnie wnioskujemy, że ponieważ pewne rodzaje lub rodziny nie zostały znalezione poniżej pewnej warstwy geologicznej, to tym samym nie istniały one jeszcze przed tą formacją. We wszystkich wypadkach pozytywne dowody paleontologiczne zasługują na bezwarunkowe zaufanie, gdy tymczasem dowody negatywne nie mają, jak tego uczy doświadczenie, żadnej wartości. Zapominamy wciąż o tym, jak wielki jest świat w stosunku do tej małej powierzchni, jaką starannie przebadano pod względem geologicznym, zapominamy o tym, że grupy gatunków mogły już od dawna istnieć i powoli się zmieniać w innych miejscach, zanim wtargnęły na starodawne archipelagi Europy i Stanów Zjednoczonych. Nie bierzemy dostatecznie pod uwagę olbrzymich odstępów czasu, który upłynął pomiędzy osadzaniem się naszych kolejnych, spoczywających bezpośrednio na sobie formacji, który często zapewne był o wiele dłuższy niż okres potrzebny do osadzenia się poszczególnej formacji. Te przerwy wystarczyłyby na to, aby pomnożyć ilość gatunków pochodzących od jednej formy rodzicielskiej, tak że w ten sposób grupy gatunków pojawiające się w następnej formacji mogą się wydawać jak gdyby nagle stworzone.
Przypomnę tu okoliczność, na którą już przedtem zwracałem uwagę, a mianowicie, że potrzeba było bardzo długiego czasu, aby organizm mógł się przystosować do zupełnie nowego i szczególnego sposobu życia, jak np. do latania w powietrzu, i że z tego powodu formy przejściowe musiały często pozostawać przez długi czas w pewnej określonej okolicy; ale gdy przystosowanie takie wreszcie wystąpiło i kilka gatunków uzyskało przewagę nad innymi organizmami, potrzeba już było tylko stosunkowo niedługiego czasu, aby powstały liczne różniące się od siebie formy, zdolne do szybkiego i rozległego rozpowszechnienia się na świecie. Profesor Pictet w swym znakomitym sprawozdaniu z niniejszej książki, omawiając dawne formy przejściowe i biorąc za przykład ptaki, stwierdza, że nie może zrozumieć, jaką korzyść przynosiły pewnej przypuszczalnej formie rodzicielskiej powolne zmiany przedniej kończyny? Ale przypatrzmy się tylko pingwinom Oceanu Południowego — czy te ptaki nie mają przednich kończyn dokładnie w stanie pośrednim, który nie jest „ani prawdziwą nogą, ani prawdziwym skrzydłem”? Jednakże ptaki te wychodzą zwycięsko z walki o byt, bo przecież są tak bezmiernie liczne i bogate w gatunki. Nie sądzę wcale, że mamy tu przed sobą pewien rzeczywisty stopień przejściowy w rozwoju ptasiego skrzydła, ale co przeczy poglądowi, że dla przekształconych potomków pingwinów byłoby korzystne, aby uległy one stopniowo takim zmianom, że początkowo, podobnie jak kaczka grubogłowa, ślizgałyby się na powierzchni morza, a później wznosiłyby się nad powierzchnią i szybowały w powietrzu?
Chcę jeszcze przytoczyć kilka przykładów, by wyjaśnić powyższe uwagi, a szczególnie, aby dowieść, jak łatwo możemy mylić się co do nagłego powstawania całych grup gatunków. Nawet tak krótki czas, jaki upłynął pomiędzy pierwszym a drugim wydaniem paleontologii Picteta (w latach 1844–46 oraz w 1853–57), wywołał znaczne zmiany we wnioskach dotyczących zjawiania się i wygasania różnych grup zwierzęcych, a w trzecim wydaniu znów zajdą zapewne znaczne zmiany. Wspomnę najpierw o znanym fakcie, że jeszcze przed kilku laty znajdywaliśmy w podręcznikach geologii stwierdzenie, iż ssaki zjawiły się zupełnie nagle na początku okresu trzeciorzędowego; a tymczasem obecnie wiemy już o tym, że jedna z warstw najbogatszych w szczątki kopalnych ssaków należy do środowej części tworów drugorzędowych i że właściwe ssaki znalezione zostały w nowym czerwonym piaskowcu182 prawie na początku tego wielkiego okresu. Cuvier kładł często nacisk na to, że nie znaleziono jeszcze żadnej małpy w jakimkolwiek pokładzie trzeciorzędowym, obecnie zaś znamy ich wymarłe gatunki z Indii, Ameryki Południowej i Europy z epoki tak dawnej jak miocen183. Gdyby szczęśliwy wypadek nie zachował nam odcisków stóp w nowych czerwonych piaskowcach Stanów Zjednoczonych, kto ośmieliłby się twierdzić, że już w tym okresie istniało co najmniej trzydzieści różnych zwierząt podobnych do ptaków i że niektóre z nich dochodziły do olbrzymiej wielkości? W tych pokładach nie znaleziono ani kawałka kości. Jeszcze niedawno paleontologowie utrzymywali, że cała gromada ptaków pojawiła się nagle w okresie eocenu184, ale obecnie wiemy, polegając na autorytecie profesora Owena, że pewien ptak z pewnością żył już w okresie, kiedy osadzał się górny piaskowiec zielony185; a w jeszcze nowszych czasach odkryto w oolitycznym186 łupku Solenhofenn Archeopteryxa187, tego dziwnego ptaka o długim jaszczurzym ogonie, z parą piór na każdym kręgu, i ze skrzydłami zaopatrzonymi w dwa wolne pazury. Chyba żadne inne odkrycie nie przekonuje nas tak wymownie o tym, jak mało jeszcze wiemy o dawniejszych mieszkańcach ziemi.
Chcę przytoczyć jeszcze inny przykład, który zrobił na mnie wielkie wrażenie, gdyż byłem jego naocznym świadkiem. Otóż w rozprawie o kopalnych osiadłych skorupiakach wąsonogich wywnioskowałem na podstawie wielkiej ilości żyjących i wygasłych gatunków trzeciorzędowych, na podstawie niezwykłego bogactwa wielu gatunków w osobniki i ich rozmieszczenia na całej ziemi od okolic arktycznych aż do równika i od powierzchni morza aż do 50 sążni głębokości, na podstawie doskonałego zachowania się ich szczątków w najstarszych pokładach trzeciorzędowych oraz na podstawie łatwości rozpoznawania i określania gatunków nawet z kawałka skorupki, na podstawie wszystkich tych okoliczności, powiadam, wywnioskowałem, że jeśli tylko w okresie drugorzędowym istniały osiadłe skorupiaki wąsonogie, to z pewnością by się zachowały i zostałyby odkryte; ponieważ jednak w owym czasie w pokładach tego okresu geologicznego nie odkryto jeszcze ani jednego gatunku, wnioskowałem dalej, że zapewne ta wielka grupa rozwinęła się dopiero nagle w początku okresu trzeciorzędowego. Przysporzyło mi to wiele kłopotu, gdyż, jak sądziłem naówczas, byłby to jeszcze jeden przykład nagłego pojawienia się wielkiej grupy gatunków. Ale zaledwie pojawiła się moja praca, gdy wiarygodny paleontolog pan Bosquet przysłał mi rysunek całkowitego, nieznanego egzemplarza osiadłego skorupiaka wąsonogiego, który przez niego samego został znaleziony w belgijskich pokładach kredy188. Wypadek ten wyda się jeszcze dziwniejszy, gdy dodam, że ten wąsonóg był to Chthamalus, rodzaj bardzo pospolity, duży i wszechobecny, którego ani jednego egzemplarza nie znaleziono dotąd w pokładach trzeciorzędowych. W jeszcze nowszych czasach odkryta została przez Woodwarda w górnej formacji kredy Pyrgoma, należąca do pewnej innej podrodziny osiadłych skorupiaków wąsonogich, tak że obecnie posiadamy zupełnie wystarczające dowody istnienia tej grupy zwierząt w okresie drugorzędowym.
Paleontologowie opierają się najczęściej na fakcie nagłego jakoby pojawienia się całej grupy gatunków, który podaje Agassiz, a mianowicie, że że ryby kostnoszkieletowe (Teleostei) pojawiły się po raz pierwszy dopiero w dolnych pokładach formacji kredowej. Grupa ta obejmuje ogromną większość obecnie żyjących gatunków ryb. Niektóre jednak formy jurajskie189 i triasowe190 uważane są teraz zwykle za ryby kostnoszkieletowe, a pewien autorytet naukowy zaliczył do tej grupy nawet niektóre formy paleozoiczne. Gdyby rzeczywiście ryby kostnoszkieletowe pojawiły się nagle na półkuli północnej na początku okresu kredowego, to fakt ten byłby nader zadziwiający, ale nawet w tym fakcie nie widziałbym niepokonanej trudności dla mojej teorii, chyba że zostałoby dowiedzione, że gatunki tej grupy w tym samym okresie nagle jednocześnie pojawiły się i w innych częściach ziemi. Zbyteczne jest prawie dodawać, że nie jest znana jeszcze ani jedna nawet ryba kopalna z południowej strony równika, a jeśli przejrzymy paleontologię Picteta, zauważymy, że z kilku formacji europejskich znane są dotąd tylko bardzo nieliczne gatunki. Niektóre nieliczne rodziny ryb mają obecnie ograniczony zasięg, to samo mogło też być z rybami kostnoszkieletowymi, tak że wtedy dopiero bardziej się mogły rozpowszechnić, gdy rozwinęły się w wielkiej liczbie w tym lub owym morzu. Nie mamy też żadnego prawa sądzić, że oceany były zawsze tak otwarte z południa ku północy jak obecnie. Dziś jeszcze tropikalna część Oceanu Indyjskiego mogłaby wskutek wzniesienia się Archipelagu Malajskiego ponad powierzchnię morza zostać zmieniona w wielki zamknięty basen; mogłaby się tu rozwinąć i rozmnożyć pewna wielka grupa zwierząt morskich, której zasięg pozostawałaby tak długo ograniczony, dopóki pewne gatunki nie dostosowałyby się do chłodniejszego klimatu i dzięki temu nie uzyskałyby możności okrążenia dokoła południowych przylądków Afryki lub Australii i wydostania się w ten sposób do innych odległych mórz.
Na podstawie powyższych uwag, przez wzgląd na naszą nieznajomość stosunków geologicznych innych części świata z wyjątkiem Europy i Stanów Zjednoczonych oraz przez wzgląd na przewrót, jakiemu uległy nasze pojęcia paleontologiczne wskutek odkryć w ostatnich dwunastu latach, przez wzgląd na to wszystko, można, jak sądzę, twierdzić, że byłoby zupełnie tak samo niewłaściwe z naszej strony stosowanie do całej powierzchni ziemi poznanego u nas sposobu następstwa organizmów, jak niewłaściwe byłoby postępowanie naturalisty, który zatrzymawszy się na pięć minut na jakimś pustym wybrzeżu Australii, chciałby wnioskować o liczbie i rozmieszczeniu żyjących tam organizmów.
O nagłym występowaniu całych grup spokrewnionych gatunków w najniższych znanych nam pokładach zawierających szczątki kopalne
Istnieje jeszcze inna, pokrewna, ale dużo poważniejsza trudność; mam na myśli nagłe pojawianie się gatunków należących do kilku większych grup świata zwierzęcego w najniższych pokładach zawierających skamieniałości. Większość argumentów, które mnie przekonały, iż wszystkie żyjące gatunki pewnej grupy pochodzą od wspólnego przodka, można w równej mierze zastosować do najstarszych znanych gatunków. Na przykład niepodobna wątpić o tym, że wszystkie kambryjskie191 i sylurskie192 trylobity193 pochodzą od jakiegoś skorupiaka, który istniał dawno przed okresem kambryjskim i zapewne różnił się bardzo od wszystkich znanych zwierząt. Niektóre z najstarszych zwierząt nie różnią się wprawdzie bardzo od obecnie żyjących gatunków, jak np. Lingula194 lub Nautilus195 i inne, ale według mojej teorii niepodobna przypuścić, ażeby te dawne gatunki były przodkami wszystkich późniejszych gatunków należących do tych samych co i one grup, gdyż nie stanowią w żadnym razie form pośrednich między nimi.
Jeśli zatem teoria moja jest prawdziwa, to musiał bezwarunkowo upłynąć przed osadzeniem się najstarszych pokładów kambryjskich równie długi, a może dłuższy jeszcze okres czasu niż okres trwający od epoki kambryjskiej aż do naszych dni, a podczas tego nieskończenie długiego okresu czasu świat roił się od istot żywych. Tutaj spotykamy się z nader poważnym zarzutem; bardzo jest bowiem wątpliwe, czy ziemia przez dostatecznie długi czas posiadała odpowiednie warunki dla życia organizmów. Sir W. Thomson doszedł do wniosku, że stwardnienie skorupy ziemskiej nie mogło mieć miejsca wcześniej niż dwadzieścia i później niż czterysta milionów lat temu, prawdopodobniej jednak nie później niż przed dziewięćdziesięciu ośmioma milionami lat, a nie wcześniej niż przed dwustu milionami lat196. Te tak bardzo odległe od siebie granice dowodzą, jak wątpliwe są dane liczbowe, a być może przy rozwiązywaniu tej kwestii muszą być uwzględnione jeszcze inne okoliczności. Według obliczeń pana Crolla od okresu kambryjskiego upłynęło sześćdziesiąt milionów lat. Sądząc jednak z małych zmian świata organicznego od początku epoki lodowcowej, czas ten wydaje się zbyt krótki dla powstania licznych i znacznych przemian wśród form żyjących, jakie od czasu formacji kambryjskiej z pewnością nastąpiły, zaś poprzedzające sto czterdzieści milionów lat z trudnością mogą wystarczyć dla rozwoju różnorodnych form żyjących, jakie istniały już w okresie kambryjskim. Jest jednak prawdopodobne, jak to utrzymuje sir W. Thomson, że ziemia w bardzo wczesnym okresie swego rozwoju ulegała szybszym i gwałtowniejszym zmianom stosunków fizycznych niż obecnie, a zmiany takie prowadziły zapewne do odpowiednio szybkich przemian świata organicznego, który wówczas istniał.
Co się zaś tyczy pytania, dlaczego nie mamy obfitujących w skamieniałości pokładów z tych najwcześniejszych jakoby okresów poprzedzających kambr, to nie mam na to wystarczającej odpowiedzi. Niektórzy znakomici geologowie, na czele z sir K. Murchisonem, jeszcze niedawno byli przekonani, że w szczątkach organicznych tych najniższych warstw sylurskich oglądamy pierwszy świt życia. Inni poważni znawcy, jak Ch. Lyell i E. Forbes zaoponowali przeciwko temu poglądowi. Ale nie należy zapominać, że tylko mała część powierzchni ziemi została dobrze zbadana. Niedawno dopiero Barrande odkrył drugie, jeszcze głębsze, nieznane dotąd piętro formacji sylurskiej, obfitujące w nowe i osobliwe gatunki, a obecnie pan Hicks odnalazł jeszcze głębiej, w dolnej kambryjskiej formacji w południowej Walii, pokłady bogate w trylobity i zawierające rozmaite mięczaki i pierścienice. Obecność buł fosforytowych oraz materii bitumicznych w niektórych najniższych warstwach skał azoicznych197 zapewne wskazuje, że istniało w nich życie; istnienie zaś Eozoon w formacji laurentyńskiej198 jest obecnie ogólnie przyjmowane199. W Kanadzie znajdują się trzy wielkie piętra warstw pod systemem sylurskim, a w najniższej z nich znaleziono Eozoon. Sir W. Logan stwierdza, że ich „ogólna miąższość przewyższa może grubość wszystkich późniejszych pokładów od podstawy szeregu paleozoicznego aż do naszych czasów. Przenosi nas to do okresów tak odległych, że możemy uważać wystąpienie tak zwanej fauny pierwotnej (według Barrandego) za stosunkowo świeże zjawisko”. Eozoon należy do jednej z najniżej zorganizowanych gromad państwa zwierzęcego, w gromadzie tej jednak zajmuje stanowisko bardzo wysokie; istniał on w niezliczonych ilościach i jak zauważył dr Dawson, karmił się zapewne innymi maleńkimi istotami organicznymi, które także musiały żyć w olbrzymich ilościach. Tak więc słowa dotyczące istnienia istot żyjących dawno przed okresem kambryjskim, które wypowiedziałem jeszcze w 1859 roku, a które są prawie takie same jak wygłoszone później przez sir W. Logana, okazały się zupełnie prawdziwe. Mimo to bardzo jest jednak trudno wytłumaczyć sobie nieobecność wielkich i bogatych w skamieniałości pokładów pod układem kambryjskim. Nie wydaje się prawdopodobne, aby te najstarsze pokłady mogły być w zupełności zdenudowane lub też aby ich skamieniałości zostały całkowicie zniszczone wskutek metamorfizmu, gdyż w takim przypadku musielibyśmy odnajdować chociażby niewielkie szczątki formacji następujących zaraz po nich, a i te powinny by się znajdować prawie zawsze w stanie na wpół zmetamorfizowanym. Istniejące jednak obecnie opisy pokładów sylurskich na olbrzymiej przestrzeni Rosji i Ameryki Północnej nie przemawiają bynajmniej na korzyść poglądu, że im starsza jest pewna formacja, tym bardziej ulegała ona denudacji i metamorfizmowi.
Fakt ten musi pozostać teraz nierozwiązany i słusznie uważany być może za poważny zarzut przeciw rozwijanym tu poglądom. Aby jednak dowieść, że w przyszłości może on znaleźć wyjaśnienie, chcę postawić następującą hipotezę. Sądząc z natury szczątków organicznych, jakie występują w rozmaitych formacjach Europy i Stanów Zjednoczonych, a które, zdaje się, nie zamieszkiwały wielkich głębin, oraz z olbrzymiej masy osadów, grubych całe na mile, tworzących te formacje, możemy wnosić, że od początku do końca musiały istnieć w pobliżu teraźniejszego lądu Europy i Ameryki Północnej wielkie wyspy lub obszary lądowe, z których pochodziły te osady. Ta sama myśl została wypowiedziana później przez Agassiza i innych. Ale co się działo w czasie długich okresów czasu, jakie upłynęły pomiędzy tworzeniem się tych formacji, o tym nic nie wiemy; nie możemy powiedzieć, czy Europa i Stany Zjednoczone były wówczas obszarami suchego lądu, czy też stanowiły podwodne powierzchnie w pobliżu lądu, na których czasowo nie tworzyły się żadne osady, czy wreszcie stanowiły dno otwartego i niezgłębionego oceanu.
Obecnie istniejące oceany, trzy razy rozleglejsze od suchego lądu, usiane są licznymi wyspami, żadna jednak właściwa wyspa oceaniczna (wyjąwszy Nową Zelandię, jeśli ją można uważać za właściwą wyspę oceaniczną) nie zawiera, o ile można sądzić z dotychczasowych badań, śladów formacji paleozoicznych ani drugorzędowych. Można by stąd wnioskować, że w okresie paleozoicznym i drugorzędowym tam, gdzie obecnie rozciąga się ocean, nie istniały ani kontynenty, ani wyspy kontynentalne; gdyby one bowiem istniały, to z pochodzących z ich stopniowego zniszczenia osadów utworzyłyby się najpewniej paleozoiczne i drugorzędowe pokłady, a następnie wskutek wahań poziomu, jakie musiały występować w czasie tego olbrzymiego okresu, pojawiłyby się one przynajmniej częściowo ponad poziomem morza.
Jeśli zatem ze wszystkich tych faktów pragniemy wyciągnąć jakiś wniosek, możemy powiedzieć, że w miejscach, gdzie obecnie znajdują się obszary morskie, istniały już one od najdawniejszych czasów, do jakich sięgają nasze świadectwa, i że z drugiej strony, w miejscach, gdzie obecnie znajdują się lądy stałe, istniały wielkie obszary lądowe, które podlegały bez wątpienia znacznym wahaniom poziomu od czasu epoki kambryjskiej. Mapa kolorowa dołączona do mego dzieła o wyspach koralowych doprowadziła mnie do wniosku, że na obszarze wielkich oceanów nadal jeszcze odbywa się przeważnie obniżanie, wielkie archipelagi są terenami wahań poziomu, zaś kontynenty obszarami wznoszenia się. Nie mamy jednak powodów, by przyjmować, że taki stan rzeczy pozostawał bez zmiany od początku świata. Nasze kontynenty powstały, zdaje się, głównie wskutek przewagi siły wznoszącej podczas wielu wahań poziomu. Ale czyż obszary tych przemożnych ruchów nie mogły się z upływem wieków zmienić? W nieskończenie dawnym czasie, przed okresem kambryjskim, mogły istnieć kontynenty tam, gdzie obecnie rozciągają się przestrzenie morskie, otwarte zaś oceany tam, gdzie obecnie występują kontynenty. Nie mamy też żadnej podstawy utrzymywać, że gdyby np. dno Oceanu Spokojnego zamienione zostało obecnie na kontynent, znaleźlibyśmy na nim w rozpoznawalnym stanie formacje osadowe starsze niż pokłady kambryjskie, zakładając, że te ostatnie zostały tam wcześniej osadzone; możliwe jest bowiem, że warstwy, które opadły o kilka mil bliżej środka ziemi i były uciskane z góry przez olbrzymi ciężar pokrywającej je wody, uległy daleko silniejszym wpływom metamorficznym niż te, które znajdowały się bliżej powierzchni. Zawsze mi się zdawało, że należy w specjalny jakiś sposób tłumaczyć sobie obecność w niektórych częściach świata, jak np. w Ameryce Południowej, niezmierzonych obszarów nagich metamorficznych skał, które wystawione były zapewne na działanie gorąca i wielkiego ciśnienia, a może należy przypuścić, że przedstawiają one liczne, dawno jeszcze przed okresem kambryjskim osadzone formacje, które uległy zupełnej metamorfozie i zostały obnażone.
Przytoczono tu i omówiono szereg trudności, a mianowicie: obecność w szeregu następujących po sobie formacji tylko niektórych form przejściowych pomiędzy dawniejszymi a obecnymi gatunkami, brak zaś licznych stopniowo zmieniających się ogniw pośrednich pomiędzy wszystkimi następującymi po sobie gatunkami, dalej zaś nagłe występowanie całych grup pokrewnych gatunków w naszych formacjach europejskich i, o ile dotąd wiadomo, prawie zupełny brak zawierających skamieniałości formacji pod osadami kambryjskimi. Wszystkie te trudności są bez wątpienia bardzo wielkiej wagi. Widzimy to najwyraźniej stąd, że najznakomitsi paleontologowie, jak: Cuvier, Agassiz, Barrande, Pictet, Falconer, E. Forbes i inni, oraz najwięksi nasi geologowie, jak: Lyell, Murchison, Sedgwick i inni bronili jednogłośnie niezmienności gatunków, często nawet z wielką zaciekłością. Obecnie jednak sir Charles Lyell wielką swoją powagą popiera pogląd wprost przeciwny, a większa część innych geologów i paleontologów także zawahała się w swych dotychczasowych przekonaniach. Ci wszyscy, którzy uważają, że świadectwa geologii są w jakimś stopniu kompletne, bez wątpienia od razu odrzucą moją teorię. Co do mnie zaś, to uważam (powtórzę obrazowe wyrażenie Lyella) dane geologiczne za nie w pełni zachowaną historię świata spisaną różnorodnymi narzeczami. Z tej historii zachował się do naszych czasów tylko tom ostatni, dotyczący zaledwie dwóch lub trzech krajów. Ale i z tego tomu zachował się tylko tu i ówdzie jeden krótki rozdział, a z każdej stronicy pozostały tylko tu i tam pojedyncze wiersze. Każdy wyraz powoli zmieniającego się w tym dziele języka, mniej lub bardziej różnego w następujących po sobie rozdziałach, odpowiada żywym niegdyś formom, które zostały zagrzebane w kolejnych formacjach i które mylnie wyglądają na nagle wprowadzone. Wobec takiego poglądu omówione powyżej trudności zmniejszają się znacznie lub też nawet rozwiewają się.
Rozdział XI. O geologicznym następstwie istot organicznych
O powolnym i stopniowym pojawianiu się nowych gatunków. — O różnej szybkości ich zmian. — Gatunki, które raz zanikły, nie zjawiają się już ponownie. — Grupy gatunków podlegają tym samym ogólnym prawom zjawiania się i zanikania, co i gatunki pojedyncze. — O wymieraniu gatunków. — O równoczesnych przemianach form żywych na całej ziemi. — O wzajemnym pokrewieństwie gatunków wymarłych i ich pokrewieństwie z gatunkami żyjącymi. — O stopniu rozwoju dawnych form. — O następowaniu po sobie tych samych typów na tym samym obszarze. — Streszczenie tego oraz poprzedniego rozdziału.
Zobaczmy teraz, czy różnorodne fakty oraz prawa dotyczące następstwa geologicznego istot organicznych odpowiadają lepiej powszechnemu pojęciu o niezmienności gatunków, czy też teorii powolnego i stopniowego ich przekształcania przez zmienność i dobór naturalny.
Nowe gatunki tak na lądzie, jak i w wodzie, pojawiały się jedne po drugich bardzo powoli. Lyell wykazał, że niepodobna prawie oprzeć się dowodom, jakich dostarczają pod tym względem rozmaite piętra trzeciorzędowe, a z każdym rokiem wypełniają się luki pomiędzy pojedynczymi piętrami, stosunek zaś żyjących do zupełnie wygasłych gatunków stopniowo się zmniejsza. W niektórych najnowszych, chociaż w przeliczeniu na lata zapewne bardzo dawnych warstwach, występuje tylko jeden lub dwa gatunki wymarłe i tylko jeden lub dwa nowe i po raz pierwszy spotykane albo w tym miejscu, albo też, o ile nam wiadomo, na całym świecie. Formacje drugorzędowe są bardziej przerywane, lecz w każdej pojedynczej formacji, jak to zauważył Bronn, ani pojawianie się, ani zanikanie licznych znajdowanych w tych formacjach gatunków nie odbywało się jednocześnie.
Gatunki rozmaitych rodzajów i gromad nie zmieniały się ani tak samo szybko, ani też w jednakowym stopniu. W najstarszych pokładach trzeciorzędowych pośród mnóstwa form wygasłych można znaleźć kilka jeszcze obecnie żyjących mięczaków. Falconer przytacza uderzający przykład podobnego faktu, a mianowicie, że krokodyl należący do żyjącego jeszcze obecnie gatunku spoczywa razem z masą zaginionych ssaków i gadów w pokładach u podnóży Himalajów. Sylurska Lingula bardzo mało się różni od obecnie żyjących gatunków tego rodzaju, podczas gdy większość pozostałych mięczaków sylurskich oraz wszystkie skorupiaki uległy znacznym przemianom. Istoty lądowe, jak się zdaje, zmieniały się w szybszym tempie niż morskie, czego doskonały przykład zauważono niedawno w Szwajcarii. Mamy podstawę przyjąć, że organizmy wyżej zorganizowane zmieniają się szybciej niż niższe, są jednak wyjątki od tego prawa. Wielkość zmian organicznych, jak zauważył Pictet, nie jest w zupełności taka sama w każdej z następujących po sobie formacji geologicznych. Jeśli jednak porównamy ze sobą jakiekolwiek dwie formacje, byle nie najbliższe sobie, zauważymy, że wszystkie właściwe im gatunki uległy pewnym przemianom. Kiedy pewna forma znikła raz z powierzchni ziemi, nie mamy żadnej podstawy przypuszczać, że ta identyczna forma znów się kiedyś zjawi. Najbardziej, zdaje się, uderzające pozorne wyjątki od tego prawa stanowią tzw. „kolonie” gatunków pana Barrande’a, które pojawiają się przez pewien czas w środku starszych formacji, a następnie znów ustępują swych miejsc pierwotnej faunie; ale uważam za zupełnie wystarczające objaśnienie Lyella, że zjawisko to wynika z czasowych wędrówek z jednej prowincji geograficznej do drugiej.
Wszystkie te fakty zgadzają się zupełnie z moją teorią, nie zakładającą żadnego stałego prawa rozwoju, które powodowałoby, że wszyscy mieszkańcy danego obszaru zmienialiby się nagle lub równocześnie albo w równym stopniu. Proces przemiany musi być powolny i na ogół ogarnia równocześnie tylko małą ilość gatunków; zmienność bowiem każdego gatunku jest niezależna od zmienności wszystkich innych gatunków. Czy dobór naturalny korzysta z takich zmian lub z różnic indywidualnych i czy te w mniejszym lub większym stopniu nagromadzone zmiany powodują silniejsze czy też słabsze stałe przekształcenia gatunków, wszystkie te kwestie zależą od wielu złożonych warunków: od pożyteczności zmian, od możności krzyżowania, od powolnej przemiany fizycznych własności danego obszaru, od przybywania imigrantów i wreszcie od natury innych organizmów, jakie współzawodniczą ze zmieniającymi się gatunkami. Dlatego też nie jest bynajmniej dziwne, gdy pewien gatunek zachowuje identyczną formę znacznie dłużej niż inne lub też gdy zmienia się w mniejszym stopniu.
Podobne stosunki znajdujemy pomiędzy żyjącymi obecnie mieszkańcami odrębnych obszarów. Na przykład na Maderze mięczaki lądowe i chrząszcze różnią się znacznie od swych najbliższych krewnych na kontynencie europejskim, gdy tymczasem ptaki i mięczaki morskie pozostały niezmienione. Być może, że szybsze jakoby przemiany mieszkańców lądu i wyżej zorganizowanych form w przeciwieństwie do gatunków morskich i niżej stojących można wyjaśnić bardziej złożonymi stosunkami między istotami doskonalszymi a ich organicznymi i nieorganicznymi warunkami życia, stosunkami, o jakich mówiłem w jednym z poprzednich rozdziałów. Jeśli liczni mieszkańcy pewnego obszaru ulegli przemianom i zostali udoskonaleni, łatwo zrozumieć, że forma, która nie doznała ani żadnej zmiany, ani się nie udoskonaliła, narażona będzie na zagładę; wynika to z zasady współzawodnictwa oraz z tylu tak ważnych stosunków pomiędzy jednym ustrojem a drugim w walce o byt. I dlatego też właśnie wszystkie gatunki tego samego obszaru w dostatecznie długim okresie czasu ulegną zmianom; w przeciwnym bowiem razie musiałyby wyginąć.
Być może, że u członków tej samej gromady przeciętna wielkość zmian podczas długich i jednakowych okresów czasu jest prawie taka sama. Ponieważ jednak powstawanie trwałych i bogatych w skamieniałości formacji polega na tym, iż wielkie masy osadów gromadzą się na obszarach podlegających obniżaniu, tworzenie się każdej formacji musiało być niemal koniecznie przerywane przez długie i nierówne odstępy czasu; a stąd też wielkość zmian organicznych, jakimi odznaczają się szczątki kopalne zawarte w kolejnych formacjach, nie jest niejednakowa. Zgodnie z takim poglądem każda formacja nie przedstawia nam nowego i doskonałego aktu stworzenia, lecz tylko prawie przypadkowo wyrwaną scenę z powoli odgrywającego się dramatu.
Łatwo pojąć, że raz wygasły gatunek nie może się na nowo pojawić, nawet gdyby powtórzyły się takie same nieorganiczne i organiczne warunki życiowe. Gdyż chociaż potomstwo pewnego gatunku może być tak przystosowane (co bez wątpienia zachodziło w nieskończonej ilości wypadków), że zajmuje dokładnie miejsce innego gatunku w gospodarce przyrody i zastępuje go, to jednak obie formy, stara i nowa, nie mogą być identycznie te same, bowiem z pewnością obie odziedziczyły odmienne cechy po swych odrębnych przodkach, a różniące się od siebie ustroje będą też ulegać odmiennym zmianom. Gdyby na przykład wymarły nasze gołębie pawiki, to być może, że miłośnicy gołębi poprzez długotrwałe i prowadzone w jednym kierunku usiłowania potrafiliby wytworzyć nową rasę niemal nieodróżnialną od naszych dzisiejszych pawików. Gdyby jednak przy tym ich forma rodzicielska, to jest gołąb skalny, podobnie wyginął, jak to się dzieje w naturze, gdzie formy rodzicielskie zwykle bywają zastępowane i wyniszczane przez doskonalsze potomstwo, wówczas trudno byłoby uwierzyć, że pawika zupełnie podobnego do naszej dzisiejszej rasy można by otrzymać z jakiegoś innego gatunku gołębia lub też nawet z jakiejś innej dobrej odmiany naszego domowego gołębia; występujące bowiem zmiany byłyby do pewnego stopnia różne, a nowo utworzona odmiana odziedziczyłaby zapewne po swym przodku pewne charakterystyczne różnice.
Grupy gatunków, tj. rodzaje i rodziny, występują i zanikają według do tych samych ogólnych praw, co pojedyncze gatunki, zmieniając się szybciej lub wolniej, w mniejszym albo większym stopniu. Kiedy jakaś grupa raz zanika, nigdy się już więcej nie zjawia, tj. jej istnienie, dopóki trwa, jest ciągłe. Wiem dobrze o tym, że istnieją pewne wyjątki od tego prawa, ale jest ich tak dziwnie mało, że E. Forbes, Pictet i Woodward (chociaż wszyscy trzej nie zgadzają się w ogóle z moimi poglądami) uznają prawdziwość tej reguły, a zgadza się ona ściśle z moją teorią. Wszystkie bowiem gatunki tej samej grupy, bez względu na czas jej trwania, stanowią zmienione potomstwo przedtem istniejących gatunków oraz ich wspólnego przodka. Na przykład wszystkie gatunki rodzaju Lingula, które zawsze występowały jedne po drugich, poczynając od najniższych warstw sylurskich aż do dziś, musiały być połączone ze sobą nieprzerwanym szeregiem pokoleń.
Widzieliśmy w ostatnim rozdziale, iż czasami wydaje się nam mylnie, jakoby gatunki pewnej grupy nagle wystąpiły w wielkiej ilości; starałem się ten fakt wyjaśnić, a gdyby okazał się on prawdziwy, przemawiałby na niekorzyść mojej teorii. Ale podobne przypadki musimy z pewnością uważać tylko za wyjątki; według reguł ogólnych liczba gatunków każdej grupy wzrasta powoli aż do pewnego maksimum, a następnie prędzej czy później powoli zaczyna się zmniejszać. Jeżeli ilość gatunków pewnego rodzaju lub też ilość rodzajów pewnej rodziny wyrazimy przez pionowy pas przecinający kolejne formacje i zmieniający swą szerokość odpowiednio do liczby gatunków zawartych w formacji, może się niekiedy zdawać, że zaczyna się on u dołu nagle szeroką podstawą zamiast cienkim ostrzem; ku górze rozszerza się, następnie zachowuje często przez pewien czas stałą szerokość, a wreszcie w górnych warstwach powoli się zwęża, odpowiednio do ilościowego zmniejszania się i wygasania gatunków. Ten stopniowy przyrost liczebny gatunków danej grupy zgadza się najzupełniej z moją teorią, gdyż ilość gatunków tego samego rodzaju oraz ilość rodzajów tej samej rodziny może wzrastać tylko powoli i stopniowo; proces przemiany i wytwarzania pewnej liczby form pokrewnych odbywa się z konieczności tylko powoli i stopniowo: jeden gatunek wydaje początkowo tylko dwie lub trzy odmiany, które powoli przekształcają się w gatunki, a te z kolei w równie powolnym tempie wytwarzają inne odmiany i gatunki i tak dalej i dalej jak wielkie drzewo, rozgałęziające się stopniowo od pojedynczego pnia, dopóki grupa nie rozrośnie się.