Rozdział III. Puszcza
Kret od dawna pragnął zawrzeć znajomość z Borsukiem. Borsuk był bardzo ważną osobistością i choć widywano go rzadko, odczuwało się jego niewidzialny wpływ na wszystkich. Ale ilekroć Kret wspominał o swoim życzeniu, Szczur zawsze znajdował wymówkę.
— Dobrze, dobrze — mówił. — Borsuk zjawi się tu któregoś dnia. Zawsze się od czasu do czasu pojawia, wówczas cię przedstawię. To byczy chłop. Tylko że należy brać go takim, jaki jest, a także widywać go wtedy, kiedy chce się ukazać.
— A nie mógłbyś zaprosić go na obiad czy coś takiego? — spytał Kret.
— Nie przyjdzie — odparł Szczur z prostotą. — Borsuk nienawidzi towarzyskiego życia, zaproszeń, obiadów i tego rodzaju rzeczy.
— W takim razie może poszlibyśmy go odwiedzić? — zaproponował Kret.
— O, to by mu się na pewno nie podobało! — wykrzyknął przerażony Szczur. — Jest bardzo dziki, obraziłby się z całą pewnością. Nawet ja, mimo że znam go tak dobrze, nie ośmieliłbym się nigdy złożyć mu wizyty w jego własnym domu. Przy tym to niemożliwe, przecież on mieszka w samym środku Puszczy.
— Więc cóż stąd, choćby tak było? — tłumaczył Kret. — Mówiłeś mi, jak sobie zapewne przypominasz, że Puszcza to nic strasznego.
— Ach, wiem, wiem, nic strasznego — odrzekł Szczur wymijająco. — Myślę jednak, że teraz tam nie pójdziemy, nie w tej chwili. To daleko i w każdym razie Borsuk nie przyjąłby nas o tej porze roku. Zjawi się na pewno któregoś dnia, poczekaj, bądź cierpliwy.
I Kret musiał się tym zadowolić. Ale Borsuk nie zjawiał się, a każdy dzień przynosił nowe rozrywki. Lato dawno minęło, zimno, mróz i błoto na drogach zmuszały do długiego przebywania w domu, a wezbrana Rzeka płynęła za oknami tak szybkim nurtem, że myśl o wyprawie jakąkolwiek łódką byłaby śmieszna. Dopiero wówczas Kret zaczął rozmyślać uparcie nad osamotnionym, starym Borsukiem, który żył po swojemu we własnej norze, w samym środku Puszczy.
Szczur dużo spał w zimie. Wcześnie udawał się na spoczynek i późno wstawał. Podczas krótkiego dnia gryzmolił czasem wiersze albo zajmował się drobnymi pracami domowymi. Często także wpadło jakieś zwierzątko na pogawędkę, a co za tym idzie, opowiadało się rozmaite historie i porównywało zapiski z ubiegłego lata i letnich przeżyć.
Jakież bogactwo mieścił w sobie ten rozdział życia, gdy się go wspominało! Składał się z licznych i niesłychanie kolorowych ilustracji. Na scenie Wybrzeża pojawiały się coraz to nowe obrazy, następowały po sobie w niezawodnej, spokojnej kolejności, tworząc wspaniały pochód.
Liliowa smółka6 przybyła wcześnie. Potrząsała bujnie splątanymi kędziorami na skraju zwierciadła, w którym uśmiechało się odbicie jej własnej twarzyczki. Niebawem zjawiła się łagodna i smętna wierzbówka7, podobna do obłoku oświetlonego różowym blaskiem zachodu. Żywokost8 biały pełzał ręka w rękę z żywokostem fioletowym, by zająć swe miejsce w szeregu, wreszcie pewnego ranka głóg, nieufny i opieszały, wystąpił ostrożnie na widownię i wówczas wiedziało się już, że nadszedł czerwiec. Rzekłbyś, ogłosiła to smyczkowa orkiestra, na której struny zabłąkał się gawot9. Czekano tylko jeszcze na jednego członka towarzystwa: na pastuszka, ulubieńca nimf10, na rycerza, za którym wzdychają w oknach damy, na księcia, co pocałunkiem zbudzi słońce do życia i miłości. Lecz kiedy storczyk leśny, wonny i dobroduszny, w swym jasnym kaftanie zajął z wdziękiem miejsce pośród grupy, można było rozpocząć przedstawienie.
A było to widowisko nie lada. Gdy do drzwi sennych zwierząt, bezpiecznie ukrytych w norach, dobijał się wicher i deszcz, wspominały cichy, chłodny świt na godzinę przed wschodem słońca, białą mgłę jeszcze nie rozproszoną, ścielącą się gęsto na powierzchni wody, ostry wstrząs wczesnej kąpieli, bieg wzdłuż wybrzeża i promienne przeobrażenie ziemi, powietrza i wody, kiedy nagle pojawiało się słońce. Szarość stawała się złotem, rodziła się barwa i tryskała z ziemi. Zwierzęta wspominały leniwą drzemkę, gorące południe w gąszczu zielonych zarośli, kędy11 słońce przenika maleńkimi plamkami i smugami, popołudniowe kąpiele i żeglarskie wyprawy, włóczęgę wzdłuż zapylonych ścieżek, pośród żółtych zbożowych pól i wreszcie długie, chłodne wieczory, gdy zawierało się liczne przyjaźnie i obmyślało szereg wypraw na dzień następny.
Dużo było do obgadania podczas krótkich zimowych dni, kiedy zwierzęta zbierały się wkoło kominka. Kret miał sporo wolnego czasu i pewnego popołudnia, gdy Szczur, siedząc w fotelu przy ogniu, to drzemał, to biedził się nad rymami, które jakby na złość nie chciały do siebie pasować, Kret postanowił wybrać się samotnie na zwiedzenie Puszczy, a przy tej sposobności zawrzeć może znajomość z panem Borsukiem.
Popołudnie było chłodne i ciche, a niebo miało kolor stali, kiedy Kret wymknął się na dwór z ciepłego saloniku. Wokół niego ciągnął się nagi świat, ogołocony z liści. Kretowi przemknęła myśl, że nigdy jeszcze nie wejrzał tak głęboko i nie był tak blisko istoty rzeczy, jak w ten zimowy dzień, gdy natura, pogrążona w dorocznej drzemce, rzekłbyś, zrzuciła z siebie szaty. Zagajniki, jary, kamieniołomy, wszystkie tajemne miejsca, które podczas lata stanowiły istną kopalnię niezbadanych tajemnic, obnażyły siebie i swoje sekrety w sposób wzruszający. Zdawały się prosić Kreta, aby nie zważał na ich chwilową nędzę i ubóstwo. Wkrótce nałożą znowu bogate maski, będą mogły szaleć, kusić go i zwodzić dawnym omamieniem. Robiło to nieco żałosne wrażenie, ale zarazem napełniało otuchą, a nawet działało rozweselająco. Kret cieszył się, że mu się podoba świat bez dekoracji, zakrzepły, odarty z ozdób. Dotarł aż do nagich kości ziemi, a te były proste, silne i piękne. Nie tęsknił za ciepłą koniczyną ani za igraszkami dojrzałych traw; nie odczuwał braku zasłony żywopłotów ani potrzeby falistych draperii12 brzóz i wiązów. Pełen otuchy dążył ku Puszczy, która rysowała się przed nim, cicha i groźna, niby czarna rafa na spokojnym, południowym morzu.
Gdy Kret wszedł do Puszczy, nie dostrzegł nic, co by go mogło zaniepokoić. Gałązki trzeszczały mu pod łapkami, potykał się o pnie, grzyby rosnące na pieńkach przypominały mu karykatury, zastanawiał się przez chwilę nad ich podobieństwem do czegoś dobrze znanego a dalekiego, ale to wszystko razem było raczej zabawne i podniecające. Mamiło go i wciągało coraz głębiej w las, aż wreszcie dotarł tam, dokąd dochodziło tylko mroczne światło, drzewa zbijały się w gąszcz, a przydrożne jamy wykrzywiały się do niego nieprzyjaźnie.
Zrobiło się bardzo cicho, mrok zapadał szybko i nieubłaganie, gromadził się przed Kretem i za nim, a światło zdawało się opadać jak wezbrane wody.
A potem zaczęły ukazywać się twarze.
Pierwszy raz wydało się Kretowi, że widzi niewyraźnie zarysowaną twarz nad swym ramieniem. Była to maleńka, złośliwa twarzyczka w kształcie klina, wyglądała z nory, a gdy Kret odwrócił się, chcąc jej stawić czoło — znikła.
Przyśpieszył kroku, tłumacząc sobie wesoło, że to urojenie, które należy zwalczyć, inaczej nie będzie temu końca. Minął jedną wyrwę i drugą, i trzecią. A potem... tak... nie! Tak! Na pewno wąska twarzyczka o groźnych oczach zabłysła w norze i rozpłynęła się. Kret zawahał się, lecz zapanował nad sobą i dążył dalej. Nagle — jakby to była zwykła rzecz — każda nora, czy to bliższa czy bardziej odległa — a tych nor były setki — zdawała się mieć własną twarz, która ukazywała się i nikła szybko, wszystkie zaś wpatrywały się w Kreta wzrokiem podstępnym i pełnym nienawiści, wszystkie miały oczy nieubłagane, chytre i złośliwe.
Kret pomyślał, że gdyby mu się udało uciec od przydrożnych wyrw, twarze przestałyby istnieć. Zszedł więc ze ścieżki i zapuścił się w las.
Wówczas zaczęło się gwizdanie.
Kiedy Kret po raz pierwszy je posłyszał, był to odgłos słaby, choć przenikliwy, i rozlegał się gdzieś daleko za nim. Mimo to Kret przyśpieszył kroku. Potem zagwizdało coś daleko przed nim, wciąż bardzo cicho, a jednak przenikliwie. Kret zawahał się — miał ochotę zawrócić. Gdy przystanął niepewny, gwizdanie dało się słyszeć z obu stron. Rzekłbyś, podchwytywano gwizd i podawano go dalej przez całą Puszczę, aż do najdalszych jej krańców. Ci, co gwizdali, zdawali się z sobą zmówieni, czujni i na wszystko gotowi. A Kret — Kret był sam, bezbronny, pomoc znajdowała się daleko, a do tego zapadała noc.
Wówczas rozpoczął się tupot.
Kret usłyszał najpierw cichy, delikatny szmer i myślał, że to opadają liście. Lecz odgłos potęgował się, nabrał rytmu i Kret uświadomił sobie, że to nie może być nic innego, tylko bardzo jeszcze odległe tupotanie małych nóżek. Czy słyszał je przed sobą, czy za sobą? Początkowo zdawało się odzywać z przodu, a potem z tyłu, wreszcie i z przodu, i z tyłu. Tupot rósł i wzmagał się, a gdy Kret nasłuchiwał trwożnie, pochylając się to tu, to tam, otoczył go ze wszystkich stron. Zwierzątko przystanęło i w tej chwili ukazał się między drzewami królik, biegnący szybko w jego stronę. Kret czekał, spodziewając się, że królik zwolni kroku lub też, zobaczywszy go, zawróci. Tymczasem królik, przebiegając obok, otarł się prawie o Kreta. Oczy miał wpatrzone w dal, pyszczek surowy i zacięty, i mruczał: „Wymknijże się z tego, ty głupcze, uciekaj!” — po czym wyminął pieniek i znikł w gościnnej norze.
Tupot wzrastał, brzmiał już teraz jak nagły grad po rozpostartym wkoło dywanie z suchych liści. Cały las zdawał się biec, biec szybko, gnać, gonić, okrążać coś czy też może — kogoś?
Przerażony Kret puścił się kłusem, bez celu, nie wiedząc, dokąd biegnie. Obijał się o coś, przewracał się przez coś, wpadał w coś, coś omijał. Wreszcie znalazł schronienie w głębokiej dziupli starej brzozy. Dziupla stanowiła kryjówkę, osłonę, może nawet — kto wie? — bezpieczeństwo. W każdym razie Kret był zanadto zmęczony, aby biec dalej, zaledwie zdołał zagrzebać się w suchych liściach nagromadzonych przez wiatr. Miał nadzieję, że chwilowo jest uratowany. Gdy tak leżał drżący, dysząc ciężko, i nasłuchiwał gwizdów i tupotania, poznał wreszcie w całej pełni owo straszliwe uczucie, nawiedzające w Puszczy małych mieszkańców pól i zarośli, uczucie, które zwierzątka te uważają za najokropniejsze przeżycie. To uczucie, przed którym Szczur starał się nadaremnie Kreta uchronić; był to Lęk czyhający w Puszczy.
Tymczasem Szczur drzemał wygodnie przy kominku. Zeszyt z niedokończonymi wierszami ześlizgnął mu się z kolan, łebek opadł do tyłu, pyszczek się otworzył, a Szczur wędrował po zielonych brzegach wymarzonych rzek. Wtem osunął się węgiel, ogień zatrzeszczał, trysnął płomieniem i Szczur nagle się obudził. Przypomniał sobie swoją pracę, sięgnął na ziemię po zeszyt z wierszami, namyślał się przez chwilę, a potem obejrzał się za Kretem, chcąc spytać, czy nie zna czasem rymu do tego lub tamtego słowa.
Lecz Kreta nie było.
Nasłuchiwał jakiś czas. Dom wydał mu się niezwykle cichy. Zawołał parę razy: „Kreciku!”, a nie otrzymawszy odpowiedzi, wstał i wyszedł do holu.
Wieszadło, gdzie Kret wieszał zwykle czapkę, było puste. Znikły także kalosze, które stały zawsze przy koszu na parasole.
Szczur wyszedł z domu i obejrzał starannie błotnistą powierzchnię ziemi na zewnątrz nory, w nadziei, że natrafi na ślad Kreta. Rzeczywiście, ślady odznaczały się wyraźnie. Kret miał nowe kalosze, świeżo kupione przed zimą, podeszwy nie były schodzone i ich deseń odcisnął się w błocie. Tropy prowadziły prosto i zdecydowanie w kierunku Puszczy.
Szczur zafrasował się, stanął i chwilę rozmyślał. Potem zawrócił do domu, przywdział pas, za który zatknął parę pistoletów, ujął w łapkę grubą laskę stojącą w kącie holu i szybkim krokiem ruszył w stronę Puszczy.
Zmrok już zapadał, kiedy dotarł do pierwszych drzew, lecz zapuścił się w las bez wahania, rozglądając się niespokojnie na boki w poszukiwaniu śladów przyjaciela.
Tu i ówdzie wyglądały z nor złośliwe twarzyczki, lecz znikały natychmiast na widok walecznego zwierzątka, jego pistoletów i grubej pałki. Gwizdanie i tupot, które słyszał wyraźnie, wchodząc do Puszczy, przycichły, potem ustały, zapanowała wielka cisza. Szczur przeszedł las wzdłuż aż do najdalszego jego krańca, a następnie, porzuciwszy wszelkie ścieżki, postanowił zbadać Puszczę wszerz, przeszukując cały teren i nawołując wciąż krzepiąco:
— Kreciku! Kreciku! Kreciku! Gdzie jesteś? To ja, stary Szczur!
Biegał tak cierpliwie tu i tam po Puszczy godzinę, a może i dłużej, gdy wreszcie ku swojej radości dosłyszał cichy odzew. Kierując się nim, przedarł się wśród wzrastającej ciemności do stóp starej brzozy, w której pniu znajdowała się dziupla, i tam doszedł jego uszu słaby szept:
— Czy to naprawdę ty, Szczurku?
Szczur wdrapał się aż do dziupli i odnalazł Kreta, który dygotał, zupełnie już wyczerpany.
— O Szczurku! — wykrzyknął Kret. — Tak się bałem! Nie możesz sobie wyobrazić, jak straszliwie się bałem!
— Rozumiem to, dobrze rozumiem — uspokajał go Szczur. — Nie trzeba było tu przychodzić, Kreciku. Źle zrobiłeś. Szczerze pragnąłem oszczędzić ci tego. My, mieszkańcy Wybrzeża, prawie nie zapuszczamy się samotnie w Puszczę. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, chodzimy co najmniej we dwójkę, wówczas zwykle wszystko układa się pomyślnie. A poza tym należy znać zaklęcia, których ty jeszcze nie znasz. Mam na myśli hasła, znaki i skuteczne powiedzonka, i zioła, które trzeba mieć w kieszeni, i wiersze, które trzeba powtarzać, i fortele, i sztuczki. Wszystko to są rzeczy względnie proste, ale musi się o nich wiedzieć, gdy się jest małym zwierzątkiem, inaczej wpada się w tarapaty. Oczywiście, gdybyś był Wydrą albo Borsukiem, sprawa przedstawiałaby się całkiem inaczej.
— Dzielny pan Ropuch nie miałby zapewne nic przeciwko temu, aby tu przyjść samotnie, prawda? — spytał Kret.
— Nasz zacny Ropuch? — Szczur zaśmiał się serdecznie. — Ropuch nie pokazałby tu swego pyszczka nawet za cenę czapki pełnej złotych monet.
Kret nabrał otuchy, słysząc beztroski śmiech Szczura, widząc jego laskę i parę błyszczących pistoletów. Wstąpiła w niego odwaga, przestał dygotać, wracał do równowagi.
— A teraz — rzekł Szczur po chwili — musimy wziąć się w garść i ruszać do domu, póki jeszcze trochę widno. Rozumiesz, że nocowanie tutaj byłoby niepożądane, choćby z powodu zimna.
— Drogi Szczurku — powiedział biedny Kret — strasznie mi przykro, ale czuję się śmiertelnie wyczerpany, to fakt, który nie ulega najmniejszej wątpliwości. Musisz pozwolić mi jeszcze trochę wypocząć i odzyskać siły, jeżeli w ogóle mam dotrzeć do domu.
— Ależ zgoda! — oświadczył poczciwy Szczur. — Odpoczywaj! Teraz jest jeszcze ciemno, choć oko wykol. Później powinien pokazać się kawałek księżyca.
Wobec tego Kret rozłożył się wygodnie i zagrzebał głęboko w liście, a wkrótce zapadł w niespokojny, przerywany sen.
Szczur tymczasem okrył się, jak tylko mógł najlepiej, aby się rozgrzać, i czekał cierpliwie, leżąc z pistoletem w łapce. Gdy Kret zbudził się wreszcie, zupełnie wypoczęty i jak zwykle pogodny, Szczur rzekł:
— A teraz wyjrzę i zobaczę, czy wszystko w porządku, bo już naprawdę musimy wyruszać.
Podszedł do wejścia kryjówki i wysunął łebek. Kret posłyszał jak mruczy do siebie cicho:
— Ho! ho! ho! A to dopiero!
— Co się stało, Szczurku? — zapytał Kret.
— Śnieg — odrzekł Szczur krótko. — Sypie gęsty śnieg.
Kret przycupnął obok Szczura i wyjrzał. Puszcza, która go tak przerażała, przybrała zupełnie inną postać. Nory, jamy, kałuże, wilcze doły i inne rzeczy, ponure a groźne dla wędrowca, znikły. Na wszystkim rozpościerał się dywan z bajki, lśniący i delikatny, rzekłbyś, nie stworzony na to, aby go deptać szorstkimi łapkami. Drobny pył unosił się w powietrzu i łaskotliwie pieścił policzki, a blask, który zdawał się jaśnieć z dołu, oświetlał czarne pnie drzew.
— Ha, cóż? Nie ma rady — powiedział Szczur po chwilowym namyśle. — Musimy ryzykować i ruszać w drogę. Gorzej, że nie wiem dokładnie, gdzie się znajdujemy, a ten śnieg jeszcze wszystko przeinaczył.
Krajobraz zmienił się rzeczywiście nie do poznania, Kret ledwie mógł uwierzyć, że to ta sama Puszcza. Wyruszyli jednak odważnie w kierunku, który był według nich najwłaściwszy. Trzymali się razem i z niezmienną otuchą twierdzili, że poznają starego przyjaciela w każdym drzewie pozdrawiającym ich w surowym milczeniu lub też że dostrzegają znajome rozpadliny, jamy czy ścieżki jednostajnie białej przestrzeni wśród czarnych pni, niczym się od siebie nie różniących.
Po godzinie czy dwóch — stracili bowiem miarę czasu — zatrzymali się zniechęceni, zmordowani, nie mając pojęcia, gdzie się znajdują, i usiedli na drzewie, aby trochę wytchnąć i obmyślić, co należy robić. Byli nieludzko zmęczeni, a przy tym pokryci sińcami, wpadli bowiem do kilku jam, i przemokli do nitki. Śnieg zdążył już pokryć ziemię grubą warstwą, tak że z trudem mogli z niego wyciągać małe łapki, drzewa zaś rosły coraz gęściej i robiły się coraz bardziej do siebie podobne. Las zdawał się nie mieć początku ni końca, najmniejszej różnicy w wyglądzie, a co gorsza, zdawał się nie mieć wyjścia.
— Nie możemy tu długo siedzieć — postanowił Szczur. — Musimy się zdobyć na wysiłek i coś zrobić. Jest straszliwie zimno, a śnieg będzie wkrótce tak głęboki, że nie zdołamy przebrnąć. — Rozejrzał się wkoło z głębokim namysłem. — Posłuchaj — ciągnął dalej — co mi przyszło na myśl. Widzę przed nami coś w rodzaju doliny, grunt wydaje mi się falisty, nierówny, pagórkowaty. Zejdźmy tam i postarajmy się znaleźć jakieś schronienie, jakąś suchą jamę lub norę, zabezpieczoną od śniegu i wiatru. Odpoczniemy tam sobie, nim jeszcze raz postaramy się stąd wydostać. Jesteśmy obydwaj prawie doszczętnie wyczerpani. A poza tym może śnieg ustanie albo coś innego się zdarzy.
Wstali więc, utorowali sobie drogę do doliny i zaczęli szukać jamy czy jakiegoś suchego kąta, osłoniętego od ostrego wiatru i wirującego śniegu. Badali właśnie jedną z pagórkowatych części doliny, o których wspominał Szczur, gdy nagle Kret potknął się i runął z krzykiem na pyszczek.
— Moja łapka! — wołał. — O, moja biedna nóżka! — i usiadł na śniegu, trzymając tylną łapkę w przednich.
— Biedaku! — rzekł Szczur ze współczuciem. — Nie masz jakoś dzisiaj szczęścia. Pokaż łapkę. Tak — ciągnął dalej, przyklękając, by lepiej się przyjrzeć — skaleczyłeś sobie stopę, to pewne. Poczekaj, wyciągnę chustkę i zrobię ci opatrunek.
— Musiałem nadepnąć na jakąś ukrytą gałąź czy korzeń — odezwał się Kret jękliwie. — Ojej! Ojej!
— Rana jest cięta — oświadczył Szczur, przyglądając się uważnie łapce. — To nie od korzenia ani gałęzi. To wygląda na ranę zadaną metalowym narzędziem. Dziwne! — Zastanowił się przez chwilę, rozglądając się po otaczających wzgórkach i pochyłościach.
— E, wszystko jedno, czym skaleczyło — powiedział Kret, zapominając pod wpływem bólu o zasadach gramatyki. — Wszystko jedno, co mnie skaleczyło, ale boli.
Lecz Szczur po opatrzeniu łapki Kreta wziął się do rozkopywania śniegu. Drapał, odrzucał go na boki i szperał, pracując pilnie wszystkimi czterema łapkami, a Kret czekał niecierpliwie, powtarzając od czasu do czasu:
— Chodźże już nareszcie, Szczurku!
Nagle Szczur krzyknął:
— Wiwat!
A potem jeszcze raz:
— Wiwaaaat!
I zaczął niezdarnie tańczyć po śniegu.
— Coś ty znalazł, Szczurku? — spytał Kret, trzymając się wciąż za łapkę.
— Zobacz! — zawołał uradowany Szczur, wciąż skacząc.
Kret podszedł, pociągając nóżką, i dokładnie obejrzał wskazane miejsce.
— Cóż stąd? — rzekł wreszcie po namyśle. — Widzę, więc co? To samo widziałem już wiele razy. Dobrze znam ten przedmiot. Skrobaczka do butów! Wielka mi rzecz! Jest czego tańczyć wkoło skrobaczki!
— Nie rozumiesz, co to znaczy? Ty, ty tępy zwierzaku! — wykrzyknął zirytowany Szczur.
— Wiem oczywiście, co to znaczy — odparł Kret. — To znaczy po prostu, że ktoś bardzo nieporządny, jakiś zapominalski, porzucił swoją skrobaczkę w samym środku Puszczy. Właśnie w takim miejscu, gdzie każdy, chcąc nie chcąc, musi na nią nastąpić. Uważam, że ten ktoś postąpił bardzo nieopatrznie. Gdy wrócę do domu, wniosę skargę do... do tego czy owego. Na pewno to zrobię i...
— Ach, miły Boże! — wykrzyknął Szczur, doprowadzony do rozpaczy tępotą Kreta. — Przestań wreszcie rezonować13 i weź się do kopania!
Szczur nie przerywał pracy, podnosząc wokół tumany śniegu. Po pewnym czasie jego wysiłki zostały nagrodzone: odkrył bardzo zniszczoną słomiankę.
— Aha, co mówiłem? — zawołał z triumfem.
— Nic nie mówiłeś — odparł Kret szczerze. — Teraz — ciągnął dalej — kiedy odkryłeś jeszcze jeden przedmiot domowego użytku, zniszczony i porzucony, przypuszczam, że nic ci do szczęścia nie brakuje. Odtańcz lepiej od razu swój taniec wokoło tej słomianki, a potem będziemy mogli wyruszyć w dalszą drogę, nie marnując czasu na śmietnikach. Czyż możemy zjeść słomiankę albo się pod nią przespać? Albo usiąść na słomiance jak na sankach i dojechać do domu, ty, ty irytujący gryzoniu!
— Czy chcesz powiedzieć — krzyknął podniecony Szczur — że ta słomianka nic ci nie mówi?
— Doprawdy, Szczurku — odparł Kret zniecierpliwionym głosem — zdaje mi się, że dość tego szaleństwa. Kto kiedy słyszał, aby słomianka coś komuś mówiła? To się nigdy nie zdarza. To zupełnie niepodobne do słomianki. Słomianki robią to, do czego są przeznaczone.
— Słuchaj no ty, ty zwierzaku o zakutym łbie! — zawołał Szczur ze złością. — Dość już tego! Ani słowa więcej! Bierz się do kopania, skrobania i drapania, i szukaj starannie, uważaj zwłaszcza na zbocza pagórków, jeśli chcesz dziś spać w suchym i ciepłym miejscu, bo to nasza ostatnia deska ratunku.
Szczur zabrał się z zapałem do najbliższej zaspy. Najpierw zapuszczał wszędzie swoją laskę, a potem kopał z furią. Kret także pilnie skrobał, raczej, aby się przypodobać Szczurowi niż z innego powodu, nabrał bowiem przekonania, że jego przyjaciel dostał bzika.
Po jakichś dziesięciu minutach ciężkiej pracy kij Szczura uderzył w coś, co wydało pusty dźwięk. Szczur zaczął odrzucać śnieg, aż wreszcie udało mu się zapuścić łapkę w jamę i to „coś” obmacać, po czym wezwał Kreta na pomoc. Obydwa zwierzątka wzięły się ostro do roboty i po chwili wynik ich pracy pojawił się przed oczami zdumionego Kreta, który zachowywał się dotąd sceptycznie14.
Na zboczu tego, co wydawało się zaspą, widniały masywne drzwi, pomalowane na kolor ciemnozielony. Z jednego boku wisiała rączka od dzwonka, a poniżej, na małej miedzianej tabliczce, zwierzątka odczytały przy świetle księżyca:
PAN BORSUK
porządnie wyryte dużymi literami.
Kret z radości i zdumienia wywrócił się w tył na śnieg.
— Szczurze! — krzyknął ze skruchą — ty jesteś nadzwyczajny! Naprawdę nadzwyczajny. Teraz widzę to jasno! Wszystko wyrozumowałeś w tej swojej mądrej głowie. Doszedłeś po nitce do kłębka. W chwili gdy przewróciłem się i skaleczyłem sobie łapkę, obejrzałeś ranę i od razu twój wspaniały umysł powiedział sobie: „Skrobaczka do butów!”. A potem zabrałeś się do roboty i odnalazłeś skrobaczkę, która mnie skaleczyła. Ale czy na tym poprzestałeś? Ktoś inny by się zadowolił takim rezultatem... ale ty!... Twój umysł pracował dalej! „Jeśli tylko znajdę słomiankę — powiedziałeś sobie — to będzie uzasadnienie mojej teorii”. I oczywiście znalazłeś słomiankę. Jesteś mądry! Myślę, że mógłbyś znaleźć wszystko, co zechcesz! „Muszą tu być drzwi — pomyślałeś — jest to dla mnie tak jasne, jak bym je oglądał na własne oczy. Trzeba je znaleźć, nie pozostaje nam nic innego!”. O takich rzeczach czytałem w książkach, ale nigdy nie spotkałem się z nimi w życiu. Powinieneś udać się gdzieś, gdzie znajdziesz odpowiednie uznanie. Tu, wśród nas, po prostu marnujesz się. Gdybym miał twoją głowę, Szczurku...
— Ale ponieważ jej nie masz — przerwał Szczur niegrzecznie — zamierzasz pewno przesiedzieć na śniegu całą noc i gadać? Wstawaj natychmiast, uwieś się u dzwonka, który tu widzisz, i dzwoń mocno, jak tylko możesz najmocniej, a ja będę się dobijać do drzwi.
I zaatakował drzwi laską. Kret podskoczył do rączki od dzwonka, uczepił się jej, podnosząc z ziemi obie tylne łapki, i tak wisiał, aż gdzieś hen, z daleka doszedł ich uszu słaby, lecz głęboki głos dzwonka.