Rozdział VI. Pan Ropuch
Był pogodny ranek na początku lata. Rzeka wróciła do swego normalnego łożyska i zwykłej bystrości nurtu, a upalne słońce zdawało się wydobywać wszystką zieloność ukrytą w ziemi, podciągało wzwyż, rzekłbyś, sznurami, wszystkie krzaki, wszystkie sadzonki. Kret i Szczur wstali skoro świt i zajęli się pilnie sprawami związanymi z łodzią i otwarciem żeglarskiego sezonu: malowali i politurowali, naprawiali wiosła, zaszywali poduszki, szukali zaginionych haków i tak dalej. Kończyli właśnie śniadanie w małym saloniku, omawiając z przejęciem plan dnia, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
— O, do licha! — rzekł Szczur, który miał pyszczek umorusany jajkami. — Mój Kreciku, skończyłeś już śniadanie, idź zobacz, kto to taki.
Kret poszedł otworzyć, Szczur usłyszał zdziwiony okrzyk, a po chwili drzwi od saloniku rozwarły się z impetem i Kret oznajmił głosem pełnym namaszczenia:
— Pan Borsuk!
Był to doprawdy zdumiewający wypadek, żeby Borsuk przyszedł do nich — czy w ogóle do kogokolwiek — z oficjalną wizytą. Zwykle, gdy zaszła taka potrzeba, czyhało się na niego przy żywopłocie, wzdłuż którego prześlizgiwał się wczesnym rankiem lub późnym wieczorem, albo też przyłapywano go w jego mieszkaniu w środku Puszczy, a było to trudne zadanie.
Borsuk wsunął się ociężale do pokoju i stanął, patrząc z powagą na przyjaciół. Szczur upuścił łyżeczkę i otworzył pyszczek ze zdumienia.
— Wybiła godzina! — oznajmił Borsuk uroczyście.
— Jaka godzina? — spytał Szczur, spoglądając z niepokojem na zegar.
— Spytaj raczej: czyja godzina? — odparł Borsuk. — Godzina Ropucha. Jego godzina. Obiecałem, że wezmę się za niego, jak tylko zima minie na dobre, i dziś zamierzam spełnić swoją obietnicę.
— Godzina Ropucha, no tak! — zawołał radośnie Kret. — Wiwa-a-at! Pamiętam! Nauczymy Ropucha rozumu!
— Dziś rano — ciągnął dalej Borsuk, zasiadając w fotelu — dowiedziałem się z pewnego źródła, że mają przysłać na próbę do Ropuszego Dworu nowy samochód o niezwykle potężnym silniku. Może w tej chwili właśnie Ropuch nakłada na siebie ten ohydny strój, tak przez niego lubiany, i z dość przystojnego Ropucha zmienia się w przedmiot, na którego widok każde rozsądne zwierzę dostaje nerwowego ataku. Trzeba działać, póki czas. Pójdziecie zaraz ze mną do Ropuszego Dworu, musimy dokonać dzieła ocalenia.
— Masz słuszność! — zawołał Szczur, zrywając się. — Ocalimy biedne, nieszczęsne stworzenie! Nawrócimy go! Będzie najżarliwszym z nawróconych Ropuchów.
Puścili się więc w drogę, aby spełnić miłosierne posłannictwo, a Borsuk kroczył na ich czele. Gdy zwierzęta wędrują w towarzystwie, zwykle idą gęsiego, tak każe rozsądek i przyzwoitość. Nie rozłażą się po całej drodze, gdyż to utrudnia wzajemną pomoc w razie nagłej potrzeby czy niebezpieczeństwa.
Kiedy dotarli do wjazdowej alei Ropuszego Dworu, zobaczyli stojący przed domem — według słusznych przewidywań Borsuka — nowiuteńki czerwony samochód olbrzymich rozmiarów (czerwień była ulubionym kolorem Ropucha). A kiedy podeszli do domu, drzwi wejściowe otwarły się z trzaskiem i pan Ropuch, w samochodowych okularach, w czapce, kamaszach i obszernym płaszczu, zaczął schodzić ze schodów z dumną miną, naciągając rękawiczki.
— Bywajcie, chłopcy! — wykrzyknął wesoło na widok przyjaciół. — Przychodzicie w porę, odbędziemy razem rozkoszną... odbędziemy rozkoszną... roz-kosz-ną...
Gdy Ropuch zauważył surową, nieugiętą postawę swych milczących przyjaciół, nie dokończył zaproszenia, jego serdeczny głos załamał się i ucichł.
Borsuk wszedł na schody posuwistym krokiem.
— Prowadźcie go z powrotem do domu! — rozkazał surowo swym towarzyszom. A gdy mimo oporu i protestów Ropucha wepchnęli go do sieni, Borsuk zwrócił się do szofera, który przyprowadził nowy samochód:
— Bardzo mi przykro, ale nie będzie pan dziś potrzebny. Pan Ropuch zmienił zdanie, nie kupi tego samochodu. Jest to postanowienie nieodwołalne, nie ma pan na co czekać! — Borsuk wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi.
— A teraz — zwrócił się do Ropucha, gdy we czterech znaleźli się w sieni — zdejmij przede wszystkim ten śmieszny ubiór.
— Nie zdejmę! — zaperzył się Ropuch. — Co znaczą te zniewagi? Żądam natychmiast wyjaśnienia!
— Rozebrać go! — nakazał krótko Borsuk.
Szczur i Kret musieli rozciągnąć Ropucha na ziemi, nie mogli sobie z nim inaczej poradzić: wymyślał i kopał ich. Wreszcie Szczur na nim usiadł, Kret zaś ściągał z niego kolejno różne części samochodowego rynsztunku, po czym postawili go na nogi. Sporo junackiego25 animuszu wywietrzało mu z łebka wraz ze zwleczonym ubraniem. Teraz, gdy był po prostu Ropuchem, a nie Postrachem Szos, przestępował z łapy na łapę i spoglądał błagalnie to na jedno zwierzę, to na drugie. Zdawało się, że zrozumiał swoje położenie.
— Wiedziałeś, że wcześniej czy później musiało do tego dojść, Ropuchu — tłumaczył Borsuk surowo. — Lekceważyłeś nasze ostrzeżenia, trwoniłeś pieniądze odziedziczone po ojcu. A przez ciebie, przez twoje wariackie jazdy, katastrofy, awantury z policją, dobre imię zwierząt w okolicy zostało narażone na szwank. Niezależność jest rzeczą cenną, lecz my, zwierzęta, nie możemy pozwolić, aby głupota naszych przyjaciół przekroczyła pewne granice. A ty granice te przekroczyłeś. Jesteś na ogół dobrym zwierzakiem, nie chcę więc okazywać zbytniej surowości. Postaram się raz jeszcze przemówić ci do rozsądku. Chodź za mną, dowiesz się, co myślę o twoim postępowaniu. Zobaczymy, czy wyjdziesz z tego pokoju takim samym Ropuchem, jakim jesteś teraz.
Borsuk chwycił silną łapą ramię Ropucha, zaprowadził go do gabinetu i zamknął za sobą drzwi.
— To na nic — rzekł Szczur z pogardą. — Gadanie nigdy nie uleczy Ropucha. Wszystkiemu będzie potakiwał.
Przyjaciele usadowili się wygodnie w fotelach i czekali cierpliwie. Przez zamknięte drzwi dochodził ich nieprzerwany szmer głosu Borsuka. Głos ten pod wpływem krasomówczego zapału to wznosił się, to opadał. Po pewnym czasie zauważyli, że kazanie przerywa miarowy, głęboki szloch, szloch pochodzący najwidoczniej z piersi Ropucha. Ropuch był stworzeniem uczuciowym, obdarzonym miękkim sercem i dawał się łatwo przekonać — przynajmniej na chwilę — o słuszności każdego zapatrywania.
Po upływie mniej więcej trzech kwadransów drzwi się otworzyły: ukazał się w nich Borsuk, prowadząc uroczyście za łapę zgnębionego Ropucha; skóra wisiała na nim na kształt worka, łapki mu drżały, a policzki były mokre od obfitych łez wywołanych wzruszającą przemową Borsuka.
— Siadaj, Ropuchu — rzekł dobrotliwie Borsuk, wskazując krzesło. — Przyjaciele — ciągnął dalej — oznajmiam wam z przyjemnością, że Ropuch uznał wreszcie swoje błędy. Żałuje szczerze swych przewinień. Postanowił wyrzec się samochodów na zawsze, uroczyście mi to obiecał.
— To bardzo pomyślna wiadomość — powiedział Kret poważnie.
— Bardzo pomyślna — powtórzył za nim Szczur z powątpiewaniem — jeśli tylko... jeśli...
Mówiąc te słowa, wpatrywał się bacznie w Ropucha i zdawało mu się, że zauważył coś w rodzaju błysku w jego oku, wciąż jednak smutnym.
— Jeszcze jedno, Ropuchu — ciągnął dalej zadowolony Borsuk — chciałbym, abyś powtórzył tu uroczyście, wobec zgromadzonych przyjaciół, to, co przed chwilą przyznałeś mi w gabinecie. Po pierwsze: że żałujesz swego postępowania i zdajesz sobie sprawę, jakie było szalone.
Nastąpiła długotrwała cisza. Ropuch rozglądał się z rozpaczą na wszystkie strony, a zwierzęta czekały, milcząc z powagą. Wreszcie Ropuch wybuchnął:
— Nie! — rzekł posępnie, lecz z dumą. — Wcale tego nie żałuję. To nie było żadne szaleństwo. To było po prostu cudowne.
— Co? — wykrzyknął Borsuk, wielce zgorszony. — Ty obłudny zwierzaku! Czy nie zapewniałeś mnie dopiero co, tam...
— O tak, tam! — rzucił niecierpliwie Ropuch. — Tam byłbym przyznał się do wszystkiego. Jesteś taki wymowny, kochany Borsuku, tak logicznie dowodzisz, że... Potrafisz wzruszać i przekonywać... Tam mogłeś zrobić ze mną, co tylko chciałeś, wiesz o tym dobrze. Ale zastanowiłem się, przetrawiłem wszystko i doszedłem do przekonania, że właściwie nie żałuję niczego i niczym się nie martwię. Więc po co, u licha, mam mówić to, czego nie myślę?
— A więc nie obiecujesz, że już nigdy nie dotkniesz samochodu? — spytał Borsuk.
— Ani myślę! — odparł Ropuch z naciskiem. — Przeciwnie, obiecuję solennie, że jak tylko zobaczę jakiś samochód, zatrąbię poop-poop i jazda!
— Dobrze więc — powiedział Borsuk stanowczo i wstał. — Skoro nie chcesz posłuchać perswazji, zobaczymy, jaki skutek odniesie siła. Wciąż się tego lękałem. Zapraszałeś nas nieraz, Ropuchu, abyśmy zabawili dłuższy czas w twoim pięknym dworze. Postanowiliśmy teraz to zrobić. Nie wyjdziemy, póki nie przekonamy cię o słuszności naszych poglądów. Szczurze! Krecie! Zaprowadźcie go na górę i zamknijcie w sypialni, a my omówimy tę sprawę.
— To przecież dla twego dobra, Ropuszku — rzekł dobrotliwie Szczur, gdy obaj wierni przyjaciele taszczyli po schodach kopiącego i wyrywającego się Ropucha. — Pomyśl, jak będzie nam wesoło razem, po dawnemu, kiedy minie ci ten... ten przykry atak...
— Zaopiekujemy się starannie wszystkimi twoimi interesami, póki nie wydobrzejesz, Ropuchu — wtrącił Kret. — Dołożymy starań, aby nie trwonić twoich pieniędzy, tak jak ty je trwoniłeś.
— Nie będziesz miał przykrych zajść z policją, Ropuchu — powiedział Szczur, wpychając przyjaciela do sypialni.
— I nie będziesz już musiał tułać się po szpitalach, gdzie pielęgniarki tobą rządzą, Ropuchu — dodał Kret, przekręcając klucz w zamku.
Zeszli ze schodów (Ropuch wymyślał im tymczasem przez dziurkę od klucza) i zaczęli we trzech radzić nad położeniem.
— To będzie trudna sprawa — rzekł Borsuk, wzdychając. — Nigdy nie widziałem u Ropucha takiego uporu. Trzeba to jednak przetrzymać. Nie możemy ani na chwilę zostawić go bez opieki. Musimy się przy nim zmieniać, póki jego organizm nie zwalczy tej trucizny.
Podzielili między siebie dyżury. Co noc jedno zwierzę spało z Ropuchem w jego pokoju, we dnie zaś się zmieniali. Z początku Ropuch był bardzo przykry dla swoich opiekunów. W czasie ostrych ataków ustawiał w sypialni krzesła, robiąc z nich coś na kształt samochodu, siadał na wysuniętym do przodu krześle, pochylał się i wpatrzony przed siebie wydawał dziwne, niesamowite odgłosy, a gdy paroksyzm dosięgał szczytu, wywracał koziołka i leżał rozciągnięty na ziemi pośród krzeseł, zupełnie na pozór spokojny.
Stopniowo jednak gwałtowne ataki stawały się coraz rzadsze, a przyjaciele dokładali starań, aby skierować myśli Ropucha na inne tory. On jednak nie okazywał żadnego zainteresowania, stawał się coraz bardziej obojętny i przygnębiony.
Pewnego pogodnego ranka Szczur, na którego wypadał kolejny dyżur, poszedł na górę zwolnić Borsuka. Biedny Borsuk wiercił się niespokojnie, nie mógł się doczekać chwili, kiedy będzie już mógł wyjść, aby rozprostować łapy na długim spacerze po Puszczy, po zaroślach i swoich podziemiach.
— Ropuch jeszcze w łóżku — powiedział do Szczura, gdy wyszli za drzwi. — Nie mogę nic z niego wydobyć, powtarza tylko: „O! zostawcie mnie w spokoju, nic mi nie potrzeba. Może później będę się czuł lepiej, może mi to z czasem minie. Nie macie się czym niepokoić”, i tak dalej. A teraz pamiętaj, Szczurze, gdy Ropuch jest cichy i pokorny i odgrywa rolę bohatera z książki odpowiedniej na nagrodę dla uczniów ze szkółki niedzielnej, wówczas bywa najbardziej przebiegły. Na pewno coś obmyśla, znam go! A teraz już idę.
— Jak się dziś czujesz, stary? — spytał wesoło Szczur, zbliżając się do łoża Ropucha.
Przez parę minut nie było odpowiedzi, aż wreszcie dał się słyszeć słaby głos:
— Dziękuję ci bardzo, kochany Szczurku. Jakiś ty dobry, że pytasz o moje zdrowie! Ale przede wszystkim powiedz, jak ty się miewasz i nasz kochany Kret?
— My miewamy się doskonale — odpowiedział Szczur i dodał niebacznie: — Kret idzie się przelecieć z Borsukiem, wrócą dopiero na drugie śniadanie. Spędzimy więc sobie przyjemnie ranek we dwójkę, dołożę wszelkich starań, aby cię rozerwać. A teraz bądź dzielny i wyskocz z łóżka! Szkoda leżeć i gnuśnieć w taki piękny ranek.
— Drogi, poczciwy Szczurze — szepnął Ropuch. — Nie zdajesz sobie sprawy z mojego stanu, nie wiesz jaki jestem daleki od „skoków”. Ale nie przejmuj się mną. Nie chcę być ciężarem dla moich przyjaciół; mam zresztą nadzieję, że to już nie potrwa długo.
— I ja mam tę nadzieję — zgodził się Szczur z przekonaniem. — Sprawiłeś nam dużo kłopotu, cieszę się, gdy słyszę, że się to skończy. Taka cudna pogoda, właśnie zaczyna się sezon żeglarski! Naprawdę, Ropuchu, to nieładnie z twojej strony. Nie chodzi mi o kłopot, ale pomyśl tylko, co przez ciebie tracimy!
— Lękam się, że jednak wypominasz mi kłopot, jaki wam sprawiam — rzekł Ropuch słabym głosem. — Ale rozumiem cię. Zmęczyła was opieka nade mną, nic w tym dziwnego. Nie powinienem was o nic prosić. Jestem dla was zawadą, wiem o tym.
— Jesteś — potwierdził Szczur. — Ale mimo to zapewniam cię, że nie żałowałbym dla ciebie żadnego trudu, gdybyś tylko zechciał być rozsądnym zwierzęciem.
— Żebym był tego pewny — szepnął Ropuch jeszcze słabszym głosem — poprosiłbym cię... zapewne po raz ostatni... abyś jak najprędzej udał się do wioski, choć to już może za późno, i sprowadził mi doktora. Ale nie, nie trudź się! To przecież taki kłopot! Może lepiej pozostawić wszystko losowi.
— A po co ci lekarz? — zapytał Szczur, podchodząc bliżej i przyglądając się Ropuchowi. Był jakiś dziwnie wychudzony i leżał bardzo spokojnie, i głos miał słabszy, i w ogóle zachowywał się inaczej niż zwykle.
— Musiałeś chyba zauważyć ostatnio — szepnął Ropuch — ale nie... bo i po co? Gdy się coś zauważy, pojawia się konieczność poniesienia pewnych trudów. Jutro może powiesz sobie: „O, gdybym wcześniej zwrócił na to uwagę! Gdybym postarał się temu zaradzić”. Ale nie, to przecież może sprawić kłopot. Nie ma o czym mówić. Zapomnij o mojej prośbie.
— Słuchaj no, stary — powiedział Szczur, który nie na żarty zaczynał się niepokoić. — Wezwę do ciebie doktora, jeżeli uważasz, że naprawdę jest ci potrzebny. Ale nie zdaje mi się, aby było z tobą aż tak źle. Pomówmy o czym innym.
— Obawiam się, drogi przyjacielu — rzekł Ropuch ze smutnym uśmiechem — że „rozmowa” niewiele pomaga w podobnych wypadkach. Co prawda, jeśli o to chodzi, to i lekarz nie pomoże, lecz tonący brzytwy się chwyta. Ale, ale, jeśli już pójdziesz po doktora, czy nie zechciałbyś za jednym zamachem poprosić, aby wstąpił do mnie rejent? Strasznie mi przykro, że ci sprawiam jeszcze jeden kłopot, lecz o ile pamiętam, musisz przejść koło jego drzwi. Oddałbyś mi tym wielką przysługę. Bywają chwile — może powinienem raczej powiedzieć: bywa chwila — kiedy stajemy wobec przykrych obowiązków, a obowiązki te należy spełnić, nawet ze szkodą dla wyczerpanego organizmu.
„Rejent! O, musi być źle z nim naprawdę” — pomyślał wystraszony Szczur i opuścił śpiesznie pokój, nie zapominając jednak zamknąć drzwi na klucz.
Za drzwiami stanął i zaczął się zastanawiać. Obaj jego przyjaciele byli daleko, nie miał więc z kim się naradzić.
„Ostrożność nie zawadzi”, powiedział sobie po namyśle. „Zdarzało się już nieraz, że Ropuch zupełnie bezpodstawnie wmawiał sobie chorobę, ale nie słyszałem nigdy, aby żądał przybycia rejenta26. Jeśli mu naprawdę nic nie jest, doktor mu wytłumaczy, że jest osłem i doda mu odwagi. W każdym razie coś się na tym zyska. Muszę go zadowolić, nie zabierze mi to wiele czasu”. I Szczur pobiegł do wsi, aby spełnić miłosierny czyn.
Ropuch, który wyskoczył lekko z łóżka, gdy tylko usłyszał przekręcanie klucza w zamku, wyglądał niecierpliwie oknem, póki Szczur nie znikł przy końcu alei wjazdowej. Potem, śmiejąc się do rozpuku, włożył, jak tylko mógł najprędzej, najelegantsze z ubrań znajdujących się pod ręką i wyładował kieszenie drobnymi pieniędzmi, które wyjął z szufladki w toaletce. Następnie powiązał prześcieradła zdjęte z łóżka i jeden koniec zaimprowizowanego sznura owinął naokoło środkowego słupa w pięknym oknie z epoki Tudorów27, stanowiącym ozdobę sypialni. Wydostał się na parapet, ześlizgnął się zgrabnie po „sznurze” na ziemię i ruszył z lekkim sercem w przeciwnym kierunku niż Szczur, pogwizdując wesoło.
Drugie śniadanie nie było miłe dla biednego Szczura. Borsuk i Kret powrócili wreszcie i musiał świecić przed nimi oczami, opowiadając swoją żałosną i nieprzekonywającą historię. Można sobie łatwo wyobrazić ironiczne, żeby nie powiedzieć: brutalne, komentarze Borsuka, toteż nie będziemy się nad nimi rozwodzili. Lecz Szczur stwierdził z bólem serca, że nawet Kret, choć w miarę możności trzymał jego stronę, nie szczędził mu uwag:
— Ależ się dałeś nabrać, Szczurku, i to komu? Ropuchowi!
— Tak to sprytnie zrobił — tłumaczył się zgnębiony Szczur.
— Za to ty nie okazałeś sprytu — przyciął mu ostro Borsuk. — Ale gadanina tu nie pomoże. Umknął nam na razie. A najgorzej, że to, co uważa za swoją mądrość, wbije go jeszcze bardziej w pychę i może go doprowadzić do popełnienia jakiegoś szaleństwa. Jedyną dobrą stroną tej historii jest to, że nie potrzebujemy marnować drogich chwil na stróżowanie. Przez jakiś czas będziemy jednak wracali na noc do Ropuszego Dworu. Możemy tu lada chwila ujrzeć Ropucha na noszach lub między dwoma policjantami.
Tak mówił Borsuk, nieświadomy, co przyszłość przyniesie ani ile upłynie wody — i to mętnej — nim Ropuch zasiądzie znowu w dziedzicznym Ropuszym Dworze.
*
Tymczasem Ropuch, wesoły i lekkomyślny, kroczył szybko wzdłuż gościńca w odległości kilku mil od domu. Z początku kluczył bocznymi dróżkami przez pola i kilkakrotnie zmieniał kierunek dla zmylenia pościgu. Lecz teraz czuł, że go już nie złapią. Słońce uśmiechało się jasno do niego i cała przyroda wtórowała chórem samochwalczej pieśni, rozbrzmiewającej w sercu Ropucha. Niemal tańczył na drodze z radości i pychy.
— Udał mi się kawał! — mówił sobie, chichocąc. — Przeciwstawiłem rozum brutalnej przemocy i rozum zwyciężył! Tak być powinno. Biedny stary Szczur! Oj, oberwie on, oberwie, gdy wróci Borsuk! Zacny chłop z tego Szczura, ma wiele zalet, ale brak mu inteligencji i jest źle wychowany. Muszę go kiedy wziąć w obroty, zobaczę, czy nie da się coś z niego zrobić.
Ropuch, całkowicie pogrążony w chełpliwych rojeniach, posuwał się naprzód z podniesionym łebkiem, aż dotarł do miasteczka. Gdy zobaczył szyld „Pod Czerwonym Lwem” wiszący w poprzek głównej ulicy, przypomniał sobie, że jeszcze nie jadł śniadania i że jest okropnie głodny po długim spacerze. Wszedł do zajazdu, kazał sobie podać najlepsze śniadanie, jakie można było dostać bez zamówienia, i zasiadł przy stole.
Był już mniej więcej w połowie śniadania, kiedy nagle drgnął, a potem zaczął drżeć na całym ciele: od ulicy doszedł go dźwięk aż nadto dobrze mu znany. „Poop-poop” rozlegało się coraz bliżej, samochód skręcił na podwórze zajazdu i stanął. Ropuch uchwycił się nogi od stołu, aby opanować wzruszenie. Po chwili do kawiarni weszło liczne towarzystwo. Wszyscy byli zgłodniali, rozmowni, weseli i rozprawiali o przygodach tego ranka oraz o zaletach samochodu, który dowiózł ich tu bez szwanku. Ropuch słuchał jakiś czas, pilnie nastawiając uszu. Wreszcie nie mógł już dłużej wytrzymać. Wyślizgnął się cicho z sali, zapłacił w barze rachunek, a gdy tylko znalazł się na dworze, udał się wolno okólną drogą na dziedziniec.
— Przecież nie ma w tym nic złego — powiedział sobie — jeśli rzucę tylko okiem na samochód.
Auto stało na środku podwórza, nikt go nie pilnował, ponieważ chłopcy stajenni i czeladź28 byli na obiedzie. Ropuch okrążał wóz, oglądał, oceniał i rozmyślał głęboko.
„Ciekawa rzecz — powiedział sobie po chwili. — Ciekawa rzecz, czy ten motor da się szybko wprawić w ruch”.
Niebawem, sam nie wiedząc, jak się to stało, trzymał w ręku korbę i kręcił nią29. Gdy usłyszał znany odgłos, dawna namiętność całkowicie opanowała jego ciało i duszę. Jak we śnie znalazł się na miejscu szofera, jak we śnie podniósł hamulce, okrążył podwórze i ruszył za bramę, jak we śnie stracił chwilowo wszelkie poczucie dobra i zła i wszelką obawę przed następstwami swojego kroku. Zwiększył szybkość, a gdy samochód w pędzie połknął ulicę i wyskoczył na otwartą przestrzeń szosy, Ropuch nie chciał nic wiedzieć poza tym, że jest Ropuchem, Ropuchem znajdującym się w najlepszej formie, w największym rozkwicie, Ropuchem — Postrachem Szos, Ropuchem, który zatrzymuje wszelki ruch, Ropuchem panem gościńca, przed którym wszystko musi ustąpić lub obrócić się w proch, zapaść w wiekuistą nicość. Nucił w pędzie, a samochód odpowiadał mu potężnym warkotem. Pożerał kilometry, pędząc w niewiadomym kierunku, poddając się ślepemu instynktowi. Przeżywał beztroski, najpiękniejszy dzień swego życia, nie myśląc, co go czeka.
*
— Według mnie — zauważył z humorem przewodniczący ławy sędziowskiej — cała trudność tej sprawy, skądinąd bardzo jasnej, leży w tym, abyśmy potrafili dać skuteczną nauczkę temu niepoprawnemu łotrowi i zatwardziałemu brutalowi, który kurczy się przed nami ze strachu na ławie oskarżonych. Zastanówmy się: oskarżono go — co stwierdzają zresztą najwiarygodniejsze świadectwa — po pierwsze, o kradzież wartościowego samochodu; po drugie, o prowadzenie go bez najmniejszego względu na bezpieczeństwo publiczne; i po trzecie, o ordynarne znieważenie wiejskiej policji. Panie sekretarzu, może pan nam powie, jaki najcięższy wymiar kary możemy zastosować do każdego z tych przewinień? Oczywiście, bez uwzględnienia okoliczności łagodzących, gdyż te nie istnieją.
Sekretarz podrapał się piórem w nos.
— Zdaniem niektórych ludzi kradzież samochodu stanowi tu największe przestępstwo — oświadczył — i tak jest w rzeczywistości. Lecz znieważenie policji pociąga za sobą bezsprzecznie najwyższy wymiar kary. I tak być powinno. Powiedzmy, że za kradzież oskarżony otrzyma rok więzienia, co jest karą umiarkowaną; i trzy lata za wariacką jazdę, co jest karą łagodną; i piętnaście lat za znieważenie policji — dość gwałtowne, jeśli sądzić z zeznań świadków, nawet jeśli uwierzymy tylko jednej dziesiątej części tego, co nam mówiono (taki jest system, którego ja się trzymam); po dodaniu tych cyfr30 otrzymamy, jeśli się nie mylę, liczbę dziewiętnastu lat...
— Doskonale! — wtrącił przewodniczący.
— ...niech więc panowie zaokrąglą tę liczbę do dwudziestu lat i wszystko będzie w porządku — zakończył sekretarz.
— Świetna myśl! — powiedział przewodniczący z uznaniem. — Oskarżony, proszę się opanować i stać prosto. Tym razem otrzymasz dwadzieścia lat. Pamiętaj jednak, jeśli znowu staniesz przed nami za jakiekolwiek przewinienie, będziemy musieli odnieść się do ciebie z całą surowością!
Brutalni stróże prawa rzucili się na nieszczęsnego Ropucha, zakuli go w kajdany i wyprowadzili z gmachu sądowego, nie zważając na jego błagania, krzyki i protesty. Wlekli go przez rynek, gdzie swawolna gawiedź, zawsze surowa dla schwytanego zbrodniarza, a współczująca i życzliwa dla podejrzanego o zbrodnie, powitała Ropucha drwinami i wyzwiskami, obrzucając go marchwią. Dzieci gwizdały i krzyczały, a ich niewinne twarzyczki wyrażały radość, którą sprawia im zawsze widok dżentelmena w opałach. Minęli dudniący głucho most zwodzony; przeszli pod jeżącymi się od gwoździ wrzeciądzami31, pod groźną bramą ponurego zamczyska, którego pradawne wieżyce strzelały wysoko nad głową; minęli kordegardę32, pełną uśmiechniętych drwiąco żołdaków33; minęli szyldwachów34 pokasłujących sarkastycznie — kaszel bowiem jest najwyższą oznaką pogardy i nienawiści, na jaką może sobie pozwolić szyldwach — wkroczyli na kręcone schody, zużyte przez wieki, przechodząc obok zbrojnych mężów w kaskach i stalowych pancerzach, mężów rzucających groźne spojrzenia spod przyłbicy; przemierzali podwórce, gdzie brytany na wyprężonych smyczach wyrywały się ku nim i przebierały łapami w powietrzu, chcąc ich dosięgnąć; mijali wiekowych strażników, którzy oparłszy halabardy35 o mur, drzemali nad mięsiwem i dzbanami ciemnego piwa. Szli i szli przez izby tortur, przez korytarze prowadzące na szafot36, aż doszli do drzwi najokropniejszego z podziemi, leżących w samym sercu najgłębszego lochu. Przystanęli wreszcie tam, gdzie siedział sędziwy dozorca więzienny, bawiąc się pękiem olbrzymich kluczy.
— Oddsbodikins! — rzekł sierżant policji, zdejmując hełm i ocierając pot z czoła. — Zbudź się, stary nicponiu, i przejmij od nas tego oto nędznika, Ropucha, straszliwego zbrodniarza, niezrównanego w wybiegach i sprycie. Czuwaj nad nim i strzeż go z całą swą umiejętnością. A zapamiętaj sobie dobrze, siwobrody, gdyby się zdarzyło coś nieprzewidzianego, odpowiesz nam za to starym łbem!
Dozorca skinął ponuro głową i położył pomarszczoną rękę na ramieniu nieszczęsnego Ropucha. Zardzewiały klucz zgrzytnął w zamku, wielkie drzwi zatrzasnęły się i Ropuch został więźniem najgłębszego lochu, najlepiej strzeżonej wieżycy, najwarowniejszego zamku, jak Anglia długa i szeroka.
Rozdział VII. Pieśń o świcie
Mysikrólik37 ukryty na skraju ciemnego wybrzeża wyśpiewywał swą cichutką piosenkę. Choć było już po dziesiątej, na niebie widniało jeszcze zapóźnione światło minionego dnia. Posępny żar popołudniowych godzin załamał się i rozproszył pod dotknięciem chłodnych palców krótkiej letniej nocy.
Kret leżał na brzegu Rzeki. Nie ochłonął jeszcze po spiekocie, której od świtu aż do zachodu słońca nie łagodziła żadna chmurka, i oczekiwał powrotu przyjaciela. Pływał dziś po Rzece z kilkoma kolegami, bo nie chciał Szczurowi przeszkadzać w dawno umówionej wizycie u Wydry, a kiedy powrócił, zastał dom pusty, ciemny i ani śladu Szczura, który najwidoczniej zasiedział się u starej przyjaciółki. Rozłożył się więc Kret na chłodnych liściach szczawiu i rozpamiętywał miniony dzień i jego wydarzenia, a wydarzenia te były przyjemne.
Po chwili usłyszał szelest spalonej trawy pod lekkimi krokami Szczura.
— Aa, jaki miły chłodek! — rzekł Szczur i siadł, patrząc w zamyśleniu na Rzekę; był milczący i zafrasowany.
— Zostałeś oczywiście na kolacji? — spytał Kret po chwili.
— Musiałem zostać — odparł Szczur. — Nawet słyszeć nie chcieli, abym wyszedł przed kolacją, wiesz jacy są gościnni. Starali się zabawiać mnie wesoło, póki nie odszedłem. Ale wciąż miałem wrażenie, że popełniam niedelikatność, bo widziałem, jacy są zatroskani, choć starali się to ukryć przede mną. Kreciku, lękam się, że ich spotkało nieszczęście. Mały Grubasek znowu zaginął, a wiesz, jak matka go kocha, choć o tym nie mówi.
— Co, ten dzieciak? — powiedział Kret swobodnie. — Nie ma się czym przejmować, trochę się zawieruszył. Wciąż gdzieś łazi i ginie, i znów się odnajduje. Pasjami lubi przygody, a nigdy nie spotkało go nic złego. Znają go i lubią w całej okolicy, jak zresztą i starą Wydrę, możesz być pewien, że odnajdzie go jakieś zwierzę i przyprowadzi z powrotem w dobrym zdrowiu. Przecież i myśmy znaleźli go kiedyś o kilka mil od domu, był wesolutki i wcale nie stracił animuszu.
— Tak, ale tym razem sprawa przedstawia się gorzej — rzekł Szczur z powagą. — Nie ma go już od kilku dni, wydry przeszukały całą okolicę wzdłuż i wszerz i nie znalazły po nim żadnego śladu. Rozpytywały się wszystkich zwierząt na kilka mil wokoło, a nikt nic o nim nie wie. Wydra jest widocznie ogromnie niespokojna, choć się do tego nie przyznaje. Powiedziała mi, że mały Grubasek nie umie jeszcze dobrze pływać i domyśliłem się, że ma na myśli śluzę. Bardzo dużo wody spływa tam jeszcze mimo późnej pory roku, a malec był zawsze śluzą oczarowany. Poza tym są jeszcze pułapki, wnyki, wiesz przecież. Wydra nie denerwowałaby się na próżno, a jest zdenerwowana. Kiedy odchodziłem, wyszła ze mną i powiedziała, że chce zaczerpnąć trochę powietrza, rozprostować łapy. Ale dobrze wiedziałem, że nie o to jej chodzi. Wypytałem ją i wreszcie udało mi się wydobyć tajemnicę. Chce spędzić noc na straży przy brodzie. Wiesz, tam gdzie dawniej, w zamierzchłych czasach, był bród, zanim zbudowano most.
— Znam, znam ten bród — odparł Kret. — Ale dlaczego Wydra postanowiła stróżować akurat w tym miejscu?
— Widzisz, podobno obok brodu, na płytkim żwirowym cyplu przy brzegu, udzieliła Grubaskowi pierwszej lekcji pływania — wyjaśniał Szczur. — Tam także uczyła go łowić ryby, tam mały Grubasek złapał pierwszą rybę w życiu i bardzo się tym pysznił! Malec pokochał ten bród. Wydra ma nadzieję, że jeśli będzie wracał do domu z miejsca, gdzie się obecnie znajduje (o ile w ogóle biedaczek jeszcze jest na świecie), przyjdzie może do brodu, który tak lubił. Albo może sobie o nim przypomni, jeśli tamtędy będzie przechodził, zatrzyma się i zacznie się bawić. Więc Wydra chodzi tam co noc i czuwa, na wszelki wypadek, rozumiesz, na los szczęścia.
Zamilkli obydwaj, myśląc o tym samym — o samotnym, zrozpaczonym zwierzątku, które zaczajone przy brodzie, czuwa i czeka przez całą długą noc — na wszelki wypadek.
— Cóż — odezwał się Szczur po chwili — czas chyba pomyśleć o powrocie do domu. — Ale się nie ruszał.
— Szczurze — rzekł Kret. — Nie mogę wrócić ot, tak sobie do domu, iść spać i nic nie zrobić. Wątpię, abyśmy mogli być użyteczni, ale wyciągnijmy łódkę i popłyńmy w górę Rzeki. Za jakąś godzinę wzejdzie księżyc i wtedy zaczniemy szukać Grubaska według sił i możności. Bądź co bądź, lepsze to niż iść spać i nic nie robić.
— I mnie przyszło do głowy to samo — powiedział Szczur. — W każdym razie taka noc nie nadaje się do spania. Świt już niedaleko, a może o świcie uda nam się zebrać jakieś wiadomości o Grubasku od zwierząt, które wcześnie wstają.
Wyciągnęli więc czółno i Szczur zaczął wiosłować z wielką ostrożnością. Na środku Rzeki widniał wąski, jasny szlak, w którym niebo odbijało się niewyraźnie. Lecz wszędzie tam, gdzie padał na wodę cień brzegu, krzaków czy drzew, ów cień nie różnił się niczym od Wybrzeża i Kret musiał sterować bardzo uważnie. Noc była ciemna i jakby wyludniona, a mimo to słyszało się wciąż ciche odgłosy, śpiewy, pogwarki i szmery, świadczące o istnieniu pracowitych istot, które nie śpią i krzątają się przez całą noc, pracując według swego powołania, póki nie wystrzelą pierwsze promienie słońca, zwalniające ich na dobrze zasłużony spoczynek. Odgłosy wody były także wyraźniejsze niż we dnie: bulgotanie i pluski wydawały się bliższe i bardziej niespodziane. Co chwila któreś ze zwierzątek drgało, myśląc, że słyszy głos wzywający pomocy.
Linia horyzontu, zarysowana ostro na tle nieba, odcinała się w jednym miejscu niby czarna kresa na srebrzystej poświacie, która promieniowała coraz to wyżej, aż wreszcie księżyc wzniósł się powoli i majestatycznie nad skrajem wyczekującej ziemi, odczepił się od horyzontu i popłynął, niczym niepowstrzymany. Zwierzątka mogły znowu rozróżnić płaszczyzny rozległych łąk i ciche ogrody, i samą Rzekę odsłoniętą ufnie od brzegu do brzegu, odartą z tajemnic i grozy, promienną jak za dnia, a jednak inną. Znane zakątki witały ich w nowym stroju, jakby skryły się w cieniu, aby przywdziać niewinną szatę, i powróciły cicho, uśmiechnięte, oczekując nieśmiało, czy pozna je kto w tym przebraniu. Kret ze Szczurem wylądowali w tym milczącym, srebrnym królestwie, przymocowali łódkę do pnia wierzby i przeszukali dokładnie płoty, dziuple w drzewach, tunele i kanały, rowy i wyschłe łożyska, po czym wsiedli znowu do czółna, przepłynęli na drugą stronę i posuwali się pod prąd. Jasny księżyc na bezchmurnym niebie robił, co mógł — choć taki daleki — aby im ułatwić poszukiwania. Wybiła wreszcie jego godzina, opuścił się niechętnie ku ziemi, porzucił ich, a nad polami i Rzeką zapanowała znów tajemniczość.
Powoli coś się zaczęło odmieniać: widnokrąg pojaśniał, pola i drzewa stały się bardziej wyraźne, nabrały innego wyglądu — pozbyły się tajemniczości. Jakiś ptak ćwierknął i umilkł, a lekki wietrzyk zerwał się, szeleszcząc wśród trzcin i sitowia. Szczur siedział przy sterze. Wtem wyprostował się i zaczął nasłuchiwać z wytężoną uwagą. Kret, który łagodnymi uderzeniami wioseł ledwie poruszał łódź i rozglądał się pilnie po wybrzeżu, spojrzał z ciekawością na Szczura.
— Rozwiało się! — westchnął Szczur, opadając na siedzenie. — A takie było piękne, dziwne i niepowszednie! Bodajbym nigdy nie był tego posłyszał, jeśli miało tak prędko się skończyć, gdyż rozbudziło we mnie tęsknotę, która jest bólem. Wszystko wydaje mi się bez wartości, pragnę tylko raz jeszcze usłyszeć ten dźwięk i słuchać go, słuchać wiecznie. Jest! Jest znowu! — wykrzyknął, nasłuchując pilnie. Oczarowany, jakby pogrążony w zachwyceniu, milczał długo.
— Teraz rozpływa się. Znowu nie mogę nic pochwycić — rzekł po chwili. — O Krecie, jakież to piękne! Jak wesoło brzmi zew dalekiej piszczałki, ledwie uchwytny, a jasny i radosny! Nigdy mi się nawet nie śniło o takiej muzyce. Zew w niej zawarty nęci mnie silniej nawet niż piękno melodii. Wiosłuj Krecie, wiosłuj żywo! Ta melodia jest przeznaczona nam, a wezwanie odnosi się do nas.
Zdumiony Kret wiosłował posłusznie.
— Ja nic nie słyszę — rzekł. — To tylko wiatr szumi wśród szuwarów, trzcin i wikliny.
Szczur nic nie odrzekł. Może nawet nie słyszał słów Kreta, był oczarowany, drżący, trwał jakby w zachwyceniu. Wszystkimi jego zmysłami owładnęła nieznana dotąd, nadziemska siła, która pochwyciła jego bezbronną duszę, podrzucając ją i kołysząc. Miał uczucie, że jest słabym, lecz szczęśliwym dzieckiem w mocy silnych ramion.
Kret milczał i wciąż wiosłował. Niebawem dopłynęli do miejsca, gdzie od Rzeki oddzielała się z jednej strony długa łacha. Szczur, który już dawno wypuścił ster, wskazał nieznacznym ruchem łebka kierunek łachy. Blask świtania wciąż się wzmagał i zwierzątka rozróżniały już teraz kolor kwiatów zdobiących brzeg wody niby drogie kamienie.
— Teraz słyszę głos wyraźnie i blisko! — wykrzyknął Szczur z radością. — Chyba i ty już słyszysz! Ach, nareszcie! Widzę, że słyszysz!
Kret, jakby nagle przeobrażony, bez tchu, przestał wiosłować. Spłynęła na niego fala melodii o radosnym brzmieniu, uniosła go i opanowała całkowicie. Zobaczył łzy na policzkach przyjaciela i spuścił łebek w pełnym zrozumieniu.
Jakiś czas stali na miejscu, muskani przez liliowe smółki rosnące na brzegu łachy. Potem wyraźne, nakazujące wezwanie idące w parze z upojną melodią narzuciło Kretowi swą wolę: pochylił się znów machinalnie nad wiosłami. Światło dnia wzbierało na sile, lecz ptaki nie śpiewały jak zwykle o wschodzie słońca. Poza niebiańską muzyką nic nie mąciło osobliwej ciszy.
Gdy sunęli naprzód, bujna trawa łąk po obu stronach Rzeki wydała się im dziwnie żywa i zielona. Zwierzątka nie widziały nigdy tak świeżych róż, tak bujnych wierzbówek i spirei38 o tak silnym, tak przenikliwym zapachu. A potem szum śluzy zagłuszył wszystko i poczuli, że zbliżają się nieuchronnie do tajemniczego kresu swej wędrówki.
Wielka śluza obejmowała łachę od brzegu do brzegu lśniącym ramieniem zielonej wody i spienionym półkolem iskrzących się błysków, mąciła spokojną powierzchnię łachy wirem odmętów i ruchomymi płatami piany, zagłuszając wszystkie inne dźwięki poważnym, kojącym dudnieniem. Pośrodku koryta, w migotliwym uścisku śluzy, spoczywała wysepka, gęsto zarośnięta wierzbiną, srebrną brzozą i olchą. Skryta, zatajona, lecz świadoma swego doniosłego znaczenia wysepka osłaniała powierzoną sobie tajemnicę, strzegąc jej zazdrośnie, aż wybije godzina, kiedy zjawią się powołani i wybrani.
Zwierzątka minęły skłębione wody wolno, lecz bez wątpliwości i wahań, jakby w uroczystym oczekiwaniu, i przymocowały łódkę u brzegu wysepki. Milcząc, węszyły drogę i brnęły przez kwiaty, rozkwitłe trawy i zarośla prowadzące na polankę, aż stanęły wreszcie na cudownie zielonej łące okolonej sadem, gdzie rosły dzikie jabłonie, czereśnie i ciernie.
— O, tu jest to miejsce! Stąd płynęła moja wyśniona pieśń! — szepnął Szczur, jakby w zachwyceniu. — Tu, na tej świętej polance, tu z pewnością znajdziemy Jego.
Raptem ogarnął Kreta ogromny lęk. Ów lęk sprawił, że Kret poczuł dziwną słabość, pochylił łebek, a łapki jakby wrosły mu w ziemię. Nie był to żaden paniczny strach — Kret czuł się nawet dziwnie szczęśliwy i spokojny — lecz ów lęk był druzgocący. Choć Kret nic nie dostrzegał, zdawał sobie sprawę, że takie uczucie oznacza bliskość jakiejś nieziemskiej istoty. Odwrócił się z trudem, szukając przyjaciela, i ujrzał obok siebie Szczura rozpłaszczonego na ziemi i drżącego gwałtownie. Na otaczających drzewach, gdzie siedziała chmara ptaków, panowała wciąż niczym niezmącona cisza, a światło stawało się coraz jaśniejsze.
Kret nie ośmieliłby się może podnieść oczu, gdyby nie to, że dźwięk piszczałki, choć przytłumiony, wzywał wciąż nieodparcie i nakazująco. Nie miał siły oprzeć się temu dźwiękowi, gdyby nawet musiał przypłacić życiem spojrzenie doczesnymi oczyma na rzeczy nadprzyrodzone. Usłuchał więc, drżąc, i podniósł pokornie łebek. Wówczas w blasku zupełnie już wyraźnego świtania, gdy przyroda obsypana bogactwem fantastycznych barw zdawała się powstrzymywać dech w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić, spojrzał w same oczy Przyjaciela i Dobroczyńcy. Zobaczył zagięte w tył różki, błyszczące przy coraz to wyraźniejszym świetle dnia; ujrzał zakrzywiony nos między dobrodusznymi oczyma, co spoglądały żartobliwie na zwierzątka, i podnoszące się w półuśmiechu kąciki ust wśród zarostu; widział ruchliwe muskuły ramienia, które spoczywało na szerokiej piersi; długą giętką dłoń trzymającą jeszcze piszczałkę tylko co odjętą od półotwartych ust; zobaczył wspaniały zarys włochatej postaci rozłożonej z majestatyczną swobodą na murawie; zobaczył wreszcie maleńkiego, okrągłego tłuściocha, malca-wydrę, wtulonego między kopyta półboga i śpiącego głęboko z zupełnym spokojem i zadowoleniem. Wszystko to Kret ogarnął wzrokiem na tle porannego nieba, przez krótką, niewymowną chwilę, która mu zaparła w piersiach dech; a patrząc, czuł, że żyje, a czując, że żyje, zdumiewał się.
— Szczurze! — wyjąkał wreszcie zdyszanym szeptem, drżąc cały. — Czy ty się boisz?
— Czy ja się boję? — mruknął Szczur, a oczy miał przepełnione bezbrzeżną miłością. — Bać się? Jego? Nigdy, przenigdy! A jednak, Krecie, boję się!
Po czym obydwa zwierzątka przypadły do ziemi i pochyliły łebki, oddając cześć bożkowi.
Wspaniała, kulista, złota tarcza słońca ukazała się nagle na nieboskłonie. Pierwsze słoneczne promienie strzeliły przez łąki zalane wodą i uderzyły wprost w oczy obu przyjaciół, oślepiając ich. Kiedy spojrzeli znów, wizja znikła, a powietrze wypełniał śpiew ptaków witających świt.
Zwierzątka rozglądały się nieprzytomnie w milczącej rozpaczy, która wzmagała się, w miarę jak sobie uświadamiały powoli wszystko, co było im dane ujrzeć i co już utraciły. Wtem kapryśny wietrzyk podniósł się lekko znad powierzchni wody, zakołysał osikami, otrząsnął rosę z róż i delikatnie, pieszczotliwie musnął pyszczki zwierzątek, a wraz z jego łagodnym dotknięciem przyszło natychmiastowe zapomnienie. Gdyż niepamięć to ostatni i najcenniejszy dar, jakim dobrotliwy półbóg obdarza tych, którym się objawił. On sobie nie życzy, aby wzrastająca groza wspomnień tłumiła radość i wesele, aby te wspomnienia prześladowały małe zwierzątka, którym dopomógł w potrzebie, aby zaciążyły nad całym dalszym ich życiem. On pragnie zapewnić im szczęśliwą i beztroską przyszłość.
Kret przetarł oczy i spojrzał na Szczura, który rozglądał się wokoło ze zdumieniem.
— Przepraszam cię, coś mówiłeś, Szczurku? — spytał.
— Jak mi się zdaje — rzekł wolno Szczur — mówiłem tylko, iż to jest właśnie miejsce, gdzie moglibyśmy odnaleźć Grubaska. Ależ spójrz, spójrz tylko, Kreciku, to on, to mały Grubasek! — I z radosnym okrzykiem skoczył do wyderki.
Lecz Kret stał przez chwilę w miejscu, zatopiony w myślach, jak ktoś zbudzony nagle z pięknego snu, ktoś, kto męczy się, aby ów sen wskrzesić w pamięci i nie może sobie nic przypomnieć poza nieokreślonym wrażeniem niewymownego piękna! Wreszcie i to wrażenie niknie, a marzyciel przyjmuje z goryczą twardą, zimną rzeczywistość i wszystkie jej ciężary. Kret po krótkiej walce ze swą pamięcią potrząsnął smutnie łebkiem i podążył za Szczurem.
Grubasek zbudził się, piszcząc wesoło i łasząc się radośnie na widok przyjaciół matki, którzy dawniej często się z nim bawili. Wkrótce jednak wyraz zadowolenia znikł z pyszczka malca, zaczął on biegać w kółko, skomląc błagalnie. Dziecko, które zasnęło spokojnie w ramionach niani, a zbudziło się porzucone w obcym miejscu, szuka po wszystkich kątach i szafach, biega z pokoju do pokoju, a w jego sercu wzbiera cicha rozpacz. Tak samo Grubasek przeszukiwał całą wysepkę, węszył uparcie i niezmordowanie, aż wreszcie nadeszła okropna chwila, kiedy dał za wygraną — usiadł i gorzko zapłakał.
Kret podbiegł szybko, aby pocieszyć maleństwo, lecz Szczur ociągał się, patrzył długo z niepewnością na głębokie ślady kopyt widniejące na murawie.
— Tu... było... jakieś... wielkie... zwierzę — szepnął wolno i z rozwagą. Stał długo i myślał, myślał, dziwnie poruszony.
— Chodźże, Szczurku! — zawołał Kret. — Pamiętaj, że biedna Wydra czeka przy brodzie.
Grubasek pocieszył się szybko na myśl o miłej przejażdżce po Rzece prawdziwym czółnem pana Szczura. Obaj przyjaciele zaprowadzili malca na brzeg, posadzili go między sobą w bezpiecznym miejscu na dnie łodzi i popłynęli w dół łachy.
Słońce było już teraz wysoko i mocno przygrzewało, ptaki śpiewały namiętnie i żywo, a kwiaty rosnące na obu brzegach uśmiechały się i kiwały do nich, ale barwy ich jakby przygasły — tak się przynajmniej zwierzątkom zdawało — nie jaśniały takim bogactwem kolorów jak kiedyś... niedawno... gdzieś... ale gdzie?
Gdy dotarli do głównego koryta Rzeki, skierowali łódź pod prąd, płynąc do miejsca, w którym, jak wiedzieli, ich przyjaciółka Wydra leżała samotnie na czatach. Kiedy podpływali ku dobrze sobie znanemu brodowi, Kret przybił do brzegu. Wysadzili na ląd małego Grubaska, postawili go obok ścieżki wydeptanej przez holowników, kazali mu iść wprost przed siebie, poklepawszy go przyjaźnie po plecach, i odbili ku środkowi Rzeki. Śledzili zwierzątko, które toczyło się po ścieżce, dumne i zadowolone, czuwali nad nim aż do chwili, kiedy Grubasek podniósł nagle mordkę i zaczął niezgrabnie kłusować, łasząc się i przeraźliwym skomleniem dając znać, że kogoś poznaje. W górze Rzeki spostrzegli Wydrę, która wyglądała z trawy sprężona i czujna, warując w milczącej cierpliwości, i usłyszeli jej zdumione, radosne poszczekiwanie, gdy jednym susem skoczyła ponad wikliną na ścieżkę. Kret silnym pociągnięciem wiosła zawrócił łódź i nurt poniósł ich w dół Rzeki po szczęśliwie zakończonych poszukiwaniach.
— Czuję się dziwnie znużony, Szczurze — rzekł Kret, pochylając się nad wiosłami, gdy prąd unosił czółno. — Powiesz może, że to skutek nieprzespanej nocy, ale co to dla nas znaczy! O tej porze roku zdarza nam się nie spać przez trzy noce na tydzień. Nie, mam wrażenie, że przeżyłem coś bardzo ciekawego, a zarazem groźnego i to coś w jednej chwili minęło. Przecież nie stało się nic nadzwyczajnego.
— Może jednak zaszło coś, co było zdumiewające i piękne, i wspaniałe — szepnął Szczur, rozpierając się na siedzeniu i przymykając oczy. — Mam to samo uczucie co ty, Krecie: jestem śmiertelnie zmęczony, ale to nie jest zmęczenie fizyczne. Na szczęście płyniemy z prądem, który niesie nas do domu. Jak to przyjemnie czuć znowu słońce przenikające aż do kości i słyszeć jak wiatr gra na trzcinach.
— Wiatr przypomina muzykę brzmiącą gdzieś w oddali — powiedział Kret, kiwając sennie łebkiem.
— Ja to samo myślałem — szepnął Szczur, rozmarzony i wyczerpany. — Muzykę taneczną, pełną rytmu, która płynie nieprzerwanie, ale są tam i słowa. Te słowa pojawiają się i nikną, rozróżniam je czasami, a potem słyszę znów muzykę taneczną, a potem już nic, tylko cichy, łagodny szept trzcin.
— Słyszysz więcej ode mnie — powiedział Kret ze smutkiem. — Ja nie umiem pochwycić słów.
— Spróbuję ci je powtórzyć — rzekł cicho Szczur, który wciąż miał oczy zamknięte. — Słyszę słowa ciche, lecz wyraźne:
Niech was nie nęka strach,
Co zmienia radość w żal.
Błysnę potęgą w potrzeby godzinie,
Lecz pamięć o niej przeminie!
Trzciny powtarzają z westchnieniem: „przeminie, przeminie”. Słowa giną w szumie i szepcie. A teraz słyszę głos:
By was omijał ból i rany
Odplątuję wnyki39, rozluźniam kajdany.
Widzicie mnie przez okamgnienie
I daję wam znów zapomnienie!
— Bliżej ku trzcinom, Krecie! Kieruj łódkę bliżej! Trudno mi chwytać te słowa, coraz są cichsze.
Nakarmię, pragnienie ugaszę
Zbłąkanych dzieciątek waszych,
Wskażę wam w lesie dróżkę
I złożę strzaskaną nóżkę.
Jak błyskawica minie objawienie
I przyjdzie znów zapomnienie!
— Bliżej, Krecie, bliżej! Nie, nic z tego. Gawędy trzcin zagłuszyły pieśń.
— Ale co znaczą te słowa? — spytał zdumiony Kret.
— A bo ja wiem? — odparł Szczur z prostotą. — Powtarzałem ci je, w miarę jak mnie dochodziły. O! Chwytam je znowu, tym razem jasno, wyraźnie! Nareszcie posłyszymy prawdę. Prawdę niezawodną, prostą, doskonałą!
— A więc wygłoś tę prawdę — rzekł Kret, przysypiając w gorącym słońcu po kilku minutach cierpliwego oczekiwania.
Ale nie otrzymał odpowiedzi. Spojrzał i zrozumiał powód milczenia. Znużony Szczur spał mocno z uśmiechem szczęścia na pyszczku. Wyglądał, jakby wciąż jeszcze był zasłuchany.