Porfirion Osiełek czyli Klub Świętokradców

Pan Różdżka byłby przespał — jak zwykle — całe popołudnie za kontuarem składu instrumentów, gdyby mosiężny dzwonek nie zarechotał i do ciemnego sklepu nie wepchnął swojego brzucha Porfirion1 Osiełek2 false3 Hilarion4 Gaff, właściciel fabryki sztucznych nosów i noktambulik5.

Porfirion Osiełek rozejrzał się po sklepie z utajoną pogardą, poprawił błękitny półkoszulek, jeden z tych półkoszulków, na które przykleja się kartkę z napisem „kompozycja szwedzka”6, potem bardzo wolno pogłaskał się po obu udach i — nadając obliczu wyraz jak najbardziej okrągły i śpiewny — zaczął:

— Właściwie, mój panie Różdżka, powinienem pana zadenuncjować policji za fałszowanie włoskich skrzypiec, ale pana nie zadenuncjuję, bo jestem człowiek dobry i sam na sumieniu mam to i owo. Przyszedłem do pana kupić trąbkę, którą nazywają helikonem7; trąbka, o której wspomniałem, jest mosiężna, ma głos wysoki i cenę niską.

— Co to to nie, śliczny panie Osiełek — chrapnął Różdżka, który zazwyczaj budził się na wzmiankę o cenie. — Trąbka gra ani wysoko, ani nisko, a kosztuje słono.

I tu pan Różdżka wyciągnął spod śpiącego na nim kota cennik, skomplikowaną symbiozę zzieleniałych od wilgoci kart, nad którymi pochylając się, odchrząknął niemal ze złością:

— Helikon nr 4, 150 sestercyj8, można dodać pachnące mydełko — i głośno do kota, wpychając mu w brzuch palec wskazujący: — Myrmidon9, przynieś helikon nr 4 i mydełko pachnące olibanem.

Kot wydał we wnętrzu swego brzucha ton bardzo skomplikowany, po czym ciemna, wilgotna atmosfera składu napełniła się nie tyle zapachem olibanu10, ile kunsztowną wonią sardynek strawionych z nonszalancją; i Myrmidon zniknął w otchłani dalszych pokojów pana Różdżki.

A ten rzecze do Porfiriona Osiełka false Hilariona Gafa:

— Niech pan będzie spokojny, śliczny panie Osiełek, mogę pana poczęstować rosołem. Widzi pan, mój Myrmidon to jest kreatura bardzo powolna, głęboko myśląca i dlatego może wrócić z helikonem za pięć minut albo jutro; kto go tam wie, dlaczego taki niemrawy? Ja bym panu sam trabkę przyniósł, ale (tu tłumi głos pan Różdżka; w składzie robi się jeszcze ciszej; tylko brzękną czasami struny wiolonczel) ja się tam boję wejść.

— Gdzie „tam”? — zaśpiewał Porfirion Osiełek.

— A tam. — I Różdżka przerażonym palcem wskazał na drzwi wpółotwarte.

— Śmiszny jest pan człowiek i neurastenik11 w dodatku — dźwięknął Osiełek.

Teraz drzwi uchyliły się tak cicho, jakby je kot odemknął, i Myrmidon przyniósł w zębach helikon nr 4 i mydełko z zapachem olibanu.

— A co to jest? — spytał Osiełek.

— A helikon, jak pan widzi.

— Aaa — helikon, zaraz panu zapłacę.

Po zapłaceniu rachunku Porfirion Osiełek przykrył delikatnie głowę zielonym melonikiem i — otworzywszy drzwi kopnięciem — wyszedł na ulicę, podskakując.

Pan Różdżka zasnął, kot znowu dostał torsji.

Od składu instrumentów padał na chodnik bezkształtny, wilgotny cień.

*

Na rogu ulicy Szarlatanów, wsparty o złoto-czerwony szyld restauracyjny, gdzie napisane było wołowymi12 literami „Obiad z rybą i pieczywem 8 sestercyj”, żebrak zwany Łagodnym uderzył Porfiriona Osiełka w ramię i oświadczył spokojnie:

— Mógłbyś mnie wspomóc, stary kondlu13.

Osiełek lewym okiem zlustrował żebraka, wyjął z kieszeni helikon i pośpiesznie przyłożywszy go do ucha ubogiego człowieka, zagrał tak forte14, że ubogi człowiek zemdlał natychmiast. Po czym otarł dokładnie instrument i schował pod melonikiem. Kupił na rynku cztery pomarańcze i — podnosząc kołnierz — wpadł do bramy domu schadzek, gdzie niewidziany przez nikogo spożywał zwykle swoją porcję owoców.

I byłby je spożył w skupieniu, w nastroju jak należy modlitewnym, gdyby...

A było to właściwie nic, niby kot, niby nie kot (czyżby Myrmidon?), pachniało nie wiadomo czym, chód miało elastyczny jak materac — jednym słowem: kobieta.

Tak, najrzeczywiściej, w całym tego słowa znaczeniu kobieta przeszła obok Porfiriona Osiełka i gdy już pochylała się, aby przekroczyć metalowy próg bramy, Osiełek wrzasnął: „Hallo!”

Pani obejrzała się, nerwowo upuszczając torebkę.

I teraz Osiełek ujrzał, jako15 była przyjemna oczom16: Piersi miała ciężkie, rozrosłe, jakby pełne słodkiego mleka, a jednak dałby słowo, że dziewicze; ramiona szerokie, brzuch sprężysty i krągły. Oczy cokolwiek skośne popatrzyły na Osiełka ze zdziwieniem i znikły.

Ale Porfirion zjadł ostatnią pomarańczę i oblizując się spokojnie, rzekł w głębi swego jestestwa po łacinie: „Aut mea, aut nulla17 i pobiegł za nieznajomą, krzycząc: „Hallo”. Dopędził ją i wyprzedził. Skłonił się i kładąc rękę na sercu:

— Pozwoli pani, że się przedstawię, jestem Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff, fabrykant sztucznych nosów i noktambulik.

Pani cofnęła się i rzekła wedle zwyczaju:

— Pan jest impertynent18.

— Ależ nie jestem impertynent, proszę panią, jestem śliczny pan Osiełek, gdyby pani...

— Pan jest cynik!

— O pani, gdyby pani...

— Pan jest zbój!

— O pani, ja panią tak...

— Precz, bo zawołam konstabla19!!

Ale tu Porfirion upadł z hukiem na kolana przed swoją belle inconnue20 i zaczął łkać „tak głośno”. Pani wzruszyła się i byłaby zdjęła z głowy swego wielbiciela zielony melonik i mosiężny helikon, byłaby pieściła tak bujne włosy pana Osiełka, gdyby nie konny policjant, który przy akompaniamencie wrzasków i gwizdów całej ulicy zjawił się w całym przepychu błyszczących guzików i obwieścił:

— W imieniu Jego Królewskiej Mości, prawa itd. aresztuję was za miłość na ulicy.

Natychmiast zajechało ciężarowe auto i niewinni zostali deportowani do więzienia.

Ze złośliwym zadowoleniem patrzył na to żebrak zwany Łagodnym, strosząc ciężkie, rude brwi.

*

I pana Porfiriona Osiełka, ślicznego pana Osiełka zamknięto w strasznym więzieniu.

Piszący te słowa, gdyby nie był człowiekiem na miarę Juliusza Cezara21, rozpłakałby się rzewnymi łzami, oblicza swego togą nie zasłaniając.

Uwięziono Osiełka razem z jego kulistym brzuszkiem, zielonym melonikiem i helikonem, który, jak wiadomo, spoczywał pod zielonym melonikiem, a na bujnych włosach ofiary miłości; partnerkę zamknięto w oddzielnej celi, w słusznej trwodze o moralność.

Wieczorem, jak zwykle, Osiełek, który był człowiekiem zasad, wyjął z kieszeni płaszcza egzemplarz Apokalipsy22 i pogrążył się w lekturze. Odmawiał pokarmu, trzymał się twardo — bohater.

O godzinie ósmej drzwi się otwarły i stanął w nich wsparty na mieczu strażnik, człowiek o czarnej brodzie i niedobrych oczach.

— Za mną! — wyrzekł strażnik; tylko te dwa słowa, ale każde z nich było jak cięcie miecza.

— Oho! — szepnął Osiełek — teraz mnie zarżną.

Szli przez długie korytarze, drżące od mroku, który wieszał się po ścianach jak nieprzyjemna, powikłana pajęczyna.

Wreszcie otworzyły się żelazne drzwi i Osiełka wepchnięto do sali tortur.

— Czy to ten? — ktoś zapytał.

Ten ktoś był to szef policji ubrany w purpurowy uniform, kończący się u góry malutką, łysą głową.

— Czy to ten?

I szef policji wyciągnął w stronę Osiełka długi, kościsty palec.

— Tak, to ten — odskandowało chórem dwunastu policjantów. Przy świetle gazu23 sto dwadzieścia guzików błysnęło groźnie. Za uchem szefa tkwiło pióro tak długie, jak jego wskazujący palec. Osiełkowi zdawało się, że stalówka przebija mu serce na wylot i brudny, trujący atrament rozpływa się po wszystkich arteriach.

— A, to pan? — mówił trującym głosem główny policjant. — Proszę, niech pan siada — nie! Raczej niech pan stoi, zbadamy pana.

Łysa główka kiwa się szybko; gazowe światło rozlewa się na niej jak piperment24.

— Nazwisko?

— Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff.

— Aha... false... śliczne nazwisko.

— Ależ, panie szefie!

— Proszę się nie tłumaczyć, jestem sangwiniczny25.

— Ależ, panie szefie, ja się tak nazywam od urodzenia.

— Tym gorzej dla pana, jesteś pan sfałszowany w łonie matki. Sekretarzu, pisać!

Dopiero teraz zauważył Osiełek maleńkie żyjątko, przyrosłe jak drzewny grzyb do biurka, żyjątko w wysokim sztywnym kołnierzyku, w surducie staromodnym, pochylone wielkimi, zapłakanymi oczami nad wielką, okrutną księgą.

— Wyznanie?

— Wierzę w anioła imieniem Ezrafel26.

— Znaki szczególne?

Tu światło gazowe poróżowiało, tak bowiem ogniście zapłonął pan Osiełek na myśl, że będzie musiał unaocznić swoje lędźwie27, na jednej z których hodował rzewną brodawkę wielkości gołębiego jaja.

Ale nie kazano mu się rozbierać i brodawka pozostała słodką tajemnicą pana Osiełka.

— A teraz niech pan zdejmie melonik.

Osiełek zdjął zielony kapelusz jak najdelikatniej i w tej chwili trąbka ześliznęła się jak wąż miedziany28, i padła na podłogę metalową arią.

— A co to?

Zakołysało się pióro szefa z oburzenia, sekretarz zrobił kleks, błysnęło sto dwadzieścia guzików.

— To nic, panie dyrektorze, to helikon.

— Nieprawda! To jest maszyna piekielna29; mój panie, pan jest anarchista30. Sekretarzu, zapisz: anarchista z maszyną piekielną imieniem helikon.

— Ależ, panie szefie, jestem...

— Proszę się nie tłumaczyć! Dlaczego pan uprawia miłość na ulicy?

— O, panie szefie, ona była tak piękna.

— Tak, tak, a czy pan nie wie, że w naszym państwie takie sceny są niedopuszczalne, czy pan zdaje sobie sprawę, jak to zabójczo wpływa na dzieci, na dziewice i na młodzież w wieku szkolnym.

— O, panie szefie, miłość moja była niewinną, jest niewinną i będzie niewinną!

W tej chwili jednak szef policji zeskoczył ze swego podium z taką siłą, że pióro wypadło mu zza ucha, osiadając stalówką w głowie sekretarza, który wyjął je, spróbował, czy dobrze pisze, i położył na kałamarzu.

Wprowadzono do sali tortur kobietę, partnerkę pana Osiełka. I właśnie ku tej niewieście rzucił się szef policji, wywijając rękoma i kołysząc łysą główką; przypadł do rąk i zaczął je całować nader namiętnie.

Była to jego prawna, niezaprzeczonej własności kochanka.

— O łotry! Jak mogliście aresztować tę damę, jak śmieliście uwięzić moją Filomelę31!

Wyprężyło się dwunastu policjantów i zbladło. Na mundurze sierżanta zachwiały się, zadzwoniły dwa guziki i upadły zawstydzone na podłogę. Sala tortur zamieniła się w piekło: grzmiał i wrzeszczał szef policji, całując na przemian dłonie kobiety i zalewając się krwią.

A ona, Filomela, ofiara, litości tkliwej godna, gołębica o piersiach anielskich, stała bezmowna i cicha.

Pan Osiełek pogłaskał się po udach, potem rozejrzał się dyskretnie naokół i podniósł trąbkę.

— Jest pan zwolniony za kaucją.

Porfirion wyjął safianowy portfel, powąchał skórkę, uśmiechnął się i położył na stole pięćset fałszywych sestercyj; po czym wyszedł krokiem elastycznym, grając na helikonie.

*

Na ulicy Szarlatanów rozpłakał się pan Osiełek i poszedł utopić helikon w Studni Neptuna.

Pochylił się żałośnie nad ocembrowaniem, ucałował mosiężną trąbkę i cisnął. Chlupnęło, czarna woda zazłociła się cicho i umilkła.

Po czym pan Osiełek usiadł na zielonej ławce i — esteta głęboki — począł przyglądać się Studni.

Studnia tworzyła rodzaj basenu, w którym pluskały się Nerejdy32 marmurowe o różowych pępkach, tłustych policzkach i piersiach pełnych gęstej nabrzmiałości. Niektóre z nich spoczywały sennie na cielskach Delfinów, tryskających płynem srebrnym, inne wtulały wargi w usta Trytonów33. A wyżej, na konsze34 ogromnej siedziała para królewska: brodaty Neptun35 w złotej koronie, obłapiający Amfitrytę36. Pan Osiełek rozweselił się cokolwiek. Cieszył się, że Amfitryta rozchyla powoli uda szerokie i ciężkie, że Neptun ma przepisowy Trójząb i muskularną klatkę piersiową.

Podziwiał tedy w cichości parę bogów i rumaki morskie, rżące wyrzuconymi w górę mordami; i zdawało mu się, że zady koni morskich są szklane; bo nurzały się w wodzie zielonej i czystej.

Pan Osiełek — esteta głęboki i słodki — powstał z ławki i pochylając się nad ocembrowaniem, pomacał wskazującym palcem koniuszek piersi Nerejdy pewnej, po czym ucałował palce i oblizał. Miało to smak dobrego mazagranu37, zaprawnego doskonałym arakiem38, gdy go się pije w kawiarnianym ogródku pełnym kwitnących jabłoni i słońca.

I nasz bohater był fort consolé39, jak to się mówi w Kwiatkach świętego Franciszka40...

I rzekł Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff w głębokościach swojego jestestwa:

— Pójdę a zwymyślam śpiącego drania, sprzedawcę fatalnych instrumentów, pana Bogumiła Różdżkę.

Byłby poszedł i zwymyślał, byłby potłukł mu wiolonczele i zatłukł na śmierć Myrmidona, gdyby jego uwagi nie zwrócił osobliwy pochód, przeciągający ulicą Szarlatanów w stronę placu Kuglarzy.

Miarowym krokiem, kołysząc plecami, maszerowali jeden za drugim chłopcy w uniformach z zielonego grubego sukna, na których jako kwiaty na łące wykwitały rzędy jaśniejących mosiężnych guzików; mieli żółte czapeczki boyów hotelowych z daszkami śliskimi od czarnego lakieru. Unosili się na piętach, prężąc wypukłe, muskularne golenie.

Ale na chłopców pan Osiełek nie patrzał; oddawał się wyłącznie osłupieniu na widok transparentów, pochylających się rytmicznie na żółtych drążkach; czytał napisy i nic nie mógł zrozumieć!

Na krochmalonym perkalu transparentów kołysał się i furgał następujący napis: „Jeśli ci życie miłe — ucz się brzuchomówstwa! Astrolog Wulkan41. Plac Kuglarzy 7”. Na końcu i na początku napisu podrygiwały wykrzykniki sprężyste i milczące.

Pan Osiełek stanął na ławce, zapisał w notesie „Życie jest miłe — uczmy się brzuchomówstwa” i poszedł na plac Kuglarzy. Odnalazł dom nr 7 i zapytał portiera:

— Czy tu mieszka pan Wulkan, astrolog?

Portier, niegolony od urodzenia dziwoląg, popatrzył na Osiełka podejrzliwie i rzekł, podciągając spodnie:

— Tak, tu, III piętro, mocno stukać.

Osiełek skłonił się uprzejmie i utonął w ciemnościach frontowego wejścia.

Powietrze było wilgotne i pachniało smażonymi śledziami. Na pierwszym piętrze nad oknem zobaczył namalowaną sowę, a pod nią napis w języku greckim. Obejrzał się, czy nikt nie idzie i czarnym ołówkiem napisał na ścianie słowo bardzo nieprzyzwoite; przeczytał, z zacięciem postawił kropkę, po czym zadowolony, uśmiechając się końcami warg, pobiegł na trzecie piętro. Wszedł do korytarza i miał wrażenie, że sypnięto mu w oczy piaskiem: tak było ciemno. Odnalazł drzwi, zapalił woskową zapałkę. Na drzwiach zaślinionych wilgocią zwieszał się bezwładnie bilet wizytowy, a na bilecie rozkładały się jak małe trupki litery, z których po studiach półgodzinnych pan Osiełek odczytał wiadomość takiej treści: „Hieronim Wulkan, dyplomowany astrolog-akuszer i jatrochemik42. Otwarty całą noc”.

Osiełek obejrzał drzwi bardzo dokładnie, pogładził się po udach i delikatnie uderzył w klamkę. Ale bez skutku. Uderzył drugi raz trochę mocniej, obiecując sobie za trzecim razem uderzyć pięścią, a za czwartym — kolanem. Milczenie. Wobec tego wyjął Apokalipsę, odczytał pewien rozdział, uśmiechnął się nader łagodnie i uderzył we drzwi brzuchem. Milczenie. Drzwi stały nieme, wyzywająco spokojne, płaskie.

Osiełek odwrócił się tyłem i walnął pośladkiem tak silnie, że tynk na suficie zaskrzeczał i osypał mu się na koniec nosa; ale nic nie pomogło; drzwi twarde jak brama trojańska szczerzyły pożółkłą, bezczelną klamkę.

Pan Osiełek był zrozpaczony i płakał. Po kwadransie płaczu drzwi wreszcie otworzyły się i Porfirion ujrzał czarne, wąziutkie, podobne do grubej laski plecy astrologa Wulkana.

Astrolog stał przy oknie, odwrócony ku Osiełkowi tyłem, i z niesłychanym zajęciem43 śledził przechadzkę wielkiej muchy, brzęczącej na szybie; było to obrzydliwe muszysko, jedno z tych, które chłopcy zabijają ze specjalną przyjemnością. Osiełek stanął na progu i kładąc rękę na sercu:

— Jestem śliczny pan Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff, pragnąłbym poświęcić się brzuchomówstwu.

Tu astrolog Wulkan rozgniótł złotawy odwłok muchy, zakołysał się, zachybotał i podskoczył ku przybyłemu.

Ubrany był w zieloną dalmatykę44, na której kłębiły się, wyszywane złotą nicią, zwierzęta mitologiczne i winogrona. Nieomal przytknął bladą, jajkowatą twarz, nad którą podrygiwały czarne, trzepocące brwi, ku twarzy Osiełka i szepnął:

— Aa, pan Osiełek, bardzo jestem rad, czytaliśmy o panu, tak, tak, bardzo się cieszę.

I szeptał coś astrolog Wulkan, szeleściła jak szept zielona mora45 dalmatyki.

— Jakim sposobem czytał pan o mnie?

— Ach, panie, czytałem: awantura z kochanką szefa policji, grał pan na helikonie, kot Myrmidon, zaspany drań Różdżka, Studnia Neptuna, pomarańcze, aforyzm o kobiecie i jeszcze tyle, tyle różnych rzeczy.

— To pan o wszystkim wie?

— No jak to? Oczywiście wiemy o wszystkim.

Tu astrolog rozszerzył oczy żółte i szklane, do złudzenia przypominające oczy malowanej sowy; zatrzepotały brwi, zatańczyły, rozlatały się ciemne, nerwowe powieki.

— Pan dużo czyta? — pyta Osiełek.

— Tylko Homera.

— Tylko Homera?

— Tak, panie Osiełek — ale widzi pan, to zawsze inna książka: karty Homera o świcie są cynowe, o zmierzchu niebieskie, wieczorem złote... tak, panie Osiełek.

— Proszę pana, ja właściwie mam do pana kilka spraw. Panie Wulkan, niech pan będzie szczery i odpowie mi szczerze na pytanie: czy znajomość brzuchomówstwa może zapewnić spokojną starość? Drogi panie, mówiąc otwarcie, mimo mojej fabryki i stosunków nie jestem człowiekiem zamożnym, a rozumie pan, że na starość chciałoby się mieć domeczek, ogródeczek, pantofle i ciepły brzuszek wiernej małżonki. O tak, panie Wulkan.

— Panie Osiełkiewicz, przyznam się panu, że brzuchomówstwo to blaga i ja to blaga, i Homer. Najlepiej fabrykować fałszywe monety.

— Tak?

— No naturalnie.

Nagle za drzwiami huknęło, jakby komuś brzuch pęknął46, drzwi się otwarły i do pokoju wbiegła starsza pani o rozpalonych wścieklizną oczach, w peruce, podobna w swojej furii do suki rasy nieokreślonej, którą osa ugryzła w przyrodzenie.

— Mam cię, draniu — wybełkotała pod adresem Osiełka. — Panie Wulkan, to jest bandyta, on moją córkę zniewolił moralnie, splugawił, zbezcześcił, zdeprawował, zzz...

Starsza pani rzęzi.

Wulkan:

— Ależ co się stało, kochana pani Heksenszus47?

— Jak to co? Pan wie, co zrobił pański klient? Ha! Pan nie wie, a ja wiem; mam tu zapisane na karteczce; wszystko widziałam... panie, takie słowo pod sową, o!

Wulkan:

— Proszę się uspokoić. Mogę panią zamagnetyzować magnetyzmem zwierzęcym48.

— Precz, szarlatanie, ten człowiek napisał na murze nieprzyzwoite słowo. Ha! Ale jakie! Mam tu zapisane na karteczce; moja córka, czysta jak lilia (panie, co to za dziewczę!) przeczytała to słowo i nauczyła się na pamięć. Panie Wulkan, ja tego łotra zamorduję!.. Takie słowo! Cóż pozostało teraz po córce mojej? Nic, grudka popiołu, tak albowiem spłonęło dziewictwo. O ja nieszczęśliwa!

I starsza pani załamała ręce i zamarła w klasycznej posturze bólu.

Astrolog Wulkan pocieszał cierpiącą niewiastę, podstawiał pod nos trzeźwiące sole; ale wszystko na darmo: Heksenszus zemdlała i leżąc na podłodze jak długa, robiła piersiami i brzuchem wypukłym nad wyraz.

Po pewnym czasie z cielska, zaściełającego podłogę, wyszedł głos cichy jak Anhelli49:

— Jeżeli ten łotr nie ożeni się z moją córką, to nie będzie dżentelmenem. Tak!

Ale tu podniósł się Porfirion Osiełek, pogłaskał w uda wedle zwyczaju i, rozczapierzając dłoń na piersi, jak najuroczyściej:

— Co to, to nie, proszę panią, jestem, byłem i będę dżentelmenem. Ożenię się z pani córką, choćby była zezowata. Amen.

Teraz pani Heksenszus z lekkością rzuconego połcia słoniny podniosła się z podłogi i rzekła:

— Pan jest człowiek zasad, wiedziałam; takie słowa mogą pisać tylko ludzie z zasadami. Panie, jestem wdowa, a mój mąż był królewskim nadwornym wypychaczem ptaków.

— Jam jest Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff, fabrykant sztucznych nosów i noktambulik — zaśpiewał Osiełek i uniósł się na palcach dla dodania sobie majestatu.

Piękna to była scena. Stali naprzeciw siebie Osiełek i Heksenszus: on, dostojeństwa pełen, jaśniejący bohaterstwem dokonanego czynu, okrągły, wyniosły, dworsko wachlujący się zielonym melonikiem; ona, asekurowana50 „na córkę”, niemal rzewna, pozwalająca nieznacznie prześwitywać brudnym majtkom poprzez czarny, tragiczny jedwab sukni.

A pomiędzy nimi, dyszący zielonym oparem, który bił od zieleni dalmatyki, unosił się astrolog Wulkan, osłupiały, i trzepotał, trzepotał brwiami.

Troje ludzi zamarło, skamieniało w powadze chwili.

Wreszcie odezwała się pani Heksenszus:

— Panie Osiełek, byłoby mi bardzo przyjemnie, gdyby pan zechciał jutro spożyć z nami skromny obiad; czy pan lubi sztukamięs51?

— Tak — odparł Osiełek w zachwycie i głasnął się po udach.

*

Pan Osiełek lubił się ubierać powoli, pan Porfirion Osiełek był rozkosznikiem, jakby rzekł homileta52. Gotowalnię53 miał urządzoną higienicznie a z komfortem. Dębowa lustrzana szafa stała przy jednej ścianie i właśnie przed zwierciadłem delektował się sobą śliczny, nieoceniony pan Osiełek.

Kalesony włożył świeże, śnieżne, ufarbkowane z finezją, fałdujące jak toga patrycjusza54, związane z tyłu różową tasiemką.

Po chwili jednak, uśmiechając się do siebie, zdjął jedną nogawkę i zaczął się głaskać i szczypać w udo przeciągle i bezbożnie; po czym, patrząc na doskonałe uwłosienie goleni, oddał się marzeniom; ale niezadługo powrócił do rzeczywistości: dyskretnie uniósł koszulę i począł medytować nad wdziękiem swojej brodawki. Dziwna to była brodawka, a wielka i piękna jak jajo gołębie. Rosły na niej filuterne rude włoski, ukarbowane dobrą dłonią przyrody, wijące się niczym krzewy dziewicze i nader fantastyczne. Pan Osiełek dotknął palcem brodawki, potem ją ucałował i rozrzewnił się, bardzo, bardzo szczęśliwy. Następnie naciągnął nogawkę i pochyliwszy się, zawiązał tasiemkę na łydce.

„Trochę pudru nie zawadzi” — pomyślał pan Osiełek; ujął w pulchne palce puszek do pudru i upudrował sobie stopy, patrząc z rozrzewnieniem na duży palec.

— Mój maleńki, mój ty babyrussa55 — szepnął pod adresem dużego palca, poruszał nim chwileczkę i zdjął koszulę; ale zaraz naciągnął z powrotem, podszedł do okna i spuścił roletę. Teraz dopiero zaczął uprawiać orgię:

Nagi do pasa podskakiwał na palcach, głaskał piersi, brzuszek bialutki i kulisty, pudrował się pod pachami i śpiewał najsłodszym dyszkantem56. Potem zupełnie nagi wszedł do wanny z gorącą wodą i zasnął.

Po przebudzeniu głaskał się i pieścił pod wodą, nalewał sobie wody do pępka przez lejek emaliowany, pryskał, strzykał i klepał się w oba pośladki. Po godzinie wyszedł z wanny różowy, ociężały, senny i postanowił się ogolić. Ustawił fotel przed zwierciadłem, włożył robdyszan57 z pieściwej flaneli, na którym były wymalowane aniołki o policzkach tłustych, jakby pełnych wody, i począł rozrabiać mydło. Rozpuszczał je zawsze wodą gorącą, bo lubił, gdy w policzki robi się ciepło, rzewnie.

— Właściwe, gorące, wonne mydło, rozsmarowane na policzku daje taką samą przyjemność jak pocałunek — powiedział głośno pan Osiełek i zaczął się pędzlować. Nagle rzucił pędzel, podbiegł do wanny i jął58 szybko zmywać rozsmarowaną pianę. Pan Osiełek albowiem nie lubił nieprzyjemnych wspomnień, a mydło pachniało olibanem, zaspanym draniem Różdżką i jeszcze czymś, czego sobie nie mógł przypomnieć. Wyjął tedy z szuflady nowe mydełko, rozrobił, nasmarował policzki i pogrążył się w zadumę.

— Właściwie, mój Osiełek — mówił do swego refleksu59 w zwierciadle pan O. — jesteś człowiek szczęśliwy: fabryka idzie, a nieszczęścia spadłe na ciebie nie są tak znowu straszne.

I tu pan Osiełek zaczął się golić; golił się brzytwą, ponieważ do wszelkich innych metod czuł nieprzezwyciężony wstręt — zresztą był miłośnikiem tradycji.

Brzytwa maszerowała po policzkach z gracją, z dezynwolturą60, z przemiłym skrzekiem, przypominającym plucie przez zęby; policzki pana Osiełka stawały się gładkie, lśniące i chłodne w dotknięciu. Kiedy wreszcie ujrzał, jako był dokładnie ogolony i śliski na gębie, poczuł w sobie tyle szczęścia, tyle zachwytu, że omal się nie rozpłakał; ale nie uczynił tego: pan Osiełek był człowiekiem silnym; ucałował tylko brzytwę w rękojeść i schował do czerwonego pudełeczka; potem się upudrował, skropił włosy wodą kolońską, od której powietrze stało się chłodne i wiosenne, zdjął robdyszan, wśliznął koszulę i kalesony, koszulę opancerzył błękitnym półkoszulkiem z doskonałej gumy, puknął w półkoszulek wskazującym palcem i zaczął naciągać spodnie. Spodnie były brązowe, koloru smacznej czekolady, niedawno prasowane, pachnące jeszcze rozgrzanym metalem żelazka.

Pan Osiełek strzepnął białą nitkę w okolicy rozporka, zapiął spodnie i nałożył szelki elastyczne, doskonałe; po czym jął plądrować w kieszeniach i dzwonić drobnymi pieniędzmi; zaszeleściło coś w prawej, jakby papierek od zjedzonej czekolady. Wyjął to „coś”: kartka; przeczytał: „Dziś o 5 wieczorem czekam na pana, panie Osiełek, na placu Kuglarzy, w pobliżu teatru marionetek”. Podpisu nie było. Zdziwił się pan Osiełek i zaniepokoił; zapiął szelki, ale już nie były doskonałe, spojrzał na spodnie i miały barwę gorzkiej czekolady.

Co to znaczy? Przeszedł się parę razy od zwierciadła do wanny i od wanny do zwierciadła, ale nic nie mógł zrozumieć. Stanął przed lustrem i wydało mu się, że zbladł.

— To nic, to puder.

Otarł puder, nic nie pomogło — był niezaprzeczalnie blady. Wreszcie zbladł zupełnie, oczy powiększyły się, ręce zaczęły drżeć.

— Rozumiem! To agent policji tajnej! — wrzasnął pan Osiełek, spuścił drugą roletę i zamknął drzwi na klucz. Siadł na fotelu, posmarował skronie wodą kolońską. To go trochę orzeźwiło.

— Myślmy rozsądnie, mój Osiełek. Mogą to być fałszywe sestercje, którymi zapłaciłeś kaucję w gabinecie szefa policji, a mogą i nie być; jeżeli tak — to cię powieszą, jeżeli nie, to cię nie powieszą i będziesz nadal śliczny i nieoceniony. To jednak nie przeszkadza ci zjeść obiadu u miłej wdowy Heksenszus; w niczym ci nie przeszkadza.

I mężny pan Osiełek schował tajemniczą kartkę do safianowego portfela, włożył kamizelkę, marynarkę i nowe trzewiki. Następnie owinął szyję kołnierzykiem, miękkim, niekrępującym, zawiązał krawat i przykrył głowę zielonym melonikiem; po czym, wywijając bambusową laseczką, wyszedł na miasto.

*

W przeciągu61 kwadransa był na placu Kuglarzy i za chwilę dzwonił do mieszkania wdowy Heksenszus. Biegnąc po schodach, zauważył, że nieprzyzwoity wyraz był do połowy zatarty, co mu dodawało tajemniczej soczystości, a obok świszczały białą kredą nagryzmolone słowa: „Osiełek świnia”. Gdyby pan Porfirion był człowiekiem naiwnym, napisałby na ścianie: „Ten, kto to napisał, sam świnia”, ale pan Porfirion nie uczynił tego, bo rozumiał wielką słodycz popularności.

Drzwi się otwarły i Osiełek stanął oko w oko z drabem wysokości dwóch panów Osiełków, który miał podbite oko i trzymał nóż w ogromnej ciężkiej dłoni.

Porfirion skłonił się i w tonie informacyjnym:

— Czy pan szanowny jest mordercą?

— Niby dlaczego?

— No, niby nóż.

— Iii, panie, jestem służącym; właśnie kraję szynkę na przekąskę.

Osiełek poklepał protekcjonalnie draba po ramieniu i rzekł, wypuczając brzuch jak najplastyczniej:

— Zaanonsujcież mnie, mój człowieku: śliczny pan Porfirion Osiełek false Hilarion Graff.

Drab łysnął nożem i za chwilę ryknął w salonie z mocą stu antycznych nomenklatorów62.

Osiełek usłyszał przeciągłe „Aaaa” i wszedł elastycznie, głaszcząc włosy.

Przy stole nakrytym żółtym pluszem siedziała pani Heksenszus, obok niej Wulkan i kapitan sztabowy królewskich huzarów63 śmierci.

Na widok Osiełka Wulkan powstał, poczesał czarną, niezręcznie przyklejoną brodę, oficer zadzwonił ostrogami i pogładził złociste szamerowania64.

Pani Heksenszus siedziała na fotelu z godnością, w przepychu nowej peruki, w bluzce z jedwabnej krepy, spiętej pod szyją medalionem, który wyobrażał jegomościa z przerażonymi oczami.

Wskazała Osiełkowi krzesło. Usiadł. Milczeli. Kanarek śpiewał.

— Więc o czym to ja mówiłam, panie kapitanie?

— O chorobie swojego małżonka — odparł oficer, najeżając małe wąsiki jak bagnety.

— Aha, tak. Więc proszę ja moich panów, mój Chryzostom65 w ostatnich dniach swego ziemskiego żywota miał stałe ataki, powiadam panom, straszne! Soliter66 mu podchodził pod samo gardło.

— Pani spirytusem nie próbowała — mówi huzar śmierci.

— Próbowałam kapitanie, ale nic nie pomogło.

— Mój wujek miał dwa solitery — oświadcza Osiełek i patrzy na zebranych z wyższością.

— To blaga — rzecze Wulkan.

— Jak to blaga? Widziałem na własne oczy.

Milczenie.

Po chwili za drzwiami coś stuknęło i wszedł, nikomu się nie kłaniając, najmłodszy Heksenszus, imieniem Wiktor.

Matka runęła na niego i okryła rzewnymi pocałunkami.

— Zupełnie podobny do ojca.

Jabłko rzeczywiście niedaleko upadło od jabłoni: gęba zamaskowanego bandyty.

— Chodź tu, synku, do panów.

— Na ki diabeł?

— Jak się wyrażasz, Wiktorku. Wybaczcie, panowie, to wyrażenie dziedziczne: mój mąż zajmował się przed śmiercią malarstwem i namalował czerwonego szatana.

— Co pani mówi? — rzecze przerażony Osiełek.

— Daję panu słowo. Chryzostom był zdolnym człowiekiem. A jaki łagodny! Nie chciałam pozwolić na sekcję, ale zrobili. To są podli ludzie. W żołądku znaleźli niestrawiony kotlet. Biedny Chryzostom! Wiktorku, powiedz, jak dorośniesz, kim będziesz?

— Fałszerzem monet — rzecze Wiktor i ma tajemniczy wyraz twarzy.

Zadowolony Wulkan uśmiecha się jadowicie: to on namówił do tej strasznej zbrodni młodego Heksenszusa.

— Idź za drzwi!

Wiktor wyszedł „za drzwi”, śpiewając niemoralną piosenkę.

Osiełek tymczasem siedział sobie spokojnie i rozważał piekielne problematy. Więc tak: musi ożenić się z Heksenszusówną i tropią go tajni policjanci. Ale powoli zapominał o rzeczywistości, w powietrzu albowiem rozlewał się tłusty, żółty zapach rosołu, spływający na duszę ludzką kojącym balsamem.

Osiełek przymrużył oczy i miał wizję: Zdawało mu się, że po morzu tatarskiego sosu płynie w porcelanowym półmisku, który jest wielki jak okręt i jeży się masztami z suszonych kiełbasek. Osiełek jest sam na okręcie, naciąga żagle zrobione z obrusa, steruje, wiosłuje i śpiewa. Okręt płynie sobie wolno, kołysząc się na falach, które Porfirion połyka, oblizuje się i jest bardzo zadowolony. Czasem wskakuje na pokład brązowy, dokładnie uwędzony węgorz, którego Osiełek bierze w dwa palce, odgryza ogon i puszcza w czeluści morskie. Żagle okrętu są umazane musztardą, układającą się w rysunki najrozmaitszej treści: słońca, księżyce, bestie heraldyczne i wieloryby. W powietrzu, które pachnie cynamonem i majerankiem, fruwają pieczone gęsi, śpiewając tak słodko, że Osiełek przypuszcza, że dojeżdża do Wysp Szczęśliwości67. W sosie tatarskim pluszczą się Nerejdy, z których jedna ma pępek podobny do rzodkiewki i — gdy Osiełek wyciąga palec, aby swoim zwyczajem pomacać — Nerejda znika.

— Panie Osiełek, jak się pan zachowuje? Gdzie pan wsadza palec?

Osiełek powraca do rzeczywistości i widzi swój wskazujący palec zanurzony do połowy w oczodole astrologa Wulkana.

— Najśliczniej przepraszam pana... myślałem — wyciąga palec i ociera spokojnie o żółty plusz serwety.

— Więc, proszę ja moich panów, bardzo, bardzo cierpiał mój Chryzostom. A jak łagodnie konał! Ręce miał skrzyżowane na piersiach — biedaczek.

— Szkoda, że pani spirytusem nie tego ten.

— Właśnie, właśnie, kapitanie, właśnie, że go zgubił spirytus.

— To blaga — rzecze Wulkan. — Jeszcze nikogo nie zgubił spirytus.

Osiełkiem znowu owładnęły wizje. Ale teraz zmieniła się pogoda: Sos tatarski przelewa się przez burtę, pieczone gęsi groźnie łyskają oczami, wichry rozdzierają żagiel. Aura straszna. Powoli otwierają się upusty niebieskie68, niebo jest ciemne jak wiśniowa konfitura, trzeszczą reje.

„Teraz zginę” — myśli Osiełek. Pojawia się w powietrzu długi, kościsty palec i pisze69 musztardą na żaglu. „Dziś o 5 czekam na pana na placu Kuglarzy”. Osiełek chce połknąć tajemniczą kartkę. Ale na próżno! Wirują musztardowe księżyce i słońca, a na samym dole żagla zjawia się łeb wieloryba o mikroskopijnych, czerwonych oczach.

— Pan mnie nie poznaje, panie False?

Osiełek otwiera oczy i widzi malutkie żyjątko w staromodnym surducie, duszące cienką szyję w sztywnym, wysokim kołnierzyku. Żyjątko ma zapłakane oczy i uśmiecha się fałszywie.

Osiełek mimo woli odbija piętami swoje krzesło i usuwa się dalej.

— Doskonale, że pan przyszedł do nas, panie Soft — mówi Heks. do żyjątka. — Mamy świetną sztukamięs, gęś właśnie dopieka się, nadzienie zrobiłam wyśmienite. Panowie się nie znają? Mój przyszły zięć, pan Osiełek, pan Teofil70 Soft, sekretarz policji.

Soft patrzy na Osiełka podejrzliwie, Osiełek na Softa z nienawiścią i jest im bardzo przyjemnie.

— Że też Pifcia tak się spaźnia71.

— Przepraszam, kto to Pifcia? — pyta Osiełek.

— Ach panie, to moja córka Epifania72, anioł nie córka; jest właśnie teraz na odczycie o kwiatach. Panie, ona tak kocha kwiaty...

— Kwiaty ładna rzecz — komenderuje huzar śmierci.

— Tsee... kwiaty, kwiaty to blaga — rzecze Wulkan.

— Gdybym nie była pańską starą znajomą, powiedziałabym panu impertynencję73, panie Wulkan. Jak można! Kwiaty to wszystko. Pan kiedy hodował?

— Kwiaty? Jestem człowiek realny — i Wulkan zatrzepotał brwiami.

— Panie Osiełek, czy panu podoba się ten obraz? Chryzostom zapłacił za niego pięćset sestercyj. Prawda, że ta kapusta jak żywa... pan lubi kiszoną?

Osiełek spogląda we wskazanym kierunku i widzi na obrazie drągala w czerwonym kapeluszu (niby ogrodnik), stojącego między doskonale zielonymi główkami kapusty. Słońce zachodzi.

— Śliczne, śliczne, jak żywe.

— Ale cóż się mogło stać z Pifcią?

Pani Heksenszus patrzy niespokojnie na zegar, wierci się na krześle, szarpie obrączkę na palcu, zdejmuje ją i znowu nakłada.

Osiełek na widok obrączki zamyka oczy.

Huzar śmierci:

— Pani słyszała, jak mego stryjka przejechali autem? Mówię pani: szast-prast, wnętrzności na wierzch. À la guerre comme à la guerre74.

Wulkan:

— Jak pan może, panie kapitanie, opowiadać takie rzeczy? Ja się znam na tym. Auto tak nigdy nie przejeżdża; to jest proces bardzo powolny: najpierw spłaszcza się brzuch, a jelita wyskakują po trzech dniach stolcem. Czytałem w książce.

Osiełek:

— Proszę panów, raz przejechało mojego wujka, właśnie tego, który cierpiał na dwa solitery. Mózg...

Heksenszus (wiercąc się na krześle i łypiąc oczami w stronę wskazówek zegara):

— Panie Osiełek, niech pan przestanie. Ach, Boże, co się mogło stać z naszą Pifcią!

Huzar śmierci:

— Pamiętam, w czasie manewrów poznałem jedną damę... co za nóżki, zupełnie córeczka szanownej pani. Wyszła na ulicę, a tu samochód. Na miazgę, powiadam państwu, na miazgę.

Tu pani Heksenszus zakołysała w powietrzu grubymi nogami i — pokazując rąbek brudnej koronki — padła z hukiem na podłogę.

Wulkan zamrugał, zadzwoniły ostrogi kapitana, sekretarz zapisał coś w notesie z płaczliwą miną, Osiełek zrobił twarz okrągłą. Milczeli. Kanarek przestać śpiewać i rzucał się w klatce jak opętany. Duża wskazówka zegara właziła ociężale na godzinę trzecią.

— Leży — po chwili oświadczył kapitan przy akompaniamencie dzwoniącego zegara.

Cisza.

— Przypuszczalnie — poprawił astrolog Wulkan.

— Należałoby protokół — skonstatował75 Soft.

— Kona — ośmielił się zauważyć Osiełek i głasnął się w uda pod serwetą.

— Twierdzę, że to poród, znam się na tym — rzecze Wulkan.

— Pan tak sądzi? To niby dziecko? — pyta Soft i wyjmuje notes.

— Symptomy porodowe, najwyraźniej.

— To może wyjdźmy.

Soft podnosi się i chce wyjść.

— Niech pan zaczeka, może się coś wyjaśni.

— Nie wiadomo.

Soft siada z powrotem.

Gwizdnęło teraz za drzwiami i wszedł na palcach inny Heksenszus, kłapouchy młodzieniec o nadmiernie wypukłych oczach, suwający po posadzce ciemnozielone papucie. Zbliżył się ku matce, wyjął z aksamitnych spodeńków butelkę z gumą arabską i dając znak porozumiewawczy zebranym panom, począł spokojnie wylewać gęsty płyn na włosy matczyne i precyzyjnie rozsmarowywać pędzelkami.

Panowie patrzeli, kiwając głowami.

— A może by tak zakleić powieki — zaproponował „inny” Heksenszus — to by było bardzo dobre.

Do tego jednak nie doszło. Wbiegł do salonu Heksenszus zwany Siódmym, dziesięciolatek z opadającymi pończochami, z niebieskim guzem na wypukłym czole, o nosie w kształcie kurzego jaja, ubrany w turecki fez76, tryskający czarnym pomponem, wbiegł, jako się rzekło wyżej, i młotkiem uderzył w skroń „innego” Heksenszusa. „Inny” Heksenszus zakołysał rękoma nad głową, wysunął język i zwalił się niewinnym ciałkiem na zwłoki matki. Coś jękło77 i ciche westchnienie na kształt pary z rosołu rozpłynęło się w powietrzu.

Młody morderca uciekł, rzucając młotek na stół. Soft obejrzał się i schował młotek do kieszeni.

Tymczasem Heksenszusowa najwyraźniej przychodziła do siebie: robiła piersiami, dyszała, biła dłońmi o podłogę.

— Niedługo się przebudzi — zauważył Osiełek.

— Prawdopodobnie — poprawił Wulkan.

Kapitan huzarów śmierci podniósł się z krzesła i — dzwoniąc ostrogami — wyszedł do przedpokoju, gdzie rozegrał się następujący dialog:

— Ni ma czasu, kapitanie.

— Ale trup, chamie, rozumiesz?

— Wola boska... niby co się stało?

— Jak to co, chamie, Siódmy Heksenszus zabił „innego”.

— Tiii, jest ich tylu.

Tutaj silniej zadzwoniły ostrogi, coś spadło i rozległo się piękne klaśnięcie.

— Dobrze bije — mówi Soft.

— Nienadzwyczajnie — koryguje Wulkan.

Po chwili kapitan i drab weszli, niosąc czarne mary78. Osiełek zbladł.

— Gdzie leży? — pyta lokaj.

— Na matce — informuje huzar śmierci.

Gdy wynoszono niewinne ciałko, kanarek śpiewał treny i łopotał skrzydełkami w klatce o zielonych, cieniutkich prętach. Poza tym było cicho.

Wdowa przychodziła do siebie powoli, epicko, fachowo: Najprzód odemknęła jedną powiekę i poprawiła suknię, potem otworzyła drugie oko i poprawiła włosy; w końcu pogłaskała piersi i zaczęła się unosić bardzo wolno.

— Dałbym słowo, że wstaje — rzekł kapitan.

— Prawdopodobnie — poprawił Wulkan.

Pani Heksenszus wstawała rzeczywiście; i byłaby podniosła się z upadku według wszelkich zasad lewitacji, byłaby z należytym obłędem spojrzała na obecnych, wrzeszcząc: „Oddajcie mi córkę”, gdyby nie groźny krzyk z czeluści kuchennych „Przypala się!” Jak ciężki bolid strzeliła wdowa Heksenszus do góry i runęła w otchłań dalszych apartamentów z takim hukiem, że blady Porfirion Osiełek pomyślał: „Zaczyna się trzęsienie ziemi”. Ale jakoś nie. Zapachniało tylko silniej rosołem, potem kwiatami, potem walerianą i wreszcie łóżkiem o nieprzewietrzanych materacach i pomiętej pościeli. Na progu stanęła Epifania.

Osiełek właśnie rozmawiał o nekrofilii79 z astrologiem Wulkanem, obserwując szamerowania kapitana, i zdziwił się, że kapitan wstaje, szasta nogami i kłania się nie wiadomo komu. To samo czynią pozostali.

Odwrócił się i osłupiał: Tak, to była na pewno ona, Epifania. I ujrzał „per visionem80 ciemne schody, zielonawy płomyk zapałki i siebie, przygarbionego, jak wypisuje straszne słowo na ścianie lepkiej od wilgoci.

— Właściwie zgubiło mnie brzuchomówstwo i ten szarlatan.

— Pan dużo czyta?

— Tylko Homera.

— O, ścierwo!

Ale opanował się prześliczny pan Osiełek, wypłynął na środek salonu i kładąc rękę na sercu:

— Błagam cię, czyś jest bóstwem, czy panną śmiertelną81 — zaśpiewał; po czym, nadając gestom swoim jak najwięcej harmonii, odrecytował całe powitanie Nauzyki82 przez boskiego tułacza Odyssa83.

— A jeśliś jest śmiertelną mieszkanką padołu, Błogosławiony ojciec z twą matką pospołu, Błogosławieni bracia84.

Tu Soft uśmiechnął się nieznacznie i począł się bawić okrwawionym młotkiem.

W odpowiedzi na powitanie Epifania wydzieliła z siebie potrójną woń rosołu, waleriany i kwiatów.

Kołysząc się na palcach, niepowstrzymany Osiełek wyśpiewywał cienkim głosikiem hegzametry85, aż wypełznął mu zielony krawat i poczęła pękać błękitna kompozycja półkoszulka.

Tymczasem Wulkan odwrócił nieznacznie prawe oko w stronę lustra i oceniał walory panny Pifci.

— Że ma zeza, to jeszcze nic, to nawet mnie podnieca, tak, ale kto widział taką broszkę: czerwony motyl, trochę za duży, ale ślicznie polata; po co jednak ta baba nosi gorset? To nie ma sensu i niewygodne w dodatku.

— Błogosławiony ojciec z twą matką pospołu, Błogosławieni bracia — piszczał od początku Osiełek.

Epifania spuściła oczy, płonąc ogniem dziewiczego wstydu i przebierając palcami.

Nagle zatrzęsła się podłoga i wdowa runęła na łono córki.

— Pifcia, Pifcia, Pifcia!

W tych słowach było wszystko.

Gdy serce matki uspokoiło się cokolwiek, pani Heksenszus rzekła do panny Epifanii:

— Baw naszych kochanych gości, droga Pifciu.

Panowie zbliżali się ku dłoniom Epifanii i całowali kolejno. Kapitanowi odpadła ostroga.

— Oto śliczny pan Porfirion Osiełek, twój przyszły mąż — ciągnęła wdowa, wskazując na Osiełka, który z ramionami wzniesionymi w górę, wsparty wysoko na palcach nieruchomiał w ostatnim spondeju86.

— Ja tak kocham kwiaty — jękła87 Epifania, panna śmiertelna.

— Kwiaty ładna rzecz — odkomenderował kapitan, z gracją podnosząc ostrogę.

— Kwiaty to blaga — rzekł Wulkan i usiadł.

Siedli wszyscy; Epifania na brzeżku krzesła, z rękoma opartymi na kolanach, z oczami spuszczonymi w dół.

Wulkan zaczął opowiadać o nekrofilii, Egipcie, przy okazji przemycając alegoryczne pytania pod adresem panny Pifci, które były sformułowane bardzo pięknie, ale w mózgu astrologa wyglądały mniej więcej jak: „Kiedyż, do cholery, dadzą coś do żarcia!”

— Czy pani zajmowała się nekrofilią? — zapytał Wulkan Epifanię po trzecim pytaniu alegorycznym.

— Ja tak kocham kwiaty — odrzekła Epifania cicho, z modulacją i zapachniała walerianowymi kroplami.