III

Kiedy umarł zacny ksiądz, Irenka czuła się tak jak spartański wojownik, co postradał tarczę i nie ma czym zasłonić się przed chmurą barbarzyńskich pocisków. Wytężyła zatem baczną czujność — niczym drapieżca, co uszy nastawia pod wiatr — gotowa do zapamiętałej walki o swoją wolność, o której myślała, że ją można już było snadnie23 sprzedać na publicznym przetargu. Biały dom, na sześciu wsparty kolumnach, począł buntować się jak małe państwo przeciw tyranowi, który spędzał sen z jego powiek. Najpierw nieśmiałe, potem coraz wyraźniejsze słychać było głosy, niczym podziemne pomruki, że „dziewczyna z kretesem zwariowała”, że „cygańskie dzieci lepiej są wychowane”, że „między tą dziewczyną a diabłem nie ma zbyt wielkiej różnicy” i że „kto nie słucha starszych, ten posłucha psiej skóry”. Poetycka ta metafora oznacza bardzo złożony środek na poskromienie małej wietrznicy24: bierze się psa, oczywiście pozbawionego przedtem żywota, ściąga się z niego skórę, kraje się ją w cienkie paski jak makaron, wiąże się je w jeden pęk, przytwierdza do rzeczy tak niewinnej jak sarnia nóżka i tym aparatem łoi się skórę, w której, jak w skórzanym worku, mieszka duch przekory. W białym domu niewielu było zwolenników tej metody, łączącej w sobie psa i sarnę, wiedziano bowiem powszechnie, że gdyby ją zastosowano wobec Irenki, ta albo rzuciłaby się z dachu, albo skoczyłaby do wody, ale nie przeżyłaby hańby. Wiedziała ona zresztą wybornie, że w tej groźbie jest więcej łoskotu słów niż poważnych zamiarów. Pomimo jej szaleństw kochano ją gorąco, bo diabełka tego musiało się kochać. Prawda, że rządziła domem, lecz rządziła sprawiedliwie. Nie skłamała nigdy i jeśli trzeba było dobrze komuś uczynić, byłaby bez namysłu skoczyła w ogień. Dlatego ludek, przy białym domu żyjący, uwielbiał ją. Stary woźnica opowiadał z rozrzewnieniem, że czarna panienka zawsze pomaga mu chwytać konie i że wlazła po pas w bagienko na polnej drodze, aby uporządkować splątaną uprząż; biedna kobiecina, wśród najgorętszych i najbardziej skutecznych błogosławieństw, opowiadała, jak ta cudowna panienka uratowała jej berbecia, który z wysokiego nasypu wpadł do rzeki jak kamień; kucharce nikt tak nie wytłumaczył zawiłych snów jak to najmędrsze dziecko, a kiedy śniła się jej szafa, w której zamiast kożucha wisiał żywy baran i czytał książkę, jedna Irenka umiała wyjaśnić, że syn kucharki przyjedzie na święta ze szkół, co się nieomylnie stało i o czym wszyscy z góry wiedzieli, a jednak nikt na to nie wpadł — dziesięcioro ludzi opowiadało o tej dziewczynie, bo każdemu uczyniła coś dobrego. A Żyd, mleko kupujący, nic już nie mówił, tylko cmokał, z wielkiego zachwytu przymknąwszy oczy.

Wszystkie te historie nie czyniły jednakże zbyt wielkiego wrażenia w białym domu. Tam żądano, aby panienka dobrze wychowana wchodziła do domu przez drzwi, nie przez okno, nie wjeżdżała konno po schodach, a co najważniejsze, aby gościom nie mówiła prawdy w oczy, jak to uczyniła z panią Targową, która miała prawie siedemdziesiąt lat i malowała sobie brwi i rzęsy, bo chciała szósty raz wyjść za mąż. Do jej pokoju przyszła Irenka i zamalowała zwierciadło wapnem.

— Po co to czynisz? — zapytała ją matka.

— Aby się ta pani nie przestraszyła, kiedy niespodzianie spojrzy w lustro! — rzekła Irenka uprzejmie.

Skutki tej uprzejmości skończyły się dla niej boleśnie.

Ojciec Irenki, pan Borowski, śmiał się ze wszystkich jej awantur. Był to dobry człowiek i tak zapracowany, że patrzył na tę dziewczynę jak na promyczek słońca, co do smutnego zabłąkał się domu. Największa sterta zboża na jego polu była jeszcze mniejsza od tej sterty trosk, która go przywaliła. Irenka patrzyła czasem z wielką zadumą na ślicznym swym czole, jak on chodził błędnie, sam do siebie gadał i taką czasem miał minę, jakby mu się płakać chciało. Gładził ją po czarnej głowie, ale myślał o czym innym i patrzył gdzieś w dal, na drogę. Tą drogą przyjeżdżał często poważny pan i wtedy pan Borowski był najsmutniejszy, bo ten pan długo siadywał w kancelarii, potem szedł między stajnie i stodoły, oglądał konie i krowy i wciąż pisał, i pisał.

— Nie podoba mi się ten gość! — rzekła Irenka sama do siebie.

Poszła potem do pana Borowskiego i mówi:

— Tatusiu, czy chciałbyś, aby ten pan nigdy już tu nie przyjeżdżał?

— Dałby Bóg! — rzekł pan Borowski.

— To się da zrobić! — mrugnęła na niego Irenka.

— Jakżeż to można zrobić?

— Jest kilka sposobów. Jeśli tylko nie będzie o to awantury, to następnym razem ten pan wleci do potoku, bo mostek będzie rozebrany, a tam jest dość wysoko. Mogłabym też szepnąć słówko Drabowi, który będzie czekał na drodze przy lesie, a jakby już tu dojechał, to mogę mu wsadzić do kieszeni szczura, a do jego teki ze trzy...

— Ani mi się waż! — zawołał groźnie ojciec. — Przyjeżdża, bo musi.

— To wielka szkoda, że nie można — zasmuciła się Irenka. — Za wiele robi się ceremonii na świecie.

Matka Irenki pochodziła ze wspaniałej rodziny, co krzywo patrzyła na jej małżeństwo z panem Borowskim, bo był dla nich zbyt małą i zbyt nieznaczną figurą. Nikt z tej rodziny nie bywał w białym domu. Było to i lepiej, gdyby się bowiem ta wspaniała rodzina pogodziła nawet z panem Borowskim, straszne działyby się rzeczy, gdyby dostojne, senatorskie ciotki i karmazynowe25 babki ujrzały Irenkę i jej psa. Dostojne ciotki i dostojniejsze jeszcze babki uciekałyby, jak gdyby zobaczyły zarazę, i zrozpaczonymi, popękanymi głosami wołałyby rozsrożonego gniewu nieba. Najbardziej atłasową panią, która przysięgła, że nigdy nie przebaczy hrabiance, że wyszła za mizeraka i byle szlachetkę, była jej ciotka, pani Zofia Opolska, strasznie bogata i siedząca na złocie jak kwoka na jajach. Irenka słyszała o niej często i przychodziły jej do głowy tysiąc dwa sposoby, których należało użyć, aby tę pozłacaną, mityczną postać nauczyć szacunku dla biedaków. Na wszelki wypadek zakarbowała ją sobie w pamięci i szepnęła Drabowi, że gdyby kiedyś spotkał panią Opolską, ma „wolną rękę” w działaniu. Drab mrugnął, że będzie pamiętał.

Pani Borowska zdrowie miała wątłe, a nieustanne zmartwienia głęboko kochanego męża sprawiły, że patrzyła smutno i uśmiechała się rzadko. Była to kwietna w jej życiu niedziela, kiedy mogła zaśmiać się głośno. Irenka uwielbiała tę cichą, smutną matkę, której oczy gasły, chociaż były jeszcze młode. Łzy mogą zgasić oczy najbardziej płonące. Irenka byłaby bez wahania wsadziła obie ręce w ogień, gdyby to mogło zdziałać, aby pani Borowska nie płakała.

Matka brała czasem czarną, murzyńską główkę Irenki w swoje ręce i tuliła ją z całej siły do piersi. Wtedy w dziewczynce działy się najdziwniejsze rzeczy: harde jej serce topiło się jak wosk przy ogniu, a oczy napełniały się gorącymi łzami. Było jej wtedy niewypowiedzianie dobrze. Z obłąkanej radości właziła potem na najwyższe drzewo, aby cały świat widział, jak bardzo jest szczęśliwa. Matka wzywała ją czasem do opamiętania, a czyniła to głosem tak słodkim i ciepłym, że dzika wolność Irenki zaczynała mruczeć pieszczotliwie jak kot. Najmniej przez dwa dni potem „Panna z mokrą głową” okazywała maniery świetniejsze niż infantka26 hiszpańska. Zawsze jednak tak zdarzało się, że trzeciego dnia trzeba było gołymi rękami łowić raki albo polować po dachach na kota, który dybał na gołębie. Trudno równocześnie łowić szczypiące raki i być hiszpańską infantką, co kiedy powie słowo, to się kłania, a kiedy wyjąka wreszcie całe zdanie, kłania się siedem razy. Zwariować można z takim ceremoniałem, podczas kiedy brodzenie po błocie jest sprawą zajmującą i zaostrzającą wrodzoną bystrość. Matka wiedziała, że Irenka jest to serce wśród złotych najbardziej złote, a Irenka wiedziała, że napuszona hrabina nie przyjedzie, więc nie warto krępować potężnego wołania wolnej duszy. Panowała wśród nich miłość najtkliwsza i wielka, wielka przyjaźń.

Brat jej, czteroletni Jaś, odgrywał w jej życiu małą rolę. Zgodziła się na to, żeby był. Usiłowała przez pewien czas natchnąć go duchem bohaterskim i nauczyć umiłowania swobody; kiedy jednak — wsadzony pewnego razu na szczyt dachu w tym celu, aby samodzielnie zlazł i okazał hart woli i nieustraszoność — haniebnie stchórzył i krzykiem rozpaczy napełnił świat, machnęła na niego ręką. Uczyniła jeszcze drugą, łagodniejszą próbę i spuściła go w wiaderku na dno studni, aby ujrzał jej głęboką tajemniczość i aby oswoił się z grozą czeluści. Nierozumny berbeć jednakże prawie stracił mowę ze strachu i omal nie postradał żywota.

— Nic z niego nie będzie! — rzekła Irenka.

Wszystkie jej nadzieje, że go wychowa na bohatera, rozwiały się. Trzeba było dalej pracować w pojedynkę i samej przerabiać świat, aby się zaczął kręcić w przeciwną stronę. Nie mogła jednak zapomnieć chłopcu tej słabości i dawała mu poznać na każdym kroku, że go nie uważa za mężczyznę. Kiedy rozpłakał się raz z powodu urojonej jakiejś krzywdy, Irenka rzekła surowo:

— Czemu Janek tak się drze?

— Kiedy byłaś mała, krzyczałaś więcej niż on — odrzekła jej piastunka.

— Być może, ale ja miałam powody...

Ponieważ młodzieniec nie chciał uspokoić się i nie można było znaleźć na to rady, Irenka znalazła sposób:

— Przywiążcie go za nogę do sznura i niech na mrozie wisi przez całą noc za oknem.

Brat spojrzał na nią z nagłym przerażeniem i oniemiał, jak gdyby już zamarzł.

Matka, ojciec i brat to była rodzina ścisła, koło której żyła liczna gromadka rozmaitych krewnych, przygarniętych na tym skrawku ziemi, co siódmego z siebie dobywał potu, aby wszystkich wyżywić. Należy przyznać sprawiedliwie, że najmniej jadła osoba czcigodna, co miała już około dziewięćdziesięciu lat. Była to przyszywana babka pana Borowskiego, która zjechała tu przed dwudziestu laty w odwiedziny na dwa tygodnie i została na amen. Dokładnie nie wiedział nikt, ile ma lat, a ona sama raz twierdziła, że ma sześćdziesiąt, a innym razem, że dziewięćdziesiąt dziewięć. Właśnie przed trzema laty miała tych dziewięćdziesiąt dziewięć, lecz z właściwej sobie kokieterii nigdy nie chciała przekroczyć stu. Co poniedziałek zapowiadała w wielkiej tajemnicy, że nie przeżyje już tego tygodnia, ale we wtorek zapominała o przyrzeczeniu i żyła szczęśliwie. Codziennie o piątej rano odziewała się starannie i udawała się na dłuższą przechadzkę do sąsiedniego pokoju, okrążała znudzony tymi spacerami stół i wracała do siebie. Zdejmowała czarny szal, rękawiczki i kalosze, codzienny swój spacerowy rynsztunek27, i zaczynała odczytywanie gazety sprzed lat czterdziestu, w której był ulubiony jej opis trzęsienia ziemi z owego czasu. Potem rozmawiała godzinami sama ze sobą, czasem dość kłótliwie i podniesionym głosem. Mówić lubiła namiętnie, kiedy zaś wpadła w wyborne usposobienie, co się zdarzało codziennie, nie dopuszczała nikogo do słowa; nieraz zdarzało się, że ostatni jej cierpliwy słuchacz dawno poszedł spać, a ona mówiła jeszcze. Mało dbała o słuchacza, więcej za to o sztukę wymowy. Nosiła się godnie ta babka całego świata, gdyż nikt jej nie nazywał inaczej. Babką była nawet dla księdza proboszcza, który, przerażony niepospolitą płynnością jej wymowy, za żadne skarby nie byłby z nią pozostał sam. Coś się dobrej babinie pokręciło w bystrym niegdyś rozumie, a czas tak się jej pomieszał, że różnica jakichś tam stu lub dwustu lat bynajmniej jej nie przestraszała. Twierdziła z wielką mocą charakteru, że znała osobiście każdego, o kim tylko była mowa. Nic to nie znaczyło, że mowa była o nieboszczyku, od stu lat zasiedziałym w niebie. Gadającej babki nie zdołałby nikt przekonać, że go nie znała i że nie utrzymywała z nim serdecznych stosunków. Ktoś na ten przykład był tak lekkomyślny, że w obecności babki wymówił dostojne słowo: „Kościuszko”28. A babka jak w dym:

— Kościuszko? Mój Boże! Znałam, znałam... I jeszcze jak znałam! Pamiętam, powiada on raz do mnie: „Panno Anielo, a gdybyśmy tak potańcowali?”. A ja mu na to: „Nie mogę, bo jestem w żałobie!”. Dałam mu wtedy kwiatek, aby się, biedaczysko, nie za bardzo zmartwił, bo zaraz wszystko brał do serca. Co też się z nim stało? Dobrze się chłopiec zapowiadał...

— Babciu! — krzyczała Irenka, bo babcia była na lewe ucho mocno głucha, a na prawe trochę więcej. — Kościuszko dawno umarł.

— Dobrze zrobił! — rzekła z uznaniem babcia, która nie dosłyszała. — On był na to jak na lato.

W galerii bliskich znajomych babci był słynny skrzypek Paganini29, z którym (jak dziś pamięta) była w menażerii, kiedy raz do Suwałk30 cyrk przyjechał; był jeden arcyksiążę, bardzo przystojny, z którym jeździła na odpust na Bielany31 i który trzy razy jej się oświadczał, ale potem wyjechał. Szli parami w tym świetnym korowodzie wszyscy poeci, malarze, książęta i hrabiowie, atleci, połykacze ognia i tenorzy.

Ludzie słuchali tych opowieści z tysiąca i jednej zwariowanej nocy i kiwali głowami. Kto babci nie znał i słyszał ją po raz pierwszy, kazał sobie po dłuższej z nią rozmowie lać wodę na głowę i szczypał się w ucho, tym domowym sposobem sprawdzając, czy jest przy zdrowych zmysłach. Ci zaś, co ją znali, usiłowali wymyślić taką osobę, która, urodzona w Japonii, umarła na biegunie południowym, ale nie mogli dać rady. Babcia znała wszystkich na świecie, żywych, dogorywających i umarłych. Nienarodzonych znała też.

Asystę jej stanowiły dwie tak zwane ciotki, też dalekie krewne pana Borowskiego, które przytuliły się cicho do białego domu jak skromne malwy. Jednej było na imię Amelia, drugiej — Barbara. Imię pierwszej było poetyczne i jak gdyby pełne łez, dlatego też może ciotka Amelia pisała wiersze; w drugim była twardość, duma i hardość i może dlatego bujny ten duch zajmował się twórczością malarską. Poetessa hołdowała dawnym strojom i dawnym zwyczajom. Była cienka w pasie, od lat bowiem używała przedziwnej maszyny, zwanej „sznurówką”. Wyglądała tak, jakby ją straszliwy jakiś siłacz chwycił w kleszcze rąk i tak ścisnął w pasie, że jej poetyczny żołądek wypchnął w stronę szyi, na której z tego powodu powstało niewielkie wzgórze. Była to osoba pełna wielkiej słodyczy, rozmarzona i tęsknie patrząca byle gdzie — w powałę32, w szafę, w pień drzewa, ale nie tam, gdzie właśnie należało patrzeć. Kiedy zlatywał na nią anioł poezji, opuszczał ją zwyczajny ludzki rozum. Ciotka wpadała w natchnienie i w rów, nad którym właśnie znajdowała się, lub w wodę. Miewała potężne wizje i wtedy zamieniała się w wieszczkę, która potrafiła mówić niepojęte rzeczy o duchach, demonach i wróżkach. Dreszcz przechodził po grzbiecie słuchających, kiedy improwizowała i wołała: „Na kolana! Idą duchy, czy słyszycie już łańcuchy?!”. Wprawdzie duchy nie przychodziły, ale łańcuchy często było słychać, kiedy prowadzono krowy do wodopoju. Wielkim cieszyła się poważaniem, tym bardziej że była przedziwnie dobra i cicha — oczywiście, jeśli nie była w transie. Pisała wiersze na wszystkie chwile życia, na każde imieniny i na każdą uroczystość. Wtedy deklamowała pięknie swoje wyborne utwory, z których jeden, pod tytułem Na bój!, cieszył się sławą wielką i zasłużoną. Bohaterski ton tej pieśni brzmiał jak wojenna surma33 i ogromna to szkoda, że nazbyt kończył się smutno. Oto on:

„Hej, młodzianie, hej, młodzianie!

Weźmij jedną ze swych zbrój,

Wstań czym prędzej i w świtanie

Pędź na bój!

Pędź na bój!

Ja mą wstęgą cię opaszę,

Błogosławieństw dam ci rój,

A ty, nasze ptaszę lasze34,

Pędź na bój!

Pędź na bój!

A gdy legniesz, bo tak tuszę35,

Nocą przyjdę na twój grób,

Tam wywołam twoją duszę,

By śmiertelny wziąć z nią ślub”.

W ślicznym tym wierszu tkwiła — jak gwóźdź w trumnie — ta tragiczna prawda, że nikt z żywych nie miał odwagi pojąć za małżonkę lubej Amelii. Umarłemu było wszystko jedno. Ponieważ ciotka Amelia była panną, więc skarga jej była uzasadniona, a tak rzewna, że ludzie głośno płakali, kiedy, załamując ręce, zapowiadała swój ślub z młodzianem, co poległ „w jednej ze swych zbrój”.

Twórczość ciotki Amelii miała w sobie nie tylko tony tragiczne. Rozpięta jak tęcza na lazurowym niebie poezji, lśniła wszystkimi kolorami, wśród których były i te, co wesołością barwy cieszą ludzkie oko. Dowodem tego jest inny jej śliczny wiersz, nazwany Figlarna:

„Czemu oczy twe się śmieją

I cała tryskasz nadzieją?

Czemu swym się cieszysz zdrowiem?

— Ja to wiem, ale nie powiem!

Myślisz pewnie, że nikt nie wie,

Jak przy wielkim czekasz drzewie.

A kto skryty za listowiem?

— Ja to wiem, ale nie powiem!

Ej, dziewczyno, ej, figlarko,

Czemu tam tak bieżysz szparko36?

Teraz powiem, by ci dopiec:

— Tam kochany czeka chłopiec!”.

Taka jest moc i władza poezji, że sympatyczna ciotka Amelia, podobna z wykroju do litery „X” z powodu osiej cienkości talii, stawała się piękna, kiedy swoje rymy piorunowym wygłaszała głosem. Jednej tylko hołdowała manierze, tej mianowicie, że czy wiersz był smutny jak pogrzeb czy wesoły jak przedstawienie w cyrku, ona wydzwaniała go niezmiennie głosem dzwonu pogrzebowego, tak że się zawsze serce krajało obecnym — nawet wtedy, kiedy „figlarka biegła szparko” i „cieszyła się zdrowiem”. Nie inaczej grecki wędrowny pieśniarz wygłaszał ustęp o śmierci Hektora37 niż ciocia Amelia wiersz: „Jestem dziewuszka hoża38 i szczęśliwa, chłopcy mnie pragną jak słodkiego piwa”. Tak to można potęgę i moc ognistą nalać do każdego, najmizerniejszego nawet słowa. Czyniła to kobiecina wiotka i jagnięcej dobroci.

Przeciwieństwem jej całkowitym była ciotka Barbara. Pominąwszy jej imię, podobne do gryzienia zębami orzechów, w całej jej postaci była jasno-koścista twardość. Nosiła się zuchwale, wzorem tych malarzy jaskiniowców, co myli się przed Wielkanocą, a nie czesali nigdy. Miała krótką czuprynę, którą wstrząsała nieustannie, bo spadała jej na oczy, pluła na odległość ośmiu metrów sześćdziesięciu centymetrów (rekord światowy i olimpijski), paliła krótką angielską fajeczkę i gardziła całym światem. Było to właściwie jej główne zajęcie, poza tym dopiero zajmowała się malarstwem. Wysoka, chuda, sierdzista39 i zwalista, wszystkie części ciała miała w porządku — prócz serca, które było złamane od lat trzydziestu. W zamierzchłych tych czasach zakochała się w przystojnym młodzianie, który był jakimś zamorskim księciem, i gotowa była stanąć z nim na ślubnym kobiercu. Już ją krok jeden zaledwie dzielił od tego kobierca, kiedy księcia zamknięto w więziennym lochu za fałszowanie banknotów; była to zwyczajna zazdrość władz, okazało się bowiem, że on sporządzał banknoty piękniej i lepiej niż władze, czego obrażony rząd nie mógł przeboleć. Od tego czasu ciotka Barbara dotrzymała przysięgi, że nigdy nie uwierzy zaklęciom i zachwytom żadnego mężczyzny. Przysięgła równocześnie pogardę światu, co odbijało się wyraźnie w malowanych przez nią portretach — nie zdarzyło się bowiem, aby namalowany przez nią człowiek był podobny do człowieka. Stawał się podobny do szczura, lisa, wielbłąda lub barana, lecz przenigdy nie było w jego twarzy iskry człowieczeństwa. Gdyby namalowała nawet anioła, byłby on podobny do złośliwie patrzącego nietoperza. Portretowani przez nią ludzie mieli nieodmiennie dziwny sposób patrzenia: oko lewe takiego nieszczęśnika nigdy nie wiedziało, gdzie patrzy prawe. Każdy portret zerkał zezem, a na domiar wszystkiego zdawał się zgrzytać zębami. Obrazy te jednakże sprawiały potężne wrażenie, szczególnie barwą twarzy portretowanej osoby — zawsze bladosinej, z zielonym odcieniem w okolicy ust i oczu.

Jeśli można było czynić niejakie zastrzeżenia co do jej malarstwa portretowego, z całą sprawiedliwością należało przyznać niepospolite zalety uprawianemu przez nią malarstwu rodzajowemu. Zdumiewająca jego oryginalność polegała na tym, że wybitna ta artystka nie uznawała banalnych zasad perspektywy i stosunku wymiarów jednego przedmiotu do drugiego. Na tym samym na przykład obrazie jabłko było trzykrotnie większe od filiżanki, a kiedy na rzewnym obrazku lis porywał kaczkę, kaczka była dwa razy większa od lisa, co nikogo razić nie mogło, każdy bowiem wie, że najmniejszy lis zjada kaczkę, a największa kaczka nie zje lisa. Myśl głęboka tkwiła w tym, że morderca zakatrupił niewinność, bo tak zawsze dzieje się na świecie. A obojętne jest, ile waży niewinność, a ile morderca. Proporcje te doprowadzały do rozpaczy Irenkę, znającą na wylot wszystko, co żyło w przyrodzie; jednakże uwagi jej, przyjmowane lekceważąco, nie mogły wpłynąć na twórczość mistrzyni. Wiodła ona równocześnie wojnę z księdzem proboszczem, który nie przyjął ofiarowanego przez nią dla kościoła obrazu pt. Święta Barbara40, patronka górników, najśmielszy bowiem górnik uciekłby z kopalni, gdyby mu się tam pokazała taka święta, jaką namalowała ciotka. Najbardziej zatwardziały złoczyńca ma więcej słodyczy na gębie, niźli jej na swojej twarzy miała owa święta z wyszczerzonymi zębami i ze wzrokiem mówiącym, że patronka górników chętnie zjadłaby tłuste niemowlę.

Ciotka Amelia i ciotka Barbara żywiły wobec siebie wzajemną niechęć; malarka twierdziła, że poetka powinna wiązać nie rymy, ale kozie ogony, poetka zaś była zdania, że jeśli mowa o ogonach, w takim razie krowa, której do ogona przywiązano by pędzel, namalowałaby, oganiając z siebie muchy, arcydzieło — w porównaniu do obrazów Barbary. Ulegając prośbom i groźbom, całowały się dwa razy do roku i czyniły zgodę: na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Były to jednak krótkie, jednodniowe przystanki wzdłuż nieprzerwanej kolei niechęci. Już nazajutrz cicha Amelia pisała w tajemnicy krwawą satyrę na malarstwo, a Barbara pluła dalej niż zwykle, własne bijąc rekordy, kiedy poetka całą duszą śpiewała odę na cześć wiosny lub zimy. Treść była zawsze ta sama, tylko trochę inne rymy — raz ciepłe, a raz zimne. Gniewy wzajemne były tak zaślepione, że kiedy przy obiedzie podano półmisek najpierw ciotce Amelii, ciotka Barbara nie tknęła już jedzenia pod pozorem, że nie jest głodna. Ponieważ tę politykę wzgardy uprawiała też i ciotka Amelia, więc podawano jedzenie jednego dnia najpierw poetce, a drugiego, na odmianę, najpierw malarce. Mogło się bowiem zdarzyć przy zaniedbaniu tego ceremoniału, że jedna z ciotek wyschnie jak szczapa i zemrze. Lecz, o dziwo, Kiedy ciotkę Barbarę bolały zęby i kiedy nadaremnie smarowała dziąsła spirytusem, rumiankiem i tytoniowym sokiem z fajki, ciotka Amelia odmawiała nieustannie nowennę41 do świętej Apolonii42, patronki od bólu zębów, i piękną, wierszowaną poświęciła jej odę („Święta Patronko, weź te rymy w darze, lecz wylecz zęby nieszczęsnej Barbarze”). Wzruszona zacna święta podała — za pośrednictwem klucznicy — wyborny sposób pozbycia się bólu zęba wraz z zębem. Był to sposób z dawna praktykowany i niezawodny: przywiązywało się do zęba długą, mocną nić, a drugi jej koniec należało uwiązać do klamki u drzwi; potem ktoś nagle otwierał drzwi i ząb wyskakiwał ze szczęki jak korek z butelki. Harda Barbara umiała odpłacić sercem za serce. Kiedy ciotka Amelia, chcąc z bliska ujrzeć grozę natury, co zawsze powinien czynić poeta, wychodziła sobie po jesiennym parku zapalenie płuc, ciotka Barbara spędziła przy niej wiele bezsennych nocy. Ciotka Amelia była bliska śmierci i wygadywała w gorączce niestworzone rzeczy, których słuchano jednak ciekawie, nie wiadomo bowiem było, czy dobra Amelia bredzi czy też improwizuje, ale ciotka Barbara płakała ciężko. Tych łez zamiast wody użyła do akwareli pod tytułem Śmierć poetki, zrobionej na wszelki wypadek. Poetka, z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym, leżała w trumnie, na głowie miała wieniec laurowy, a w rękach książkę, zapewne przez siebie napisaną; nad nią pochylony stał kościotrup z wężami w oczodołach, z kosą w jednej ręce i z gałązką choiny w drugiej, jak gdyby nią chciał od zwłok poetki odpędzać muchy. Ciotka Barbara tak cudownie jednak pielęgnowała nienawistną istotę, że wspaniały ten obraz stał się nieprzydatny do domowego użytku i mógł być ofiarowany do muzeum. Kiedy ciotka Amelia podniosła się z łoża boleści, ucałowała serdecznie tego dragona43, co nad nią czuwał, jasno-kościstą ciotkę Barbarę, i — rzecz oczywista — już tego samego dnia przestały z sobą rozmawiać. Irenka, chcąc wprawić dom cały w ruch, nie omieszkała pokazać cioci Amelii obrazka z jej zwłokami, zwróciwszy jej niewinnie uwagę na zbytnie, ze złym zamiarem uczynione, wydłużenie nosa, co miało ten skutek, że dobrotliwa wątroba ciotki wywróciła się i stanęła na głowie. Skutkiem tego skutku był mocny wiersz pod tytułem Krótkowłosa wiedźma, zaczynający się szatańskim okrzykiem: „Ha! ha! Myślałaś, że już spocznę w grobie!”, a kończący się zjadliwą apostrofą: „Że młody zawsze starszego pogrzebie, przeto, Barbaro, ja pochowam ciebie!” Nie trzeba dodawać, że Irenka tego samego dnia odczytała ten wiersz Barbarze i przyprawiła ją o szaleństwo.

A najweselsze było to, co babcia mówiła o ciotkach:

— Ach, te dzierlatki44! Kiedy sobie coś nucą albo przekomarzają się ze sobą, to tak jakby kanarki szczebiotały...