XIV
Nikt nie wie, o czym długo ze sobą rozmawiały panie: Opolska i Borowska. Zamknęły się w pokoju pani Borowskiej w domu doktora, a kiedy stamtąd wyszły, obie miały czerwone oczy, a na ustach uśmiech.
Triumf Irenki był wspaniały: zjednoczyła wszystkie serca. Dom doktora był pełen gwaru, śmiechów, gadaniny, płaczów, opowiadań, wzruszeń i miłości. Ciotka Amelia promieniała, jakby odmłodzona, mały Jaś wylazł po drabinie zachwyceń aż do siódmego nieba, obdarowany hojnie książkami i zabawkami, którymi raduje się wiek cielęcy. Jedynie doktor wałęsał się, niemalże przerażony, i była taka chwila, że chciał uciec z własnego domu. Uradował się nieprzytomnie wszystkim tym, co się stało; po swojemu, dziwacznym językiem podziękował Panu Bogu, że jego ukochana Irenka, ślicznie odziana, śmieje się w głos, niewypowiedzianie szczęśliwa, i że pani Borowska mogła uśmiechnąć się, spokojna. Stary samotnik i przezacny oryginał przestraszył się zgiełku i towarzyskiego życia. Z trwożnym lękiem patrzył na panią Opolską, przekonawszy się zaś, że nie może jej zastrzelić, jak to groźnie zapowiadał, i że musi jej być wdzięczny za tych, których kochał, uznał, że jako człowiek niezwykłej kultury musi przez czas pobytu osoby tak wytwornej, jak pani Opolska, stać się równie wytworny. I to przerażało go najbardziej. Uciec nie ma dokąd; zresztą nie wypada, aby gospodarz uciekał, a gości zostawiał w rozterce.
— Kobieta do rzeczy, chociaż hrabina — rzekł sobie głośno — a Irenka ma zbrodniczą duszę.
Irenka bowiem, przedstawiając go pani Opolskiej, mówiła wzruszona:
— A to jest pan doktor Lipień, który własnym sercem nakarmiłby głodnego... Ostatnią oddałby koszulę... Taki dobry, kochany...
I w bek. A on spłonił się jak róża najbardziej purpurowa. Stał jak żak, niewypowiedzianie zawstydzony i nie umiał wydusić z siebie ani jednego słowa. Pani Opolska ściskała jego ręce i powtarzała szeptem: „Niech pana Bóg wynagrodzi... Niech pana Bóg wynagrodzi”. Chciał zapaść się pod ziemię z tego powodu, że on, filozof, któremu służyło siedemdziesięciu siedmiu szatanów, porażony łzami tej zwariowanej Irenki, stał jak kołek z dębowego drzewa. Musiał przyznać, że serce zaśpiewało w nim z wielkiej, najszczęśliwszej radości — ale co tam serce, kiedy nogi, chude, patykowate, głupie nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie mógł postąpić kroku, tylko stał w purpurze rumieńca, oszołomiony, nieśmiały, pełen rozpaczy. Postanowił więc naprawić złe wrażenie. Stanął przed lustrem w swoim gabinecie, splunął na nie i z groźnym mruknięciem: „Przeklęte muchy!”, wytarł je chustką do nosa. Przyjrzał się sobie uważnie i z litościwym uśmiechem, nakrapianym boleścią, westchnął:
— Tej gębie nic już nie pomoże. Stary but jest równie przystojny...
Zakrzątnął się więc, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, aby przynajmniej świetnym strojem wzmóc wytworność swojej figury. Odnalazł krawat, czerwony i płomienisty, i przewiązał go tak przemyślnie przez kołnierzyk, bardzo rogaty, że tylko Aleksander Macedoński106 mógłby rozwikła węzeł cięciem miecza. W krawat wbił złotą szpilkę, kształtu końskiej podkowy, a tak wspaniałej, że można nią było okuć małego huculskiego konika107. Koszulę wyszukał niebieską, w misterne białe groszki, po czym ubranie wdział uroczyste, w którym pragnął być pochowany. Mankiety przypiął do koszuli białe i od święta płócienne i ozdobił je spinkami niebywałej wspaniałości i ogromu. Były to talerze ze złotej blachy, zaopatrzone w kółka takie, jakie na potężnych przybijają bramach. Nieskończenie wytwornego stroju dopełniały kamasze108, jaskrawożółte jak ludzka zawiść.
Tak strojny, oblekł twarz w powagę i poszedł pełnić rolę gospodarza przy bogatej wieczerzy, obmyślonej starannie na wzór dworskich uczt. Wielkie święto zbratania nie mogło się obyć bez wielkiej uczty, a hrabina nie mogła — wedle roztropnego pomysłu doktora — obejść się bez lokaja. W tym celu wypożyczył doktor chłopca do posług z zaprzyjaźnionej knajpy i długo go pouczał, że palca nie należy wsadzać do talerza z zupą nie dlatego, że zupa może być gorąca, lecz że nie jest to w zwyczaju w wielkim świecie. Znakomity lokaj w czarnym obleczeniu i w białych rękawiczkach, które jeden starozakonny109 całym pokoleniom wypożyczał do ślubu, obiecał posłuszeństwo i rozwagę.
Irenka, ujrzawszy doktora, aż zawyła z radości:
— Boże, jaki wujaszek jest śliczny!
— Dziewczyno — rzekł doktor krwawym głosem — jeśli mnie będziesz hańbić publicznie, zastrzelę ciebie, siebie i wszystkich.
— Irenka mówi prawdę — szepnęła zachwyconym szeptem ciocia Amelia.
W tej chwili zły wiatr powiał przez jej serce.
— Czy pan doktor wystroił się tak dla pani Opolskiej? — zapytała gorzko.
— A panna Amelia myślała może, że do trumny?
— Niech pan odpuka, na Boga, niech pan doktor odpuka!
Na szczęście weszła pani Opolska pod rękę z panią Borowską.
„Jeżeli”, myślał doktor, „hrabina krzyknie przeraźliwie i ucieknie, podpalę dom i skoczę w ogień”.
Pani Opolska spojrzała jednak na niego wesołym wzrokiem i nieznacznie mrugnęła w stronę pani Borowskiej.
„Będę żył na hańbę świata!” — pomyślał doktor wesoło.
Wpadł w przedni humor i stał się przedziwnie rozmowny. Świetny wytworniś usiłował i słowom nadać polor i złocistą barwę. Widząc, że pani Opolska je niewiele, mówił pięknie:
— Niech pani machnie tego śledzia. Zacna to jest ryba i ma smak niebywały, a że ją czasem czuć na dwie mile, to nie jej wina, lecz przede wszystkim cebuli.
— Nie mogę, panie doktorze, nie mogę! — śmiała się pani Opolska. — Z moim żołądkiem nie jest zbyt dobrze.
— Pewnie jakiś konował wmówił w panią chorobę. Niech się pani strzeże ognia, zarazy i doktorów.
— A jak by pan doktor mnie leczył? Pan doktor przepisuje podobno cudowne zabiegi i trzeba się żegnać, modlić czy coś takiego.
— Poznaję jaszczurczy język tej oto dziewicy. Owszem! Mógłbym panią wyleczyć. Niech pani weźmie codziennie o wschodzie słońca kawałek ananasa, dwie ostrygi i smażone fiołki. Proszę to razem pomieszać, dolać odrobinę esencji pachnącej, używanej do skrapiania włosów, trochę cynamonu i perskiego proszku110.
— I wszystko to zjeść — śmiała się pani Opolska.
— Zaraz, zaraz... Potem proszę dodać do tego laurowych kropli, proszków na bóle głowy, wszystkich pigułek, które pani ma w domu, zwinąć razem i kazać wrzucić do zlewu, a uczyniwszy to, przeżegnać się nabożnie, głośno krzyknąć i zjeść pieczeń wieprzową z kapustą i kartoflami. Jeśli pani potem nie wyzdrowieje, to za trzy dni będzie pogrzeb. Myślę jednak, że pani wyzdrowieje.
Pani Opolska śmiała się w głos. Było jej niewypowiedzianie dobrze. Była szczęśliwa dlatego przede wszystkim, że wszyscy patrzyli na nią z miłością. Śmierdział śledź, jedynym napojem była woda, mięso można było rąbać katowskim toporem, a jej to nie drażniło ani nawet nie zwróciła uwagi na tę gościnną biedotę. Przed niewielu dniami byłaby dostała mdłości i uciekłaby przerażona na widok lokaja, który miał minę taką, jakby zerwał się z szubienicy. Teraz nie byłaby stąd odeszła za żadne skarby, bo tu obok niej siedzi słodka, wpatrzona w nią pani Borowska, siedzi Irenka, dziecko najukochańsze, jest Jaś, smyk wesoły i ładny, i ta ciotka Amelia, dobra, cicha, uśmiechnięta jak kwiat jesieni. A ten doktor rozrzewnia ją, serdecznie ją rozrzewnia. Ma wrażenie, że przez czarne, złe morze dopłynęła do jakiejś malutkiej wyspy szczęśliwości, gdzie jest pogoda wieczysta, a ludzie tacy jak dzieci. Śmieją się, cieszą i radują, a przecież los bił w nich niemiłosiernie, a tej dobrej pani Borowskiej już czasem brakło łez. Pani Opolska teraz czuła, że — jak ten mądry lekarz — pragnie podzielić się ostatnią koszulą. Jakimś wielkim szczęściem wywdzięczyć się im za to szczęście, że na dnie serca odnalazła uśmiech, spokojny, łagodny i taki cudownie dobrotliwy jak uśmiech jesiennego dnia. Nie mogła zataić swoich myśli i nagle, kiedy cisza powiała nad stołem, powiedziała donośnie:
— O, jacy wy jesteście dobrzy, jacy dobrzy!
Doktor podniósł w górę palec.
— Pani myli się łaskawie — rzekł ponuro. — Może być, że są tu między nami ludzie dobrzy, ale są i zbrodniarze.
—- Och, doktorze! — uśmiechnęła się pani Opolska. — Którzy to?
— Ja jestem jeden, człowiek niegodziwy, śmieszny i cokolwiek tknięty na rozumie, a ta oto Irenka to drugi zbrodniarz. Byłem spokojny, a przez nią przypominam furiata; nikogo nie kochałem, a teraz na tym punkcie jestem pomylony i kocham nawet ją; robiłem w domu, co mi się podobało, a teraz muszę wycierać obuwie przed drzwiami i golić się codziennie. Ona ze wszystkimi tak robi... Zobaczy pani, że nie minie rok, a będzie panią kręcić jak kucharz gęsią na rożnie... To jest... Przepraszam... Nie tak chciałem powiedzieć.
— Babuniu! — krzyknęła Irenka. — Wujaszek tak właśnie chciał powiedzieć, a teraz to się wykręca. On tak zawsze!
— Oto widzi pani żmiję, którą wykarmiłem własną piersią. Tfu, do licha! Znowu jakoś nie tak... Zresztą wszystko jedno.
— Ja wujaszka jeszcze ożenię — rzekła Irenka.
Doktor skrzywił się tak, jakby napił się octu z musztardą.
— Swatano mnie raz — mówił głosem używanym na pogrzebach — z nadobną panną. Miała ona zeza, garb i jedną nogę krótszą. Żebrak spod kościoła zrobiłby z tymi ozdobami karierę. Niezbadane jest jednak serce kobiety! Oświadczyła, że jestem dla niej za brzydki, i stąd pochodzi moja melancholia.
— Pan doktor ma piękną duszę! — pocieszała go szmerem głosu ciocia Amelia.
— Duszę, powiada pani? Szkoda, że nie mogę dać kazać się przenicować, bo wtedy to, co jest na wierzchu, byłoby ukryte, a na jaw wyszłaby promienista piękność.
Pani Opolska poznała w lot tę duszę prostą i uczciwą. Rozmawiała z doktorem z przyjemnością, a czasem przyciszonymi głosami radzili nad przyszłością Irenki i całej rodziny Borowskich. Wtedy doktor, jak ojciec najlepszy, rozprawiał o tej dziewczynie, poza którą świata nie widział. Na jego stare, w małym miasteczku zaśniedziałe lata padł promień z jej dziecięcych oczów; drgnął stary doktor i spojrzał na życie jak na błękit. Ucieszyła się jego samotność, bo miał do kogo przemówić, ucieszyło się jego poczciwe serce, bo miał o kogo zatroskać się. W tej chwili nie dawał tego poznać po sobie, lecz drżał na myśl, że niedługo zniknie z jego życia ta jasna, radosna młodość, bo Irenkę wywiozą daleko, daleko.
Dzień ten nadchodził nieuchronnie. Pani Opolska zapowiedziała wyjazd wspólny, jeszcze tylko na coś czekała. Codziennie otrzymywała depesze lub pośpieszne listy: to mecenas Podkówka pracował sumiennie, wykonując jakieś tajemne jej zlecenia. Nigdy jeszcze poczta w miasteczku nie wiodła tak niespokojnego żywota jak za owych dni. Dotąd zdarzało się, że raz jeden w miesiącu wystukiwał telegrafista radosną wieść: „Są gęsi na sprzedaż. Nu?”. A potem przyjmował odpowiedź: „Ile za te kościotrupy?”. Teraz czasem dwa lub trzy razy w ciągu dnia spadały nań zdyszane depesze pana Podkówki. Aż razu jednego zjawił się telegram bardzo obszerny. Pani Opolska uśmiechnęła się. Wieczorem zaś, kiedy zebrali się wszyscy przy stole, spojrzała po twarzach wokół. Zaczęła mówić na pozór bardzo spokojnie, lecz głos jej drżał ze wzruszenia:
— Mam dziwną wiadomość, moi drodzy. Biały dom, w którym mieszkaliście tak długo, został znowu kupiony.
Oni wszyscy umilkli, jakby ujrzeli białe, smutne widmo czegoś, co bardzo, bardzo kochali. Zdziwieni byli, że pani Opolska o nim wspomina.
— Któż go kupił? — zapytał doktor, chcąc tymi słowami rozpędzić smutną ciszę, co cichym lotem zleciała na nich jak miękkopióra sowa.
— Irenka! — odpowiedziała ze wzruszeniem pani Opolska.
„Hrabina musiała napić się spirytusu z mojej apteczki”, pomyślał doktor, sam przerażony swoim posądzeniem. Głośno zaś dodał:
— Pani raczy żartować...
Wszyscy byli tego zdania i uśmiechnęli się blado. Ona zaś mówiła głosem drgającym:
— Może być, że gdybym była w odpowiednim czasie zjawiła się wśród was, mieszkalibyście tam do dzisiaj... Nie zjawiłam się i stało się nieszczęście... Przebaczcie mi...
— Babuniu! — wykrzyknęła Irenka boleśnie. — Po co o tym mówisz?
— Bo mi to sprawia ulgę... I ty mi przebacz, moje dziecko... Ty chciałaś, biedactwo drogie, ratować ten dom... Ja wszystko wiem... Zaraz, zaraz... Wszystko wam powiem... Otóż pan Podkówka doniósł mi dzisiaj, że z polecenia jednej pani odkupiono ten dom dla tej, która go tak kochała... Dla Irenki...
— Rozumiem! — ogłosił doktor.
— Dom będzie wolny na wiosnę... Na wiosnę wrócicie do swojego domu... A jeżeli Irenka mnie zaprosi, na wiosnę zjadę tam i ja... Chlebem i solą powitam ją we drzwiach... I doktor przyjedzie, i... Wszyscy... I wszyscy... Czy tak będzie dobrze, córuchno?
Nikt nawet słowa jednego nie wypowiedział. Szerokimi oczyma patrzono na panią Opolską, która szczęśliwa i rozjaśniona objęła ich spojrzeniem jak ramionami. Irenka podniosła się powoli: była blada i ręce jej drżały. Chwiejąc się, podeszła do pani Opolskiej i z nagłym szlochem rzuciła się w jej ramiona.
Doktor patrzył potem z rozrzewnieniem, jak cały świat zamienił się w radość wzruszoną do głębi serca; wszyscy ściskali wszystkich, a zjednoczonymi siłami czyniono to z panią Opolską, która wykrzykiwała:
– Czego ode mnie chcecie!... Cóż tak nadzwyczajnego!... Udusisz mnie, Irenko...
Doktor podszedł do niej ostatni i podniósłszy palec w górę, wygłosił uroczyście:
— Morowa z pani kobita!
Zwróciwszy się zaś ku Irence dodał:
— Widziałem grube dziedziczki i cienkie dziedziczki. Widziałem takie, co miały czworo dzieci, i takie, co miały ośmioro dzieci. Widziałem rozmaite, ale takiej dziedziczki, co ma mleko pod nosem, jako żywo nie widziałem.
Irenka śmiała się do niego przez łzy.
Kiedy wielki rwetes tego dnia opadł wreszcie dopiero następnego dnia wieczorem (z przerwą nocną) i ukoił się jak ciepły wiatr, co przyleciał z końca świata, gdzie jest wieczyste lato, pani Opolska dała znak do wyjazdu. Wszyscy mieli na resztę zimy pojechać do Warszawy, aby tam niecierpliwie czekać owej wiosny najszczęśliwszej. Doktor miał pozostać na gruzach i strzec tych mizernych pamiątek, które kurczyły się z zimna w dwóch izdebkach mieszkania pani Borowskiej. I one wrócą z wiosną tam, skąd je obsypane łzami jak rosą wywieziono na wygnanie. Doktor przysiągł Irence, że ich będzie pilnował jak źrenicy lewego oka.
— Co nocy będę chodził tam z dubeltówką — przyrzekał groźnie — i biada temu, kto chciałby oderwać nogę od twojego stołu. Przede wszystkim zaś będę miał oko na burmistrza.
Doktor dziwnie nadrabiał miną. Coraz częściej gadał sam do siebie i coraz częściej zdarzało mu się, że na swojej drodze spotykał ściany domów lub latarnie. W wielkim roztargnieniu wołał: „Przepraszam” i szedł dalej, zadumany. Żywił wielki szacunek dla pani Opolskiej, równocześnie jednak i wielki żal. Jej dziełem jest ta cała rewolucja i to całe trzęsienie ziemi. Ale trudno: stało się, co najlepszego stać się mogło. Niech jej Pan Bóg da zdrowie... Wyratuje tę gromadkę z rozbicia i z potopu, bo co byłoby się z nimi stało? Doktorem wstrząsnął dreszcz na myśl, że musieliby zmarnieć na nic, chociażby on najdziwniejszych dokazywał sztuk. Coś tam kiedyś bredził w rozmowie z Irenką, że ma po prababce pończochę pełną potężnych skarbów. Pończocha może by się znalazła, tylko z tymi skarbami to było łgarstwo. A teraz Irenka zamieszka w białym domu. To szczęście, to wielkie szczęście, bo to przecież niedaleko. Będzie ją widział często albo też nie będzie jej widział. Zjedzie na wiosnę, ale potem będzie musiała pojechać do miasta, do szkoły, a majątkiem będzie gospodarzył jakiś zawodowy rolnik. Była już wczoraj o tym mowa. Nie będzie Irenki.
— Dobry wieczór, panie doktorze! — zawołał przechodzień.
— Daj mi pan spokój, do stu diabłów! — wrzasnął doktor. — Ja mam ciężkie zmartwienie — mruczał, oddalając się pośpiesznie — a ten do mnie z jakimiś interesami.
Ciężkie zmartwienie doktora zaczęło się naprawdę następnego dnia dopiero. Mieli wyjechać o zmierzchu, a od świtu rozpoczął się rwetes, pakowanie, przypominanie, nawoływania. Zdawało mu się, że w jego domu wybuchł pożar, podczas którego rozlegał się śmiech. Jedna ciocia Amelia nie zaśmiała się ani razu i tak mogło zdawać się, że ona jedna wyjeżdża niechętnie. Gdyby w tym domu naprawdę był pożar, ona byłaby go straszliwie rozdęła swoimi westchnieniami. Ile razy spojrzała na doktora, wzdychała smutno. Gdyby ktoś był jedno wyszeptał słowo, aby pozostała, zaśpiewałaby z radości. Nikt nie wiedział dlaczego. Jej serce wiedziało tylko. Chciało się jej płakać, ale udawała, że uśmiecha się, kiedy doktor dawał jej roztropne rady:
— A w Warszawie niech panna Amelia nikomu nie dowierza. Zjawi się tam pewnie jeden z drugim fatygant111 i powie: „Kocham cię, luba Amelio!”. Wspomni pani moje słowa! A pani niech nawet okiem nie mrugnie i serca nikomu nie oddaje, bo im tam nie o serce idzie, ale o posag.
— Posagu nie mam, a serca nie oddam nikomu — rzekła ona cicho.
— A czemuż to, szlachetna ciociu Amelio?
— Bo moje serce jest pęknięte! — powiedziała ona z trudem i łatwo uciekła.
— Niech i ciebie, biedactwo, Bóg pocieszy — mruczał doktor serdecznie.
Ale i jemu zdawało się, że ma pęknięte serce, kiedy zaczęli go żegnać. Nawet pani Opolska uściskała go serdecznie i tkliwie. Wszystko zniósł mężnie.
Aż wreszcie podeszła ku niemu ona — Irenka.
Doktor chciał przemówić wesoło, ale coś go chwyciło za gardło. W piersiach zrobiło mu się zimno jak w piwnicy. Patrzyli sobie w oczy takim spojrzeniem, w którym prócz niezmiernej miłości nie było nic innego. Irenka też nic nie mówiła, ale on słyszał najwyraźniej słowa drżące i rozpłakane.
— Niech ci Bóg zapłaci za wszystko, ty najlepszy na świecie... Otarłeś nasze łzy ręką miękką i miłosierną... Oddałeś nam serce, jasne, złote serce... Pocieszałeś nas, kiedy byliśmy smutni... Kocham cię jak ojca, ty dobry, ty złoty, ty samotny człowieku... Będę modliła się za ciebie, a póki mego życia, będę pamiętać o tobie... A gdybyś kiedy potrzebował pociechy, pomyśl tylko o mnie, o swojej ukochanej Irence, a ja przybiegnę... Żegnaj, żegnaj, wujaszku...
A nagle powiedziała szeptem:
— Wujaszku! Wujaszku! Co to! Taki stary i płacze...
On zaś rzekł nieswoim głosem:
— Ja się śmieję... Ale czemu ty beczysz?
Objął jej głowę i całował wiele, wiele razy.
— Dziecko moje — powtarzał — dziecko moje jedyne... Niech ci Bóg...
Więcej już nie mógł powiedzieć, bo chociaż szukał z ogromnym trudem, nie mógł znaleźć słów.
Przypisy:
1. padół (daw.) — tu: ziemie położone niżej od otaczającego je terenu. [przypis edytorski]
2. jeden z francuskich królów, który się narodził z czterema zębami — dwaj królowie francuscy urodzili się z tzw. zębami noworodkowymi: Ludwik XIV (1638–1715) i Ludwik XVI (1754–1793). [przypis edytorski]
3. berbeć (pot.) — małe dziecko. [przypis edytorski]
4. menażeria — tu: grupa rozmaitych dziwadeł. [przypis edytorski]
5. oścień (daw.) — zaostrzony kij do popędzania bydła; także widełki do połowu ryb. [przypis edytorski]
6. niedowarzony — tu: niedogotowany. [przypis edytorski]
7. Jan bez Ziemi (1166–1216) — król Anglii, brat m.in. Ryszarda Lwie Serce; w odróżnieniu od starszych braci nie odziedziczył żadnych posiadłości ziemskich. [przypis edytorski]
8. piędź — dawna miara długości. [przypis edytorski]
9. fanfaron (daw.) — pyszałek, zarozumialec. [przypis edytorski]
10. rwetes — hałas połączony z pośpiechem i bieganiną. [przypis edytorski]
11. klucznica — ochmistrzyni zarządzająca gospodarstwem domowym. [przypis edytorski]
12. czereda — gromada ludzi. [przypis edytorski]
13. rosochaty — mocno rozgałęziony. [przypis edytorski]
14. pędrak (żart.) — małe dziecko. [przypis edytorski]
15. basałyk — tu: psotne dziecko. [przypis edytorski]
16. ekonom — dawniej zarządca majątku ziemskiego. [przypis edytorski]
17. herszt — przywódca bandy. [przypis edytorski]
18. kopa (daw.) — 60 sztuk. [przypis edytorski]
19. przetak — duże sito. [przypis edytorski]
20. spieka (daw.) — spiekota, upał. [przypis edytorski]
21. brewiarz — zbiór modlitw. [przypis edytorski]
22. Rorate coeli a. Rorate caeli (łac.) — dosłownie „rosa nieba”, wstęp do mszy czwartej niedzieli Adwentu. [przypis edytorski]
23. snadnie (daw.) — łatwo, bez trudu. [przypis edytorski]
24. wietrznica (daw.) — lekkomyślna, płocha dziewczyna. [przypis edytorski]
25. karmazyn (daw.) — szlachcic, który miał prawo noszenia karmazynowego żupana. [przypis edytorski]
26. infantka — zwyczajowy tytuł dziewczynki z rodziny królewskiej w Hiszpanii i Portugalii. [przypis edytorski]
27. rynsztunek (daw.) — ekwipunek i uzbrojenie wojskowe. [przypis edytorski]
28. Kościuszko, Tadeusz (1746–1817) — polski inżynier wojskowy, Najwyższy Naczelnik Siły Zbrojnej Narodowej w czasie insurekcji kościuszkowskiej w 1794 r. [przypis edytorski]
29. Paganini, Niccolò (1782–1840) — włoski skrzypek i kompozytor. [przypis edytorski]
30. Suwałki — polskie miasto powiatowe w województwie podlaskim. [przypis edytorski]
31. Bielany — chodzi zapewne o Bielany Białostockie, obecnie poza granicami Polski. [przypis edytorski]
32. powała — drewniany strop. [przypis edytorski]
33. surma — instrument dęty używany dawniej w sygnalizacji wojskowej. [przypis edytorski]
34. laszy (daw.) — tu: polski. [przypis edytorski]
35. tuszyć (daw.) — oczekiwać, spodziewać się. [przypis edytorski]
36. szparko (daw.) — szybko. [przypis edytorski]
37. Hektor — w mitologii greckiej królewicz, bohater trojański zabity przez Achillesa. [przypis edytorski]
38. hoży (daw.) — zdrowy, urodziwy. [przypis edytorski]
39. sierdzisty (daw.) — zapalczywy, srogi, gniewny. [przypis edytorski]
40. święta Barbara a. Barbara z Nikomedii — legendarna męczennica chrześcijańska, święta Kościoła katolickiego i prawosławnego, patronka m.in. górników. [przypis edytorski]
41. nowenna — w liturgii katolickiej nabożeństwo rozłożone na dziewięć dni, tygodni lub lat. [przypis edytorski]
42. święta Apolonia a. Apolonia z Aleksandrii (zm. 249) — męczennica i święta Kościoła katolickiego, patronka dentystów. [przypis edytorski]
43. dragon — dawniej żołnierz lekkiej jazdy; potocznie także potężna, energiczna kobieta. [przypis edytorski]
44. dzierlatka (daw.) — młoda, wesoła kobieta. [przypis edytorski]
45. raźny — żywy, pełen energii. [przypis edytorski]
46. kajet (daw.) — zeszyt. [przypis edytorski]
47. Dawid przed Arką — Dawid (ok. 1040–970 p.n.e.), biblijny król Izraela, poeta i pieśniarz, ok. 1000 r. p.n.e. sprowadził do Jerozolimy Arkę Przymierza, przed którą miał według legendy tańczyć dla Boga. [przypis edytorski]
48. deputacja (daw.) — delegacja. [przypis edytorski]
49. flota (pot.) — tu: pieniądze. [przypis edytorski]
50. oćma (daw.) — mrok, ciemność. [przypis edytorski]
51. zatchnąć się (daw.) — udławić się, udusić się. [przypis edytorski]
52. derwisz — muzułmański żebrak wędrowny. [przypis edytorski]
53. chełpić się (daw.) — chwalić się. [przypis edytorski]
54. Amazonki — w mitologii greckiej plemię wojowniczych kobiet; miały one rzekomo usuwać dziewczętom pierś, bowiem przeszkadzała w używaniu łuku. [przypis edytorski]
55. szwargotać (pot.) — mówić w języku nieznanym lub nielubianym. [przypis edytorski]
56. gors — tu: dekolt sukienki. [przypis edytorski]
57. pies św. Bernarda a. bernardyn — rasa psa z grupy molosów, wyhodowana przez szwajcarskich mnichów; psy te często używane są w ratownictwie górskim. [przypis edytorski]
58. Achilles — w mitologii greckiej heros, bohater wojny trojańskiej, prawie nieśmiertelny (jego jedynym słabym punktem była właśnie pięta). [przypis edytorski]
59. kastaniety — drewniany instrument perkusyjny. [przypis edytorski]
60. Bezgrzeszne lata — książka Kornela Makuszyńskiego, wydana w 1925 r. [przypis edytorski]
61. wysługa (daw.) — służba. [przypis edytorski]
62. bachmat — koń używany dawniej w wojsku polskim i tatarskim. [przypis edytorski]
63. kmiotek (pogard.) — chłop, wieśniak. [przypis edytorski]
64. Cannes — francuska miejscowość i gmina w regionie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. [przypis edytorski]
65. przerwał, lecz róg trzymał — znany fragment z Pana Tadeusza, eposu autorstwa Adama Mickiewicza (1798–1855). [przypis edytorski]
66. Archipelag Polinezyjski a. Polinezja — wschodnia część Oceanii, położona w środkowej części Oceanu Spokojnego. [przypis edytorski]
67. triarii — ciężka piechota w wojsku rzymskim, ustawiana w szyku bojowym w trzecim rzędzie. [przypis edytorski]
68. wezyr — tytuł dostojnika państwowego w krajach muzułmańskich. [przypis edytorski]
69. konsyliarz (daw.) — tu: lekarz. [przypis edytorski]
70. gusła — obrzędy towarzyszące praktykom magicznym. [przypis edytorski]
71. Lwów — miasto ukraińskie, ośrodek administracyjny rejonu lwowskiego. [przypis edytorski]
72. finis, punctum (łac.) — koniec, kropka. [przypis edytorski]
73. mandryl — gatunek małpy; tu: złośliwie o człowieku. [przypis edytorski]
74. Bonaparte, Napoléon a. Napoleon I (1769–1821) — francuski mąż stanu, dowódca wojskowy i przywódca polityczny; cesarz Francuzów. [przypis edytorski]
75. odwar — wyciąg wodny z gotowanych roślin o właściwościach leczniczych. [przypis edytorski]
76. kresa (daw.) — tu: rondo kapelusza. [przypis edytorski]
77. soliter — tasiemiec, larwa pasożytująca w przewodzie pokarmowym. [przypis edytorski]
78. kabza (daw.) — woreczek na pieniądze. [przypis edytorski]
79. morowe powietrze (daw.) — dżuma. [przypis edytorski]
80. alteracja (daw.) — wzburzenie, niepokój. [przypis edytorski]
81. ołgać (pot.) — okłamać. [przypis edytorski]
82. Lot — bohater biblijny, bratanek patriarchy Abrahama; jego żona za nieposłuszeństwo wobec Boga została zamieniona w słup soli. [przypis edytorski]
83. walny — tu: zdecydowany, decydujący. [przypis edytorski]
84. łapserdak — nicpoń, łobuz; także człowiek nędznie ubrany. [przypis edytorski]
85. święty Antoni a Antoni Padewski (1191–1231) — portugalski teolog, franciszkanin, święty Kościoła katolickiego i doktor Kościoła. [przypis edytorski]
86. święty Jan a. Jan Chrzciciel (ok 6/2 p.n.e.– ok. 32) — żydowski pustelnik, prorok dla chrześcijan i muzułmanów, święty katolicki i prawosławny. [przypis edytorski]
87. baskijska czapeczka — rodzaj beretu, noszony pierwotnie przez Basków. [przypis edytorski]
88. jowialny (daw.) — pogodny, rubaszny. [przypis edytorski]
89. Zakopane — polskie miasto powiatowe w województwie małopolskim, położone u podnóża Tatr. [przypis edytorski]
90. konował (pogard.) — kiepski lekarz lub weterynarz. [przypis edytorski]
91. Zamek Królewski — barokowo-klasycystyczny zamek na warszawskiej starówce, dawniej siedziba królów. [przypis edytorski]
92. Łazienki a. Łazienki Królewskie — największy warszawski park, założony w XVIII wieku przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732–1798). [przypis edytorski]
93. notabene (z łac.) — na marginesie. [przypis edytorski]
94. incognito (łac.) — anonimowo, zatajając swą tożsamość. [przypis edytorski]
95. sielski — tu: wiejski, prowincjonalny. [przypis edytorski]
96. Kraków — polskie miasto, stolica województwa małopolskiego, jedna z historycznych stolic Polski. [przypis edytorski]
97. epistoła (daw.) — list. [przypis edytorski]
98. savoir-vivre (fr.) — zasady dobrego wychowania, etykieta; dosłownie: „umieć żyć”. [przypis edytorski]
99. Kuźnice — obecnie część Zakopanego, położona w Dolinie Bystrej. [przypis edytorski]
100. Dietrich, Marlena (1901–1992) — niemiecko-amerykańska aktorka i piosenkarka. [przypis edytorski]
101. Garbo, Greta (1905–1990) — właśc. Greta Lovisa Gustafsson, szwedzko-amerykańska aktorka filmowa i teatralna. [przypis edytorski]
102. prymus — tu: dawna maszynka do gotowania na naftę. [przypis edytorski]
103. despekt (daw.) — urażenie ambicji lub honoru. [przypis edytorski]
104. finis (łac.) — koniec. [przypis edytorski]
105. pisać na Berdyczów — Berdyczów jest miastem w obwodzie żytomierskim na Ukrainie; powiedzenie „pisać na Berdyczów” pochodzi z poematu Juliusza Słowackiego (1809–1849) pt. Beniowski i odnosi się do źle funkcjonującej poczty na kresach polskich, a obecnie oznacza „pisanie donikąd”. [przypis edytorski]
106. Aleksander III Macedoński a. Aleksander Wielki (356–323 p.n.e.) — król Macedonii z dynastii Argeadów w latach 336–323 p.n.e. Podczas podboju Anatolii, po przybyciu do miasta Gordion, Aleksander powinien był rozwiązać legendarny węzeł (by zgodnie z przepowiednią zostać panem całej Azji); jednak król po prostu przeciął go mieczem. [przypis edytorski]
107. koń huculski — rasa konia domowego, pochodząca od tarpana. [przypis edytorski]
108. kamasz (daw.) — sznurowany but z cholewką. [przypis edytorski]
109. starozakonny — wyznawca judaizmu, Żyd (w znaczeniu religijnym). [przypis edytorski]
110. perski proszek — organiczny związek chemiczny z grupy steroidów. [przypis edytorski]
111. fatygant (daw.) — mężczyzna zabiegający o względy kobiety. [przypis edytorski]