Psalm 3. O łasce

J. Andrzejewskiemu

Cóż mi, Panie, żem lepszy od cieni? W ich tłumie

ognia Twoich objawień rozróżnić nie umiem

od cieni, które we mnie i wśród których błądząc

jestem sercem ciemności i ciemności żądzą.

Kiedy przeze mnie wołasz, jakże ja ostaję,

kiedym jest sam dla siebie obiecanym krajem?

I cóż mi, żem szkatuła, w której nic już więcej

ponad głos w niej zamknięty i złoto uświęceń?

Ja nie okrętem Tobie, bo gdzie by mi unieść

Twój czas nienazywany, Twoje sny — zrozumieć.

Ja sam we śnie płaczący, skuty małym strachem,

przybity niebem znaków jak zwalonym dachem.

Ja sam w tym śnie rzucając ramionami w ciszę,

sam swoich dni nie umiem, swych ramion nie słyszę.

Przywróć mi, Panie, siłę zamyśleń skupionych,

gdzie mimo trwóg świadomość — ręce są jak dzwony

poważne, morzem brzmiące, a światem serdeczne,

co choć w nim, to ponad nim blaskiem — ostateczne

dn. 20. XII. 41 r.

[O miasto, miasto — Jeruzalem żalu...]

O miasto, miasto — Jeruzalem żalu,

gdzie wsparte o kolumny — każde drzewo krzyżem

nad cieniem mijającym jak cieniem koralu,

który jak płomień niewidzialny liże

stopy zwycięzców i tych, którzy leżąc

pod płytą blasku, w cień blasku nie wierzą.

Miasto niewiary. Czym ty jesteś stojąc

we wszystkich ziemiach, w ognisku i w boju,

czymże ty jesteś i co niesiesz w sobie,

że jesteś na człowieku jak wieniec na grobie

i rodzisz tylko bezgłowe kamienie

i sen, gdzie nie śniąc

nie odwalone jesteś gromów brzemię

i martwą pieśnią.

Sen, sen upiorów, gdzie na kwiatach leżą

ludzie ciosem znużenia padli przed wieczerzą,

ludzie u stołów pańskich siadający, którzy

szable splatają w dole, a kwiaty na górze.

Nic nie widzący, w nikogo wpatrzeni,

wielcy na krzywdę ludzką, mali na cierpienie.

Upadający — przez ciało chcąc stanąć

i żagwią5 wznieść pomniki, żagwią umaczaną

w ciałach tych, co nie wierząc — nie wiedzą i proszą

i których tylko potem anioły podnoszą

jak liść jesienny w baśni i prostując bożą

ręką — tak ukołyszą, aż w Bogu odtworzą.

A ci jak huragany wszczęte wianiem płaszcza

są, choć przez grozę, silni, gdzie armaty paszcza,

gdzie dłoni uderzenie, i tak są zwycięscy

w chwili zbrodni — na wieczność odtworzeni w klęsce.

O wielcy, których siłę nazywają słabość,

bo śpi w nich jak pomruki lawiny i czeka

na czas wiary, na znamię, na grom i człowieka,

na burzę planet, na rzeczy nazwanie.

A że z nich tworzą trumny, co w ziemi zwyciężą,

są zwani słabość, że nie ma oręża,

że nie ma na zwaliskach kwitnącego sioła,

że nie rozdepczą małych, bo światło anioła

jest nie przeciw małości, ale obok — znacząc:

wielkość — ciał przerastaniem, nie małych rozpaczą.

marzec 42 r.