XVIII
Albowiem owej nocy, w połowie drogi górami, na niemieckich wczoraj pozycjach, Mieczysław Płużański jest naprawdę ich rozmowom przytomny. Każdy unika wzmianki o nim, tak jak unika się dotknięcia miejsca, które boli, i każdy o nim coraz to napomknie, jak człowiek, którego coś boli, właśnie wciąż na to bolące natrafia. Jedne po drugich, jak opary z dolin po nocy, dźwigają się jakieś wspomnienia nic nieznaczące, polskie i te z przechodzenia granicy w październiku, gdy w kraju było już „po wszystkim”, i Budapeszt, i obóz nad Balatonem, i Bretania. Oto wzgórze La Touche214, gdzie w styczniu, lutym, marcu ćwiczyli najwięcej, oto łączka żywopłotami posiekana przy starych wiatrakach St. Gurval215, oto świetlica w baraku w Coëtquidan. Płużański w drelichach216, na drabinie maluje świeżym wapnem wielki napis przez ścianę z pieśni śpiewanej w marszu:
Marsz, marsz, Polonia,
Nasz dzielny narodzie.
Odpoczniemy po swej pracy
W ojczystej zagrodzie.217
Nic znowu takiego, słowa ot sobie, w miarę nadęte, trochę banalne, ale oto oni, wspominając, uświadamiają sobie, że ten, który te słowa malował na ścianie świetlicy, sam w ojczystej zagrodzie już nie odpocznie, a gdy się to pomyśli, tamta zwrotka pęcznieje w treść. Jak w górach podnosi się nowy opar, tak w coraz nowym wspomnieniu przybłąkuje się jakby duch, od ciała dopiero wyzwolony świeżo, może więc jeszcze nie taki daleki, duch towarzysza ich półrocznej drogi. Tak to się ongi wlokło, a tak teraz szybko dziwnie zeszło. Nie ma go. Był i nie ma. Nie ma i nie będzie więcej. Wszystko jeszcze będzie i być może, wszystko się jeszcze odmieni i przeinaczy, ale tamto się już dokonało. Nie ma. Wyrwa.
Wiadomość o stratach idzie szybko, szybciej niż każda inna. Padł Szeliski, padł Nowak, padł Trębaczkiewicz, padł ten mały Hubalt, padł Piukman. Podchorążówka coëtquidańska niejednym wykrwawiła się nazwiskiem. W dole, we mgłach od morza, Narwik bieleje wciąż, coraz bliższy, wciąż niemiecki. Może to zresztą ostatnie godziny. Ale czymże jest ten Narwik? Jednym fragmentem jednego z frontów. Drugorzędnego frontu. Co ten Narwik znaczy wobec Bodo, na południu Norwegii, co znaczy wobec Belgii i Holandii, które trzasły, Francji, w którą włamały się czołgi? Co z tymi towarzyszami, którzy poszli do 1. dywizji pod Sedan218, z tymi, którzy poszli do 2. w Wogezy? Co te dywizje, ostatni rekrut Rzeczypospolitej, znaczą w zmaganiach, gdzie dzień jeden korpusy całe zmiata bez śladu? Czy i oni bez śladu roztopią wysiłek pogrobowy państwa zgniecionego przez Wrzesień?
— Pójdziemy tak wszyscy — powiada Banaś — ale po nas kto przyjdzie?
*
— Najgorsze to to, że nic nie zmienimy i niceśmy nie zrobili — dodaje Stecki.
— Może...
— Nie, Andrzeju, próżno i darmo, powiedzmy sobie, że nic.
— To powiedz najpierw, coś ty, idąc tu, zmienić chciał?
— Tyle razy wam to mówiłem. Po co jeszcze? To samo, wciąż to samo? Czym była ta cała nasza armia we Francji wyrosła? Czymś zbudowanym z resztek tej w Polsce, której najlepsze siły poginęły w polu lub marnują się za drutami oflagów219 i w dalekich Starobielskach220 sowieckich. To, jeśli chodzi o jej wierzchy. Jeśli chodzi o jej dół, była to budowa z emigranckiego materiału, największej nędzy niegdyś, na obczyźnie dopiero odżyłej jako tako. Dwa odrębne polskie światy, które los w zabawce dziwnej wprzągł naraz do jednego wozu, którym kazał jedną pracę odrabiać. Czym byliśmy w tej armii? Otóż myśmy, że się tak wyrażę, stanowili w niej element całkiem inny. Zupełnie osobny. Przeszłością należeliśmy do tej samej warstwy społecznej, co oficerowie. Teraźniejszością my, a cenzusowcy przede wszystkim, staliśmy w masie żołnierzy. Nikt nas nie powołał dekretem prefekta, zarządzeniem mera i obwieszczeniem konsulatu. Przyszliśmy sami. Nikt nam nie mógł jednak powiedzieć, choćby zupełnie niesłusznie, żeśmy przyszli dlatego, że w Polsce czekał nas tylko obóz jeńców albo zesłanie do Turkiestanu221, a we Francji — płace i rangi. Były posterunkowy z Polski ma większy żołd od ciebie. To nasze szczęście. Jak oficerowie należeliśmy do tej Polski dawniej, która runęła, ale jak ci żołnierze z Francji chcieliśmy tworzyć naprawdę Polskę inną. Byliśmy karni, bo tego od nas wymagano, ale każdą porą skóry parowała z nas żołnierska nienawiść do drylu. Mój drogi, jest na tej emigracji dużo ludzi, których niczego nie nauczyły pioruny dziejowe Września. Ale my nie należymy do nich.
— Jakiś, słowem, nowy program?
— Nie. Żaden program. Żaden frazes. Mam ochotę walić po mordzie, gdy mi się znowu nagrywa stare płyty z frazesami wyborczo-wiecowymi o tym, że w tej przyszłej Polsce każdy będzie miał tyle, że na to, by te obietnice w połowie tylko spełnić, trzeba by najpierw złupić złoto Stanów, Anglii i Francji. Znowu „świat pracy”? Jeszcze ich mętna „sprawiedliwość społeczna”? Jeszcze dobra staruszka wszelkich demagogów, „reforma rolna”? Może jeszcze „ustrój socjalistyczny”? Ileż razy, mój drogi, jak zły liczman222, kręciła się w Polsce ta płyta wypożyczana sobie przez wszystkie kolejne rządy i przez wszystkie prawie stronnictwa? Powiedz to jeszcze żołnierzom. Poszukaj entuzjazmu!
— Więc co takiego?
— Odmiana, po prostu odmiana.
— Jaka znowu odmiana?
— Co musi przyjść przede wszystkim, co musi wszystko zacząć i poprzedzić, to prawdziwa odmiana w Polsce stosunku człowieka do człowieka. Zawsze chyba na świecie będzie ten, co rozkazuje, i ten, kto wykonywa. Będzie ten, co rządzi, i ten, co jest rządzony. W każdej armii są oficerowie i żołnierze, w każdym państwie jest władza i jest ten, co słucha. Ale chodzi o to przede wszystkim, żeby w owym stosunku nie przetrwała zachowana z dalekich czasów wyższość wyniosła, pańskość obojętna, władczość jakaś, sam nie wiem — jaka? Pańszczyźniana? Feudalna? Na pewno nad nie silniejsza! Gdzie indziej na świecie przełamywało ją chrześcijaństwo, ucząc, że ludzie są stworzeni na jednaki obraz i podobieństwo boże. Gdzie indziej pochód rewolucji francuskiej powiadał o równości i braterstwie wszystkich ludzi. Ale u nas: chrześcijaństwo rozlało się falą zbyt płytką, a demokracja świeciła pożyczonym blaskiem. Tamten stosunek władczy człowieka do człowieka przetrwał w Polsce brzuchatego szlachcica i kołnierzykowego inteligenta, z karbowego przeszedł na policjanta, z jaśnie pana na pana starostę. Mogłaby być Polska sowiecka i byłoby to samo. I widzisz, z tym stosunkiem, że ludzie są inni ode mnie, różni, mniejsi, z nim najsamprzód223 należy zrobić porządek.
Zamilkł na chwilę. Fiord daleko był tak jak wczorajszej nocy, cały w bladych, pajęczych mgłach.
*
— A wiesz — powiedział Andrzej — bardzo podobnie myślałem przed godziną...
Znowu uczyniło się milczenie, w którym znów stanął, jak zjawa milcząca, Płużański.
— Dobrze — powiedział Banaś — ale kto z nas to wszystko do Polski doniesie? Ilu naszych kosztował ten Narwik? Ile będzie kosztowało jakieś Bodo, Trondhjem224, Wogezy? Czy nie myślisz, że nastanie dzień, kiedy wykruszymy się po kolei? Zostanie kto? Te dwa światy sobie obce, pomiędzy które myśmy jedni wbili kliny pierwszych połączeń. Odpadniemy, jak klin odpada, znowu wszystko na te dwa światy dzieląc. Bo oni zostaną.
— A nawet jeśli nie wykruszymy się, cóż my znaczymy w tym wszystkim? Czy to my mamy jakąkolwiek rolę? Czy poza najsłabszym zasięgiem osobistym możemy tu co odmienić? Czy wszystko nie jest w ręku nie naszym i nigdy w naszym się nie znajdzie? Płużański, Szeliski, Nowak odeszli; my, którzyśmy jeszcze zostali, czy znaczymy co więcej niż wczoraj? Nie, Andrzeju. Czasami mi się zdaje, że jesteśmy tu właśnie elementem zbłąkanym niecelowo, który stara się łączyć, ale powiększa ferment, który chce naprawy, a przygotowuje — czy ja wiem? — rewolucję. Pamiętasz nas z Coëtquidan? Nie było broni, dali nam stare mundury, mieszkaliśmy w lodowatych barakach. Przybywali transportami ludzie wybiedzeni, wychudli od wędrówek karpackich, sponiewierani po jakichś obozach. Wiały mokre wiatry bretońskie, ale nawet w kałużach placu ćwiczeń odbijała się w niebo błękitna jakaś nadzieja. Bo to, co się rodziło, to miała być naprawdę nowa armia!
— Czemu dzisiaj myślisz inaczej niż my wszyscy? Masz zły dzień jaki? Czemu? Nowa armia to armia jak legiony, co szły w butach dziurawych, ale z zapałem niełatanym, jak armie rewolucji francuskiej, jak pijana swobodą armia sowiecka, ta z siedemnastego, nie z dwudziestego już roku, jak armia rewolucji hiszpańskiej, dwuletni stawiająca opór. Może niezupełnie doszkolona i nie zawsze maszerująca w krok; ale nie: właśnie doszkolona do nowych czasów, maszerująca w krok stulecia. Nowa armia, zalążek, zrąb najpierwszy nowej jak ona Polski, odmienionej, nim przyjdą jakieś programy, zoranej głęboko pod siew późniejszych już reform. Myśmy, z Coëtquidan, mogli być zaczynem drożdżowym owego nowego ciasta. Na nas, jak na fermencie kwaśnym, mógł uróść nowy bochen polskiego chleba. Urośnie? Urasta? Mogliśmy być komisarzami politycznymi tej armii. Niech cię czerwień tego słowa nie razi. Czyżbyś wolał praworządniejszą rolę feldfebla225?
— Nikt z nas, nawet gdyby chciał, nie zrobi feldfebli.
— Ze starszych, dojrzałych — może nie. Z młodszych? To się zobaczy! Ale oto, gdybyśmy byli feldfeblami, gdyby nam plecak nie pękał, już nie od marszałkowskich buław, ale po prostu od fasunku226 nowych myśli, o ileż bylibyśmy lepiej widziani, o ileż oceniani łaskawiej! Darmo, podchorążacki Don Kichocie! Tkwisz pomiędzy dwoma światami tej armii. W jeden z nich musisz zstąpić, wspólnoty z innym się wyrzec. Inaczej będziesz sam jak ten nasz biedny Mietek na tej skale, skąd go ściągnąć podobno nie mogli. Sam jak ci w Polsce nieliczni, którzy wahali się, wiecznie na rozdrożach pomiędzy wsią strajków rolnych a dożynkami reprezentacyjnymi w prezydenckiej Spale227...
— Gdzie tam twoja Spała w Norwegii? Zastanów się tylko! W Spale jest dziś kwatera pruskiego generała.
— Nie chodzi mi o Spałę, nie chodzi o to, co było. Chodzi o to, że, jak zły czar, złe zawsze w Polsce powraca. Zmienia szaty, zmienia nazwy, zmienia smutnych bohaterząt swego dramatu. Ale powraca. Ale to się nie zmienia. I oto naszym zadaniem, nawet ginąc, jest powiedzieć światu, że my właśnie giniemy po to, aby i to istotne, wciąż u nas w nowej zmartwychwstające postaci, nigdy nie zmartwychwstało więcej. Tylko kto to dosłyszy z owej pustki norweskiej? Kto nie wyinaczy? Och, widzę, jak jeszcze grób takiego Mietka umają swoimi frazesami i jego imieniem zasłaniać się będą! Kto w Polsce nie brał procentów ze śmierci na szubienicy Okrzei228, z żołnierskiej Lisa-Kuli229? Jesteśmy, będziemy wtedy, jak te martwe kamienie. Naprawdę kamienie. Jakże to jest — powinieneś to pamiętać przecie — w Słowackim: Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec...230?
— Kamienie na szaniec...
— Kamienie.
*
Daleki grzechot karabinów szedł zza Narwiku echem.
*
— Nie — przerwał milczenie Andrzej — nie mogę się z wami zgodzić ani na chwilę. Zgoda. Jest tak, jak mówicie. To pewne. Trzeba być ślepym, aby tego nie widzieć, lub trzeba łgać, aby temu zaprzeczyć. Ale tak, jak jest, być nie może, to także pewne. Światem idzie fala przemian, która zmiecie ostatnie smutne próby budowania tego, co będzie tak, jak budowano to, co runęło. Z gruzów zwalonego domu nie buduje się nowych gmachów. Jest nas mało, nie znaczymy dziś nic, padamy w pierwszych szeregach i to my, młodzi, szczerbimy się najpierwsi. To wszystko jest prawda. Ale wiatr, jaki wieje przez świat, wieje tylko w nasze żagle i najmisterniejsze manewrowanie łodzią wiatru w tamte żagle nie napędzi! Skończone. Można jeszcze na fali tej trwać, można jeszcze utrzymać się na niej czas jakiś. Ale żal mi tych, co takim łodziom swoje losy poruczą231. Pójdą z nimi razem na dno.
— O czym ty myślisz?
— O tym, że cokolwiek się stanie, my jedni w tej emigracji polskiej reprezentujemy nowy naprawdę świat. To, co my reprezentujemy, dojdzie może szybciej do głosu wszędzie indziej, a potem dopiero u nas. Może nawet zapłacimy grubo za to, że będziemy wlekli się w ogonie postępu, zamiast iść na przedzie. Ale i u nas to się jednak dokona, a dokona tak nieuchronnie, jak nieuchronnie musiał runąć świat Sławojów232 i Rydzów233. Popatrz na armie współczesne. Od armii się zaczyna to budowanie. Czy armia niemiecka jest jeszcze armią bezmyślnego pruskiego drylu? I tam się nauczyli dbać o żołnierza, starać, dostarczać mu tu na górę i konserwy, które nam teraz smakują, i sok żurawinowy, i suszone śliwki — co za troskliwości nie junkierskie! — ba, i gazetki polowe wydawane w Narwiku — poczytaj, żadna tam wazelina — i tam dryl bezmyślny pozostawiono czasom, które nie znały innych bodźców, daleko skuteczniejszych. Anglia, która armii nie miała, teraz ją tworzy; jak myślisz, czy to będzie armia od defilad gwardyjskich? Lotnictwo, ta najważniejsza armia, czy myślisz, że ona stoi dyscypliną tego samego typu, co dyscyplina Mikołajowskich234 sołdatów235? Nie, przenigdy. Jesteśmy jeszcze ostatnią na świecie armią, w której piechota maszeruje pieszo, tak samo jak we Wrześniu naszymi szarżami na czołgi niemieckie zamknęliśmy ostatecznie dzieje wszelkich husarii, ułanów, szwoleżerów, kirasjerów236 na świecie. Armie, jakie się tworzą w tej wojnie, to armie techniczne i armie ludowe. Ani w broni technicznej, ani w armii ludowej nie znajdziesz miejsca na pozostałości koszarowej przeszłości. I to o wszystkim przesądzi. Trzeba będzie znać maszynę, to znaczy mieć kwalifikacje nie szczebla czy rangi, ale określonej, fachowej wiedzy. Nie tej poświadczonej zdobytym kiedyś papierem, ale sprawdzanej co dzień. Trzeba będzie mówić językiem, czuć odruchami i myśleć myślami ludzi, których się prowadzi, i zrywać samemu sobie (na wyprzódki może) to wszystko, co dziś tak starannie wyróżnia, podobno podnosi, a naprawdę tylko dzieli. Potrafimy to my, jeśli zechcemy. Inni już tego nie potrafią.
— Ani nie zechcą.
— Ani nie mogą nawet zechcieć. Nawet nie mogą zechcieć. Można zmienić z łatwością swój formalny autorytet, jeśli się posiada autorytet istotny. Napoleon nie potrzebował buławy marszałkowskiej i chodził w najskromniejszym mundurze. Goethe był wielki bez tytułu ministra. Ci wszyscy, których autorytet nie jest tylko formalny, mogą oczywiście patrzyć się spokojnie w czasy idące ku nam w tempie naprawdę mniej ślimaczym niż ta cała wojna. Ale reszta? Ale inni? Sam wiesz.
*
„Musi być po północy, dobrze po północy — myślał Banaś — tak okropnie zimno!”.
Przy cekaemie strzelcy zabijali, jak dorożkarze w zimy warszawskie, ręce.
Właśnie rozprowadzała się zmiana.
*
— Więc mówisz — pytał Stecki — że nasz czas jeszcze nadejdzie? Ale nim się to stanie, co mamy robić? Mrzeć? Iść w śmierć z każdą walką w tym wojsku mniej liczni, naprawdę jak te kamienie przez Boga rzucane na szaniec?
— Jak te kamienie. Tak. Ale, zarazem, musimy się stawać w tej armii coraz liczniejsi.
— Jakże coraz liczniejsi? Przecież nie ma już znikąd dopływu?
— Dopływ musimy sobie znaleźć teraz w łonie tej właśnie armii. Jakże to było w Coëtquidan? W twojej kompanii, w mojej, w 11., w 4., w 7., wszędzie byli jednak wyrobieni już starsi i młodsi, których instynkt narodowy porwał bardziej niż jakieś przeświadczenie. Ci młodsi podciągali nas swoim młodym entuzjazmem. Myśmy im okrzepiali ten entuzjazm chłodem rozumowania, uporem dojrzałości, męskością doświadczenia. W tym wojsku masz taki nowy element — młodych cenzusowców z Polski, przed którymi zamknęła się wtedy podchorążówka. Potem masz młodych chłopców z Francji, masz innych z Polski. Co to wreszcie dziś znaczy: cenzusowiec, nie cenzusowiec! Głupie podziały! Chłopak rozgarnięty, myślący, ambitny — oto, z którym musisz pracować. Z tym trzeba gadać, zżyć się. Współmyśleć, do myślenia pobudzać. Jeśli nie ma w nim głodu, by stawać się czymś, to ten głód w nim obudzić, jeśli jest — podniecać, jeśli marnieje — cucić. Musisz przy sobie, za sobą, koło siebie czuć, że rośnie siła takich ludzi jak ty, jak my tutaj, jak ci, co przemyśleli Coëtquidan. Może nas nie być. Oni zostaną. Może nawet rozwiną się pełniej, pełny głód poczują, wszystkie sprawy uświadomią sobie wtedy, kiedy nas już nie będzie. My będziemy tylko posiewem, a nawet nie, tylko solą, jaka potrawie daje smak. Tylko drożdżami, które nie dają opaść chlebnemu ciastu.
— Ciągle ten chleb...
— Bo to jest takie najprostsze porównanie. Zmielone ziarno, które samo z siebie da pokarm niezdrowy i ciężki, a dopiero w połączeniu z zaczynem staje się głównym pożywieniem ludzkim. To ziarno samo przez się jest niczym. Nikogo nie nakarmi, sił nie doda. Dopiero złączone z tamtym staje się wartością. Z mąki i drożdży dopiero powstaje chleb. Ta wojna wymieszała mąkę powszechnych ofiar i drożdże, myśl samotnych bez niej ludzi. W ogniu bojowym piecze przyszły chleb.
*
— Kto z nas jeść go będzie?
— Z nas tu, może żaden. Może ani ty, ani ja, ani nikt. Nie będzie go jadł Wolski, nie będzie go jadł Płużański, który świadomie, wiedząc, o co i za co, wyboru dokonał. Ale możemy być albo jak natarcie, które zdobędzie to, co zdobyć miało, albo jak natarcie, które złamie się w pół drogi. Musimy więc iść naprawdę, jak jesteśmy. Na kogo kolej, komu pisane. Po kolei...
— Jak te kamienie na szaniec?
— Właśnie, jak te kamienie. Nie. Nie jesteśmy pierwszymi kamieniami polskimi, jakie na ten szaniec padają rzucane naprawdę przez Boga. Nieszczęsne kamienie! To kamieniami parobczaki polskie obalały gdzieś pod Krzeszowicami237 motocyklistów niemieckich, albowiem zwalając naszą obronę na opór bezdroży i błot polskich nie mieliśmy oręża przeciw czołgom! Biedne, polskie kamienie. Otóż naprawdę musimy być jak te kamienie polskiego poety rzucane na ów szaniec, musimy być jak te kamienie parobczaków krakowskich podejmowane z każdego polskiego pola, z lada gościńca238. Ci, co w kraju giną, spiskują, wydają potajemne pisma, przygotowują Dzień, to także takie kamienie, które Bóg polskich przeznaczeń na szaniec dziejowy ciska. Jeżeli kto w tej całej tu armii, to my jedni możemy i musimy mieć w sobie taką świadomość. Każdy z nas właśnie musi wziąć na siebie los Szeliskiego i Płużańskiego, chcieć być, gdy jego czas przyjdzie, kamieniem rzuconym na szaniec. I tylko te kamienie musimy wokół siebie mnożyć. To proste. To smutne. To wszystko.
— Nie — powiada Banaś — to nie jest smutne nawet. Tylko ten Narwik, Narwik... Takie tu wszystko okropnie obce...
Otrząsają się z nim razem. Z zimna? Z obcości?
— Narwik, Romku? Narwik, dziecko, ma swoje miejsce w tym przyszłym świecie narodów tak samo jak twój Lwów. Może kiedyś na Łyczakowskim cmentarzu239 będą norweskie groby żołnierskie, jak tu są polskie...
Banaś otrząsa się wciąż jeszcze.
— A jednak, jeśli gdzie mnie mają zakopać, to nie tu. Tak jakby zimno strasznie. Tak pusto. Tak obco.
— Oni nas także mieli za kraj daleki i naród obcy i dla nich nasze losy były obcymi losami. A teraz w Europie nie ma losów naszych i ich, tylko są losy nasze. Wszystkich te same. A my musimy być w Narwiku i w Wogezach, w Syrii nawet i w Palestynie, jak krzyżowcy, aby kiedyś oni wszyscy stanęli nam pomóc.
— Powiedz sam, czy chciałbyś tu jednak zostać?
— Co za pytanie, skąd?
— A widzisz. Tu tak inaczej.
Zimno zachodziło coraz większe i właśnie w tym zimnie, w mleczności mgławej i uśpieniu obcość widoku, jaki rozłożył się od nich ku fiordom, stawała się jeszcze przeraźliwsza. Andrzej otrząsnął się także. Poczuł takie zmęczenie jak u schyłku nocy przebytej na czuwaniu u czyichś zwłok.
— Ja się jednak prześpię — powiedział — jakby co, zbudźcie zaraz.