XX

Pogrzeb był wyznaczony wcześnie, toteż szli spiesznie po drodze haakvickiej pełnej wyboi, błota i kałuż. Nie rozpogodziło się wcale od zdobycia Narwiku. Deszcze nadciągały na przemian z zimnem, zimno z chmurami i mgłą. Zboczyli w lewo dróżką cmentarną, tą samą, którą kilka dni temu jeszcze, owej nocy pamiętnej, Andrzej wiózł na wieczny spoczynek zwłoki tamtego strzelca. Z daleka już zobaczyli — bo drzewa na cmentarzu były jeszcze młode i niskie i było ich niewiele — kompanię honorową, ustawioną na skraju cmentarza, tam właśnie, gdzie już pierwsze żołnierskie groby czekały na dalsze. Weszli, gdy nabożeństwo było dobrze rozpoczęte. Oglądano się na nich. Po lewej stronie stał szary tłum żołnierski. Po prawej, między świerkami, znalazło się niespodziewanie dużo Norwegów, starych, młodych, dzieci. Stecki odnalazł i rozpoznał Karin. Ona ich też dostrzegła. Tuż przed nią, jak ostrów osobny, wyrastała grupa kilkunastu postaci, wysokich, zmartwiałych w postawie, niemal jak posągi kamienne. Mimo całej skromności polowej, jej oficerska odrębność promieniowała w tym dniu szarym i słotnym jak blask zimny i ostry. Na czele, wysunięty o półtora kroku, stał generał, wysoki, piękny mężczyzna, noszący się z godnością niemal hetmańską. Podhalańska mundurowa peleryna na pewno nie leżała na jego barkach jak pokutna opończa277 krzyżowca, ale rozpinała się jak delia278 wielkopańska; beret bury, połyskujący jak klejnotem sutym srebrem generalskiego wężyka, przybierał prawie kształty kołpaka279. Generał stał z podniesioną wysoko głową, z pogodnym czołem zwycięzcy, czołem defilad, czołem parad. Z miejsca, z którego patrzyli, głowa ta rysowała się na tle białym i surowym drewnianych tarcic280, przerywanych w niewielkich odstępach przez miejsca ciemniejsze, jak białe klawisze fortepianu przerywa rząd czarnych. Było to kilkadziesiąt trumien. Osobno nieco stały dwie oficerskie, odznaczone zielenią wieńców. Reszta zamarła w dwuszeregu białym, znieruchomiałym, na wprost żołnierzy, Norwegów, oficerów, generała. Generał w pewnej chwili zszedł ze swego miejsca, pochylił się, wyciągnął nieco ręce jakby przed siebie. Widać było, że popatrzył raz i drugi na trumny, cofnął się o krok, znowu postąpił naprzód, znowu ustąpił nieco w prawo. W nieruchomości ogólnej każdy ruch generalski nie uszedłby uwagi, cóż dopiero tak zagadkowe. Przez chwilę ani Stecki, ani Banaś, ani żaden z ich towarzyszy nie mógł zorientować się, o co chodzi. Generał obrócony był do nich plecami. Ale po chwili odwrócił się jeszcze i z boku. Wtedy zaraz zrozumieli sens tylu zawiłych czynności. Oto generał miał przed sobą niewielki aparacik fotograficzny, istne cacko precyzji, prawdziwą satysfakcję każdego amatora tej przyjemnej sztuki. Niestety, w ponurości dnia było wielkie niebezpieczeństwo, że zdjęcia wyjdą niedoświetlone czy nie dosyć ostre. Stąd właśnie tyle uwagi i zachodu pochłaniało przed chwilą generałowi fotografowanie pogrzebu jego żołnierzy.

„Byle prędzej, byle skończyć z tym wszystkim” — powtarzać sobie począł Tadeusz Stecki.

„Niech raz z tym będzie już koniec, naprawdę koniec” — milczał, blady tak samo, Banaś.

Obaj, i nie tylko oni, spojrzeli z uczuciem rozpaczy, gdy naraz ksiądz w komży odwrócił się do ludu. Był to ten sam niski, nieśmiały kapelan, którego pamiętali z pierwszej nocy marszu, ten sam, który grzebał tu z Andrzejem Czeczelem zabitego na pozycji strzelca. Nie, nie mieli nic przeciwko niemu, ale chcieli skończyć z tym wszystkim. Chcieli, by tych zmarłych oddać wreszcie w straż ciszy wiejskiego, norweskiego cmentarza. Im pokój, sobie pokój.

Tymczasem ksiądz, stanąwszy za tymi trumnami, jakby barykadą przegrodzony przed zebranymi na cmentarzu, począł mówić głosem, w którym miękki akcent wileński wplatał niespodziewaną tu nutę:

— Ziemi norweskiej, ziemi obcej oddajemy oto szczątki kilkudziesięciu naszych towarzyszy doli i niedoli żołnierskiej, których śmierć okupiła pierwsze w tej wojnie, od bojów nad Wereszczycą, zwycięstwo, których śmierci zawdzięczamy Narwik. Zamilkli oto przed nami aż po dzień Sądu Bożego, a przecież tym milczeniem się skarżą, tym milczeniem najstraszliwiej się żalą.

— „Oto ja — powiada jeden — byłem robotnikiem we Francji, kułem węgiel. Poczęło mi się dziać lepiej, miałem rodzinę, dzieci małe. Polska nie dała mi nic, nawet pracy, której szukać musiałem u obcych. I teraz leżę w ziemi dalekiej, pozostawiając swoich na losy niedobre, albowiem za tę Polskę przyszło mi walczyć”.

— Dlaczego?

— „Oto ja — odzywa się drugi — chłopiec szesnastoletni z Polski, biłem się w Warszawie i Lwowie, i Grodnie, przeszedłem granice górskie i leśne, tułałem się w obozach najgorszych. Życie stało przede mną jak owo morze olbrzymie, a nie znałem go, mogłem stać się czymś w narodzie moim, a nie stanę się. Jeśli były błędy, nie ja byłem im winien, a ja je teraz odkupiam”.

— Dlaczego?

— I wstaje trzeci, i powiada: „Oto byłem rzemieślnikiem, miałem warsztat czy sklep, czy pracę i rzuciłem wszystko, i pozostawiłem swoich. Mogłem być potrzebny, a się nie stałem, pracowałem pożytecznie, a nie będę. Dawałem państwu mojemu wszystko, czego ode mnie żądało. Byłem ofiarny na obronę narodową, dzieciom własnym odejmowałem. Dawałem z ufnością, że ani grosz uroniony nie będzie. A Wrzesień był mi obuchem. A teraz, żem ufał bez granic, dawał, ale na los dawanego nie patrzał, otom legł na ziemi nie mojej”.

— Dlaczego?

— I wstaje czwarty, i piąty, i setny. I ten, co swą służbę zagraniczną krajowi, niełatwą, kwalifikacji niemałych wymagającą, rzucił, karabin wziął i jako strzelec prosty tu legł. I artysta, który miał talent, jakiego Bóg nie każdemu udziela, i technik, który mógł w przyszłej Polsce odbudowywać zniszczenie, i pisarz, który posiadał ten dar, że myśli, w innych drzemiące głęboko, za innych, za naród cały, wypowiadać umiał. I wszyscy oni wychodzą oto ku nam z tym samym pytaniem: dlaczego? A my im, w tej rozmowie ostatniej, winniśmy na nie odpowiedzieć.

Tłum po lewej stronie pochylił się jakby z zasłuchania. Przeszedł go dreszcz wielki ludowych zebrań. Po prawej niewielki ostrów kilkunastu osób stężał w oczekiwaniu pełnym baczności.

A ksiądz, jakby nie widział ani tych, ani tamtych, powiadał dalej:

— Jakąż im dasz odpowiedź, czym ukoisz niepokój ostatni, czym żal do grobu zabrany uciszysz? Może powiesz im, że powstanie znowu dzięki ich ofierze szczodrej Polska, jaka była, Polska sprzed Września, w której pracy nie znalazł ten pierwszy, w której tamten drugi, chłopię nieletnie, walczyć musiał naraz samotnie i bezorężnie, Polska, która grosza ofiarnego tych mas obywateli nie umiała przekuć na czołgi, a umiała go udostojnić w reprezentacyjnym splendorze limuzyn? Mała Polska rządzących i wielka Polska rządzonych, olbrzymia Polska pokornych i nieliczna włodarzy? Może powiesz im tutaj, że ich trud nie był daremny, bo to wszystko dzięki nim wróci z powrotem, może powiesz, że dzięki ich śmierci laur narwicki spędzi pył zaleszczyckiej szosy281, jak go już próbowano spędzić czernią spalonej Warszawy, że wybieli, że oczyści, że w zapomnienie i w niepamięć puści? Może powiesz, że z ich grobów narodzi się w Polsce nowa legenda, jak urodziła się ćwierć wieku temu z grobów leguńskich282 Małej Uliny283, Łowczówka284, Anielina285, że w imię tej legendy, pieczętującej swoją nobilitację krwawym lakiem286 ich ran, będzie się w tej Polsce przyszłej rządziło, jak się rządziło w tamtej, że i w ich imieniu będzie się jeszcze kiedyś przydzielało i obdzielało, obdarzało i nagradzało? A może uspokoicie ich jeszcze i wieścią radosną, że ich trud ofiarny już przekuwa się na złoto awansów, na iskierki odznaczeń, na jedwab i srebro orderów, że obradza nowymi szczeblami pięcia się ku górze?

*

Pytania zapadały w ciszę jak ziarno myśli, a jeszcze jak kamienie, twarde kamienie oskarżeń. Uderzały w czoła od spojrzeń pojaśniałych jakby i w czoła przyobleczonych w ponurość.

*

— Sam widzisz, bracie-żołnierzu, którego los może być już jutro losowi tych oto podobny, że każda taka odpowiedź byłaby dla nich batem rozpaczy, cynicznym świętokradztwem ich śmierci. Cóż masz jednak odpowiedzieć tym towarzyszom, którzy na twoją odpowiedź oczekują, którzy bez niej nie zaznają spokoju? To umarli. Ale jeśli żywi, jeśli tysiące, miliony żywych tu i w Polsce czekają tej odpowiedzi, jakżeż możesz z nią zwlekać, jakżeż możesz jej nie dać?

— Tym, co umarli, tym, co umierają i na śmierć idą, powiesz i musisz powiedzieć, że śmierć ich zmarnowana nie będzie. W nowej armii nie będziesz nigdy mięsem żołnierskim szafowanym bez uwagi i bez pamięci, a jedynie elementem najcenniejszym, poświęcanym celowo, potrzebnie, mądrze. Musisz im wdrożyć, nie słowami, ale wymową czynów, tę pewność niewzruszoną, że z ich wysiłku i męki nie Polska dawna się odradza, żywot swój przedłuża, na świat powraca, ale że oto powstaje i rodzi się Polska nowa, w której będzie miejsce dla każdego i praca dla każdego, i dla każdego, za jego pracę, szacunek. Możesz, możesz im powiedzieć wtedy śmiało, że ową Polskę, nawet po jej wskrzeszeniu, czekają dziesięciolecia najcięższych wysiłków, że od ust sobie będziemy odejmowali, by jej dać siłę, zaciskać pasa jak chłop małorolny na przednówku287, że ci, co wyżyją, nie wyżyją na żadne życie łatwe. Ale musisz im powiedzieć, i mało powiedzieć — poprzysiąc, że oto rozpoczęła się nie tylko walka o niepodległość Polski, ale jeszcze i budowanie nowej i innej Polski, tej, o której marzyli oni wszyscy, tej, za którą nawet jeszcze we mgle śmierci daremnie wytężali wzrok. Co krok musicie wszystko przemieniać, cały stosunek człowieka do człowieka, wodza do żołnierza, żołnierza do wodza. Co dzień musi być bardziej inaczej. Co dzień musi być bliżej. Albowiem, to wam powiadam, największe ofiary można ponieść, największe znieść można męki, jeśli istnieje cel naprawdę porywający, wielki, realny, powszechny, jeśli w jego spełnieniu będziemy żyli nawet wtedy, gdy sami pójdziemy zań w grób.

— To właśnie, na okrętach odchodząc po owym boju tutaj ukończonym, ślubować owym musicie. Za wami, którzy jesteście przy życiu, pozostała ich śmierć. Ona stanowić będzie siłę moralną, wciąż rosnącą siłę waszą w walce właśnie o taką, nową, naprawdę nową Polskę, do której droga wiodła przez ten wasz Narwik. Na tę ich ofiarę śmierci będziecie powoływali się w sporze, opierali się w walce. Nie wolno wam dopuścić, aby stała się ona cokołem czyjejś osobistej sławy, pokryciem dla błędów przeszłości, zręcznym wybiegiem, kapitałem karierowych zysków. Jeślibyście na to, przez waszą nieszczęsną polską miękkość, pozwolić mieli, to jeszcze tym kiedyś pokarani będziecie, że ujrzycie syzyfową daremność waszej walki, ujrzycie, jak wszystko ku staremu z powrotem wróci! A jeśli któryś z was tutaj sam ślubowaniu swemu się sprzeniewierzy, sam z owej legendy postaw sukna sobie czy innemu wykrawać będzie, będzie obkadzał, zamydlał, właszał się, wsługiwał, niech sobie to wtedy przypomni, że jest ów pod Narwikiem cmentarz. Niech nie ma wtedy złudzeń najmniejszych. Niech mu zaciąży całe brzemię niezmierne jego podłości. Bo zaprawdę gorszy jest taki od handlarzy broni, gorszy od paskarzy wojennych, gorszy od najgorszego z ludzkich szakali.

Deszcz drobny, wiosenny, począł padać z nieba, które obniżyło się chmurami, opadając na cmentarz, na żołnierzy, na generała, na trumny, na księdza.

*

„Któż to kiedyś z taką siłą tak karcił kiedyś i przestrzegał?” — męczyły się historyczne wspomnienia Steckiego. Kto tak kazał Rzeczypospolitej? Jakiś obraz jest taki; król sposępniały w czarnym stroju szwedzkim, kobiety rozmodlone od zgrozy, ostrów panów pysznych i butnych, osowiałych wypomnieniami kaznodziei.

*

A ksiądz tymczasem kończył:

— To wam jednakże powiem, że już się w świecie ma ku końcowi ów czas niedawny, kiedy z trupów żołnierskich dziergała się legenda jak płaszcz suty na ramiona władcze. Przesila się w naszych oczach ów czas niedaleki, kiedy szła ona krok w krok, jak zniewolona i poddana, za pawimi piórami pysznych szyszaków288, za akselbantami289 kraśnych mundurów. Tego już nie będzie w świecie, w który idziemy każdym dniem owej wojny. To się już nie odstanie. I dlatego, odchodząc, to jeszcze możemy powiedzieć imieniem szarej wiary żołnierskiej tym, których tu spać położym, że oto przy nich zostanie, a nie z nami odpłynie, legenda. Nowa, inna legenda. Kiedy nas tu nie będzie, ona z tej ziemi wydobędzie najbardziej poszarpane zwłoki i przywróci ich całość. Jak matka rany najgorsze obmyje, jak siostra je scałuje z krwi. Osobliwa legenda! Pominie ona, nazwiska zapomni butnych, nagrodzonych, możnych. Ukocha ona tych właśnie, co byli najmniej szumni, a najbardziej ofiarni, tych, co byli najbardziej szarzy i najwięcej z siebie dali. Ciebie, mały harcerzu, coś o sławie Orląt Lwowskich290 marzył kiedyś, przyjmie ona w ich poczet. Ciebie, coś z kancelarii dyplomatycznych świata po karabin żołnierski bieżał, ponad wszystkie ambasadory wyniesie. Tobie, coś rzucił pędzle malarskie czy dłuto rzeźbiarza, czy pióro pisarskie — da ona właśnie laur sławy najtrwalszej, najbłękitniejszy promień legendy. Ona najzasłużeniej udzieli swych awansów i najsurowiej degradacje wymierzy. Ona nieomylnie zasługi oceni i bezzawodnie przypnie wstęgi swych odznaczeń. A wy wszyscy, by tak się stało, macie z sił swoich, mocy, talentu, słowa służyć owej legendzie i dać w świecie i Polsce świadectwo jej prawdzie, albowiem jeśli jakiej legendzie, to takiej tylko służyć talentom warto. I za tych, których w straż oddajemy ziemi norweskiej i sławie polskiej, zmówmy teraz, bracia moi, wieczne odpoczywanie.

Tłum osunął się na kolana jak na komendę. Stecki miał głowę w dłoniach, jak wówczas, gdy z gór zniesiono na noszach Andrzeja Czeczela. Przez chwilę nie słyszał nic ani myślał. Aż Banaś go trącił. Kilkunastu ludzi wielkimi łopatami, ruchem szybkim, śpiesznym, zwalało szeleszczące masy piasku, płowego, morskiego piasku, w dół, który rozwarł się trumnom. Nie był to gruchot grud ziemi sypiących się żałobnie jak na naszych wiejskich pogrzebach, tylko łoskot jeden po drugim, suchy, jak uderzenia twarde. Raz jeszcze uprzytomnili sobie całą norweską obcość. „On tak nie chciał tu lec” — pomyślał Banaś.

Ale w chwili kiedy łoskot piasku lecącego zwałami na wieka ustał, żołnierze poklękali po raz drugi, znowuż jak chłopi klękają od wieków na wszystkich cmentarzach polskich. I głosem nie żołnierskim, ale chłopskim, wychodzącym z głębi piersi rozrosłych, grubym, odzewnym, powtarzali miarowo, nieśpieszący:

— Ojcze nasz, któryś jest w niebie... święć się imię Twoje... przyjdź królestwo Twoje... bądź wola Twoja... jako w niebie... tak i na ziemi...

Aż do złudzenia powiało naraz krajem, zapachło lipą i macierzanką, i ziemią dymiącą oraninami291, tłustą, nie taką. Aż rozwiało się to wtedy dopiero, gdy wstali i poczęli wychodzić ku drodze haakvickiej, błotnej. Spieszyli się, bo tego właśnie dnia zaczynali ładować się na statki.

Tadeusz i Roman wychodzili jedni z ostatnich. Wychodząc, już z drożyny obejrzeli się raz jeszcze, a obejrzawszy się i przystanąwszy, doznali jakby bladego uczucia ulgi. Przy grobie żołnierskim, na pustym już cmentarzu, stała tylko jedna jedyna postać wysokiej, jasnowłosej dziewczyny pochylonej nad polskim grobem. Ubrana była prawie pospolicie, tak jak tu wszyscy, niemal aż biednie. Ale na tym cmentarzu, pod murami niskimi, wyglądała jak płaczka292 z baśni słowiańskich lub skandynawskich sag293, biorąca w swe posiadanie mogiły poległych wojów, padłych w boju dalekim Wikingów.