Jeruzalem chrześcijańskie

Podziemia każdego starego domu w tym mieście pustynnych, suchych gór, wypełnia drążona w skale cysterna; miesiącami całymi zawiewa z niej do pokoi dolnych pięter niezdrowy, wilgotny chłód. Ale tak musi być: gdy niespodzianie, ku żywiołowej radości ulicy spada skąpy, krótki deszcz, wtedy z płaskiego dachu kamiennymi rynnami przez ściany spływa woda do cysterny. Jej pusta, głęboka czeluść wypełnia się; jest obliczona nawet na całe burze i urwania chmur. Miasto w wodę ubogie stworzyło sobie w podziemiach zbiorniki zdolne pomieścić całe rzeki.

Coś podobnego jest z pielgrzymami. Jeruzalem jest małe, jest ubogie nie tylko w wodę, ale ubogie w domy, w ludność. Za to wie, że co roku olbrzymi prąd wyrzuci tu dziesiątki i dziesiątki tysięcy ludzi. Jak te cysterny w skale, tak ponad skałą wystawiono całe gmachy hospicjów90, hoteli, przytułków, palace’ów, nor. Wystawiali je ludzie pobożni i zwykli spekulanci, katolicy i ewangelicy, kraje i zakony, muzułmanie i żydzi. Pod wielkim King’s David Hotelem stoi od wczoraj srebrno-błękitna hispano-suiza91, która nosi tarczę z godłami Andegawenów i Stuartów, i Burbonów, i Kastylii, i Aragonu, godłami, jakie się pamięta ze sztandarów w muzeach, ze zworników spinających żebrowania komnat średniowiecznych; zmęczony człowiek, który nią przyjechał, jest dziedzicem dawno przekreślonych praw do dawno przekreślonego w zjednoczonych Włoszech królestwa... Ale pod Górą Oliwną nie stoi nawet ford. Pod Górą Oliwną, pod białym wysokim murem prawosławnego klasztoru, koczują ludzie, dla których za drogi jest nie tylko King’s David Hotel, ale i najtańsze z drogich hospicjów, lub dla których nie było miejsca w Świętym Mieście. Przyjechali tu z myślą, że przecież jakoś będzie, albo raczej bez myśli o tym, gdzie się podzieją i jak. Tylko że Jeruzalem znajduje się obecnie w „fali zimna”, która nie tylko napełnia wodą stare cysterny podziemne, ale ludzi śpiących u stoku góry ziębi wiatrem zimnym i deszczem. Nie ma chyba nic tak dojmująco chłodnego jak chłód nocy na tym jednym ogromnym głazie Góry. Ludzie ci leżą jedni przy drugich, jedni przy drugich — bliżej siebie niż te białe kamienie nagrobków cmentarza, który niżej nieco schodzi tarasami w ową biblijną Dolinę Jozafata. Może, gdy spać im nie da zimna rosa nocy, myślą o innej nocy, o pocie zimnym i krwawym, który zraszał czyjeś skronie w ogrojcu, u szczytów Góry Oliwnej, w on czas...

Pokazują nam wąską, wspinającą się mozolnie ku górze uliczkę w starym mieście: uliczka jest cała w schodach i opuszczeniu kamiennych, bezokiennych niemal ścian. Jakby ją chciały zdusić, zdławić stare arabskie nory. Pokazują nam tę uliczkę i mówią: via Dolorosa. I przestaje to być jedna z tysięcy ulic w tym niespotykanym chyba w całym świecie labiryncie. A potem odnajdujemy wszystko: graniczy z arabskim gwarnym bazarem kaplica franciszkańska, gdzie krzyż Cyrenajczykowi nieść kazano... Białe ma dziedzińce, białe i zieleni mirtów pełne, dom-kościół, stawiany w miejscu Piłatowego wyroku. Ślad przemierzany za śladem. Ślad każdy jest kościołem, ołtarzem. Rozparły one sobą, jak wielkie silne pędy, skłębiony porost brudnych domów arabskiej Jerozolimy, która zabudowała do ostatniego miejsca łysą skałę Golgoty. Błądzi się tu dalej, odnajdując nowe, znane rzeczy, nowe, poznawane ślady. Aż potem jest dziedziniec, dziedziniec niewielki, coś jak ten przed naszą wileńską św. Anną, który ją dzieli od ulicy. Ale w tym zbitym, zwartym mieście robi wrażenie rozrzutnie szerokiego placu. Dziedziniec dwoma długimi stopniami schodzi nieco w dół; jest wielka ciężka budowa z wejściem o łuku romańskim. I wtedy mówią: to tu. Ale ty już wiesz. A jeszcze powtarzają: w tym kościele jest miejsce stracenia i tu jest także Grób. Mówią. Jest się tu po raz pierwszy w życiu, a przecież żachnie się w duszy: po co to mówią. Przecież wiem, że to — tu.

Tymi wszystkimi stacjami Męki, którym zarosnąć gettem arabskim nie dano, idzie już teraz, nim będą tłumy, procesja za procesją, ludzie po ludziach. Idą po prostu wszyscy ludzie, jacy są: wszystkie narody, wszystkie wieki, wszystkie klasy. I wszystkie wyznania: spotkałem Niemców, luteran, szukających za zagubionymi w jakimś zaułku rodakami z jednej i tej samej wycieczki, oczywiście jej nie odnaleźli, aż w hospicjum. Ale oto nadeszła wycieczka francuska czy belgijska z katolickim francuskim księdzem. Poszli za nią. Słuchali pilniej niż inni trudno zrozumiałych dla nich słów obcej mowy. Na Miejscach Świętych powtarzali słowa obcej modlitwy. Robiąc to myśleli pewno, że są jedyni, pierwsi. Ale tu tak jest zawsze i od dawna.

Podróż do Jeruzalem jest droga, bardzo droga. Ubodzy, którzy tu są, to tylko ludzie z najbliższych już stron. Ci z dalekich — poza tymi, co jeszcze są spodziewani — to przeważnie ludzie średniozamożni, zamożni. Jest to aż uderzające, jak wielu się tu widzi myślących, uderzających właśnie tym swoim wyrazem twarzy. Tu idzie pewna elita całych społeczeństw.

Gdzieś przypomina mi się zwrot: „żywa wiara ludu”. To powstało, ukuło się w czasach, gdy słabej, zanikającej, zanikłej wierze religijnej „klas wyższych” przeciwstawiano silną wiarę chłopa. To powstało i ukuło się — ale to już się przeżywa. Przynajmniej w krajach, skąd przyszli ci pielgrzymi. Bo wszystko to są ludzie, którzy wrócili. Oni wszyscy i każdy z nich przekreślają tamto dawne, wczorajsze, zwietrzałe w okresie jednego pokolenia ludzkiego przeciwstawienie. Są pierwszą kadrową kolumną pokolenia, które owo przeciwstawienie przesunie z płaszczyzny życia — w długi rejestr ominiętych przez nawę Piotrową mielizn.

Nie ma takiej świątyni, wielkiej, sławnej świątyni w Europie, której wspomnienie nie łączyłoby się ze wspomnieniem rozszwendanych, rozwielmożnionych, bezceremonialnych gapiów z lornetkami do „przecedzania”, z kodakami do „przetrzymywania wrażeń”. W Jerozolimie są tłumy ludzi. W każdym z kościołów i Miejsc Świętych stoją niemal ogonki, jak w Rosji po chleb. I nie ma, nie ma „turystów”. To prawie dziwi, bo przecież to wszystko aż się prosi o kolekcjonera wrażeń. To wygląda jakby może, z uwagi na nastrój nabożny pielgrzymów, Wysoki Komisarz albo inna władza palestyńska zakazała zwykłym turystom odwiedzać te miejsca. I to jest zupełnie zrozumiałe. Ci ludzie, ci wszyscy ludzie przeżywają. Tu zmieniło się wszystko. Trzeba by przebić kilka może metrów bruku, bruku narosłego jak skorupa, jak rdza i śniedź, żeby dotknąć ręką skały sprzed tysiąca dziewięciuset lat. Musiano by ogniem huraganowym armat walić w to miejsce, by znieść to, co wybudowano na Górze Stracenia przez tych wieków dziewiętnaście. Ale oto przyszły tu tysiące ludzi, którzy bez kilofów i armat na nowo odsłonili zabudowaną Golgotę. Dla tych ludzi tamtego wszystkiego nie ma. Po prostu nie ma. Są tylko dzieje Jego Śmierci.

W wieczór, w zimne obecnie wieczory Jerozolimy, w wielkich salach hospicjów i wielkich nawach kościołów idzie na tłum zebranych fala rekolekcyjnych nauk. To jest nieco tak, jakby w tych ludziach dzienne, pielgrzymie sprawy na Miejscach Świętych roztopione uczuciem w płynny stop metalu chłodły obecnie i krzepły w nowe zarysy odlewu. Porównanie to uważam za oddające możliwie najwierniej to, co widzę tu, w te dni. Może być ono literackie i banalne, i co kto chce, ale doprawdy jest prócz tego wszystkiego i wierne. O to mi teraz chodzi. To jest doprawdy to samo, jak gdy wyrdzewiały na amen, połamany, pospolity szmelc przetapia się na lśniącą świeżość metalu. Pielgrzymi Świętego Miasta są takim stopem. Tu właśnie rozumie się cały sens określenia kojarzącego takie dwa słowa: ogień i wiara. Tak. Wiara jest tu naprawdę ogniem.