Noc na Getsemani

Było już zupełnie ciemno nawet na płaskich dachach-tarasach starej Jerozolimy, gdy zaczęliśmy skośnym zaułkiem schodzić w dół. Tuż zaraz jest ulica Salomona — wąski, łamiący się w zakrętach szlak, który widziany jest z góry wież jakby sznur przeciągnięty luźnie między dwiema starymi bramami wybitymi w murze, którym Sulejman oszańcował ówczesne miasto. Tu był jeszcze ruch, ale już zawalono drewnianymi zasuwami ciemne sklepy bazarów. Był ruch i światło lamp sklepowych i porozwieszanych pod łukami sklepienia, zakrywającego tu zupełnie niebo nad ulicą, latarń. Na via Dolorosa było ciemno i tłum.

Idzie ona niemal prostopadle ze wschodu na zachód starym Jeruzalem. Idzie, a raczej spada nierównymi stopniami bruku coraz w dół. Tędy miał iść Chrystus. Więc mijamy kapliczkę stojącą na miejscu, gdzie miał podejść Cyrenajczyk, mijamy pretorium i Miejsce Biczowania. Ale jest zupełnie ciemno. Na prawo i lewo uliczki zupełnie puste. Tą jedną naszą idzie wprost masa ludzi. Pojedynczo i grupami, i w kilku. Na dnie tej uliczki, u stóp tych wysokich, ściśniętych przy sobie domów, jest czarno. Widać tylko rozmazane w tym mroku i czarne kontury postaci, postaci. I słychać kroki, kroki, kroki. Tych, co szli ze mną, zgubiłem w tej ciemni i wszyscy się w niej pogubili, i nikt szukać nie próbuje nawet. Tylko schodzi i schodzi wciąż w tę ciemność, wciąż w dół. Jakbyśmy właśnie z tą wstającą nocą czwartkową schodzili tłumem w jakieś stare i czarne podziemia. Ludzi jest coraz, coraz więcej. Poznaje się to po coraz gęstszych odgłosach kroków, po potrącaniu w ciemności, po zwolnieniu przymusowym chodu. Coś się jakby w tej ciemności i schodzeniu przypomina z daleka. Z bardzo daleka: to tak, podobnymi do owych zaułkami, szli kiedyś ludzie Zatybrza i Suburry na nocne agapy i nauki katakumb. Jest taka scena z Winicjuszem, Krotonem i Chilonem, z Piotrem i Pawłem z Tarsu w Quo vadis. — Quo vadis? Quo vadimus? Getsemani, vadimus hodie92. — Do Getsemani.

Jesteśmy już za murami miasta, jest szerzej, jest gwarniej. Lampy znaczą z daleka szlak asfaltowej szosy. Huczą na niej motory aut, jedno za drugim, jedno za drugim. Po zboczach Góry Oliwnej, nam na wprost ślizgają się raz po raz światła reflektorów: tędy ujeżdża szeroką, nowoczesną, wygodną „autostradą” angielską każdy pielgrzym, którego stać na buicka, chryslera i taksówkę. Przed nami cały w lampach świeci złoto-biały fronton bazyliki, gdzie był niegdyś Ogrójec: jest to jasny na tle czarnej góry punkt i jest to jednocześnie cel. Tu, w dół od Jeruzalem jakby spływają dwie rzeki ludzi: jedni via Dolorosa, drudzy huczącą od samochodów stradą. Takie dwie rzeki.

Nowy, czysty i jasny kościół. Jasny od świateł i pełny. Są twarze, po których się widzi, że anglosaskie, że włoskie, że bawarskie (czy też pruskie?) pewno, że słowiańskie. Ale to tylko połowa. Przetyka to gęsto moc białych beduińskich „kuefirów” z czarną obręczą przytrzymującego je sznura nad skroniami. Przetykają je czerwone fezy arabskie, czarne i zmartwiałe jakby twarze Abisyńczyków. I jacyś Chaldejowie, i Kopci, i Armeńczyccy, i jeszcze, jeszcze jacyś. Jest się jakby zgubionym. Przy ołtarzu, jasnym od żółtych świec ołtarzu, ksiądz czyta Ewangelię: Łukasza, Marka, Mateusza, Jana. Czyta bardzo powoli, z odstępem po każdym prawie słowie, aby łacinę zrozumieli i ci, którzy z niej ledwo coś znają, aby mogli jej teksty śledzić w książeczce. Gdy przechodzi do trzeciej, ma się wrażenie, że to nie jest zwykłe czytanie Pisma; że to wszystko to jakby jakiś trybunał olbrzymi, który przyszedł, choć po wiekach, i po wiekach na jakąś dziwną wizję lokalną zbrodni kataklizmowi równej. Jesteśmy na miejscu, gdzie był ów gaj oliwny podmiejskiego folwarku i dokąd weszły późną, wiosenną nocą straże i zbrojni kapłańscy. A jeden po drugim, czterech, świadkami czynu będący, wywodzi nam i przekazuje, oto przez dziewiętnaście przekazuje wieków, swoje świadczenie.

Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum93 — podchwytuje chór ludów, przesuwając perły oliwkowych różańców. Tu modlą się wszyscy. Jest to jakby jakieś chwytanie się słów, najdrobniejszych, najbardziej codziennym użyciem wytartych słów modlitwy. Idzie to niemal rytmicznie i prawie jakby jakaś wspólnie dokonywana praca. Tak wspólnie, z poczuciem, że opuścić tego nie można, że nie wolno odjąć od tego rąk, dźwiga się przy budowie zbyt ciężkie na jednego belki. Ta modlitwa nocna ma właśnie charakter takiej zbiorowej pracy. Jakby ci oto podnosili powoli, coraz wyżej jakiś ogromny, jakiś za wielki ciężar. Jakby on przykuł ich, do siebie przykuł, w tej pracy.

Słuchamy pierwszego kazania. Nie zrozumie jego nikt, kto tu przybył teraz, ale przed ołtarz docisnęły się wszystkie białe „kuefiry” Beduinów i wszystkie czerwone fezy katolików-Arabów. Franciszkanin mówi po arabsku. Przez hieroglif szeleszczących i huczących słów trzeba się doszukiwać tego, co mówi. Wiemy o czym — i słuchamy. Potem mówi Hiszpan, potem Francuz. Kazania tak pójdą do końca. Ale wychodzę i za chwilę jestem przy ciemnym, niewielkim ogrodzie. W tym kraju bezdrzewnym muzułmanie, niechroniący żyć ludzkich, chronili drzewa. Światła oświetlają ich osiem; prastarych, rozłożystych jak wielkie polne grusze oliwek. Tradycja mówi, że modlił się On tu właśnie. Stąd od miasta przyszli tamci, aby wywieść i stawić przed sanhedryn.

Nad Cedronem, który w głębokim jarze oddziela Miasto od Góry, jak oddzielał je onego czasu, nad Cedronem i białą za dnia od nagrobków Doliną Jozafata, gdy wracam z Getsemani, trwa przeraźliwie czarna, niemal zupełnie bezgwiezdna noc. Ludzie wracają grupkami, ale jest bardzo luźno i bardzo pusto na tej drodze. Miasto jakby zmartwiało; prawdziwą ciszę miast w żałobie ma noc w Jerozolimie. Minęła mnie jakaś grupa idących, rozmawiali jakąś mową, która nawet chyba nie była arabska. Spod murów miasta oświetlony fronton Getsemani jest białą, maleńką plamą w ciemności. Tylko na prawo, niezasłonięte masywem Góry Oliwnej, pasmo szczytów zaczyna się już jakby odcinać, odcinać bardzo, bardzo powoli od blednącego jeszcze wolniej chyba nieba i bieleją u stóp jego gęste, podnoszące się ciężko mgły. Nad Morzem Martwym one wstają i za nim, za ścianą gór Transjordanii wznosić się zaczyna słońce.

Zasypia się twardo, ale trudno, jakby po jakim złym i męczącym śnie. Coś ciąży gorzej niż zmęczenie, jak hipnoza. Oczy się chowa po chwili i odwraca się od wielkiego, klasztornego okna, od bladego, smutnego świtu Wielkiego Piątku.