Odpryski drogi
„Powita was słońce, ziemia i wino greckie” — tak pisze jakiś turystyczny prospekt. Przyszedł mi on na myśl właśnie w chwili, gdy zbierałem całą moją wiedzę starogrecką (gimnazjum klasyczne starego typu), by na niesłychanie długiej liście potraw wybrać „prawdziwie greckie”. Właśnie byłem się uratował szczęśliwie przed zamówieniem felenes oites, która — jak się okazało — była po prostu wiedeńskim sznyclem. Istotnie, szczególny pech: przybyć do Hellady, by odnaleźć Galicję. Kołatało mi po głowie, że w jednym z końcowych ustępów Apologii Sokratesa (czy też może Krytona, ani rusz nie mogłem sobie przypomnieć) mądry Plato wyliczył cały szereg potraw attyckich. Plato nie był plebejem i był filozofem, znał się więc zapewne na kuchni. Niestety, nic nie zapamiętałem z Apologii prócz wywodu o „dajmonach”, siedzących w człowieku i radzących mu — jak twierdził przed sądem Sokrates — czego nie ma robić, lecz nie radzących mu (niestety), co ma. Sznycel wiedeński zniechęcił mnie ostatecznie do rad kelnera, postanowiłem wybierać na chybił trafił. W rezultacie zamiast zupy dostałem przedziwną sałatę z grzybów i oliwek, której smak przyszło gwałtownie ratować „attycką czystą”. Wszystko to dotąd było raczej niesolidne. Szukałem więc i szukałem długo, wreszcie odczytałem: ba-bu-nia.
Stało to napisane uroczyście pięknymi greckimi literami, ale brzmiało raczej po polsku. Uch, pomyślałem, też sens tak nazywać potrawę. Już z samego punktu widzenia reklamy to nie pociąga. Mniejsza o kanibalizm, oczywiście; ale taka perspektywa spożycia kogoś, co dla kogoś innego jest babunią — nie! Jeszcze żeby wino, rozumiem, dyskretna aluzja do sędziwego wieku. Ale mięso! Na chwilę zatrwożyłem się. A nuż to taki... befsztyk z „babuni”? Ale kelner uspokoił mnie, pokazując gestami, że „babunia” owa pływa. No, jak ryba, to jeszcze.
Najpierw stało się tak, jak — czytałem — dzieje się w restauracjach paryskich: w blaszanej niklowej rynience przyniesiono mi nie jedną, ale całą kompanię babuń, pluskających się tak żywo jak rodzone wnuczki. Ich łuska miała przyjemny srebrnoczerwony odcień. Z miną znawcy wybrałem pierwszą lepszą i ta zaraz poszła się skwarzyć. Trwało to bardzo niedługo. Potem na srebrnym półmiseczku podano tęż samą „babunię”, nadzianą jakimś tajemniczym farszem i polaną czerwono-żółtym sosem. Wiedziałem o nim tyle tylko, że wchodziło w niego i słodkie wino z Eubei czy Salaminy. Zaczem wspomniałem bitwę morską z Persami pod Salaminą i spożyłem „babunię”. Z wielkim smakiem i brakiem skrupułów.
*
Popołudnie nauczyło mnie tej wielkiej, w bedekery na razie niewpisanej jeszcze prawdy, że człowiek błądzi nie tylko w ateńskim jadłospisie, ale w ateńskich ulicach. Właśnie miało to miejsce, gdym spod parlamentu (równie pompatyczny, jak banalny) szukał „najkrótszej drogi” na widny jak na dłoni Akropol. Jak zacząłem tej „najkrótszej” szukać, to oczywiście owa „dłoń” wydłużyła się do „łokcia” i właśnie dochodziła do węzłowego muskułu ramienia, gdy ostatecznie przez hodos Lykurgi (która to hodos — droga — była jedynie godnym Suburry zaułkiem) dostałem się na szerszy nieco plac. Krzyki, pochód, policja. Pochód może trzydziestu ludzi, ale pochód. Policja rozgania — to znaczy macha pałką w powietrzu, po czym pochód rozlatuje się na lewo i prawo. Policja gna zziajana tu i tam — bo oczywiście „masy” będą demonstrować na nowym placyku. I znowu trzeba będzie pomachać w powietrzu pałką. Wszystko się tu pogodnie odbywa w Atenach.
Dobrotliwa policja nie zdziera komunistycznych plakatów, więc na najbliższym kiosku mogę odczytać wielką proklamację do ergotetes kaj agrotetes (robotników i chłopów), by wzięli udział w „panateńskim jubileuszu Marksa”. Pięknie to brzmi owo słowo „panateński”, nie ma co mówić, prawdziwie po helleńsku. Ale tymczasem wybiega przed nami asfaltowana droga i młody, u zbocza uczepiony gaj — i Akropol.
Posmak mitologii miało już dla mnie samo wejście; zastałem tu bowiem stojących u bramy i nieprzekraczających jej paru towarzyszy podróży. Do wnętrza nie mogli wejść z tych samych racji, co owe dusze, którym nie włożono w usta obola na opłacenie Charona. Charonowie dzisiejszego Akropolu cenią go więcej niż błonia z tamtej strony Styksu; płacić tu trzeba pełnych 50 drachm. Nie czytało się Homera w oryginale i nie ma się w walizce podróżnej filipik Demostenesa na próżno: wszedłem. I wtedy, w tym, co zostało, uderzyła mnie różnica, jaka istnieje między dwoma umarłymi miastami: Konstantynopol — Ateny. Tak podobne, tak zupełnie różne.
Konstantynopol jest miastem w żałobie. Od ulicznego czyściciela butów, rozkładającego swe mosiężne, różnokształtne ampułki u odrzwi najbardziej uczęszczanej przez turystów moszei10, aż do starego, z dostojnością prawdziwie pańską kroczącego muftiego, wszystko to nosi żałobę po dawnych stołecznych czasach. W żałobie jest Aja Sofia, w żałobie moszea Achmeda, w żałobie moszea Bajazyta.
Otóż Ateny nie są w żałobie.
Ateny także mają swego umarłego. Po latach wyekshumowały go z pietyzmem i z pietyzmem szukają w grobie za najmniejszą, najdrobniejszą dochowaną jego cząstką. Ale Wielki Zmarły Aten — zmarł dawno. Czas noszenia żałoby upłynął. I nie ma cienia żałoby, nie ma cienia żalu po jego ekshumacji.
Akropol, prócz trzech ruin świątyń, jest dziś polem zasianym kamieniami. Leżą obok siebie, jak szczątki czegoś, czego w jedną dawną całość nie zdoła zespolić żadna dziś moc. Patrząc11 sprzed ciężkich kolumn świątyni Tezeusza, wygląda to na cmentarz. I jest cmentarzem.
W zachodzącym słońcu doryckie kolumny Akropolu świecą nie tylko bielą swych marmurów; świecą także żółtymi plamami zwietrzeń na szarudze i powietrzu. Mają wtedy koloryt wysuszonej do cna, wieki całe w ziemi przetrwałej czaszki ludzkiej. — Szare, ziemiste mury starego Konstantynopola mają chwilami ponurą barwę trupa, którego jeszcze nie zdjęto z katafalku.