„Piękniejszy od Paryża’’

— Mówią, że Tel Awiw jest piękniejszy jeszcze od Paryża.

Mówiła mi te słowa młoda studentka żydowska w Polsce, która zapewne nie widziała Paryża, a na pewno Tel Awiwu. Hajfa. Hajfa jest cudownym miastem. Będzie wielkim portem Lewantu i pozostanie cudownym miastem. Tylko okroił się lazur zatoki o wąski i długi pas: to morze wyparto dla lanych w betonie pomostów, moli, nadbrzeża. Po tej długiej, szarej płaszczyźnie, na której pobudują się, jak w Gdyni, składy towarowe i hangary, krążą obecnie małe wagoniki z cementem na rozszerzenie miejsca przyszłego portu. Ale tuż za nim jest stara arabska Hajfa, Hajfa wąskich zaułków i obramionych portykami placyków, gdzie stada spędzonych na targ owiec wylegują się w słońcu na płytach ogromnych jak marmurowe płyty meczetowych podworców. Zaś dalej rozrosło się miasto zupełnie nowoczesne, amfiteatralne: ścianą tego amfiteatru o jednej jedynej ścianie, amfiteatru, co za arenę ma okrągły wrzez zatoki, jest porosły w oliwki i sabry długi grzbiet Karmelu. Miasto wygląda, jakby podmywało górę: zagarnia jej coraz więcej, jak gałęziami pnączy ulicami ujmuje stoki, które okryje wkrótce jakby bujnością liści szarymi i czerwonymi dachami. Ale Karmel, góra Eliasza i pustelników, nie jest zdobywana tylko od podnóży: na szczycie przez gaj pinii i cyprysów przedarła się już elipsa asfaltowej szosy, z cudnym widokiem na dalekie, zamglone, błękitne morze. Wille, pałacyki, sanatoria. Niepodobna sobie wyobrazić bardziej rozmaitego miasta: na dole, nad morzem, blaszane ściany cystern przypominają, że tędy przeciąga się gigantyczny rurociąg, którym z odległych na setki kilometrów szybów Mosulu spływać będzie wprost do okrętów nafta. Na górze zaś są najcudowniejsze dzielnice miasta-ogrodu, rozrzucone dzielnice mieszkań. Handel, szyldy, witryny, zgiełk, lady, kramy — to wszystko zamiast się rozleźć po Hajfie, skoncentrowało się u dołu, blisko portu. Pod górę drapie się wolniej, ociężalej. W tym mieście handlowym przecież, mieście o olbrzymim handlowym znaczeniu skanalizowano handel w jeden zamknięty residus12.

Ale Tel Awiw...

Ktoś w Polsce napisał, że miasto jest tandetne. I jest. Dziennikarz amerykański, którego poznałem, mówił mi, że nie lubi tego miasta. Przeciętne, trzeciorzędne miasto amerykańskie, typowe made in USA. Miał rację. Przyznawałem im obu rację. Przyznawałem ją innym, ale... Ale jest tu coś takiego, że to właśnie miasto, które jest młodsze od studiujących dziś na uniwersytetach młodzieńców, którego najstarszych kilka domów dobiega sędziwego wieku lat dwudziestu sześciu, otoczone jest jakby nimbem, jakby aureolą, jak aurą czegoś, co tworzy, że jego nazwę wymawia się w pół jak nazwę jakiegoś legendarnego, cudownego miasta, a w pół jak w tym kraju o skąpej wodzie mówi się „źródło” lub gdzieś pod biegunami „słońce”. I jeszcze inaczej: Tel Awiw, nazwa nie większego od Katowic, Przemyśla, Białegostoku młodego miasta, miasta zacisznych burżuazyjnych domków, małych fabryczek i cienistych bulwarów, Tel Awiw, ta nazwa miasta bez wczoraj, brzmi w ustach tych ludzi — i Żydów, i Arabów, i innych — bohatersko: Hastings13, Cuszima, Jemappes, Olszynka Grochowska, Radzymin. Gdy sobie to uświadomiłem, zabawiła mnie nieco ta myśl, ale tak niemniej jest. O Tel Awiwie mówi się jak o wielkiej bitwie, uwieńczonej świetnym zwycięstwem. Tak i właśnie tak. Kraj, który posiada jedyne w świecie miasto jak Jerozolima, kraj, który ma za centrum portowe rzecz tak cudną jak Hajfa, durzy się po prostu w mieście, w którym świeżo zaskrzepł asfalt jezdni, a nie wyschło wapno ścian. Tajemnica.

To miasto, którego nazwę wymawia się, jak my mówimy „Kłuszyn14”, nie ma w sobie nic gigantycznego. Najdłuższe ulice nie są dość długie i dość szerokie, by ich perspektywy nie zakrywała zieleń młodych drzew. Nowa opera jest gmachem pięknym, ale nie monumentalnym. Wielka synagoga ustępuje jeszcze operze. Związki Zawodowe mieszczą się w wielkim gmaszysku będącym, jeśli chodzi o wrażenie artystyczne, czymś godnym zamku Wilhelma w Poznaniu, z tym że jest budowany dużo taniej i robi wrażenie lichej dekoracji teatralnej. Naprawdę gmachem okazałym jest magistrat i kilkanaście większych prywatnych już gmachów. Jest to miasto niewielkich, paropiętrowych ledwo domów, za to tonących w ogrodach: żadnej parceli budowlanej nie wolno tu zabudować całkowicie. Zieleń przedziela jedne od drugich tanie i nowe domy Tel Awiwu; nierzadko w ogródku przed domem, znajdującym się w śródmieściu, spotkać można widok rozwieszonej na wietrze bielizny, jak to bywało tam „w kraju”, w Kutnie, Suwałkach... Wewnątrz mieszkań znajduje się jeszcze dużo lichych oleodruków15 czy „gobelinów” o motywach biblijnych, jak u nas. Są to ostatki.

To miasto jest wielkim stosem rozpalonym na brzegu morza po to, by przybywający tu Żyd palił na nim łachmany gett świata. Tu jeszcze słyszy się żargon16, tu Żydzi mówią jeszcze między sobą i po polsku, i po rosyjsku, i po niemiecku. Tu jeszcze spotyka się Żydów takich jak u nas, takich jak wszędzie w diasporze: brudnych i lękliwych, i z tym jakimś smutkiem, w chwilach zastanowienia, na twarzach. Tu odbywa się wielka kwarantanna narodu po dwudziestu wiekach jego nędzy. Nie ma Żyda, który przyjeżdżając do kraju, nie przeszedłby przez Tel Awiw!

Jest to szczególna kwarantanna. Zamiast być odseparowanym w barakach, człowiek tu po prostu wchodzi w życie. Tu nie on zaraża chorobą, ale jego zarażają nowym bytem. Człowiek nic innego nie robi, tylko chodzi i patrzy, nim pracować zacznie. Widzi miasto, które powstało tak szybko, jak mało które miasto na świecie... Tam, gdzie stoją banki i kina, i kawiarnie, na ulicy Lorda Allenby, zdobywcy Palestyny na Turcji, były w roku 1924 wielkie wydmy piaszczyste. Na Montefiori rosły później jeszcze rzadkie pustynne trawy. W 1909 roku Tel Awiw został miastem, pierwszym od tysięcy lat miastem, zbudowanym i zamieszkałym tylko przez Żydów. Wtedy miało mieszkańców 550; Żydzi z sąsiadującej z nim bezpośrednio arabskiej Jafy przenosili się do nowego miasta bardzo powoli. W 1919 roku było jednak mieszkańców 3000, zaledwie w trzy lata potem przybyło nowych 10 000. Dziś ludność miasta przekroczyła już 50 000. I rośnie.

Meir pochodzi z Białegostoku. Czymże był w Białymstoku? Czym miał być? Był stolarzem. Jest w Palestynie już ósmy rok. Czy mu się dobrze powodzi? Meir uśmiecha się, uśmiecha niemal filuternie ten stary Meir. Czemu ma się mu źle powodzić, komu się tu źle powodzi? A co robi stolarz Meir? Co robi? — A samochody!

W roku zeszłym Nachum Sokołow przyjeżdża do Jerozolimy. Wspaniały ten Tel Awiw, mówi, co za rozwój; przemysł powstaje z niczego. Ta fabryka samochodów...

Panowie z egzekutywy syjonistycznej za głowę się wzięli. Co, gdzie, jak? No, mała uliczka w bok ulicy Herzla. Pojechali. Istotnie. Hangar, ośmiu Żydów. Czterech stolarzy, dwóch tapicerów, kamasznik, ślusarz. Razem: fabryka karoserii autobusowej. Autobusy są głównym środkiem komunikacyjnym w Palestynie. Żydzi wpadli na prosty pomysł sprowadzania podwozi i motorów, a fabrykowania karoserii na miejscu. Mieli mały kapitalik, gdzieś się zapożyczyli, trzy pierwsze autobusy postawiły ich na nogi.

Czym były przed wojną Nalewki? Setki drobnych fabryczek, mieszczących się w podwórzach domów, na poddaszach, w suterynach. Drobnoustroje kapitalistyczne, które zaopatrywały w towar wielkiego kolosa — Rosję. Dziś Rosji tej nie ma, posmętniały fabryczki.

Tel Awiw ma swoje Nalewki: są to Nalewki inne, bo w zieleni i czystości, i w słońcu. Są to Nalewki innego typu Żyda. Ale tak samo pracują tam maleńkie fabryczki, tak samo aprowidują one szerokie zaplecze Lewantu. Gdzieś daleko, w Manchesterach i Birminghamach, w zacisznych gabinetach szefów trustu, śledzi się z niepokojem w raportach filii przyczyny cofania się ekspansji handlowej dreadnouthów17 brytyjskiego przemysłu. Czyżby Arabowie szli śladem Hindusów? Czyżby intryga sowiecka podcinała kontakty z tymi rynkami? Kryzys?

Bardzo się nad tym głowią panowie dyrektorzy koncernów, strategowie dumpingu i konkurencji. Mają za sobą odbytych kilkadziesiąt kampanii, mają więcej przeciwników na rozkładzie, niż miał zestrzelonych samolotów nieprzyjacielskich lotnik niemiecki wielkiej wojny, baron von Richthofen18. A teraz teren wymyka się spod nóg koncernów, teraz kurczy się dumne Imperium o Lewant. Nalewki telawiwskie okazały się konkurentem trustów. Każdoroczny bilans handlowy tych krajów stwierdza ich postępy. Drobnoustroje fabryczek przeżarły podstawę kolosów. Tel Awiw Meira.

Dwaj synowie Meira nie mieszkają w Tel Awiwie. Jeden pracuje obecnie na szosie koło Tel Chai, drugi będzie od pierwszego kierował pracami odwadniającymi, jakie się prowadzi gdzieś w górze kraju, na świeżo odkupionych terenach. — Obaj pracowali fizycznie — mówi Meir. Mówi to tak, jakby będąc Polakiem powiedział — „obaj byli w Legionach”. Przypomina mi się, że wczoraj rozmawiałem z pewnym delegatem pewnego ministerium w Polsce, Żydem. Opowiadał o siostrzeńcu, który jest w Tel Awiwie i, niech sobie pan tylko wyobrazi, pracuje jak prosty robotnik! Meir jest rzemieślnikiem, ale z tym wszystkim jest bardziej spekulantem: to taki nalewkowski fabrykant. Meir mówi o tych synach, o ich pracy fizycznej, jakby dawał do poznania: moja rodzina jest znakomita, ja — to wiele gorzej. Meir łożył na to, by jego synowie skończyli szkoły, łożył nawet na uniwersytet. Meir wtedy w Białymstoku cieszył się z synów i jak teraz opowiadał pewnie sąsiadom: — Moi synowie to zdolni ludzie. Będą panami doktorami, mecenasami. O, oni nie będą zwykłymi robotnikami!

Meir jest już starym człowiekiem. Starzy ludzie się nie zmieniają. A jednak Meir zapomniał o swych białostockich marzeniach. Meir mówi o tej szosie, na której najdosłowniej tłukł kamienie jego syn („pan mecenas”), jakby mówił o promocji doktorskiej tego syna. Starzy ludzie się nie zmieniają. Natura narodu się nie zmienia. Dwa tysiące lat przepajały żydostwo niechęcią do pracy fizycznej, pogardą.

Meir nie poszedł budować szosy. Meir nie poszedł na ziemię, Meir pozostał w mieście. Ale Meir patrzy na swych synów, na tych robotników, jako na coś lepszego, socjalnie lepszego od niego. Jest to ta jego lepsza cząstka. Mówię z nim o przemyśle palestyńskim. Mówię, że podziwiam ich zmysł handlowy, że podoba mi się ta zwycięska walka biednych Żydków z Nalewek z potęgą koncernów i trustów. Że tu wyrośnie wielkie centrum przemysłowe największego kontynentu świata. Że zrobi pieniądze, wielkie pieniądze... Morgan... Rothschild... Nie inaczej tamto...

Stary Meir uśmiecha się i jasno, i zabawnie zarazem. Jak dziecko do jakiejś miłej obiecanki. Meir widzi za mymi słowami rotszyldowską drogę do fortuny? Ale nie: Meir bierze mnie za rękę w przegubie dłoni, oczy mu się rozświeciły ku czemuś. — Wie pan, za Bet-Hanan, tam jest jeden taki piękny pardes. Tylko jeszcze dom postawić...

Pardes...

Człowiek zmienia tu cele marzeń. Ale jest i młode pokolenie inteligenckie, które rosło z Tel Awiwem, którego rodzice stanowią patrycjat miasta. Z poetą Bialikiem19 pracuje cały zastęp intelektualistów żydowskich nad tworzeniem, rozszerzaniem życia duchowego w Erec Izrael.

Niemiecka, nieco ciężka i poważna kultura salonu rozsadzana jest powoli przez południowy temperament ludzi. Nad życiem towarzyskim ciąży kult muzyki. Nie znam się na niej, ale w dzisiejszej Palestynie muzyka zajmuje chyba to miejsce, co teatr w dawnej Grecji, co walka byków w Hiszpanii, co życie kawiarniane w dawnym Wiedniu. Zainteresowanie nową literaturą hebrajską jest tak silne, jak ukraińską w kołach młodej inteligencji tego narodu. Tu chodzi o rozszerzanie hebrajszczyzny. Święci ona zresztą pełny triumf. Wszystko jest hebrajskiej; jidysz jest wprost tępiony, tak tępiony, jak język polski pod zaborcami. Założenie pisma żargonowego20 byłoby nie do pomyślenia, spotkałoby się z bojkotem i więcej niż bojkotem. Język hebrajski to jeszcze jedna miara, na której chcę w tej książce mierzyć wielkość dokonanego w Palestynie dzieła. Na razie pomyślmy tylko, że łacina była jeszcze językiem żywym, gdy hebrajski był już językiem martwym. Mussolini za wszelką cenę wskrzesza w Italii Rzym antyczny, dokonał na tym polu olbrzymiego dzieła. Wskrzeszenie łaciny uważałoby się tam jednak za mrzonkę, za niemożliwość. Wskrzeszenie hebrajszczyzny jest faktem.

„Piękniejszy od Paryża”. Te słowa wróciły mi jeszcze raz pewnego wieczoru schodzącemu ku plaży przez Allenby street. Był to wieczór szabatu. W szabat ustaje tu wszystko, nawet autobusy. A wieczór jest wielkim świętem. Tego dnia było podwójne święto. Przed esplanadami kawiarń, po gładkich asfaltach jezdni, w blasku lamp łukowych ludzie tańczyli na ulicy.

Radość na ulicy żydowskiej w Warszawie, gdzie indziej, ma dla mnie charakter jakiegoś spazmu, jest czymś nerwowym, wrzaskliwym, męczącym. To co się mówi „istny chajder21”. To było, jakby w domach nie było miejsca i wszyscy wylegli lepiej się zabawić, bez kłopotu o miejsca potańczyć. Tańczenie na ulicy było rzeczą tak ogromnie prostą, tak sobie naturalną, jak tylko może być. Z wielkiej kawiarni na rogu, której ściany są żółte jak bursztyn i która oczywiście nazywa się „Szafirem”, dźwięczała hora, taniec tańczony grupami, jak balet, jak tańce antycznego świata. Hora wypełniała ulicę i miasto aż po plaże z jasnymi kawiarniami, z dansingami pod nabitym gwiazdami niebem. Spazm żydowskiej radości w diasporze, krzykliwy zgiełk naszych małych miasteczek rozpłynął się tu był rytmem ogromnej pogody. Żyd, który w najbardziej zażydzonym mieście świata nie mógł nie czuć się obcy, tu czuł, że ma pełne tytuły prawne, po raz pierwszy ma je, że jest u siebie. Oto tajemnica, dlaczego Tel Awiw jest dla Żydów tym, czym jest. Tęsknota za domem budowała temu narodowi Tel Awiw w takim tempie. Patrzy nań poprzez radość zaspokojenia tej tęsknoty, poprzez radość kresu wędrówki. Tel Awiw, miasto zwane pagórkiem wiosny, jest piękniejsze od Paryża.

Żydzi, którym w Palestynie jest źle

Gdy przyjechałem do Tel Awiwu pierwszy raz, było południe, o godzinie czwartej byłem u naszego konsula, a już przed szóstą jechałem autem konsulatu do kolonii, otaczających wieńcem miasto. W Palestynie od samego początku czuje się to, co już napisałem, że Palestyna, ta prawdziwa, ta nowa Palestyna, to nie są miasta, to wieś, pardesy, Samaria, kraj nad Tyberiadą, Emek. Wszystko inne jest tu mniej więcej jak pan Meir mówiący: „Ja to nic, moi synowie, ci pracujący na szosie, to dopiero ludzie”. — Okazję, że sekretarz konsulatu jedzie dziś z delegatem jednego z ministerstw polskich do Petach Tikwa, sławnej starej kolonii żydowskiej, schwyciłem w lot. Ale prócz nas trzech w tym samym aucie znalazła się pewna pani, piękna pani, elegancka pani.

Elegancka pani jest z Polski, z Warszawy. Jej mąż jest wybitnym lekarzem czy adwokatem, temu osiem miesięcy przeniósł się do Tel Awiwu, do „ojczyzny”. Zadaję eleganckiej pani parę pytań, ale muszę się po chwili ograniczyć do odpowiadania. Co Warszawa? „Adria22”? „Banda”? Nie może być, więc Ordonka doprawdy tu przyjeżdża? Ja zawsze czytałam „Wiadomości Literackie23”! To pan zna Grydzewskiego24? Ale Krzywickiej25 nie? Czy pan ma może coś z książek polskich? Ostatnia rzecz, która mnie doszła, to Zazdrość i medycyna26.

Na przyszłą zimę elegancka pani przyjedzie do Polski. Jaki był tutejszy karnawał? Tak, dobrze panu opowiadali, był śliczny. To bardzo ciekawy widok, taka powszechna radość, te krzyki, tańce. Bardzo zabawny widok. Razu jednego tańczyłam z Arabem, o, to był bardzo kulturalny, bardzo elegancki Arab. Ale Warszawa...

Auto szło siną asfaltową szosą, jakby ślizgało się po lodzie. Dawno odrzuciliśmy za siebie przedmieścia miasta. Po obu stronach symetrycznie zasadzone rosły pomarańcze: drzewka dwumetrowe na cienkim pniu, z burzą gęstych, silnie zielonych liści. Było to jakby morze zieleni, jak gąszcz nieprzebyty, jak step. Gdzieniegdzie nad gaikiem czerwienił się dach domu. Aż szosa wpadła w szpaler cyprysów i miasteczko.

— Co to? — spytała pani.

— Petach Tikwa.

— Ach, więc to jest Petach Tikwa??

To nie pytał ani delegat z ministerstwa, ani ja, to pytała elegancka pani z Tel Awiwu, Żydówka. Ale teraz to już myśmy się dziwili. Petach Tikwa leży tak pod Tel Awiwem, że niepodobna wprost jej nie znać, jak w Warszawie trudno nie znać Wilanowa, w Wilnie Werek czy Trok. To nawet więcej, bo ta kolonia ma za sobą całą legendę bohaterskich wysiłków, prac, walk, legendę, której ostatnie karty zapisały rozruchy arabskie 1928 roku... Jestem pierwszy dzień w Tel Awiwie i już pędzę do tej Petach Tikwa, o której temu tydzień nie wiedziałem jeszcze nic. Jestem Polakiem z krwi i kości. Elegancka pani mieszka tu od ośmiu miesięcy. Elegancka pani jest Żydówką. Elegancka pani wyjeżdża dziś poza Tel Awiw po raz pierwszy. Opowiada o tym tak obojętnie, jakby to mówił ktoś, kogo to, co się tu dzieje, nic a nic nie interesuje.

Nasze zdziwienie jest jednak zbyt wyraźne i trzeba tu coś powiedzieć, wytłumaczyć. Pani mówi więc o tym, że ją z tym wszystkim niewiele właściwie łączy. Nie jest syjonistką, o nie, w ogóle nie uznaje „zacieśnienia się do pewnej narodowości”. Czuje się Europejką, o tak, właśnie Europejką. Warszawa, tak lubi Warszawę, naszą Warszawę! Tu jest nie tylko jakieś wszystko nowe zupełnie, ale i takie surowe, takie nieswobodne. Proszę pana, ten szabat, czy pan uwierzy, ja tu nic w sobotę nie mogę dostać? Nic a nic. Wieczorem otrąbia się święto. Tak jak w tych naszych małych, brudnych miasteczkach. Przecież w Polsce ja wszystko dostanę i w sobotę, i w niedzielę. Tu — nic.

Chodzimy po kolonii, podczas gdy delegat spełnia swe ważne ministerialne zadania w wielkiej radzie gminnej Petach Tikwy. Z rynku dość zaśmieconego, miasteczkowego, zeszliśmy w aleję, gdzie pełno niewielkich domów, opiętych pnączami. Przed domami, zamiast malw, niskie palmy kokosowe i drzewa pomarańczy. Szczebiot eleganckiej pani trwa dalej. Ona by nigdy nie chciała tu mieszkać, cóż, że ta willa z werandą ładna, cóż, że ci ludzie są bogaci, ale to mimo wszystko odludzie. Pewnie, że kolonia o ośmiu tysiącach mieszkańców może sobie drwić z Arabów, ale jednak... I ta głuchość... I ten brak naszego, europejskiego, życia...

I mówi wręcz, że nie rozumie. Nie rozumie tych młodych ludzi z dyplomami uniwersyteckimi, którzy poszli bić szosy w Galilei, nie rozumie ludzi, którzy całą swą młodość „zakopali” w jakimś kolektywie („jak to się nazywa? Aha, kibuc? To pan już to wie?”), w takim właśnie kibucu nad Jordanem, gdy przecież nie musieli! Potem taki kibucnik, młody chłopak, już ma troje dzieci. Tak, proszę pana, tak... To można nazywać bohaterstwem, to może być dla dziennikarza ciekawe, bez tego toby tu były dalej piaski... No, i ostatecznie wielkie nieszczęście, żeby nawet i były?

Mylisz się, Czytelniku, zupełnie, jeżeli myślisz: to był typ kobiety précieuse27, kobiety o ptasim mózgu, lalki. Wcale, wcale nie. To była po prostu osoba uznająca życie racjonalne, życie opłacane, życie największych materialnych zadowoleń najmniejszymi materialnymi kosztami. To była pani przeniknięta prostym racjonalizmem burżuazji. Ani te słowa mówię z pogardą, ani z emfazą. Zdanie tej pani nie byłoby dalekie od zdania ludzi wielkiej bardzo kultury. Ludziom, którzy poszli bić szosy i suszyć bagna, mogąc żyć z kapitału papy, wziąć ładny posag z niebrzydką żoną, ludziom, którzy ostatecznie mogli dorabiać się choćby ciężko w młodości, ale wreszcie dorobić własnego, ludziom tym, jeśliby ich zauważyć raczył, dziwiłby się i szlachetny, najwytworniejszy arbiter elegantiarum28, Petroniusz.

*

Spotkałem w Tel Awiwie młodego, nieśmiałego doktorka, który jechał „Dacią” — oczywiście nie w czwartej, ale w drugiej klasie. Spytałem, co już widział. Okazało się, że mimo tygodniowego pobytu widział bardzo niewiele, bo tylko Tel Awiw. Wytłumaczył mi dlaczego. Oto nie przyjechał tu właściwie jako turysta, przyjechał, by tu osiąść, praktykować, zarabiać...

Czuł się bardzo niepewny i nieśmiały. Więcej: czuł się zgubiony, obcy. Ze znalezieniem pracy jakoś nie szło. Palestyna na potrzeby tego kraiku wielkości Wileńszczyzny ma może mało robotników, ale za to inteligencji pracującej (nie na szosach) dostatecznie. Ci nie znajdą pracy tak łatwo jak murarze. Uniwersytet jerozolimski jest wprawdzie czynny w praktycznym tego słowa znaczeniu (tj. w produkowaniu młodych prawników, medyków, filologów itd.) na razie na jednym tylko medycznym wydziale, ale napływ młodzieży z dyplomami bardzo łatwo zaspokoił niewielkie stosunkowo zapotrzebowanie kraju. Pocieszałem doktorka, że niebawem znajdzie zajęcie. Po prostu, młodszy od niego, musiałem go pocieszać. Nie bardzo już wiedziałem, co mu powiedzieć w końcu.

— No, jest pan w ojczyźnie, w kraju — powiedziałem.

Doktorek popatrzył na mnie, a potem długo mówił. Oto właśnie, że nie jest „w kraju”. On do Palestyny nie tęsknił nigdy. On nie uznaje ojczyzny. Owszem, taki kawał ziemi, gdzie się człowiek urodził, zna wszystkich, mieszka z dawna. Ale daleki, szeroki kraj — nie. Nie uważa, żeby to było źle czy dobrze. Można za to kochać religię albo klasę. (Nie nabrałem wrażenia, by doktor kochał jedno lub drugie). W małopolskim mieście, w którym zaczął praktykować, źle mu szło. Przepełnienie. Przyjechał tu. — Nie uwierzy pan, jak ja się tu czuję okropnie, okropnie obcy.

Studiował we Lwowie. Były rozruchy antysemickie. Studenci tworzyli szpaler i przepychając Żydów bili ich. Mój doktor krzyknął: — Nie jestem Żydem, uważam się za Polaka. — Łomotnął go ktoś tym silniej pałką po głowie. Jego koledzy Żydzi słyszeli ten okrzyk. Byli wśród nich tacy jak on, którzy go rzucili dumnie w roześmiany radością bicia człowieka tłum. Ale ci koledzy — on ich zna — oni w ten krzyk wierzyli. On — nie wierzył. W Berlinie krzyknąłby: — Jestem Niemcem. — Pan się dziwi, oczywiście, i pan to uważa za oportunizm? Trudno, proszę pana, pan nigdy nie był w pozycji człowieka bitego za krew, którą ma w arteriach!

Od tego dnia — opowiadał dalej — zrobiła się jakby luka między jego kolegami Żydami a nim samym. Asymilanci wiedzieli, że on w ten okrzyk nie wierzył. Syjoniści gardzili nim tym bardziej. Z takimi, jak on sam, on jakoś nie bardzo współżył. Dziś jest w Palestynie. O tym, żeby być w Palestynie, marzą w Polsce, Rumunii, świecie tysiące tych tam chaluców. On jest. I jest obcy.

Widzi pan, mnie stać na szczerość. Pan jest obcy człowiek, pan oglądnie sobie i pojedzie. Pan rozumie, że człowiek może nie myśleć o kochaniu jakiejś ojczyzny, tak jak nie musi kochać religii. Z tego, co o Palestynie słyszałem, zrozumiałem, że tam jest wielki ruch. Ludzie budują, zorywują nieużytki, spuszczają bagna, ludzie pracują, ludzie się śpieszą, ludzie nie mają czasu pytać pana, co pan tam sobie myśli czy nie myśli. No, i w każdym razie nie o pochodzenie. Tu, proszę pana, ludzie się kłócą i zwalczają, ale jednak oni myślą to samo. Ja wcale z nimi nie myślę. Udawać? I trudno, i — ja bym nie potrafił. Na razie nie potrafię.

Rozmawialiśmy tak bardzo długo. Mówił o tym, jak tu panuje niewidzialna dyktatura syjonizmu. Jak tępiony jest żargon, jak zniszczono by maszyny redakcji żargonowego pisma, jak gdy podczas świąt żydowskich, wedle religii nie wolno jeść chleba, tylko macę, któraś postępowa piekarnia wystawiła w oknie chleb, to robotnicy („Pan uważa? robotnicy, oni są przecież socjalistami”) rozbili wystawę i tłum spalił ów chleb na ulicy, jako prowokację. Tak, panie. Tu też jest dyktatura, jak we Włoszech, jak w Rosji.

Doktor zatrzymał się i rzekł:

— Dyktatura jest dzieciństwem każdej idei.

Powiedziałem:

— Za jedynym bodaj tylko wyjątkiem: chrystianizmu.

Doktor pomyślał znowu i odparował:

— Tak. W religii dyktatury są okresem młodości.

*

Tych dwoje widzę zawsze razem. Byli to jedyni ludzie niezadowoleni z Palestyny, jakich spotkałem w mej drodze. A umyślnie spotykałem bardzo wielu. Zdaje się, że wszyscy niezadowoleni, jacy w ogóle są w Palestynie, to właśnie ludzie tego typu... I otóż, żeby czuć się dobrze w Palestynie, żeby być tam naprawdę jak w raju na ziemi (a widziałem takich, którzy tak się tam czują), trzeba nie tylko, jak wymagają przepisy emigracyjne, mieć przy sobie certyfikat wyjazdowy bądź kapitał 1000 funtów, bądź wreszcie wjechać jako turysta i — zostać, trzeba jeszcze, trzeba po prostu, najzwyczajniej w świecie, być nasiąkłym ideą syjonistyczną.

Jest to bardzo jasne i bardzo proste. Kraju tego, ni mniej, ni więcej, tylko gdyby nie ta idea, nie byłoby w ogóle. Coś takiego można najlepiej i jedynie uzmysłowić na przykładzie: gdyby nie było idei niepodległości Polski, Warszawa by istniała i ludzie by w niej żyli. Gdyby nie było syjonizmu, hasła powrotu do ziemi ojców, w żydostwie, toby jednak nie było Tel Awiwu, toby nie było nie tylko Tel Awiwu, ale nie byłoby ani Petach Tikwa, ani Richonu, ani Magdiel, ani całego Emek Izrael, tych bogatych, malowniczych kolonii, a tylko piaski, bagna, malaria. I właśnie dlatego, że tu jeszcze nie ma prawie nic powstałego przez interes, że w każdym razie przeważa tu powstałe przez ideę, idea ta rzeczywiście jest tu tak wszechobecna jak ten, objawiający się za każdym czynem swego ludu, biblijny Jehowa Izraela.

Może kiedyś będzie inaczej. Nurt życia podmywał większe jeszcze idee. Na razie tak nie jest. Do Palestyny można jechać bez pieniędzy. Mojżesz Schamroth miał na całą drogę sto lei, tj. dosłownie pięć złotych. Ale nawet gdyby nim się nie zaopiekowała organizacja, to poszedłby „na budowę” w Hajfie i byłby spokojny. Doktorek i elegancka pani nie mają pieniężnych kłopotów. Ale mają głębsze jeszcze troski. Myślę, że tych dwoje Palestyna wygryzie. Jadąc do niej, nie myślałem nigdy, że pewnego wieczoru, błądząc po bulwarach telawiwskich, będę, jako Polak, cudzoziemiec, słuchał wyznań Żyda, że się w tej Palestynie czuje tak okropnie obcy. Żydzi nie-syjoniści, Żydzi nietęskniący za Ziemią Obiecaną, nie emigrujcie do Palestyny!