Opracowanie tej książki zostało sfinansowane na pamiątkę Wandy Romualdy Malinowskiej z domu Skłodowskiej, 16.04.1940–23.03.2019.
Podróż po Polsce
Mojej Matce
Wśród szkła i plakatów
Pierwszą rzeczą, która rzucała się w oczy, to nie zniszczenie, nie zdemolowane sklepy, nie rozbite wystawy, nie obtłuczone tramwaje — ale odezwy. Odezw było bez końca. Była odezwa dwóch biskupów lwowskich, odezwa prezydenta miasta, odezwa obrońców Lwowa, odezwa Federacji Obrońców Ojczyzny, odezwa ukraińska, odezwa Stronnictwa Narodowego, odezwa akademicka itd., itd. Rozlepione były wszędzie, od dworca począwszy. Pisma lwowskie drukowały jeszcze inną odmianę odezw — rezolucje; rezolucje pomniejszych organizacji społecznych, które z tych czy innych przyczyn zadowoliły się powzięciem uchwały, nieraz złożonej z kilkunastu punktów, i przesłaniem jej do redakcji. Toteż pisma lwowskie z pierwszych dni po zajściach1 robią dziwne wrażenie; szuka się w nich opisów, relacji, wiadomości, a znajduje się odezwy, odezwy, odezwy. Ściany domów tego miasta i szpalty jego pism zapełniły się i — przesłoniły odezwami.
Odezwy to pierwsza rzecz, która rzucała się w oczy we Lwowie, ale mimo ich liczebności, mimo powagi instytucji, które je wydały, mimo zaklęć, jakie zawierały, nie były tą rzeczą, która rzucała się w oczy najbardziej. Odezwami tymi przypominało miasto pierwsze, nasycone elektrycznością, dni wojny, ale rozbitymi szybami, wielkimi sklepowymi witrynami wduszonymi w głąb, jak rozbite, próżne oczodoły żywego jeszcze zwierzęcia, przypominały samą wojnę. Wielkie gmachy, gmach ubezpieczalni społecznej, gmach Teatru Wielkiego, stały ostrzelane najgęstszym gradem pocisków. Szyby pobito tu dokładnie, co do jednej, zadeptywano butami na drobny mak. Lampy gazowe, wielkie lampy łukowe wisiały potłuczone, porozbijane. Resztki tych szyb szkliły się w ramach do słońca, tuż obok rozlepionych plakatów i odezw. Wybite szyby i plakaty, mnóstwo wybitych szyb i nie mniejsze mnóstwo porozlepianych wszędzie plakatów, dopiero razem wzięte pokazały miasto podzielone na dwa obozy. Lwów, jak w ruskim miesiącu, podzielony był na dwa obozy, a zasieki tego frontu biegły wzdłuż rozbitych szyb i wypróżnionych z towaru lad sklepowych, a także wzdłuż tych plakatów.
Najwyższym punktem tego miasta jest dawny Wysoki Zamek, kopiec patriotyczny, barokowe, rokokowe i gotyckie wieże kościołów, katedr i cerkwi, zielone szkarpy2 wzgórz. Pola wdzierają się w miasto, żadnego „lasu kominów”! To właśnie zastanawia i uderza. Kominy kilku zakładów fabrycznych ukryły się jakby w dolinach: hangary lotniska ostrzej występują w panoramie miasta niż dachy fabryk. Lwów nie jest miastem przemysłowym. We Lwowie jest tradycja, są silne spory narodowościowe, jest patriotyzm, o którym piszą teraz wszystkie odezwy, jest dumne godło semper fidelis3. Partie socjalne we Lwowie były zawsze nacjonalistyczne wszystkich odcieni — silne, wpływowe. A jednak ten pochód, w którym szli ławą wszyscy, liczył nie tylko Polaków, liczył Ukraińców czy Rusinów, liczył Żydów, i polskie, ukraińskie, żydowskie imiona, Stanisławów, Wasylów i Mojżeszów, znajdziemy na liście rannych i aresztowanych uczestników pochodu.
Nie będę pisał o samym przebiegu pochodu. Mimo przeszkód posuwał się on właściwie szybko. Ludzie pokrwawieni i obdarci znaleźli się naraz w śródmieściu, na Legionów, na Akademickiej. O tej porze skończyły się już biura, a zapełniło korso4 i kawiarnie. Muzyka grała w kawiarniach, i w okna tych kawiarni posypał się grad ciężkich kamieni. Wówczas już szyby zaczęto tłuc, jedne za drugimi, masowo, wszędzie. Gazety pisały, że była w tym jakaś sprawna organizacja, wskazywały na niszczenie aptek ze środkami leczniczymi i opatrunkowymi, ale ludzie lwowscy mówią na ogół zgodnie, że był to jakiś szał niszczenia. Na ulicy było pełno ludzi. Otóż ludzie ci patrzyli biernie i osłupiale, jak rozbijano szyby, jak wywracano zatrzymane tramwaje, jak podpalono stację benzynową, jak płomień jej buchał jaskrawo nad brukiem.
Te pierwsze akty demolowania miały przede wszystkim charakter niszczenia, nie grabieży. Jedyne, co ludzie z przedmieść raczą przeciwstawiać słowom plakatów i dzienników, to uporczywe twierdzenie, że nie rabowano, nie grabiono, nie kradziono, tylko niszczono. Jedyne sprostowanie, jedyna odpowiedź, ale odpowiedź na wszystkich ustach. Nie jest to prawda, bo wypadki rabunku były, może były nawet liczne. Ale niezaprzeczalne jest, że akcja miała charakter przede wszystkim niszczycielski, a charakterystyczne i powszechne jest wybranianie się od rabunku, a przyznawanie, niemal ostentacyjne, do niszczenia.
Wieczorem pojawiły się na ulicy patrole i oddziały, które nie natrafiły na żaden opór, przed którymi rozsypani uczestnicy pochodu ustępowali powoli. Jeszcze dwie godziny, a zrobiło się niemal zupełnie ciemno. Wszystkie lampy były przecież rozbite. Nocy tej i dnia następnego, i jeszcze następnej nocy samochody policyjne robiły olbrzymie wypady. Aresztowano na ulicy, aresztowano wedle listy notorycznych przestępców i wedle listy podejrzanych o komunizm i ONR5, aresztowano jakby dla udaremnienia nowego ataku: rzeczywiście, można było powiedzieć, że nowy atak, jeśli miał być, udaremniono. Ilu ludzi znalazło się w aresztach śledczych, nie wiadomo. „Ilustrowany Kurier Codzienny”, który podał cyfrę 600, w dwa dni później poprawił ją na 1000.
Pierwsze odezwy pojawiły się dopiero w sobotę. Szkła było pełno na ulicy, jeszcze można było znaleźć ślady krwi, jeszcze nie powstawiano nowych lamp. Strajk generalny się nie udał, bo pracowano w głównych zakładach miejskich, ale strajk generalny publiczności widać było na wszystkich ulicach. Miasto było jednocześnie puste i pełne, natłoczone gapiami i pozbawione przechodniów. Ludzie chodzili po mieście, krążyli po szlaku pogrzebowym, poznaczonym śladami walki. Tylko maszyny rotacyjne drukarń biły niezmordowanie odezwy. One jednak, one pierwsze korzystały z dziwnej koniunktury. Szkło podrożało w cenie, ale zaraz spadło; nie kupował go nikt, a jednocześnie krążyły pogłoski, że niebawem, w drodze urzędowej, władze sprowadzą zapasy tanich szyb.
Przez niedzielę, poniedziałek, podobno przez dni następne, jeszcze trwały masowe aresztowania, jeszcze jeździły wielkie policyjne samochody, ale tempo wypadków słabło. W szpitalach, zapełnionych jak więzienia, umarło kilku ciężej rannych, dostawiono do nich szereg nowych rannych, okaleczonych i pobitych. Ale i to się skończyło. Produkcja odezw i produkcja rezolucji wzmagała się za to coraz silniej. Radziło niepodległościowe „Zarzewie”, radzili profesorzy lewicowi i prawicowi, pisma z niezachwianą pewnością oceniały, komentowały, uzgadniały to, co zaszło, z tym, „co pisały i o czym przekonywały od dawna”. Skarżono się na zanik sił społecznych, na zwiotczenie sprężystości organizacji. A przecież, sądząc z plakatów, opierając się na odezwach, polegając na rezolucjach, mało które miasto może się w tej mierze, co piękny Lwów, powołać na swych kilkadziesiąt najrozmaitszych szanowanych, wpływowych, możnych organizacji społecznych. Na tyle, na tak wiele.
Szara masa ludzka, masa z przedmieść, masa robotnicza i rękodzielnicza, dziś masa nędzarska, spłynęła pierwsza, jak wielka fala, przez miasto, w pyle i okrzykach, w huku strzałów kierowanych ku płynącej nad głowami czarnej, krótkiej trumnie, spłynęła, zostawiając szlam połamanego żelaza, porozrzucanych kamieni, potłuczonego tupotem tysięcy nóg szklistego, ostrego żwiru. Fala władzy, jedyna, którą spotkała na drodze, wcisnęła się z powrotem w uliczki patrolami żołnierzy w stalowych hełmach, z bagnetami nasadzonymi na karabin, popędziła z hukiem ciężkich, obładowanych i zamkniętych samochodów obławy policyjnej. Fala społeczna poszła po nich wszystkich trzecia, ostatnia. Papier plakatów i odezw czernią słów i podpisów pozatykał także swoje sztandary, woła także swoimi słowami. On może woła nawet najgłośniej. W słońcu majowym tego pięknego miasta, przez które przeszedł huragan, tylko plakaty, białe w słońcu, jasne na tle szarych czy żółtych domów, mają swobodę słowa, wołają głośno, swobodnie, pełnie. I wołają przeraźliwie, przeraźliwie pusto.
Kto mógł nagle, spod ziemi, spod bruku powołać legion proletariacki w tym mieście, które prawie nie ma robotników, w którym ruch socjalistyczny snuł się dotąd, anemicznie wciśnięty w rzeki nacjonalizmów, kto mógł przełamać się przez miasto? Niewiele fabryk, w tym kilka państwowych, uspołecznionych, jak monopolu tytoniowego. Robotnicy podzieleni na szereg związków zawodowych, rozbici na nacje. Mówią mi: młodzież. To prawda, że wszędzie było pełno młodzieży, z Zamarstynowa, z Persenkówki, z Podzamcza, z Łyczakowa, z Rogatek Janowskich. Może to „bluźnierstwo”, ale było jej tyle, ile w obronie Lwowa. Mówią o bezrobotnych. Kto są bezrobotni Lwowa? Mówią, że wielu murarzy. Otóż Lwów się nie buduje. Ruch budowlany Lwowa jest nikły, niezmiernie nikły. Ludzie nie budują we Lwowie. Dlaczego ludzie nie budują we Lwowie?
Trzeba przejechać za Park Stryjski. Na dużych, pięknych wzgórzach tego miasta zaczęta, niedokończona, urwana budowa nowoczesnej dzielnicy. To było zaraz po wojnie, to miała być dzielnica i nowoczesna, i polska, tu miał się skoncentrować polski wysiłek gospodarczy Lwowa, jak przedtem, w listopadzie, u stoków Cytadeli i Góry Kadeckiej skoncentrował się wysiłek orężny. Ta dzielnica się nie buduje. Przed wojną marzono o wielkim Lwowie. Wyciągnęły się w różne kierunki miasta szlaki ulic jak wysunięte konary drzewa. Konary te nie obrosły w gąszcz nowych gałęzi i odgałęzień. Widziane z góry, wyglądają dziś jak ręce wyciągnięte na całą swą długość ku czemuś, co miało przyjść, miało być, a nie było.
Ludzie mówią jeszcze, że Lwów „gospodarczo usycha”. Gdy się patrzy na te ulice tak silnie, zdecydowanie wytyczone, ulice, od których nie odbiegły w różne strony rzędy dalszych ulic, widzi się prawdę tego usychania. Myślę o Krakowie, który buduje się nieprzerwanie, gdzie Błonia, Podgórze, Płaszów, Olsza otoczone są wieńcem nowych zupełnie osad, gdzie Bronowice ze wsi stają się przedmieściem, gdzie miasto sięga po Przegorzały i Bielany, gdzie narosły całe dzielnice małych domów, niskich, spokojnych, domów małych, spokojnych ludzi. Kraków przed wojną wapniał w muzealny stalaktyt, i to było, ostatecznie, w logice rozwoju. Kraków po wojnie rozrósł się niesłychanie. Lwów od wojny zastyga.
Lwów zastyga, i na tle ulic wyschłych, wyciągniętych daremnie ku dzielnicom, których nie ma, na widok okien wybitych i patetycznych plakatów, wieczorem, gdy sam tylko księżyc — ale za to jak teatralnie — oświeca barokowe fasady Rynku, czarną kamienicę wenecką, gzymsy kamienicy Sobieskich, Świętego Jura i Bernardynów, wszystko, co piękne i stare, uplastycznia się tak pięknie jak nigdy jeszcze. Właśnie dlatego, że wszystko wokoło smutne, zniszczone, zamarłe. Tylko w Bruges oddycha się pełną atmosferą przeszłości, tylko w Helsingør. I wtedy widzimy, że stary Lwów spogląda na nas barokiem miast włoskich i niemieckich, Norymbergą i Padwą, że jego Święty Jur patrzy tak samo rusko jak Ławra Peczerska Kijowa i święty monastyr poczajowski. Wtedy zobaczymy, że na szyldach lwowskich widnieją nazwiska angielskie i rumuńskie, mołdawskie i ormiańskie, żydowskie i niemieckie, wtedy zobaczymy, że Lwów, semper fidelis, był budowany przez amalgamat6 narodów, języków i ras.
Miasta tak zbudowanego nie ma w Polsce. Wilno jest podzielone po prostu przez pół na to, co wschodnie, i na to, co zachodnie. Cerkiew Romanowska to czysta Moskwa; ceglana i czerwona św. Anna to gotyk nie tylko niemiecki, ale królewiecki, krzyżacki. Granica kultur idzie tam środkiem wileńskich bruków. We Lwowie nie ma nigdzie granicznych słupów. We Lwowie będzie romańska cerkiew Ormian, a barokowa kopuła św. Jura, będą Niemcy i Bizancjum pomieszane jak stragany na rynku. A nawet Niemcy to będzie grób krzyżackiego wielkiego mistrza, który odbył wyprawę w służbie... Rzeczypospolitej. Granica różnych kultur biegnie tu nie poprzez ulice, ale poprzez gzymsy tej samej budowli, tego samego kościoła, pałacu, cerkwi. Granica narodów tego kraju, jak o tym pisał w „Buncie Młodych” człowiek tutejszy, Stanisław Łoś, biegnie nie granią miedzy dworskiej i chłopskiej, nie poprzez powiaty i gminy, ale poprzez środek łożnic małżeńskich. Głęboką ratio7 tej ziemi, jej istnienia i rozkwitu, jest łączność wszystkich jej elementów. Lwów stopił w jedno kultury, które gdzie indziej skojarzyć się nie dały. Ten stop im bardziej był różnorodny, tym silniej trwał w politycznej polskości kraju, ale też utrzymanie, wznowienie tego stopu, jego amalgamatyczność jest kwestią życia i zaniku Lwowa.
Rano, gdy się przyjeżdża do tego miasta, gdy jeszcze nikogo nie ma, idą ulicami od przedmieść baby w chustach z bańkami mleka. Mleko bulgocze w bańkach rozstawionych w wagonach pociągów podmiejskich, a wagony Polskich Kolei Państwowych rozbrzmiewają mową do polskiej podobną, a niepolską. Codziennie z wieńca wsi ruskich nachodzi ten babski najazd i codziennie na targowiskach baby, rozstawiając swoje mleko, kapustę i rzodkiewki, mówią mową niepolską. Wtedy redakcje biją na alarm, że pochód ruski wsącza się w centrum Lwowa.
Pochód ruski wsącza się w centrum Lwowa, jak się wsącza odwiecznie i wszędzie wieś do miasta. Pochód ruski wsącza się dziewczynami, które idą służyć w mieście, Kaśkami Kariatydami8, ciężkimi, bezbronnymi, urodziwymi. Pochód niski wsącza się studentem, synem chłopa, a czasem nawet aż „urzędnikiem” — zazwyczaj... woźnym z magistratu. Pochód ruski jest przyjmowany i przerabiany przez miasto. Dziewucha zrzuci chustkę i będzie chodziła z żołnierzem, który jest Polakiem, student nie znajdzie dla siebie miejsca, woźny z magistratu będzie się bał, będzie miał rodzinę, będzie drżał o posadę, będzie głosował na BBWR9, modlił się w kościele, mówił po polsku. To jest prawda, i to także jest prawda, że miasto dzisiejsze robi wszystko, co można, aby tych ludzi wchłonąć bez śladu, ale z roku na rok wytryska szyld nowego ukraińskiego sklepu, nowej kooperatywy10, nowej torgowli11. Choć każdy stragan witają redaktorzy gromkim biciem w werbel.
I miasto się nie buduje. I miasto, które ma mało robotników, ma dużo bezrobotnych.
Ludzie lwowscy, ludzie z Małopolski Wschodniej, budują się w Krakowie. Nie ma ochotników na kolonizację na tym terenie, gdzie prócz tego, wedle wskazań polskich poważnych ekonomistów, przeludnienie i głód ziemi dosięga szczytu. Ludzie nie chcą mieszkać i budować się w bastionie. Miasto się nie buduje i nie będzie się budowało, póki trwać tu będzie nastrój niepokoju, walk, zamieszek ulicznych. Miasto się nie będzie budowało i nie będzie pracy dla tych ludzi, co tu już są, i tych ludzi, których co roku przybywa na przedmieściach.