Księga VII

1. Wtedy Farnabazos w obawie, by wojsko nie przedsięwzięło wyprawy w głąb jego kraju, prosił przez posłów admirała Anaksibiosa, który właśnie był w Bizancjum, by przewiózł Hellenów z Azji, obiecując zrobić wszystko, czego by w tym celu było trzeba. Anaksibios więc wezwał wodzów i setników do Bizancjum i obiecywał wypłatę żołdu żołnierzom, jeśli się przeprawią. Otóż inni oświadczyli, że dadzą odpowiedź po naradzie z wojskiem, Ksenofont zaś oznajmił mu, że już rozstaje się z wojskiem i chce odpłynąć. Ale Anaksibios kazał mu najpierw przeprawić się razem z wojskiem, a potem dopiero odejść. Ten przyrzekł, iż tak zrobi.

Tymczasem król tracki Seutes posłał Medosadesa do Ksenofonta z prośbą, by gorliwie popierał myśl przeprawy, a nie pożałuje swej gorliwości. Ksenofont odpowiedział: „Ale wojsko tak czy owak się przeprawi, więc król nie potrzebuje z tego powodu płacić ani mnie, ani nikomu innemu. Po przeprawie zaś odejdę, więc wtedy niech się porozumiewa z tymi wpływowymi mężami, co zostaną, o ile sądzi, że to nie wywoła groźnych powikłań395”.

Zatem wszyscy żołnierze przeprawili się do Bizancjum. Ale Anaksibios nadal nie wypłacał żołdu, tylko ogłosił rozkaz, by żołnierze wyszli z orężem i bagażami, gdyż ma ich odprawić i równocześnie przeliczyć. Wtedy żołnierze oburzali się, że nie mają pieniędzy na zaopatrzenie się w żywność, i pakowali się z ociąganiem. Ksenofont przyszedł do Kleandra jako przyjaciel związkiem gościnności złączony i chciał się pożegnać, bo miał zamiar już odpłynąć. Ale ten powiada: „Nie rób tego, bo inaczej narazisz się na obwinianie. Dziś już podnosi się przeciw tobie zarzuty o to, że wojsko dość prędko stąd nie wyłazi”396.

„Ależ nie jestem temu winien — odrzekł Ksenofont. — Żołnierzom brak żywności i dlatego z niechęcią odnoszą się do wymarszu”.

„Ale mimo to — odpowiedział tamten — radzę ci wyjść z miasta tak, jakbyś miał maszerować razem z nimi, a potem dopiero odejść”.

Na to Ksenofont: „W takim razie rozstrzygniemy to ostatecznie u Anaksibiosa”.

Więc poszli do niego i przedstawili mu tę sprawę. Ten zaś kazał tak zrobić, jak mówił Kleander, i polecił, by żołnierze spakowali się i jak najszybciej wyszli. Dodał jeszcze, że kto nie będzie obecny na przeglądzie i przeliczeniu wojska, sam sobie będzie winien.

Następnie jako pierwsi wyszli wodzowie, a potem reszta. Prawie wszyscy, z bardzo nielicznymi wyjątkami, byli poza obrębem murów. Tymczasem Eteonikos397 stał koło bramy, aby, gdy wszyscy wyjdą, zamknąć ją i zaryglować. Anaksibios zaś, zwoławszy wodzów i setników, przemówił:

„Żywność bierzcie z trackich wsi. Jest tam sporo jęczmienia, pszenicy i innych zapasów. Zaopatrzywszy się, maszerujcie na Chersonez, a tam wam Kyniskos wypłaci żołd”398.

Niektórzy żołnierze, dosłyszawszy to, a może nawet jakiś setnik, rozgłosili między wojskiem. Wodzowie wypytywali o Seutesa, czy to wróg czy przyjaciel i czy trzeba maszerować przez „Świętą Górę”399, czy też okrążyć ją, idąc środkiem Tracji. Podczas takiej ich rozmowy żołnierze porwali znowu za broń i pędzą biegiem ku bramom, aby dostać się z powrotem w obręb murów. Eteonikos zaś ze swym otoczeniem, zobaczywszy nadbiegających hoplitów, zamykają bramy i zasuwają rygle. Żołnierze zaczęli tłuc w bramę i wołać, że to straszna dla nich krzywda wyrzucać ich w kraj nieprzyjaciół. Grozili, że wyłamią bramę, jeśli im się dobrowolnie nie otworzy. Inni pobiegli nad morze i przy kamiennym falochronie dostali się przez mury do miasta. Ci z żołnierzy, co przypadkiem zostali w mieście, widząc, co się dzieje przy bramie, przerąbali siekierami zasuwy i rozwierają bramę. Tamci wpadają.

Ksenofont, widząc, co się dzieje, obawiał się, by wojsko nie rzuciło się do plądrowania, skutkiem czego powstałaby szkoda nie do naprawienia dla miasta, dla niego samego i dla żołnierzy. Pobiegł więc za nimi i razem z tłumem wpadł przez bramę. Bizantyjczycy zaś, widząc, że wojsko wpada gwałtem, uciekają z rynku, jedni na statki, inni do domu, ci natomiast, co byli w domu, wybiegli. Niektórzy ściągali na morze trójrzędowce, by na nich się ocalić, a wszyscy byli przekonani, że nadeszła ich ostatnia godzina wobec zajęcia miasta. Eteonikos uciekł na warowny zamek, Anaksibios zaś, umknąwszy w stronę morza, płynąc na rybackim statku, okrężną drogą dostał się do akropoli400 i wezwał załogę z Kalchedonu, gdyż ci, co byli w akropoli, nie mogli, jego zdaniem, wstrzymać tych ludzi.

Żołnierze na widok Ksenofonta przypadają do niego z takimi słowami: „Teraz, Ksenofoncie, masz możliwość okazać się prawdziwym mężem: masz miasto, masz trójrzędowce, masz bogactwa, masz tylu ludzi. Teraz, jeślibyś chciał, mógłbyś nam pomóc, a my uczynilibyśmy cię wielkim”. Ten odpowiedział: „Dobrze, dobrze, tak zrobię, jak mówicie. Jeśli tego pragniecie, jak najprędzej stańcie pod bronią w szeregach”. Sam dał taki rozkaz i innym polecał, by kazali stawać pod bronią. Żołnierze zaś sami z siebie ustawili się, hoplici w falangę głęboką na osiem ludzi, a peltaści pobiegli na oba skrzydła. Miejsce, gdzie stali, odpowiadało jak najlepiej formowaniu się linii: był to tak zwany „plac tracki”, niezabudowany i równy. Skoro zaś ustawili się pod bronią i uspokoili się, Ksenofont zebrał żołnierzy dokoła siebie i przemówił, jak następuje:

„Nie dziwię się, moi towarzysze broni, waszemu oburzeniu i wierzę, że takie oszustwo to wielka krzywda. Ale jeżeli pofolgujemy gniewowi i pomścimy się na obecnych tu Lacedemończykach za to oszustwo i splądrujemy niewinne miasto, to cóż dalej? Zastanówcie się sami. Pokażemy się jako niewątpliwi nieprzyjaciele Lacedemończyków i ich sprzymierzeńców. Jaka by to była wojna, można sobie wyobrazić, pamiętając niedawne wypadki, które oglądaliśmy na własne oczy401. Albowiem my, Ateńczycy, wdaliśmy się w wojnę z Lacedemończykami i ich sprzymierzeńcami, a mieliśmy wtedy na morzu i w dokach co najmniej trzysta trójrzędowców. Zapasów pieniężnych było w mieście mnóstwo, a roczny dochód z kraju i z zagranicy wynosił nie mniej niż tysiąc talentów. Panowaliśmy nad wszystkimi wyspami, mieliśmy wiele miast w Azji i Europie, nawet to Bizancjum, gdzie teraz jesteście. A jednak pokonano nas, jak to wszyscy wiecie. A cóż teraz, myślicie, nas czeka? Dawni sprzymierzeńcy są na rozkazy Lacedemończyków, a dołączyły się teraz Ateny z tymi wszystkimi, którzy wtedy byli po ich stronie. Wrogiem nam Tissafernes i wszyscy barbarzyńcy nad morzem, a największym wrogiem sam król w głębi lądu, któregośmy chcieli pozbawić tronu, a może i życia, o ile byśmy mogli. Wobec tego wszystkiego razem czyż jest ktoś tak nierozumny, by wierzył w możliwość naszego przetrwania? Na bogów, nie wpadajmy w szał, nie gińmy haniebną śmiercią jako nieprzyjaciele ojczyzny, swych druhów i krewnych. Przecież oni wszyscy mieszkają w tych miastach, które się na nas wyprawią. I słusznie, gdyż nie chcieliśmy mimo zwycięstw opanować żadnego barbarzyńskiego miasta, a spustoszymy pierwsze helleńskie miasto, do któregośmy przyszli. Modlę się, bym raczej zapadł się pod ziemię na dziesiątki tysięcy sążni, niż miał zobaczyć, żeście taki czyn popełnili. I wam radzę jako Hellenom szukać sprawiedliwości, nie łamiąc posłuszeństwa helleńskiej władzy. Jeżeli się zaś to nie uda402, to musimy cierpieć krzywdę, ale przynajmniej nie będziemy pozbawieni Hellady. Moim zdaniem trzeba Anaksibiosowi przez posłów powiedzieć, żeśmy nie przybyli do miasta w celu dokonywania jakiegoś gwałtu, lecz by postarać się dla siebie o pewne korzyści. Jeżeli się zaś to nam nie uda, to przynajmniej pokażemy, iż odchodzimy dlatego, żeśmy posłuszni, a nie dlatego, żeśmy się dali wywieść w pole”.

To uchwalono i wysłano z takim poselstwem Hieronima z Elidy, Arkadyjczyka Eurylochosa i Achajczyka Filesjosa. Ci udali się z tymi słowami na zamek.

Kiedy jeszcze żołnierze siedzieli, przybył do nich Kojratadas z Teb403, który wędrował po Helladzie nie jako wygnaniec, tylko szukał godności wodza i ofiarowywał swe usługi, jeśli jakieś miasto lub szczep potrzebował dowódcy. I wtedy przyszedł do nich z oświadczeniem, że gotów jest prowadzić ich do tak zwanej Delty w Tracji, gdzie można nabrać bogatej zdobyczy. Podczas marszu dostarczy pod dostatkiem żywności i napoju. Żołnierze wysłuchali tego razem z odpowiedzią Anaksibiosa. Odpowiedział mianowicie, że nie pożałują posłuszeństwa i że o ich dobrej woli doniesie władzom w Sparcie, a sam wedle sił będzie starał się im przysłużyć. Przyjęli Kojratadasa na wodza i wyszli poza obręb murów. Kojratadas zaś umawia się z nimi, że przyjdzie nazajutrz do wojska z bydlętami ofiarnymi, wieszczkiem, żywnością i napojem dla całej armii. Po ich wyjściu Anaksibios nakazał zamknąć bramy i ogłosić, że każdy żołnierz znaleziony w mieście, zostanie sprzedany jako niewolnik. Nazajutrz przybył Kojratadas z bydlętami ofiarnymi i wieszczkiem, szło też za nim dwudziestu ludzi dźwigających mąkę jęczmienną, drugich dwudziestu dźwigało wino, trzech ludzi niosło oliwę, jeden był obładowany ogromnym ciężarem czosnku, a jeden cebuli. To wszystko kazał położyć, jakby przeznaczał to do podziału, i zabrał się do składania ofiar.

Ksenofont tymczasem wezwał do siebie Kleandra i prosił go, by mu pomógł uzyskać pozwolenie na wejście w obręb murów i odpłynięcie z Bizancjum. Kleander przyszedł z odpowiedzią: „Bardzo mi trudno było to wyrobić. Mianowicie Anaksibios powiada, że to nie bardzo odpowiednie, by żołnierze byli blisko murów, a Ksenofont wewnątrz muru. Bizantyjczycy to buntowniczy naród i złośliwie siebie wzajemnie zwalczają. Mimo tego kazał ci przyjść, jeśli chcesz razem z nim odpłynąć404”. Ksenofont więc, pożegnawszy się z żołnierzami, poszedł do miasta razem z Kleandrem.

Kojratadas zaś pierwszego dnia nie miał pomyślnych ofiar i nic nie rozdzielił między żołnierzy. Na drugi dzień już stały bydlęta ofiarne przy ołtarzu i Kojratadas z wieńcem na głowie, bo miał ofiarować. Wtem przystąpili do niego Timasjon z Dardanos, Asinajczyk Neon i Kleanor z Orchomenos i powiedzieli mu, żeby nie składał ofiary, bo nie będzie wodzem wojska, jeśli nie dostarczy żywności. Ten zaś każe rozdzielać. Kiedy wiele jeszcze brakowało do tego, by każdy z żołnierzy dostał dzienną rację, zabrał swoje bydlęta ofiarne i odszedł, wyrzekłszy się nawet dowództwa.

2. Asinajczyk Neon, Achajczyk Fryniskos, Filesjos i Ksantikles, też Achajczycy, i Timasjon z Dardanii zostali przy wojsku i rozłożyli się obozem po wsiach trackich opodal Bizancjum. Wodzowie różnili się w zdaniach ze sobą. Kleanor i Fryniskos chcieli wieść wojsko do Seutesa, gdyż ich nakłaniał do tego i dał jednemu konia w darze, drugiemu kobietę. Neon zaś chciał iść na Chersonez, w nadziei, że jeśli będą pod Lacedemończykami, on obejmie komendę nad całą armią. Timasjon znowu pragnął przeprawić się z powrotem do Azji, bo spodziewał się w ten sposób dostać się do domu. Żołnierze natomiast wszyscy chcieli tego samego, to jest wrócić do domu. Z biegiem czasu wielu z żołnierzy odpłynęło, jak kto mógł, posprzedawawszy oręż w okolicy. Inni, dostawszy się do miast, znikli w miejskim tłumie. Miło było Anaksibiosowi słyszeć, że wojsko niszczeje, spodziewał się bowiem, że w ten sposób najbardziej przysłuży się Farnabazosowi.

Gdy Anaksibios odpływał z Bizancjum, spotkał się z nim w mieście Kyzikos Arystarch, bizantyjski harmosta, następca po Kleandrze. Mówiono, że i admirał Polos, następca Anaksibiosa, jest już prawie na Hellesponcie. Anaksibios poleca Arystarchowi sprzedać wszystkich żołnierzy Cyrusa, jakich zastanie w Bizancjum. Mianowicie Kleander nie sprzedał nikogo, lecz z litości kazał pielęgnować chorych i zmuszał przyjmować ich do domów, Arystarch natomiast zaraz po przybyciu sprzedał co najmniej czterystu. Anaksibios zaś popłynął wzdłuż brzegu do Parion405 i posłał do Farnabazosa w sprawie ich umowy. Ale kiedy ten się dowiedział, że Arystarch przybył do Bizancjum, a Anaksibios już nie jest admirałem, przestał o niego dbać zupełnie, a w sprawie wojska Cyrusa prowadził układy z Arystarchem, tak samo jak przedtem z Anaksibiosem.

Wtedy Anaksybios, wezwawszy Ksenofonta, każe mu wszelkimi środkami i sposobami popłynąć jak najprędzej do wojska, nie dopuścić do jego rozsypki, a z już rozproszonych zebrać jak najwięcej, przyprowadzić ich do Perintu i przeprawić jak najprędzej do Azji. Daje mu trzydziestowiosłowiec i list, i posyła człowieka do Perintyjczyków z rozkazem, by zaopatrzyli Ksenofonta w konie i jak najszybciej wyprawili do wojska.

Ksenofont więc, przeprawiwszy się przez morze, przybywa do wojska. Ci przyjęli go radośnie i w tej chwili poszli ochotnie za nim, spodziewając się przejść z Tracji do Azji. Seutes zaś, dowiedziawszy się o jego powrocie, posłał do niego nad morze Medosadesa z prośbą, by do niego prowadził wojsko, czyniąc mu takie obietnice, jakimi według swego mniemania mógł go nakłonić. Odpowiedź jednak brzmiała, że to jest niemożliwe, i z tym poseł odszedł.

Gdy Hellenowie przybyli do Perintu, Neon oderwał się ze swymi prawie ośmiuset ludźmi i rozłożył się obozem osobno. Reszta wojska była razem przed murami Perintyjczyków. Następnie Ksenofont rozpoczął starania o statki, by jak najszybciej się przeprawić. Wtedy Arystarch, harmosta Bizancjum, przybył za namową Farnabazosa z dwoma trójrzędowcami i zakazał właścicielom okrętów kogokolwiek przewozić, wojsku zaś zapowiedział, by nie przeprawiało się do Azji. Ksenofont zauważył, że taki jest rozkaz Anaksibiosa i że w tym celu go wysłał. Arystarch odpowiedział: „Tak, ale Anaksibios już nie jest admirałem, a ja tu jestem harmostą. Jeżeli kogoś z was złapię na morzu, zatopię”.

Po tych słowach udał się do miasta. Nazajutrz zaś wezwał do siebie wodzów i setników. Gdy już byli w obrębie murów, ktoś doniósł Ksenofontowi, że jeśli wejdzie z innymi, zostanie ujęty i albo na miejscu mu coś złego wyrządzą, albo wydadzą Farnabazosowi. Usłyszawszy to, Ksenofont posłał innych przodem, a sam powiedział, iż chce złożyć jakąś ofiarę. Oddaliwszy się, pytał ofiar, czy bogowie pozwalają mu czynić starania o prowadzenie wojska do Seutesa. Widział bowiem, że przeprawa jest niebezpieczna, gdyż ten, kto zamierzał im przeszkodzić, miał na swe rozporządzenie trójrzędowce; z drugiej strony zaś nie chciał pójść na Chersonez i tam się dać zamknąć; wojsko musiałoby wtedy znosić silny niedostatek, bo w takim wypadku trzeba by było słuchać tamtejszego harmosty, a żywności z tym wszystkim nadal by nie było. Otóż tym był zajęty, a wodzowie i setnicy wrócili od Arystarcha i opowiadali, że teraz kazał im odejść, a przyjść po południu. Zasadzka więc wydawała się jeszcze wyraźniejsza.

Kiedy Ksenofontowi się zdawało, że ofiary wypadły pomyślnie i może razem z wojskiem bezpiecznie pójść do Seutesa, wziął ze sobą setnika Polikratesa z Aten i od każdego wodza, pominąwszy Neona, po jednym człowieku, któremu każdy z nich najbardziej ufał, i ruszył z nimi406 w nocy do wojska Seutesa, odległego o sześćdziesiąt staj. Gdy już byli blisko, napotkał ogniska, przy których nikogo nie było. Z początku myślał, że Seutes gdzieś się oddalił, ale gdy usłyszał hałas i wzajemne nawoływanie się ludzi Seutesa, zrozumiał, że Seutes dlatego rozkazał palić ognie daleko przed strażami nocnymi, by w ciemności nie można było dostrzec ani liczby, ani stanowisk straży, nikt natomiast nie mógłby podejść niedostrzeżenie, bo oświetliłoby go ognisko. Domyśliwszy się tego, posłał naprzód tłumacza, którego miał przypadkiem ze sobą, i kazał powiedzieć Seutesowi, że czeka tu Ksenofont i chciałby się z nim widzieć. Gdy na ich pytanie, czy to ten Ateńczyk z wojska, dał odpowiedź twierdzącą, pobiegli czym prędzej. Chwilę później nadeszło ze dwustu peltastów i odprowadzili Ksenofonta wraz z jego towarzyszami do Seutesa. Ten przebywał w wieży, otoczywszy się silną strażą, a dokoła wieży stało wiele okulbaczonych koni. Z obawy bowiem pasł konie tylko za dnia, a w nocy kazał pozakładać wędzidła i pilnować. Opowiadano mianowicie, że jego przodek, Teres, z silnego wojska stracił w tej krainie z powodu napadów mieszkańców wielu ludzi i cały bagaż. Byli to Tynowie, szczep uchodzący za najbardziej wojowniczy, a zwłaszcza niebezpieczny w nocy.

Kiedy już byli blisko, kazał wejść Ksenofontowi i pozwolił mu wziąć ze sobą dwóch towarzyszy, jakich chce. Gdy byli wewnątrz, naprzód przywitali się wzajemnie, przepijając do siebie trackim zwyczajem wino rogowych kubków. Był przy Seutesie także Medosades, który z jego zlecenia posłował w różne strony. Następnie Ksenofont zaczął mówić: „Najpierw posłałeś do mnie, Seutesie, do Kalchedonu tego oto Medosadesa z prośbą, bym się przyczynił do przeprawy wojska z Azji, i z obietnicą, że mi się odwdzięczysz, jeżeli do tego doprowadzę, tak jak mi to Medosades powiedział”. Po tych słowach spytał Medosadesa, czy to prawda. Ten potwierdził, „Po raz drugi przybył ten Medosades, gdy wróciłem do wojska z Parion, obiecując, że jeśli przywiodę wojsko do ciebie, to będziesz odnosił się do mnie jak do przyjaciela i brata i dasz mi grody nadmorskie, nad którymi władasz”. Potem znowu spytał Medosadesa, czy to mówił. Ten zaś i to potwierdził.

„Powiedzże teraz, co ci odpowiedziałem po raz pierwszy w Kalchedonie”.

„Odpowiedziałeś, że wojsko tak czy owak przeprawi się do Bizancjum i dlatego król nie potrzebuje płacić ani tobie, ani komu innemu. Ty zaś sam oświadczyłeś, że opuścisz wojsko po przeprawie. I tak się stało, jak mówiłeś”.

„A co mówiłem, kiedy przybyłeś do Selimbrii407?”

„Mówiłeś, że to niemożliwe, bo idziecie do Perintu i przeprawiacie się do Azji”.

„Teraz więc — rzekł Ksenofont — przychodzę ja i jeden z wodzów, mianowicie ten oto Fryniskos, to jest Polikrates, jeden z setników, a na dworze czekają najzaufańsi wysłannicy każdego z wodzów, z wyjątkiem Lakończyka Neona. Jeżeli więc chcesz, by nasze układy budziły większą ufność, zawołaj ich także. A ty, Polikratesie, idź i powiedz, że kazałem zostawić broń, i sam zostaw swój miecz, zanim tu wejdziesz”.

Na to Seutes powiedział, że do żadnego Ateńczyka nie odnosi się z nieufnością, gdyż wie, że są z nim spokrewnieni408, i mniema, że są życzliwymi przyjaciółmi. Gdy wszyscy weszli, Ksenofont spytał naprzód Seutesa, do jakiego celu chce użyć wojska. Ten odpowiedział: „Moim ojcem był Majsades, który rządził Melandytami, Tynami i Tranipsami. Gdy sprawy Odrysów się pogorszyły, ojciec mój, wypędzony stąd, zapadł na zdrowiu i umarł, a ja, jako sierota, wychowałem się u Medokosa, obecnego króla. Kiedy wyrosłem na młodzieńca, nie mogłem tak żyć, oglądając się na cudzy stół. Siadłem więc przy nim na jego siedzisku, pokornie prosząc409, by mi dał tylu ludzi, ilu może, abym wedle sił swych wyrządzał szkody tym, co nas wyrzucili, a równocześnie mógł żyć, nie spoglądając jak pies na cudzy stół. Wtedy dał mi tych ludzi i te konie, które zobaczycie, gdy tylko dzień nastanie. I dziś żyję z nimi, łupiąc swą ojcowiznę. Jeślibyście się do mnie przyłączyli, to myślę, że przy boskiej pomocy łatwo bym odzyskał należną mi władzę. Otóż to jest moim celem”.

„A jeślibyśmy przyszli, to cóż byś mógł dać — spytał Ksenofont — wojsku, setnikom i wodzom? Powiedz, aby ci ludzie mogli o tym donieść”. Ten obiecał każdemu żołnierzowi po kyzikenie, dla setnika dwa razy tyle, dla wodza zaś cztery i tyle ziemi, ile sobie zażyczy, zaprzęg wołów i warowną miejscowość nad morzem.

„A jeśli — rzekł Ksenofont — mimo wysiłków nie zdołamy tego przeprowadzić, bo strach przed Lacedemończykami będzie zbyt silny, to przyjmiesz do swego kraju tego, kto zechce przyjść do ciebie?”

„Bratem go swoim uczynię, towarzyszem stołu i udział mieć będzie we wszystkim, co tylko zdołamy zdobyć. Tobie zaś, Ksenofoncie, nawet dam córkę i jeśli sam masz córkę, kupię ją trackim zwyczajem i dam jej na mieszkanie Bisante, najpiękniejszy gród, jaki mam nad morzem”.

3. Wysłuchali tego, wzajemnie uścisnęli prawice i odjechali. Przed świtem stanęli w obozie i każdy zdał sprawę tym, co go wysłali. Z nastaniem dnia Arystarch znowu wezwał wodzów, jednak oni postanowili nie iść do niego, tylko zwołali wojsko na zgromadzenie. Zgromadzili się wszyscy z wyjątkiem żołnierzy Neona; ci byli oddaleni o jakich dziesięć staj. Skoro się zaś zeszli, powstał Ksenofont z takim przemówieniem:

„Żołnierze, przeprawić się morzem tam, dokąd chcemy, nie pozwala nam Arystarch, który ma trójrzędowce na swoje rozkazy. Toteż nie jest bezpiecznie wsiadać na statki. Natomiast każe nam siłą przedrzeć się przez Świętą Górę do Chersonezu. Jeżeli przejdziemy przez tę górę i tam się dostaniemy, to już was nie będzie, mówi, sprzedawał, jak w Bizancjum, już nie będziecie więcej oszukiwani, tylko wypłaci się wam żołd, ani nie będzie patrzył obojętnie, jak teraz, na to, że wam brak żywności. Takie są jego obietnice. Natomiast Seutes obiecuje, że się wam odwdzięczy, jeżeli przyjdziecie do niego. Teraz zastanówcie się, czy będziecie nad tym radzić tutaj, czy dopiero kiedy udamy się tam, gdzie można zdobyć żywność. Skoro tu nie mamy pieniędzy na kupno, a bez pieniędzy brać nie pozwalają, to moim zdaniem lepiej pójść do wiosek, gdzie wolno nam brać, bo ich mieszkańcy są słabsi od nas. Tam, mając pod dostatkiem żywności, wysłuchamy, do jakiego celu nas potrzebują, i wybierzemy to, co się nam wyda najlepsze. Kto się z tym zgadza, nich podniesie rękę”. Podnieśli wszyscy. „Idźcie zatem pakować się, a na dany rozkaz maszerujcie w ślad za czołową kolumną”.

Po tym wszystkim Ksenofont prowadził, a wojsko szło za nim. Neon i ludzie Arystarcha namawiali ich, by wrócili, ale ci nie słuchali. Gdy uszli z jakich trzydzieści staj, spotyka ich Seutes. Ksenofont ujrzawszy go, wezwał go, by podjechał bliżej, chcąc wobec jak największej liczby świadków powiedzieć mu, co uznawał za stosowne. Gdy się zbliżył, Ksenofont przemówił: „My ruszamy tam, gdzie wojsko będzie miało żywność. Tam wysłuchamy ciebie i Lakończyka i wybierzemy to, co się nam wyda najlepsze. Jeśli nas zaprowadzisz tam, gdzie jest najwięcej żywności, będziemy uważali, żeśmy u ciebie w gościnie”.

Na to Seutes: „Ależ znam wiele wsi leżących blisko siebie, zasobnych we wszystkie środki, w takiej odległości, że po przejściu jej będziecie ze smakiem zajadali śniadanie”. „Więc prowadź” — rzekł Ksenofont. Gdy przybyli do tych wsi po południu, żołnierze zgromadzili się, a Seutes przemówił, jak następuje:

„Ja was, żołnierze, proszę, byście się zgodzili na służbę u mnie i obiecuję dać żołnierzowi po kyzikenie, a setnikom i wodzom według zwyczaju. Poza tym uczczę tego, który sobie zasłuży. Jadło i napój, jak teraz, będziecie brali z kraju. Tylko zdobycz musicie mnie oddawać, żebym z jej sprzedaży mógł wam wypłacać żołd. Zmykających i uciekających sami będziemy mogli ścigać i tropić, jeżeli zaś ktoś będzie stawiał opór, zabierzemy się do niego przy waszej pomocy”.

Tu Ksenofont zadał pytanie: „Jak daleko od morza zechcesz prowadzić wojsko?”

„Nigdy dalej — brzmiała odpowiedź — jak na siedem dni, często zaś bliżej”.

Następnie udzielano głosu każdemu, kto chciał. Wielu mówiło to samo, że nie byle co warte słowa Seutesa. „Jest zima i nie można odpłynąć do domu, jeśli ktoś tego chce. Spędzić ten czas w kraju przyjacielskim niepodobna, jeśli trzeba żyć za to, co się kupi. Przebywać zaś w kraju nieprzyjacielskim i żywić się bezpieczniej jest z Seutesem niż samym. Tyle ma to dobrych stron, a jeżeli w dodatku dostaniemy żołd, to możemy uważać trafiło nam się szczęśliwie”.

Na to rzekł Ksenofont: „Jeżeli kto ma coś przeciw temu, niech powie. W przeciwnym razie poddaję to pod głosowanie”.

Kiedy nikt nie sprzeciwiał się, poddał pod głosowanie i uchwała przeszła. Natychmiast oświadczył Seutesowi, że razem z nim pójdą na wyprawę.

Po czym reszta żołnierzy rozłożyła się obozem według oddziałów, wodzów zaś i setników zaprosił do stołu Seutes, który zajmował pobliską wieś. Kiedy już mieli wejść przez drzwi na ucztę, przystąpił do nich niejaki Heraklejdes z Maronei410. Ten przystępował do każdego, o którym domyślał się, że ma z czego złożyć podarunek Seutesowi. Naprzód zwrócił się do Pariończyków, którzy przybyli, by wyjednać sobie przyjaźń u króla Odrysów Medokosa, i wieźli ze sobą dary dla niego i dla jego żony. Tłumaczył im, że Medokos jest daleko w głębi kraju, dwanaście dni drogi od morza, Seutes zaś, skoro dostał to wojsko, będzie władcą nad morzem. „Więc jako sąsiad najwięcej będzie miał możności pomóc wam lub dokuczyć. Jeżeli więc chcecie postąpić roztropnie, to jemu dajcie to, co wieziecie ze sobą. I lepiej na tym wyjdziecie, niż gdybyście dali to Medokosowi, który mieszka daleko”. W ten sposób ich przekonał.

Potem przystąpił do Timasjona z Dardanos, o którym słyszał, że ma barbarzyńskie naczynia do picia i kobierce, i mówił, że jest zwyczajem, ilekroć Seutes prosi na ucztę, by zaproszeni przynosili dary. „Jeżeli on tu dojdzie do potęgi, to będzie w jego mocy i do domu cię wprowadzić411, i tutaj bogatym uczynić”.

Tak to on zabiegał, przychodząc do każdego. Przystąpił także do Ksenofonta z takimi słowami: „Ty pochodzisz z wielkiego miasta i twoje imię u Seutesa najwięcej znaczy, może będziesz sobie życzył posiadać tu gród i ziemię, jak wielu z waszych dostało. Wypadałoby ci więc jak najwspanialej uczcić Seutesa. Z życzliwości ci to radzę412; wiem, że im większy mu złożysz dar, tym więcej dobrego doznasz z jego strony”. Ksenofont słuchał tego w wielkim zakłopotaniu, gdyż nic ze sobą z Parion nie przywiózł, prócz chłopaka do posług i cośkolwiek pieniędzy na drogę.

Kiedy weszli na ucztę najmożniejsi z obecnych Traków, a z Hellenów wodzowie i setnicy, prócz tego poselstwa z miast, jakie tam były, zaczęła się biesiada, i to w ten sposób, że ucztowali siedząc413 kołem. Następnie wniesiono dla wszystkich stoły o trzech nogach. Było ich około dwudziestu, pełnych pokrajanego mięsiwa, a do kawałów mięsa były przyczepione wielkie bochenki zakwaszonego chleba. Stoły stawiano zawsze przed gośćmi. Taki był zwyczaj, a Seutes dał przykład: podnosił leżące przed sobą chleby, łamał je na kawałki i rzucał obecnym według swego uznania, a tak samo i mięso, zostawiając sobie tylko na pokosztowanie. Tak samo czynili i inni, przed którymi zastawiono stoły414. Tylko pewien Arkadyjczyk, imieniem Arystas, tęgi żarłok, zaniechał rozrzucania, wziął do rąk chleb na prawie trzy chojniksy i rozłożywszy sobie mięso na kolanach, zabrał się do jedzenia. Roznoszono rogi napełnione winem i wszyscy przyjmowali. Ale Arystas, gdy podczaszy podszedł do niego z rogiem, powiedział, zobaczywszy, że Ksenofont już przestał jeść: „Jemu daj, bo już jest wolny, ja jeszcze nie”. Usłyszawszy jego głos, Seutes zapytał podczaszego, o co chodzi. Podczaszy powiedział, gdyż rozumiał po grecku. Wtedy, oczywiście wybuchł śmiech.

Kiedy trwała już pijatyka, wszedł jakiś Trak, który miał siwego konia, i wziąwszy pełen róg wina, rzekł: „Przepijam do ciebie, Seutesie, i daruję ci tego konia. W pościgu dopędzisz na nim kogo chcesz, cofając się zaś, nie będziesz miał potrzeby obawiać się nieprzyjaciela”. Ktoś inny wprowadził chłopaka, którym obdarzył go, tak samo przepijając, ktoś inny znowu przyniósł szaty dla żony. Timasjon, przepijając, darował mu czarę i kobierzec wartości dziesięciu min. Niejaki zaś Gnesippos z Aten wstał i powiedział, że to bardzo piękny, stary zwyczaj, by ci, którzy coś posiadają, ofiarowali królowi dary w dowód swej czci. Tych natomiast, którzy niczego nie posiadają, obdarza król według tego samego zwyczaju. „Abym i ja — rzekł — miał z czego składać ci dary i cześć okazywać”.

Ksenofont w zakłopotaniu nie wiedział, co począć. Jako bardzo zaszczytny gość siedział na stołku najbliżej Seutesa. Heraklejdes kazał podczaszemu podać mu puchar z rogu. Ksenofont więc, był już bowiem podochocony, wstał śmiało i rzekł, wziąwszy róg w ręce:

„A ja ci, Seutesie, oddaję siebie i tych moich towarzyszy na wiernych przyjaciół, i to bez wywierania żadnego przymusu na ich wolę, owszem wszyscy przewyższają mnie jeszcze w chęci zostania twymi przyjaciółmi. I teraz są tu obecni, nie by prosić cię o coś jeszcze, lecz by z całym oddaniem za twoją sprawę pójść na trud i na niebezpieczeństwo. Z nimi, jeśli bóg da, kraj wielki zyskasz, bądź to odbierając ojcowiznę, bądź zdobywając nowe obszary. Wiele koni, pięknych kobiet i wielu mężów zyskasz, a nie będziesz musiał zdobywać ich jako łupu, bo moi towarzysze sami zjawią się u ciebie z darami”.

Seutes wstał, równocześnie z nim wychylił róg i prysnęli obaj na siebie winem415.

Następnie weszli muzykanci, grający na rogach, jakimi się daje sygnały, i na trąbach z niegarbowanej wolej skóry, nie tylko do taktu, lecz także tak, jak na instrumencie zwanym magadis416. Sam Seutes, powstawszy, podniósł okrzyk wojenny i skoczył, wyginając się bardzo zręcznie, jak gdyby uchylał się przed pociskiem. Weszli także wesołkowie.

Kiedy słońce kłoniło się ku zachodowi, Hellenowie powstali i powiedzieli, że pora rozstawić straże nocne i wydać hasło. Seutesa prosili o wydanie rozkazu, by żaden Trak nie wchodził w nocy do helleńskiego obozu, „bo i nieprzyjaciele są Trakami, i wy, przyjaciele”. Kiedy wychodzili, powstał także Seutes, który wcale nie wyglądał na pijanego. Wyszedłszy, zawołał do siebie samych tylko wodzów i rzekł: „Mężowie, nieprzyjaciele nie wiedzą jeszcze o naszym braterstwie broni. Jeżeli więc ruszymy teraz na nich, będziemy mogli zdobyć wielu jeńców i majątek, zanim będą na tyle ostrożni, by się nie dać zaskoczyć, lub na tyle przygotowani, by się móc obronić”.

Wodzowie pochwalili to zdanie i prosili go, by prowadził. On zaś odparł: „Przygotujcie się i czekajcie. Ja zaś przyjdę do was w odpowiedniej chwili, zabiorę swoich peltastów i was i bożą pomocą poprowadzę was”. A Ksenofont zauważył: „Zastanów się tedy, jeśli wyprawa ma odbyć się w nocy, czy nie jest lepszy helleński zwyczaj: mianowicie w marszach dziennych idzie przodem ten rodzaj broni, który jest odpowiednio dostosowany do terenu, czy to hoplici, czy peltaści, czy jazda. W nocy zaś jest zwyczaj u Hellenów, by prowadziła najpowolniejsza część wojska. W ten sposób najmniej naraża się armię na rozerwanie i na zagubienie się poszczególnych oddziałów. Oderwane oddziały wojska często wpadają na siebie wzajemnie i z nieświadomości zadają i ponoszą straty”.

„Dobrze mówicie — odrzekł Seutes — i ja zastosuję się do waszego zwyczaju. Wybiorę dla was przewodników spośród najstarszych ludzi, najlepiej obeznanych z tą okolicą, a sam będę zamykał pochód z konnicą. W razie potrzeby szybko zjawię się na przedzie”.

Wydali hasło „Atena”, z powodu szczepowego pokrewieństwa. Po tej rozmowie udali się na spoczynek. Około północy zjawił się Seutes, prowadząc opancerzonych konnych i zbrojnych peltastów. Gdy dał przewodników, ruszyli przodem hoplici, za nimi peltaści, konnica tworzyła straż tylną. Z nastaniem dnia Seutes podjechał naprzód i pochwalił helleński zwyczaj. „Często bowiem sam, maszerując w nocy z niewielką nawet liczbą żołnierzy, odrywałem się z konnicą od piechoty. A teraz jak należy pokazujemy się wszyscy razem z brzaskiem dnia. Ale wy czekajcie na tym miejscu i odpoczywajcie, aż wrócę ze zwiadów”.

Po tych słowach odjechał jakąś drogą przez górę. Gdy dotarł do grubej warstwy śniegu, szukał wzrokiem śladów ludzkich, prowadzących naprzód lub wstecz. Kiedy zobaczył, że droga nietknięta, wrócił szybko. „Mężowie — rzekł — powodzenie będzie z wolą bożą zupełne, wpadniemy bowiem niepostrzeżenie na tych ludzi. Ale teraz pójdę przodem z konnicą i nie dopuszczę, jeśli kogoś zobaczymy, by uciekł i ostrzegł o zbliżaniu się nieprzyjaciela. Wy zaś idźcie za nami. Jeżeli pozostaniecie z tyłu, tu idźcie za śladem koni. Po przekroczeniu gór dojdziemy do wielu bogatych wsi”.

Około południa był już na szczytach i ujrzawszy wsie, przybył pędem do hoplitów i powiedział: „Teraz poślę konnicę pędem na równinę, a peltastów do wsi. Idźcie za nami jak najprędzej, by nieść pomoc w razie jakiegoś oporu”. Na to Ksenofont zszedł z konia, a Seutes spytał: „Czemu schodzisz, kiedy trzeba pośpiechu?”. „Wiem — odpowiedział — że nie tylko mnie jednego potrzeba, a hoplici będą biegli szybciej i chętniej, jeśli i ja będę prowadził pieszo”. Po czym ruszył, a z nim Timasjon z czterdziestoma mniej więcej helleńskimi jeźdźcami. Ksenofont zaś nakazał, by żołnierze do lat trzydziestu, przysposobieni do szybkiego marszu, wystąpili z kompanii i ruszył z nimi szybkim krokiem, a Kleanor prowadził resztę. Gdy już doszli do wiosek, przypędził Seutes na czele około trzydziestu jezdnych. „Tak jest, Ksenofoncie, jak powiedziałem, mamy tych ludzi. Ale moi konni rozbiegli się w pościgu i obawiam się, by nieprzyjaciele, zebrawszy się, nie zadali im strat. A we wsiach też ktoś z nas musi zostać, gdyż są pełne ludzi”.

„Więc ja — Ksenofont na to — zajmę ze swoimi szczyty, ty zaś każ Kleanorowi rozciągnąć falangę na równinie wzdłuż wsi”.

Gdy to zrobiono, ujęto do tysiąca niewolników, dwa tysiące wołów i dziesięć tysięcy innego drobnego bydła. Wtedy zostali na tym miejscu na noc.

4. Nazajutrz Seutes odmaszerował z powrotem, uprzednio doszczętnie spaliwszy wsie i nie zostawiwszy ani jednego domu, żeby wzbudzić postrach u innych, aby wiedzieli, co ich czeka, jeżeli nie będą posłuszni. Zdobycz posłał na sprzedaż z Heraklejdesem do Perintu, by mieć na żołd dla wojska, a sam z Hellenami rozłożył się obozem na równinie Tynów. Tynowie zaś, porzuciwszy swe siedziby, uciekli w góry.

Śnieg zalegał grubą warstwą pola, a mróz był tak silny, że zamarzała woda niesiona do picia i wino w naczyniach. Wtedy wielu Hellenów odmroziło nos i uszy. Dopiero wtedy słało się zrozumiałe, dlaczego Tracy nakrywają głowę i uszy lisim futrem, a chitonem zasłaniają nie tylko piersi, ale i uda, i a na koniu nie mają lekkiego płaszcza, tylko owijają się długą szatą aż do stóp.

Seutes posłał kilku jeńców w góry, każąc oświadczyć, że jeśli nie zejdą do swych mieszkań i nie będą posłuszni, spali także ich wsie i plony, i pomrą z głodu. Wtedy zaczęli schodzić: kobiety, dzieci i starsi, młodsi zaś rozłożyli się po wsiach leżących pod górą. Dowiedziawszy się o tym, Seutes kazał wziąć Ksenofontowi najmłodszych hoplitów i z nim razem ruszyć. Wstawszy w nocy, z brzaskiem dnia przybyli do tych wsi. Większość uciekła, gdyż góra była blisko. Wszystkich jednak, którzy wpadli w ręce Seutesa, kazał bez miłosierdzia zakłóć.

Był zaś w wojsku niejaki Epistenes z Olintu417, rozkochany w chłopcach. Ten, dojrzawszy pięknego, dorastającego chłopca, który od niedawna zaczął nosić tarczę, skazanego na śmierć, przybiegł do Ksenofonta z prośbą o pomoc dla pięknego chłopca. Ten więc udaje się do Seutesa i prosi, by nie zabijał tego chłopaka, i równocześnie opowiada mu o tej namiętności Epistenesa, że raz nawet zebrał kompanię całą, na nic innego nie zwracając uwagi, jak tylko na urodę żołnierzy, i dzielnie z nią stawał.

Wtedy Seutes spytał: „Czy gotów jesteś, Epistenesie, umrzeć za niego?”.

Ten nadstawił karku ze słowami: „Bij, jeśli chłopiec każe i będzie za to wdzięczny”.

Seutes więc spytał chłopca, czy ma go zamiast niego zabić. Chłopak nie pozwolił, lecz błagał, by nikogo z nich dwóch nie zabijano.

Wtedy Epistenes, objąwszy chłopca ramionami, powiedział: „Pora ci, Seutesie, o niego ze mną walczyć, bo nie porzucę chłopca”.

Seutes ze śmiechem pozostawił tę rzecz w spokoju. Ale postanowił rozłożyć się tu obozem, by ci, co uciekli w góry, nie otrzymywali ze wsi żywności. Zszedłszy więc nieco niżej, rozbił obóz na równinie, Ksenofont z wybranymi zajął stanowiska pod górą w najwyżej położonej wsi, zaś reszta Hellenów rozkwaterowała się blisko, wśród tak zwanych Traków Górskich.

Po upływie niewielu dni Trakowie zeszli z gór do Seutesa i układali się o warunki pokojowe i o zakładników. Ksenofont też przybył do Seutesa z oświadczeniem, że obozuje w niebezpiecznym miejscu, i to w pobliżu nieprzyjaciela. Wolałby na obóz obronne miejsce poza wsią, niż narażać się na zgubę pod dachem. Ten jednak pocieszał go, wskazawszy na obecnych zakładników. Niektórzy schodzili z gór i do samego Ksenofonta, z prośbą, by popierał układy. Ten godził się na to, pocieszał ich i obiecywał, że nic im się złego nie stanie, jeśli będą posłuszni Seutesowi. Ale okazało się, że te rozmowy miały im tylko umożliwić szpiegowanie.

To wszystko odbyło się za dnia. W nocy Tynowie zeszli z gór i przypuścili atak. Przewodnikiem do każdego domu był jego właściciel, bo trudno byłoby inaczej w ciemnościach odnaleźć domy we wsiach, tym bardziej że były ogrodzone wysokim częstokołem ze względu na owce. Stanąwszy przed drzwiami poszczególnych domów, rzucali do środka oszczepy lub walili maczugami, które, jak mówiono, nieśli, żeby odłamywać groty nieprzyjacielskich włóczni, inni zaś podrzucali ogień i po imieniu wołali Ksenofonta, by wyszedł na śmierć, bo inaczej spali się tam na miejscu. Już ogień przeświecał przez strzechę, żołnierze Ksenofonta, zbrojni w pancerze, hełmy i miecze, byli zamknięci wewnątrz. Wtem Sylanos z Makistos418, młodzieniec koło osiemnastoletni, daje znak trąbą419. Natychmiast wyskoczyli z dobytymi mieczami, podobnie jak żołnierze z innych kwater. Trakowie uciekali, zarzucając swym obyczajem tarcze na plecy. Schwytano kilku, którzy zawiśli na palach, przeskakując częstokół, mianowicie zaczepili tarczami o te pale. Inni zgubili drogę, szukając wyjścia, i zginęli. Hellenowie ścigali ich poza wieś. Niektórzy z Tynów wrócili po ciemku i strzelali w światło z ciemności, biorąc na cel przebiegających obok płonącego domu. Zranili w ten sposób Hieronima i setników Euodeusa i Teogenesa Lokryjczyka. Nikt jednak nie padł, tylko spłonęły szaty i bagaż kilku ludzi. Seutes przybył na pomoc z siedmioma najszybszymi konnymi i z trackim trębaczem. Skoro zauważył, co się dzieje, kazał trąbić w róg przez całą drogę, co także pomnażało strach nieprzyjaciół. Gdy przybył, przywitał się z Hellenami i mówił, że spodziewał się zastać wiele trupów.

Wtedy Ksenofont poprosił go o wydanie w jego ręce zakładników i o podjęcie wyprawy na górę lub przynajmniej pozwolenie, żeby on sam to zrobił. Nazajutrz więc Seutes przekazał mu zakładników, ludzi już starszych, rzekomo najbardziej wpływowych między góralami, i sam ruszył z całą siłą. A posiadał już trzykrotnie większe siły, gdyż skoro dowiedziano się o powodzeniu jego przedsięwzięcia, zebrało się u niego na wyprawę wielu Odrysów z głębi kraju. Kiedy Tynowie zobaczyli z góry wielką liczbę hoplitów, peltastów i jazdy, zeszli na dół i błagali o pokój, zgadzając się na wszystko i okazując gotowość złożenia przysięgi. Seutes zawołał Ksenofonta, przekazał słowa posłów i oświadczył, że nie będzie zawierał pokoju, jeżeli Ksenofont chce się na nich zemścić za napad. Ten odpowiedział, że ma już dostateczne zadośćuczynienie, jeżeli z wolnych staną się poddanymi. Ale na przyszłość radzi mu brać na zakładników takich, którzy mogą wyrządzać najwięcej szkody, a staruszków zostawić w domu. W tej okolicy więc wszyscy Trakowie przyjęli wszelkie warunki.

5. Ruszyli potem do tak zwanej Delty na Traków mieszkających powyżej Bizancjum. Ten obszar nie należał już do państwa Majsadesa, tylko do odrysyjskiego Teresa420. Tu przybył Heraklejdes z pieniędzmi uzyskanymi za zdobycz. Seuftes kazał wyprowadzić trzy zaprzęgi mułów — gdyż nie było więcej — i resztę z samych wołów, wezwał potem Ksenofonta i polecił mu, by naprzód wziął dla siebie, a co zostanie, rozdał wodzom i setnikom. Ksenofont odpowiedział: „Mnie wystarczy, jeżeli później wezmę, tymczasem obdaruj tych oto wodzów i setników, którzy za mną przyszli”. Wziął więc jeden z tych zaprzęgów Dardańczyk Timasjon, jeden Kleanor z Orchomenos, a jeden Achajczyk Fryniskos. Zaprzęgi wołów rozdzielono między setników, żołd zaś wypłacono tylko za dwadzieścia dni, bowiem Heraklejdes twierdził, że sprzedaż więcej nie przyniosła. Rozgniewany Ksenofont, zaklinając się, powiedział: „Zdaje mi się, Heraklejdesie, że nie starasz się tak o Seutesa, jak powinieneś. Gdybyś się bowiem był starał, przyniósłbyś pełny żołd, choćbyś był miał pożyczyć i sprzedać własne szaty, gdyby inaczej nie można było”.

Heraklejdes rozgniewał się o to i zląkł się, że wypadnie z łask Seutesa. Od tego dnia począwszy, ile sił starał się oczernić go przed Seutesem. Żołnierze już robili wyrzuty Ksenofontowi, że im nie zapłacono, Seutes zaś brał mu za złe, że tak gwałtownie domagał się żołdu dla wojska. Dotychczas ciągle wspominał, że kiedy odejdzie nad morze, da mu grody Bisante, Ganos i Neonteichos, a od tej chwili zupełnie o tym nie napomykał. Heraklejdes bowiem i pod tym względem oczernił go, mówiąc, że to niebezpieczne oddawać grody w ręce człowieka mającego siłę zbrojną.

Wtedy Ksenofont się zaczął zastanawiać, co począć z dalszą wyprawą w głąb kraju. Heraklejdes zaś wprowadził innych wodzów do Seutesa i kazał im mówić, że oni tak samo dobrze potrafią prowadzić wojsko jak Ksenofont, i obiecał im w ciągu kilku dni pełny żołd za dwa miesiące, wzywając, by nadal brali udział w wyprawie. Na to Timasjon oświadczył: „Otóż ja, choćbym miał dostać żołd za pięć miesięcy, nie pójdę na wyprawę bez Ksenofonta”. Fryniskos i Kleanor zgodnie się do niego przyłączyli.

Więc Seutes zaczął łajać Heraklejdesa, że nie przyprowadził także Ksenofonta. Wtedy wołają jego samego. Ten zaś, zrozumiawszy intrygi Heraklejdesa, dążącego w ten sposób do oczernienia go przed innymi wodzami, zjawia się wraz z nimi wszystkimi i wszystkimi setnikami. Kiedy wszyscy dali się nakłonić do dalszego udziału w wyprawie, posuwali się, mając po prawej ręce Pont, przez kraj Traków zwanych Melinofagami. Przybyli do Salmydessu. Tu wiele okrętów osiada na mieliźnie lub zostaje na nią wyrzuconych, bo morze tu bardzo płytkie. Zamieszkujący te okolice Trakowie, oznaczywszy sobie swoje obszary słupami granicznymi, grabią to, co zostanie wyrzucone przez morze, każdy na swym obszarze. Przedtem, zanim się odgraniczyli, mordowali się wzajemnie podczas grabienia. Znajdywano tam wiele łóżek, skrzynek, książek i wszelkich innych rzeczy, które żeglarze wożą w drewnianych skrzyniach.

Podbiwszy tę krainę, wrócili. Wtedy już Seutes posiadał armię liczniejszą niż wojsko helleńskie. Bo z głębi kraju przyszło do niego jeszcze więcej Odrysów, a każdorazowo podbite plemiona dołączały się do wyprawy. Rozłożyli się obozem na równinie powyżej Selimbrii, w odległości jakichś trzydziestu staj od morza. Żołdu nadal żadnego nie było widać, żołnierze byli na Ksenofonta wielce rozżaleni, a Seutes już się nie odnosił do niego po przyjacielsku. Ilekroć Ksenofont przyszedł do niego, aby porozmawiać, wymawiał się rozmaitymi zajęciami.

6. W tym czasie, a minęło już blisko dwa miesiące, przybyli od Tibrona dwaj Lakończycy, Charminos i Polinikos, i opowiadali, że Lacedemończycy chcą prowadzić wojnę z Tissafernesem. Tibron wypłynął, żeby ją prowadzić, i potrzebuje tego wojska, obiecując każdemu jednego darejka jako żołd miesięczny, setnikowi dwa razy tyle, wodzowi czterykroć.

Kiedy przybyli Lacedemończycy, zaraz dowiedział się o tym Heraklejdes i tłumaczy Seutesowi, że to się doskonale złożyło: „Oto Lacedemończycy potrzebują wojska, a ty go już nie potrzebujesz. Oddając wojsko, przysłużysz się im, a od ciebie nie będą już się domagali żołdu, lecz zabiorą się z kraju”. Na to Seutes kazał ich wprowadzić. Kiedy powiedzieli, że przyszli po wojsko, oświadczył, że je oddaje, chcąc być przyjacielem i sprzymierzeńcem, a ich zaprasza jako gości; i ugościł ich wspaniale. Ksenofonta zaś nie wzywał ani żadnego z innych wodzów. Na pytanie Lacedemończyków, jaki to człowiek ten Ksenofont, odpowiedział, że na ogół nie taki zły, tylko zbyt wielki przyjaciel żołnierzy, czym tylko sobie szkodzi.

„Aha, to znaczy pewnie, że w demagogiczny sposób uwodzi tych ludzi”.

„Tak jest” — potwierdził Heraklejdes.

„Może będzie próbował przeszkodzić nam w zabraniu wojska?”

„Ależ — Heraklejdes na to — jeżeli zwołacie żołnierzy na zgromadzenie i obiecacie żołd, to wszyscy, nie zwracając na niego wiele uwagi, pospieszą za wami”.

„My zwołamy? Jakże to?”

„Jutro rano — odrzekł Heraklejdes — przyprowadzimy was przed wojsko. Wiem z pewnością, że skoro was zobaczą, wszyscy się zbiegną”.

Na tym się ów dzień zakończył. Nazajutrz Seutes i Heraklejdes przedstawiają Lakończyków wojsku. Obaj Lakończycy oświadczyli, że Sparta zamierza prowadzić wojnę z Tissafernesem421. „Tissafernes was skrzywdził, jeśli więc pójdziecie z nami, pomścicie się na wrogu i każdy z was będzie miał darejka na miesiąc, setnik podwójnie, a wódz cztery razy tyle”. Żołnierze wysłuchali tego z przyjemnością i w tej chwili powstał ktoś z Arkadyjczyków z oskarżeniem przeciw Ksenofontowi. Był też obecny Seutes, ciekawy, do czego dojdzie, i stał na odległość głosu z tłumaczem, a i sam dość dobrze rozumiał po grecku. Wtedy ten Arkadyjczyk tak powiada: „Lacedemończycy, my byśmy już dawno byli u was, gdyby Ksenofont nie był nas sprowadził namową tutaj, gdzie dniem i nocą podczas srogiej zimy422 jesteśmy na wyprawie wojennej bez odpoczynku. On zaś zbiera plony z naszych trudów. Nas pozbawia żołdu. Seutes jego jedynie wzbogacił. Gdybym go widział ukamienowanego za to, że tak nas wkoło włóczył, samo to starczyłoby mi za żołd i nie żaliłbym się na poniesione trudy”.

Po nim powstał inny z podobną przemową, a potem znowu inny. Skutkiem tego Ksenofont wygłosił taką mowę:

„Zaprawdę, wszystkiego się człowiek musi spodziewać. I mnie, który mam świadomość, że z największą gorliwością pracowałem dla waszego dobra, wy teraz obwiniacie. Przecież z drogi do domu wróciłem, na Dzeusa, nie dlatego, że się dowiedziałem, że wam się dobrze powodzi, ale dlatego, żem słyszał o waszym kłopotliwym położeniu. Chciałem wam pomóc, na ile mogłem. A kiedy przybyłem, ten oto Seutes przez częstych posłańców słał mi liczne obietnice, namawiając mnie, bym skłonił was do służby u niego. Ale nie próbowałem tego uczynić, jak sami to wiecie, tylko poprowadziłem was do miejsca, z którego, moim zdaniem, moglibyście najprędzej przeprawić się do Azji. To bowiem uważałem za najlepsze dla was i wiedziałem, że sami tego pragniecie. A kiedy Arystarch, przybywszy tam z trójrzędowcami, nie pozwalał wam na przeprawę, zwołałem was na zgromadzenie, jak to zresztą było samo przez się zrozumiałe, aby się naradzić nad tym, co począć. Czyż to nie wy sami, wysłuchawszy zlecenia Arystarcha, by pójść na Chersonez, i namów Seutesa, oświadczyliście gotowość pójścia z Seutesem? Któż to uchwalił, jeśli nie wy? Czymże to ja was skrzywdziłem, że poprowadziłem was tam, dokąd samiście uchwalili? A kiedy Seutes zaczął zwlekać z żołdem, to w takim razie sprawiedliwie byście mnie obwiniali i nienawidzili, gdybym pochwalał jego postępowanie. Tymczasem jeśli przedtem byłem dla niego największym przyjacielem, to dziś jestem z nim najbardziej poróżniony. Gdzież więc ta sprawiedliwość, jeżeli mimo tego, że wybrałem was zamiast Seutesa, wy mnie zarzucacie to właśnie, co mnie z nim poróżniło?

Ale moglibyście na to powiedzieć: to wszystko to twoje wykrętne sztuczki, przecież tyś wziął od Seutesa to, co się nam należy. Czyż nie jest jasne, że jeżeli Seutes coś mi płacił, to nie dlatego płacił, by stracić to, co mi daje, i wam jeszcze dopłacić? Ale, myślę, jeżeli dawał, to dawał w tym celu, by zdobywszy się na mniejszy wydatek wobec mnie, oszczędzić sobie większego wydatku na was. Jeżeli zatem tak się ta sprawa wam przedstawia, to możecie w tej chwili udaremnić nasze obustronne praktyki, żądając od niego pieniędzy. Jeżeli coś od niego dostałem, to oczywiście Seutes zażąda ode mnie zwrotu, i to słusznie, kiedy nie spełniłem tego, za co brałem dary. Ale daleko do tego, żebym posiadał, co wam się należy. Przysięgam wam na wszystkich bogów i wszystkie boginie, że nawet tego nie mam, co mi Seutes obiecał dla mnie samego. A on sam jest tu obecny i wie, czy krzywo przysięgam.

A żebyście się jeszcze więcej zdziwili, dodam do przysięgi i takie zapewnienie, że nie wziąłem i tego, co niektórzy wodzowie, a nawet i co niektórzy setnicy. A czemuż tak postępowałem? Byłem zdania, że im więcej mu pomogę dźwigać ówczesny niedostatek, tym większego zyskam w nim przyjaciela, kiedy dojdzie do potęgi. Tymczasem widzę jego powodzenie i jego prawdziwe usposobienie. Więc nie wstyd ci, rzeknie ktoś, żeś w tak głupi sposób dał się oszukać? Na Dzeusa, wstydziłbym się, gdyby mnie wróg oszukał, dla przyjaciela zaś jest większą hańbą oszukiwać niż dać się oszukać. Jeżeli jest jakiś sposób ostrożności wobec przyjaciół, zachowaliśmy według mej wiedzy wszystkie, by mu nie dostarczyć sprawiedliwego pozoru do niezapłacenia nam tego, co obiecał. Nie skrzywdziliśmy go w niczym ani nie zaniedbaliśmy żadnej sprawy, do której nas wezwał, ani z niedbalstwa, ani z tchórzostwa.

A trzeba było, zrobi ktoś uwagę, wtedy wziąć odpowiedni zastaw, żeby nie mógł oszukiwać, choćby chciał. Posłuchajcie, co na to odpowiem, choć gdyby nie wasza niesprawiedliwość i czarna niewdzięczność wobec mnie, nigdy bym tego nie powiedział w jego obecności. Przypomnijcie sobie, w jakich byliście warunkach, kiedy was przywiodłem do Seutesa. Nieprawdaż, że szliście do Perintu, a Lacedemończyk Arystarch kazał pozamykać bramy i zabronił wam wejścia? Obozowaliście więc za miastem pod gołym niebem, i to w zimie. A jaki był targ, źródło zaopatrywania się w żywność: niewiele widzieliście rzeczy na sprzedaż, niewiele mieliście pieniędzy na kupno, a konieczność zmuszała do pozostania w Tracji, gdyż trójrzędowce, stojące w porcie na kotwicy, nie pozwalały nam przeprawić się przez morze na tamtą stronę. Jeżelibyśmy jednak mieli zostać, czekał nas pobyt w kraju nieprzyjacielskim, który mógł wystawić przeciw nam moc konnicy i moc peltastów, a my sami tylko hoplici. Idąc wszyscy razem na wioski, może zdołalibyśmy nabrać dosyć zboża, ale nie zdołalibyśmy w pościgu ująć ani jeńców, ani bydła. Albowiem nie zastałem już u was zorganizowanych oddziałów jazdy i peltastów. Gdybym więc w takim położeniu pozyskał Seutesa na sprzymierzeńca dla was, nie zażądawszy wcale żadnego żołdu, Seutesa, który miał potrzebnych wam konnych i peltastów, czyż waszym zdaniem zła by była ta moja troskliwość o was? Przecież od czasu połączenia się z nim znajdowaliście we wsiach więcej zboża, gdyż Trakowie byli zmuszeni z większym pośpiechem uciekać, i więcej dostaliście bydła i jeńca. I nieprzyjaciela nie widzieliśmy żadnego, odkąd się konnica do nas przyłączyła, a przedtem nieprzyjaciele szli śmiało w trop za nami, konnica i peltaści, w żadnym miejscu nie pozwalając nam się podzielić na drobne grupy, by z różnych stron zgromadzić większe zapasy żywności. Jeżeli więc człowiek, który przyczynił się do zapewnienia wam takiego bezpieczeństwa, nie płacił wam w dodatku pełnego żołdu za to bezpieczeństwo, czy już skutkiem tego wasze położenie jest tak straszne, że nie powinniście, jak wam się zdaje, mnie puścić z życiem? A teraz, jak się zabieracie do odejścia? Czyż nie przezimowaliście dostatnio, we wszystko zaopatrzeni, zostawiając sobie jako nadwyżkę to, co dostaliście od Seutesa? Przecież korzystaliście z majątku nieprzyjaciół. A przy tym wszystkim nie widzieliście nikogo zabitego w swych szeregach, nie mieliście strat w żywych. A jeśli dokonaliście zaszczytnych czynów, walcząc przeciw barbarzyńcom w Azji, toście bez uszczerbku dla dawnej sławy jeszcze nową zyskali, zwyciężywszy europejskich Traków, przeciw którym podjęliście wyprawę. Co do mnie, to twierdzę, że słusznie należy się od was wdzięczność bogom za to, za co do mnie czujecie żal.

Takie to jest wasze położenie. Przebóg, zastanówcie się teraz nad moim położeniem. Odchodziłem wtedy do domu, mając u was chwałę, a przez was sławę u innych Hellenów. Miałem zaufanie u Lacedemończyków, bo inaczej nie byliby mnie posyłali do was z powrotem. Teraz odchodzę wobec Lacedemończyków przez was oczerniony, Seutesowi z powodu was nienawistny, a spodziewałem się dzięki wam znaleźć w nim kiedyś chlubną ostoję dla mnie i dla dzieci, jeśli je mieć będę. Takie macie o mnie zdanie wy, przez których ściągnąłem na siebie nienawiść potężniejszych ode nie i o których dobro jeszcze teraz wedle sił troszczyć się nie przestaję.

Ależ macie mnie, choć nie schwytaliście mnie ani na ucieczce, ani na wymykaniu się. A jeżeli swe słowa wprowadzicie w czyn, to wiedzcie, że będziecie zabójcami człowieka, który wiele nocy w trosce o was spędził bezsennie, wiele przebył mozołów i niebezpieczeństw, tak z obowiązku, jak i ponad obowiązek, który z łaski bogów wiele pomników zwycięstwa nad barbarzyńcami z wami postawił, który dokładał wszelkich wysiłków, na jakie go było stać, byście nikomu z Hellenów nie stali się nieprzyjaciółmi. Dlatego też teraz możecie iść według swego wyboru lądem i morzem, bez żadnej z czyjejkolwiek strony zaczepki. Tymczasem wy, kiedy uśmiecha wam się powodzenie i płyniecie znowu tam, dokąd sobie życzycie, kiedy najpotężniejsi was potrzebują, pokazuje się żołd i zjawiają się Lacedemończycy, uchodzący za najmożniejszych, teraz dopiero myślicie, że to pora, by mnie jak najszybciej zabić. A nie była pora wtedy, kiedyśmy byli w ciężkim położeniu, o jakąż wy macie znakomitą pamięć! Wtedy nazywaliście mnie ojcem i obiecywaliście zawsze pamiętać o mnie jako o swoim dobroczyńcy. Z pewnością tak niesprawiedliwi nie są nawet ci, co teraz do was przyszli. Jestem przekonany, że także w ich oczach nie pokazaliście się w piękniejszym świetle przez to, że się tak wobec mnie zachowujecie”.

Na tych słowach skończył. Lacedemończyk Charminos wstał i powiedział: „Na obu bogów klnę się: moim zdaniem, niesprawiedliwie macie żal do tego człowieka. Sam mogę mu poświadczyć. Seutes mianowicie na moje i Polinikosa pytanie, jaki to człowiek, nie miał mu nic do zarzucenia, tylko powiedział, że jest zanadto wielkim przyjacielem żołnierzy. Dlatego gorzej na tym sam wychodzi, tak w stosunku do nas Lacedemończyków, jak i do niego”.

Bezpośrednio po nim wstał Luzjata Eurylochos z takimi słowami: „Moim zdaniem, Lacedemończycy, pierwszym waszym krokiem jako naczelnych wodzów niech będzie uzyskanie nam od Seutesa żołdu, niech zapłaci, chce czy nie chce. Nie odprowadzicie nas, zanim się to stanie”.

Ateńczyk zaś Polikrates zachęcony przez Ksenofonta: „Widzę, mężowie, że jest tu obecny i Heraklejdes, który sprzedał mienie zdobyte naszym trudem, a zysku nie oddał ani Seutesowi, ani nam, lecz ukradł na własne konto. Jeżeli mamy rozum, nie puścimy go, tym bardziej że nie jest Trakiem, tylko Hellenem, i Hellenów mimo to krzywdzi”.

Usłyszawszy te słowa, Heraklejdes zląkł się okropnie i podszedł do Seutesa. „Jeżeli mamy rozum, musimy się stąd oddalić i zejść im z oczu”. Dosiadłszy koni, odjechali do swego obozu. Następnie Seutes wysłał do Ksenofonta swego tłumacza Abrodzelma, wzywając go, by został u niego z tysiącem hoplitów. Przyrzekał, że mu da te grody nad morzem i spełni wszystkie obietnice. A w tajemnicy kazał mu powiedzieć, że słyszał od Polinikosa, iż jeśli wpadnie w ręce Lacedemończyków, Tibron na pewno każe go zgładzić. Podobne wieści przekazywali Ksenofontowi także inni, że został oczerniony i musi mieć się na baczności. Słysząc to, Ksenofont wziął dwa bydlęta ofiarne i złożył ofiarę Dzeusowi Królowi, radząc się boga, czy korzystniej dla niego i lepiej zostać u Seutesa na warunkach przez niego podanych, czy odejść razem z wojskiem. Bóg wskazał mu odejść.

7. Wtedy Seutes ruszył obozem dalej, Hellenowie zaś zakwaterowali się w wioskach, skąd po obfitym zaopatrzeniu się w żywność mieli udać się nad morze. Wioski te Seutes oddał był Medosadesowi. Medosades martwił się, widząc, że dobytek tych wsi niszczeje wskutek pobytu Hellenów. Wziąwszy więc do towarzystwa najbardziej wpływowego męża spomiędzy tych, którzy przybyli z głębi kraju, i około trzydziestu jeźdźców, przybył pod obóz helleński i kazał wywołać Ksenofonta. Ten wyszedł w towarzystwie kilku setników i innych zaufanych ludzi. Wtedy Medosades powiedział: „To jest naszą krzywdą, Ksenofoncie, że niszczycie te wsie. Ostrzegamy więc, ja w imieniu Seutesa, a ten oto w imieniu Medokosa, króla w głębi kraju, abyście opuścili ten kraj. W przeciwnym razie nie wydamy go wam na pastwę, lecz jeżeli będziecie wyrządzali szkody w naszym kraju, będziemy się bronić jak przed nieprzyjaciółmi”.

Ksenofont, wysłuchawszy tego, rzekł:

„Na takie słowa trudno ci nawet odpowiedzieć. Ze względu jednak na tego młodzieńca, powiem, aby wiedział, jakiego rodzaju ludźmi wy jesteście, a jakiego my. Zanim się z wami zaprzyjaźniliśmy, maszerowaliśmy przez ten kraj w dowolnym kierunku, plądrując i paląc, co się nam podobało. I ty, ilekroć do nas posłowałeś, spałeś z nami w obozie bez obaw przed jakimikolwiek nieprzyjaciółmi. Wyście zaś nie zachodzili do tego kraju, albo, jeśli czasem przyszliście, nocowaliście jak w kraju silniejszych od siebie nieprzyjaciół, trzymając w pogotowiu okiełznane konie. Jednak stawszy się naszymi przyjaciółmi, dzięki nam, z łaski bogów, uzyskaliście ten kraj. A teraz wyrzucacie nas z tej krainy, którą myśmy siłą objęli w posiadanie i wam dopiero odstąpili. Bo jak sam wiesz, nie ważyli się nieprzyjaciele nas wypędzać. A ty nie tylko, że nie uważasz za stosowne przy naszym pożegnaniu odwdzięczyć się nam darami i usłużnością za doznane dobrodziejstwa, lecz zabraniasz nam, o ile możesz, nawet obozowania, kiedy odchodzimy. I wygłaszając takie słowa, nie masz wstydu ani przed bogami, ani przed tym mężem, który widzi, że teraz jesteś bogaczem, a zanim z nami przyjaźń zawarłeś, żyłeś, jak sam przyznałeś, z rozboju. Zresztą, czyż ja nadal jestem wodzem, że się do mnie z tym zwracasz? Przecież wodzami są Lacedemończycy, którym wyście oddali wojsko, aby je odprowadzili, mnie, wy najwspanialsi, nie wezwawszy nawet, bym mógł, oddając wojsko, odzyskać ich względy, tak jak ściągnąłem na siebie ich niechęć za to, żem tu je przywiódł”.

Na to Odrys odezwał się: „Ja, Medosadesie, słuchając tych słów, wprost pod ziemię się zapadam ze wstydu. Gdybym wcześniej był wiedział, nie byłbym ci towarzyszył, a teraz odchodzę. Ani król Medokos nie pochwalałby tego, gdybym starał się wyrzucić dobroczyńców”.

Z tymi słowami wsiadł na konia i odjechał z kilkoma swymi towarzyszami. Medosades zaś prosił Ksenofonta o wezwanie obu Lacedemończyków, gdyż bolało go bardzo niszczenie kraju. Ten przybrał sobie kilku najodpowiedniejszych i udał się do Charminosa i Polinikosa, oznajmiając, że woła ich Medosades, chcąc im, tak samo jak jemu, zapowiedzieć, by opuścili kraj. „Myślę — dodał — że moglibyście odebrać należny wojsku żołd, jeślibyście oświadczyli, że żołnierze uprosili was o wystaranie się o zapłatę żołdu, bez względu na to, czy Seutes chce, czy nie. Uzyskawszy ten żołd, poszliby, jak to sami przyznają, z większą ochotą. I że to waszym zdaniem jest słuszne i że obiecaliście odejść wtedy, gdy wojsko dostanie, co mu się należy”.

Lacedemończycy obiecali to powiedzieć i z naciskiem jeszcze coś dodać od siebie, po czym zaraz poszli w towarzystwie wszystkich wpływowych mężów. Przy spotkaniu przemówił Charminos: „Jeżeli masz nam coś do powiedzenia, Medosadesie, to dobrze, jeżeli nie, to my mamy”.

Na to Medosades, ale bardzo łagodnie: „Powiadam, a tak samo i Seutes, że chcielibyśmy, by Trakowie, którzy stali się naszymi przyjaciółmi, nie doznawali od was szkody. Co bowiem im wyrządzacie, to teraz już wyrządzacie nam, gdyż to są nasi”.

„Otóż my byśmy odeszli — odpowiadają Lakończycy — ale naprzód musieliby mieć żołd ci, co swym trudem doprowadzili do tego, że ci Trakowie są wasi. W przeciwnym razie mogą teraz także liczyć na naszą pomoc i postaramy się ukarać wiarołomnych krzywdzicieli. A jeżeli i wy do nich należycie, od was zaczniemy wymierzać sprawiedliwość, dochodząc tego, co się należy”.

„A czy chcielibyście — wtrącił Ksenofont — Medosadesie, tym swoim rzekomym przyjaciołom, w których kraju jesteśmy, powierzyć rozstrzygnięcie, komu by wypadało kraj prędzej opuścić, wam czy nam?”

Tamten odpowiedział, że nie, natomiast nalegał, by najlepiej obaj Lakończycy udali się do Seutesa w sprawie żołdu, i był pewny, że potrafiliby Seutesa przekonać. Gdyby nie chcieli, mogliby posłać Ksenofonta, i obiecał swe poparcie, tylko prosił, aby wsi nie palić.

Zatem posłano Ksenofonta i z nim tych, co uchodzili za najodpowiedniejszych. Ten, stanąwszy przed Seutesem, przemówił, jak następuje:

„Nie przychodzę, Seutesie, upominać się o nic, lecz wytłumaczyć ci w miarę możności, iż niesłusznie rozgniewałeś się na mnie za to, że stanowczo upominałem się o spełnienie twych obietnic. Uważałem bowiem za nie mniej korzystne dla ciebie dać, niż dla nich wziąć. Po pierwsze to oni po bogach powołali cię na to wybitne stanowisko, zrobiwszy cię królem nad wielkim krajem i wieloma ludźmi, tak że teraz żaden twój postępek nie może ujść niespostrzeżenie, piękny czy haniebny. Myślałem, że ważną jest rzeczą dla takiego nie wywoływać pozoru, jakoby niewdzięcznie odprawił swych dobrodziei, ważną dobre imię u sześciu tysięcy ludzi, a najważniejszą: w żaden sposób nie zadać samemu swoim słowom kłamu. Widzę bowiem, że słowa niezasługujących na wiarę chybiają celu, są czcze, bez skutku i bez wartości. A jeśli o kimś głośno, że przestrzega prawdy, to słowa takiego nie mniejszy w razie potrzeby osiągają skutek niż u innych siła. Jeśli zaś zechce kogoś doprowadzić do opamiętania, to jego groźba, myślę, nie mniej skutecznie doprowadza do umiarkowania niż innych nawet już karanie. Każda jego obietnica osiąga tyle, co u innych natychmiastowy dar. Przypomnij sobie i ty, coś nam dał na zadatek, by zyskać w nas sprzymierzeńców. Wiesz sam, że nic. Dlatego tylko, że słowa twoje znalazły wiarę, pobudziłeś do udziału w wyprawie tylu mężów, dzięki im zdobyłeś państwo, nie trzydziestu tylko talentów, o które się upominają, warte, ale znacznie, znacznie więcej. Więc za takie pieniądze sprzedajesz tę wiarę, wiarę, która ci dostojeństwo królewskie wyrobiła? Przypomnij sobie, jak wysoko ceniłeś dokonanie podboju tego kraju, który teraz masz w swej mocy. Wiem dobrze, że wolałbyś, by ten podbój został dokonany niż wzbogacić się o znacznie większą jeszcze sumę.

Moim zdaniem jest większą szkodą i hańbą nie móc utrzymać tego, co teraz masz, niż wtedy w ogóle nie zdobyć. Tak samo jak przykrzejsze jest z bogacza stać się biedakiem, niż w ogóle się nie wzbogacić, z króla spaść na poziom zwykłego człowieka, niż w ogóle nie dostąpić królewskiej władzy. Czy ty nie rozumiesz tego, że ci twoi dzisiejsi poddani nie usłuchali przyjaznego uczucia względem ciebie, tylko ulegli konieczności? Że usiłowaliby odzyskać swą wolność, gdyby nie strach, co ich w ryzach trzyma? A teraz powiedz sam, w jakim wypadku obawa ich i uległość będzie większa: czy wtedy, kiedy by widzieli, iż żołnierze są tak względem ciebie usposobieni, że na każde twe wezwanie i teraz by zostali i potem w razie potrzeby wrócili, że wielu innych jeszcze skutkiem głośnej sławy twych zalet na każde żądanie stawiłoby się w tej chwili — czy też raczej wtedy, gdyby doszli do przekonania, że już nikt inny do ciebie nie przyjdzie, boś stracił wiarę skutkiem tych wypadków, a ci, co są, to dla nich mają więcej życzliwości, niż dla ciebie? Dalej zważyć trzeba, że poddali się tobie nie z powodu naszej przewagi liczebnej, lecz z powodu braku przywódców. Toteż grozi teraz niebezpieczeństwo, że znajdą sobie przywódców w tych, co się uważają za skrzywdzonych przez ciebie, albo znajdą dzielniejszych jeszcze w Lacedemończykach, jeżeli żołnierze obiecają większą gorliwość w służbie za ściągnięcie z ciebie należnej zapłaty, a Lacedemończycy, potrzebując wojska, zgodzą się na to. Bo to, że dziś ci podlegli Trakowie znacznie chętniej poszliby na ciebie, niż z tobą, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Bo twoja przewaga to ich niewola, twa klęska to ich wolność.

A jeżeli i o kraj jakoś dbać musisz, jako o swój, to myślisz, że kraj więcej dozna szkody, jeżeli żołnierze odejdą, otrzymawszy to, o co się upominają, czy też kiedy zostaną tu jak na nieprzyjacielskim obszarze, a ty z większą od nas siłą, która też potrzebuje żywności, rozbijesz przeciw nam obóz? A na co pójdzie więcej pieniędzy: czy na zapłacenie im należnej sumy, czy jeżeli im zostaniesz winien i najmiesz inne, liczniejsze zastępy? Prawda, Heraklejdes uważa, jak mi to mówił, że to ogromna suma. Ale dla ciebie znacznie łatwiej zdobyć dziś taką sumę niż dziesiątą jej część przedtem, nim przyszliśmy do ciebie. Bo nie liczba określa pojęcie wielkiej i małej sumy, tylko majątek tego, kto daje i bierze. Twój roczny dochód teraz jest większy niż przedtem całe twoje mienie.

Ja, Seutesie, tak działając, miałem twe dobro na myśli, jako przyjaciel, byś się okazał godny tej łaski bogów, jaką cię obdarzyli, i swe własne dobro, mianowicie, bym nie stracił poważania w armii. Zrozum to, że ja teraz z tym wojskiem nie mógłbym ani wrogowi zaszkodzić, ani tobie po raz drugi pomóc nie zdołałbym, nawet gdybym chciał. Albowiem tak niechętnie jest armia wobec mnie usposobiona. A ciebie wzywam na świadka prócz bogów wszechwiedzących, że ani nie otrzymałem nic od ciebie za sprowadzenie żołnierzy, ani nie zażądałem nigdy dla siebie tego, co się im należało, ani nie upomniałem się o to, co mi obiecałeś. A przysięgam ci, że nie przyjąłbym, nawet gdybyś dawał, gdyby żołnierze nie dostali tego, co się im należy. Bo haniebną byłoby to rzeczą osiągnąć spełnienie swoich żądań, a obojętnie patrzeć na to, że z ich żądaniami jest niedobrze, tym bardziej haniebną, że taki u nich miałem szacunek.

Wprawdzie Heraklejdes sądzi, że to brednie i głupstwa w porównaniu z posiadaniem pieniędzy, zdobywanych na każdy sposób. Ja jednak, Seutesie, uważam, że nie ma dla nikogo, a szczególnie dla władcy, żadnego skarbu świetniejszego nad cnotę, szlachetność i sprawiedliwość. Kto takie skarby posiada, jest bogaty w licznych przyjaciół i takich, co chcą zostać jego przyjaciółmi, w powodzeniu ma z kim dzielić swą radość, a jeśli mu się noga powinie, nie brak takich, co mu pośpieszą z pomocą. Jeśli ani z mych czynów nie poznałeś, żem ci z serca przyjacielem ani nie możesz tego wywnioskować z mych słów, to zastanów się nad wszystkimi mowami żołnierzy. Byłeś obecny i słyszałeś, co mówili na moją naganę. Oskarżali mnie przed Lacedemończykami, że twój interes wyżej stawiam niż lacedemoński, a co się ich samych tyczy, oskarżali mnie, ze mi więcej zależy na twym powodzeniu, niż na ich. Mówili także, iż otrzymałem od ciebie dary. A posądzali mnie o posiadanie tych darów, myślisz, dlatego, że dostrzegli u mnie jakąś nieżyczliwość dla ciebie, czy też może zauważyli wielką gorliwość o twe sprawy? Moim zdaniem wszyscy ludzie są przekonani, że życzliwość powinno się okazywać temu, od którego się bierze dary. Ty zaś, zanim ci oddałem jakiekolwiek usługi, przyjąłeś mnie ze wzrokiem i głosem pełnym radości, ugościłeś i nie mogłeś nasycić się obietnicami, jakimi mnie obsypywałeś. A kiedy dokonałeś swych zamiarów i stanąłeś na tak wysokim stanowisku, na jakie cię tylko wznieść mogłem, masz odwagę obojętnie patrzyć na to, jak tracę swój szacunek u wojska? Nie. Wierzę, że postanowisz wypłacić należność, czas ci będzie nauczycielem i ty sam nie zniesiesz widoku rozżalonych ludzi, którzy ci swe usługi z tak dobrym skutkiem ofiarowali. Proszę cię więc, kiedy będziesz wypłacał, pomóż mi w osiągnięciu tego poważania u wojska, jakim cieszyłem się, wstępując w twą służbę”.

Seutes, wysłuchawszy tej mowy, przeklął człowieka, który ponosił winę za niezapłacenie żołdu, a wszyscy podejrzewali, że ten winny to Heraklejdes. „Ja nigdy nie zamierzałem — rzekł — pozbawiać was zapłaty i dam ją”. Wtedy Ksenofont znowu powiedział: „Jeżeli masz zamiar wypłacić żołd, wypłać, proszę, za moim pośrednictwem. Nie pozwól, żebym z twojego powodu żołnierze szanowali mnie mniej niż wtedy, kiedyśmy do ciebie przybyli”.

„Na pewno — odpowiedział tamten — nie stracisz przeze mnie szacunku wojska, a jeżeli zostaniesz u mnie tylko z tysiącem hoplitów, oddam ci grody i wszystko, co obiecałem”.

„To niemożliwe, odeślij nas”.

„Przecież wiem, że byłoby dla ciebie bezpieczniej zostać u mnie niż odejść”.

„Ależ bardzo dziękuję za twą troskliwość, lecz nie mogę zostać. Gdziekolwiek zaś dojdę do większego znaczenia, bądź pewny, że i ty na tym dobrze wyjdziesz”.

Wtedy Seutes powiedział: „Gotówki nie mam, tylko trochę, i to ci daję: jeden talent. Ale za to sześćset wołów, cztery tysiące owiec i stu dwudziestu niewolników. Idź z tym, weź jeszcze zakładników tego plemienia, co cię zdradziecko napadło”.

Na to Ksenofont ze śmiechem: „A jeśli to nie wystarczy na żołd, to dla kogo otrzymałem ten talent? Czyż nie lepiej, skoro rzeczywiście grozi mi niebezpieczeństwo, strzec się przed kamieniami w drodze powrotnej? Słyszałeś przecież groźby”. Wtedy więc został na noc.

Nazajutrz Seutes oddał im, co obiecał, i posłał z nimi poganiaczy bydła. Żołnierze, którzy dotąd twierdzili, że Ksenofont udał się do Seutesa, aby u niego zamieszkać i uzyskać spełnienie obietnic dla siebie, teraz, skoro go zobaczyli, z radością podbiegli ku niemu. Ksenofont, ujrzawszy Charminosa i Polinika, rzekł: „Dzięki wam został uratowany dla wojska ten majątek i wam go oddaję, wy zaś sprzedajcie i zysk rozdzielcie między wojsko”. Przejęli go, wyznaczyli sprzedawców i sprzedawali, ściągając na siebie wiele zarzutów.

Ksenofont jednak nie stykał się z tym wszystkim, lecz w sposób widoczny dla wszystkich przygotowywał się do odjazdu do domu. Bo jeszcze wtedy w Atenach nie uchwalono jego wygnania. Ale przychodzili do niego przyjaciele z wojska i prosili go, by nie odchodził, aż odprowadzi wojsko i odda Tibronowi.

8. Po czym przeprawili się morzem do Lampsaku423, gdzie Ksenofonta spotkał Euklejdes, wieszczek z Fliuntu424, syn Kleagorasa, który pokrył malowidłami ściany w Lykejonie425. Wyraziwszy Ksenofontowi swą radość z jego ocalenia, pyta, ile ma pieniędzy. Ten zapewnia go pod przysięgą, że nawet nie będzie miał na drogę do domu, jeżeli nie sprzeda konia i swych rzeczy. On jednak temu nie wierzył. Ale Ksenofont, kiedy mieszkańcy Lampsaku posłali mu dary gościnne, zabrał się do składania ofiar, zaprosiwszy do tego i Euklejdesa. Euklejdes, przypatrzywszy się wnętrznościom bydląt ofiarnych, powiedział, iż teraz wierzy mu, że nie posiada pieniędzy. „A wiem, że choćbyś miał nawet kiedyś mieć, pokazuje się coś, co stoi na przeszkodzie. Jeżeli już nic innego, to ty sam”. Ksenofont przyznał mu w tym słuszność. Tamten dodał jeszcze: „Na przeszkodzie stoi ci Dzeus Łaskawy. Czy ofiarowałeś mu już426, tak jak w domu miałem zwyczaj u was ofiarować, składając całopalenie427?”. Gdy Ksenofont odrzekł, iż od czasu swego wyjazdu nie ofiarował temu bogu, doradził mu złożyć ofiary według zwyczaju, zapewniając, że mu to wyjdzie na dobre.

Nazajutrz Ksenofont, udawszy się do Ofryneion428 na ofiary, złożył według ojcowskiego zwyczaju całopalenie z dwóch prosiąt i miał pomyślny wynik. Tego samego dnia przybyli Bion i Nausiklejdes, by wypłacić wojsku pieniądze. Ci zagościli u Ksenofonta i weszli z nim w związek gościnności. Konia, którego sprzedał w Lampsaku za pięćdziesiąt darejków, wykupili, podejrzewając, że uczynił to z braku zasobów pieniężnych, i oddali mu go, ale nie chcieli przyjąć zapłaty. Słyszeli bowiem, że tego konia bardzo lubił.

Stąd szli przez Troadę i przeszedłszy przez Idę429, przybywają naprzód do Antandros430, a następnie, maszerując wzdłuż morza, na równinę Teb431. Stąd, obrawszy drogę przez Adramittion i Kertonion koło Atarneusu, doszli na równinę Kaiku432 i osiągnęli miasto Pergamon w Myzji.

Tu znalazł Ksenofont gościnę u Hellady, żony Gongylosa z Eretrii433, matki dwóch synów, Gorgiona i Gongylosa. Powiedziała mu, że na tej równinie ma swój zamek Pers Asidates. Gdyby poszedł na niego z trzystoma ludźmi, mógłby go ująć z żoną, dziećmi i majątkiem, który jest duży. Na przewodników wysłała swego siostrzeńca i Dafnagorasa, którego wysoko ceniła. Gdy Ksenofont miał już ich koło siebie, złożył ofiary, a obecny przy tym wieszcz Basjas z Elidy oświadczył, że ofiary zapowiadają jak najlepszy wynik i że tego męża można ująć. Ruszył więc po wieczerzy, przybrawszy sobie najprzychylniejszych setników, których wierność przez cały czas okazała się niezachwiana, aby i im przysporzyć jakiejś korzyści. Przemocą dołączyło do niego sześciuset innych, choć setnicy starali się ich odpędzić, by nie dzielić się z nimi majątkiem, który niby ich tam czekał.

Kiedy przybyli tam około północy, uciekło wraz z bydłem bardzo wielu niewolników, mających swe legowiska naokoło wieży, ale ci o to nie dbali, chcąc dostać w swe ręce samego Asidatesa z jego skarbami. Wieży nie mogli zdobyć oblężeniem, gdyż była wysoka i wielka, zaopatrzona w strzelnice, pełna walecznych ludzi. Usiłowali więc włamać się do niej. Mur był gruby na osiem glinianych cegieł. Z brzaskiem dnia otwór był wybity, ale ledwie coś zaczęło przeświecać, ktoś od wewnątrz przebił na wylot udo najbliższego rożnem, używanym do wołowej pieczeni. A potem strzelali tak gęsto z łuków, że nawet nie dało się bezpiecznie przechodzić obok otworu. Na ich krzyki i znaki dawane ogniem przybył im na pomoc Itamenes na czele swej siły, z Komanii zaś asyryjscy hoplici i około osiemdziesięciu hyrkańskich jeźdźców, którzy także byli na żołdzie królewskim434, ponadto prawie ośmiuset peltastów, śpieszyli też na pomoc z Partenion, Apolonii i pobliskich grodów; między tymi była także konnica.

Wtedy, oczywiście, była już pora myśleć o odwrocie. Wziąwszy więc te woły, jakie były, i owce, pędzili je razem z niewolnikami. Wszystko to było w środku kwadratowego szyku, który ustawili nie w tym celu, by zwracać uwagę na zdobycz, lecz by odwrót nie zmienił się w bezładną ucieczkę. Gdyby bowiem odeszli, porzuciwszy zdobycz, nieprzyjaciele nabraliby odwagi, a straciliby ją żołnierze. Teraz zaś odchodzili, walcząc niby o to zdobyczne mienie. Kiedy zaś Gongylos zobaczył słabe siły Hellenów i wielką moc atakujących, wbrew woli matki poszedł na pomoc ze swą drużyną, by wziąć udział w tym boju. Szedł z nim razem na pomoc i Prokles435 z Halisarny i Teutranii, potomek Damarata. Ludzie Ksenofonta, gdy im już mocno doskwierały pociski z łuków i proc, maszerowali kołem, by tak zasłonić się tarczami przed natarczywością strzał. Z trudnością przeszli przez rzekę Karkasos, a blisko połowa była rannych. Wtedy otrzymał ranę setnik Agasjas ze Stymfalos, który cały czas walczył z nieprzyjacielem. W końcu wydostali się bezpiecznie i uratowali około dwustu niewolników, a bydląt tyle, że mogło starczyć na ofiary.

Nazajutrz Ksenofont po złożeniu ofiar wyprowadził wojsko w nocy, żeby pójść jak najdalej w głąb Lidii, w tym celu, aby Asidates nie obawiał się niedaleko stojącej armii, lecz przestał się mieć na baczności. Ten zaś, gdy doszło do jego uszu, że Ksenofont składa znowu ofiary z myślą o wyprawie na niego na czele całego wojska, przeniósł się do wiosek leżących pod miastem Partenion. Tam natknął się na niego Ksenofont ze swymi ludźmi i wzięli go z żoną, dziećmi, końmi i całym mieniem. I tak sprawdziła się wróżba pierwszej ofiary.

Następnie wrócili do Pergamonu. Tu Ksenofont złożył dziękczynne ofiary bogu. Albowiem Lakończycy dokładali starań, i setnicy i inni wodzowie, a także żołnierze, aby wybrał sobie ze zdobyczy konie, zaprzęgi i inny dobytek. Toteż teraz mógł już innym wyświadczać dobrodziejstwa.

Wreszcie zjawił się Tibron i odebrawszy wojsko436, połączył je z resztą helleńskiej armii i zaczął prowadzić wojnę z Tissafernesem i Farnabazosem.