We troje

Filip widział czasem wchodzącą albo wychodzącą Ewę i lubił ją.

Często stał z dziecinną miną i podglądał przez dziurkę od klucza, która wychodziła na przedpokój, jak Emil podawał jej płaszcz. Był krótkowzroczny i widział tylko jej ruchy, i to wystarczało. Słyszał jej słowa i, być może, w zamazanym kształcie, który mógł sobie urabiać, jak chciał, domyślał się niesłychanego uroku. Z tego powodu może zaprosił uroczyście Ewę i Emila na kolację.

Na płaszczyznę kolacji zjechał w trzy kwadranse przed kolacją. (!) poszedł do jadalni, aby upewnić się, czy będzie miał krzesło z niepołamanymi sprężynami. Poza tym mógł jeść śledzia, ile chciał, i cieszył się z tego. Precz z kasą ogniotrwałą!

U Joanny już dużo przedtem zasięgnął informacji o jej kuzynce. (Joanna była dyskretna, jak powinien być lekarz). Włożył czarne ubranie, w którym chodził na posiedzenia Akademii, i namyślał się, czy nie włożyć sztywnego kołnierzyka, ale nie zrobił tego. Przygotował swoje niebieskie, świdrujące oczy.

Nie jedli przy dużym stole, lecz przy stoliku w trójkę. Emil i Ewa czekali już na Filipa. Ten chodził po swoim pokoju tam i z powrotem, już ubrany kompletnie, ale miał tremę; bał się wejść.

Ten człowiek — posiadający wszystkie rodzaje odwagi, od seksualnej do czysto wojskowej, stary wyga w rozmowach z kobietami, któremu pewnego razu wyskoczyło ramię ze stawu (miał to od dzieciństwa) przy robieniu zastrzyku dożylnego pacjentowi i robił go dalej, aż nie skończył (potem zemdlał) — odczuwał niepokój. (Odczuwał również niezrozumiały strach przed szczekaniem psa, choćby on był w mieszkaniu, a pies na ulicy, ale to nie było to. Dlatego nie kupiono Emilowi psa, gdy był mały).

Potem trema opadła tak, jak opada zasłona, i Filip — z pięciominutowym opóźnieniem — wszedł do jadalni.

Najpierw zamierzał krótko prześwidrować Ewę, a potem zmienił zamiar. Zobaczył twarz Joanny (kuzynki były do siebie podobne), ale zmienioną niesłychanie. Joanna, gdyby umierała w szesnastym roku życia, w godzinie śmierci mogłaby tak wyglądać. Niesłychanie delikatna twarz, rysy jakby się miały zaraz rozpłynąć, jakby cudem trzymały się razem, twarz, składająca się z samych sprzeczności.

Przedstawił się i patrzył na nią długo, i żałował, że nie jest w wieku Emila. Potem, milcząc, podeszli do stolika, potem Filip rozbłysnął na nieco staroświecki sposób, ale całkiem interesująco.

O godzinie 11 odprowadzał Emil Ewę do domu.

— Twój ojciec mi się podoba — powiedziała.

— Co znaczy „podoba”? — spytał nieostrożnie.

W niej siedział zawsze jakiś diabeł:

— To znaczy, że mogłabym z nim. Nie wiesz, że młodym dziewczętom podobają się starsi, siwi panowie?

On był niepoprawny. Czym bardziej mówił na serio i denerwował się, tym ona mówiła też bardziej na serio i myślała na serio o rzeczach, o których by nigdy przedtem poważnie nie pomyślała.

— Mimo że Filip jest moim ojcem?

— Mimo że Filip jest twoim ojcem.

Słowo „Filip” w jej ustach. Tak, jakby on miał na to monopol.

— To weź go sobie. On cię bardzo lubi.

I to wszystko z jego strony na serio.

— Jak śmiesz... Jak śmiesz tak mówić.

On w tej chwili zrozumiał (nagle), że ona z niego żartowała, przynajmniej z początku, i tłukł się po głowie, i beczał, i przepraszał, i pełzał po ziemi (psychicznie), i rozdzierał szaty (psychicznie).

Ona nie odzywała się do niego już, a on był, jak zwykle:

1) nadwrażliwy na jej punkcie;

2) gdy już się znalazł w tego rodzaju sytuacji, to brnął coraz dalej;

3) coitus interruptus.

Więc im więcej mówił, tym ona się bardziej zacinała, jak zabawka mechaniczna, jak człowiek, który jest sparaliżowany, tak że naprawdę nie mogła się więcej przeprosić. I męczyli się nawzajem tego wieczora jeszcze trzy godziny.

I w końcu ona, jak zwykłe, nie wiedziała, o co poszło, i jak zwykle, miała jeszcze zrobić matematykę, i jak zwykle prosiła go, aby on ją już puścił.

— Ja wiem, że mnie strasznie wymęczyłeś jakąś historią i że powinnam się na ciebie gniewać, ale nie mam siły. Może jutro będę miała.