19.
Słyszę na schodach obce kroki. Lekkie. Kroki przekraczają wejściowe drzwi. Teraz otwierają jeden yale. Drugi. Drzwi. Przede mną jest dziewczynka piętnastoletnia. Może ma szesnaście. Mówi, spoglądając na mnie z obrzydzeniem:
— Ciocia prosiła, aby pana dziś wypuścić.
Patrzy na mnie jak na glistę, karakona24. Jestem oszołomiony przejściem przez korytarz.
— Ciocia bała się, żeby pan nie zdechł.
Jest bardzo brzydka, ładnie zbudowana. Kirgiskie oczy. Murzyńskie wargi. Nos placek. Idzie ze mną do pokoju. Patrzy na mnie z wyżyn swojej młodości. Wargi mam spalone. Ona nie. Wchodzimy do pokoju. Patrzy na mnie jak na tarantulę. Ale bez strachu, z ciekawością. Znaczki, które znajduję w korytarzu, są zwinięte w kłębek. Nawet rodzinne pocztówki pani Cin. Ona ma białe, gładkie włosy.
— Czy chce pan mi pozować? Ja maluję obrazy półabstrakcyjne, ale potrzebuję zawsze bodźca.
— Pani maluje?
— Tak, i będę niedługo w Paryżu. Przygotowuję się wielostronnie.
Dopiero teraz zauważam, że jest poplamiona farbami: nogi, sukienka, twarz.
— Potrzebuję bodźca, a pan jest bodźcem.
— Ale co ja zrobię z klozetem?
Z jej strony cichy śmiech. Wygięcie warg.
W tej chwili słyszę jak ci z nocnikiem uszczęśliwieni pluskają się w muszli.
— Ale pani Cin kupiła mnie na szuku, zresztą nie umiem chodzić.
— Ja mieszkam w machlulu25, to są te drewniane domki na stoku morza. Barak numer trzydzieści osiem. Przyjdzie pan?
— Ale ja nie mogę. Pani ciocia...
— Już znam tę piosenkę. Gdy przyjdziesz, dostaniesz jabłko. I będziesz widział, jak maluję. Wystarczy.
Głos pytający zza drzwi:
— W którym kierunku pani idzie?
— W przeciwnym niż pani.
Ja:
— Jak się pani, ty, nazywasz?
— Batia. Batia-wariatka lub Batia-malarka, to wystarczy.
— Ja się boję...
— To się bój.
Wyszła. Kroki. Bardzo lekkie.