3.
Tego wieczoru wszyscy mówili o trzęsieniu ziemi, które przespałem. Przyjęła mnie żona doktora. Ona też jest przejęta trzęsieniem ziemi.
— Mówię panu, budzę się w nocy, i nie znajduję koło siebie pana doktora. Widzę małe światełko w ubikacji. Musi pan wiedzieć, że mamy dwie. Ja sobie myślę, czy mój Hans, czyli pan doktor, tak trzęsie domem? Myślę sobie, że to całkiem możliwe, bo on ma takie gwałtowne wypróżnienie. Czytam rano gazetę: trzęsienie ziemi. I co pan na to?
— Kiedy doktor przyjmuje?
— Od ósmej do drugiej w nocy. Będzie pan musiał trochę zaczekać.
Więc czekam.
— Gutentag, panie doktorze.
— Co tam?...
Byłem w dużym gabinecie i na końcu, za czerwonym stołem siedział skulony, jak pająk, doktor.
— Chciałbym, by mnie pan zbadał, obejrzał.
— A to pan, panie, panie...
Obrócił się tak, że zobaczyłem jego grube szkła.
— Pan mi zapisał, no, że tak powiem... klozet.
— Aha, aha, w tym nie ma nic dziwnego. Ja sam, wie pan, w podobnych okolicznościach, jestem zmuszony.
Marmurowy i złoty kałamarz lśnił na stole. Grube stare tomy rozsadzały bibliotekę. Zauważyłem tylko Technika wschodzenia metafizycznego, Próby Dolnolotne a Somatyczna Kondycja. Wskazał mi ręką!
— Siadać proszę — i utonąłem w pluszowym fotelu. Po chwili podniosłem się i ujrzałem pluszową sofę. Cofnąłem się w przerażeniu.
— To nic nie szkodzi — powiedział doktor. — To odruch bezwarunkowy.
— Jak to pan rozumie?
— Że przeznaczeniem pana jest siedzieć w ubikacji, że wyrokiem Opatrzności...
— Jest pan, widzę, religijny.
— Nie, nie to. Tylko gdy się napatrzy na różne wypadki na ziemi i niebie, to się przejmuje coś z wiary w Kismet70. Przykład: kobieta, miła, zdrowa, nawet ładna, co dla mnie większego znaczenia nie posiada, przychodzi z rakiem. Mniejsza już czego. A ja jej mówię: — „Proszę szanownej pani, nic pani nie pozostało na tym świecie jak lody śmietankowe i młodzieniec z temperamentem. Za pięć do ośmiu miesięcy jest pani trup”. A ona na to: „Co pan mówi, doktorze? Przecież ja mam męża i dwoje dzieci”. Jakby to cokolwiek miało wspólnego. Ja jej mówię: — „...się, rybko, dopóki nie będzie za późno”. A ona się za dwa dni wiesza. Z taką piękną przyszłością. Co ludzie chcą, do cholery?
— A jak mój wypadek?
Tu doktor podrapał się w głowę.
— Pan jest wypadkiem skomplikowanym. Można pana oglądać w dwóch lub wielu lustrach. Pan nie jest przypadkiem o określonej diagnozie. Takie coś, jak przy literze „h”, o ile pan się zna na grafologii.
Jego niebieskie oczy, otoczone czerwonymi obwódkami.
— Ustalmy, że jest pan chrześcijaninem.
Zaprzeczyłem i żachnąłem się:
— Ależ skąd.
— Otóż właśnie. Każdy z nas chodzi do ubikacji. I pan sobie tam urządził prywatną Golgotę. I panu niewygodnie jest w pluszowym fotelu.
Głos doktora potężniał. Istotnie poczułem się niewygodnie.
— Czy wpuszcza pan panią Cin przynajmniej do ubikacji?
— Tak, nie, ona ma klucz... Miałem kiedyś sen, wstydzę się opowiedzieć. Miałem tylko sen, że pani Cin weszła do ubikacji, włożyła mnie do muszli. Usiadła...
– Ależ to bardzo dobrze.
— Nie rozumiem. Dlaczego?
— Czy pani Cin zmuszała pana po powrocie do zajmowania poprzedniego stanowiska?
— Nie. Ale...
— Żadne „nie”. Ona wyjeżdża, ponieważ we śnie z panem przegrała. Oto skończone wszelkie smycze pani Cin. Przed panem otwierają się nieskończone możliwości.
— Jak to?
— Jaki pan jest niedomyślny. Ona przegrała z panem i to we śnie. We śnie. Rozumie pan?
— Przecież ona na mnie ciągle jeździ.
— Nie szkodzi. Pan ma cierpieć. Och, biedny Piotruś. Za nas wszystkich. Zbawienne sny. Zbawienny klozet.
Doktor złapał marmurowy kałamarz i mówił:
— Gdy pan odczuwa seks przez ból... To jeszcze nic. Takich jest miliony. Gdy pan odczuwa ból przez seks... I gdzie pan nie odczuwa bólu? O, wielki Piotrusiu. Czyżby pan cierpiał za całe nieudane pokolenie? Nie wiem, na Boga Żywego, nie wiem...
— Batia...
— Rozumiem pańskie piętnastoletnie. Ale kobieta stara, wstrętna, doświadczona posiada moc. Nie wiem.
— Panie doktorze, czy pan jest wierzący?
— Ale skąd. Ja w ogóle nie jestem niczym, poza takimi sprawami. I w tym dwuznaczność pańskiej sytuacji. Wyleczą pana może kurwy. Czasem wysyłam pacjentów do nich, aby sobie oglądnęli. Zeszedł pan na dno. A nawet głębiej.
— Jak można?
— Po pierwsze to zależy także od indywidualnych dyspozycji zjeżdżania w dół, po drugie można głębiej (tu poprawił binokle), można, kochanie.
Tu wyczułem tajemnicę osobistą doktora. Czyżby on. Był jowialny, czerwony, wesolutki i nie mogłem uwierzyć. Ale byłem zbyt wzburzony.
— Tak, tak, ale proszę nie zapominać, że jest pan przynajmniej przypadkiem wieloznacznym. A czy miła jest ta Batia? — zagadnął doktor.
— Miła, tylko...
— Wiem, wiem. W takim razie jako terapię radziłbym prostytutki. I to raczej zbliżone do pani Cin. Nie muszą być zewnętrznie tak obskurne. Ale wewnętrznie bardziej. Czasem trzeba klin klinem. Jak pan pozna, co to jest prawdziwe świństwo...
— Byłem w Rosji.
— Jak pan pozna, co to jest prawdziwe świństwo, rozkład psychiczny, gdy pan będzie u takiej na górze lub na dole, to może, może.
Milczenie. Doktor mówił dalej:
— A więc, jest pan wieloznaczną diagnozą. I podgląda pan pewno też. I jeździ autobusami. To znaczy, że się pan zbliża. Infantylizm. Ekshibicjonizm. Masochizm. Tajemnica życia i śmierci. Ta pani, o której mówiłem na początku naszej rozmowy. Czy pan mógłby tak istnieć? Rozerwałoby pana ciśnienie, tak jak rozrywa ryby głębinowe. To śmieszne, jak ogół ludzi przyjmuje świat. Nawet nie wiedzą, że są w gruncie rzeczy całkowicie izolowani.
Lecz ponieważ pan jest przypadkiem wieloznacznym — Batia. Ona ma rozpęd młodości i może pana wydobyć z matni, pociągnąć za sobą.
— Batia wyjeżdża... Ona myśli, że jeszcze coś zwojuje na tym świecie. Ja czasem też myślę.
— To bardzo ważne, czy pan tak myśli.
— Myśli, nie myśli. Trudno jest na to odpowiedzieć. Czasem chciałbym.
— Uczep się pan jej, dopóki nie wyjeżdża.
Lecz abstrahując od wypadku pana, niepokojący jest wzrost schizotymii71, schizofrenii w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Niepokojące są zmiany antropologiczne. Dawniej to tylko zespół cyklotymiczny72, tak w klinice, jak i w życiu. Teraz, moda tak u kobiet, jak u mężczyzn: musisz być zgrabny, leptosomiczny73. I straszliwa liczba schizofreników. To wszystko moda. Czy moda działa na budowę ciała? Każda smarkula jest wyższa i inna niż matka. Gdzie podziały się rubensowskie kształty? W literaturze, w malarstwie, w stylu życia? Gdzie to nas zaprowadzi?
To pytanie było skierowane do mnie. Jakby mnie oskarżał.
— A histeria? Po prostu wyszła z mody. Zostaje Todestrieb74, śmierć. Śmierć nie wyszła z mody. Jeszcze się ją upiększa. I gdy pan pójdzie do jakiejś prostytutki, zobaczy pan, jak się to szybko załatwia. Człowiek, czterdzieści lat temu, mógł przyjść do burdelu, i pomaleńku. Szybkość jest w ogóle straszną rzeczą. Nie tylko w seksie. Tylko cyklotymia zna złoty środek. To schizotymicy nadają tempo. I potem zostają internowani. A czy zauważył pan taką drobnostkę, jak skala głosu?
— Nie całkiem.
— Otóż dziś tylko jazzowy alt. Dawniej panowała era sopranu. Gdy dziewczyna śpiewała altem, mówiono, że nie ma głosu.
Doktor wyciągnął się wygodnie, kładąc nogi na stół. Chwila milczenia. Obserwuję. Typowy leptosomik, schizoid. I doktor dodał zduszonym szeptem:
— Przecież Bóg, sam Bóg jest schizofrenikiem.
Wizyta skończona. Wyprowadza mnie z gabinetu.
— A teraz ośmielam się polecić pewnego optyka na Allenby. On reguluje patrzenie, nie zawsze poprawnie.
— Mam wzrok całkiem dobry, doktorze.
— To nic nie szkodzi. Niech pan tam przy sposobności zajdzie. Do widzenia.