32.

Jerozolima. Miasto wykute w skale, poprzez które przepływają chmury piasku lub pary. Miasto, w którym rośnie (także) kwiat siedmiopiętrowy, pełny surowej zieloności. Ziemia opada tarasami, na których wiszą domy. Obłe okna zasłaniają widok na Terra Santa58, na Wielką Jesziwę59, na klasztory z air conditioning60, na meczet Omara61. Kamienność jest też w powietrzu, w budowlach okolonych sztachetami, z wejściami prawie zawsze bocznymi (Jerozolima nie lubi się spoufalać). Blanki, gzymsy, wykusze, czasem mozaiki. I najdziwniejsze: stary Arab orze kawalątko ziemi pługiem drewnianym, w murach Dawida62. Chamsin w Jerozolimie — Toledo w burzy El Greca63. Przeraźliwie białe twarze młodzieńców i dzieci pejsatych. Wiatr.

Nieprzytomny. Sadza mnie pod leniwie chodzącym wentylatorem. Idzie na poszukiwanie gościa. Ja usypiam, budzę się, znów usypiam i znów budzę. To wszystko dzieje się w kawiarni „Vienna”. Już wieczór, jest pełnia.

Rabiny64 różnych świętych gór uciekli tutaj właśnie, grób Chrystusa, Golgota, Imka65, w której jest basen kryty, wszystko to można zobaczyć za pięć groszy. I German Colony66 z dużymi drzewami i zapachem świerków, kobietę i osła, żołnierzy angielskich rozdających prospekty religijne (chór ładnie śpiewa), szczury, kłapią zębami jak nieboszczycy, Batia wraca, ciągnąc gościa, jest coraz to bardziej pusto.

— Ty, mam dobre nowiny.

Niespodziewanie dla mnie samego:

— Dość mam tej szwendaniny. Ja chcę do mojego klozetu.

— Poczekaj. Będziesz miał ten swój ulubiony klozet i nawet trochę wolności, z którą nie będziesz wiedział, co robić.

Nigdy nie patrzę na jej gości, więc i nie patrzyłem tym razem.

— Posłuchaj. Ten pan pracuje u wysokiego komisarza67...

— Co może wielki komisarz mieć wspólnego...

— Poczekaj. Wytłumacz mu. Wszystko po kolei.

— Więc proszę mnie posłuchać — powiedział pan, macając Batię pod stołem. — Jak panu wiadomo, rząd Jego Królewskiej Mości potrzebuje chwilowo dolarów.

Następowało coś, czego absolutnie nie słyszałem. Dochodziły do mnie tylko brzęczące „dlatego... ponieważ... oraz... przy czym... ” i tak dalej, i wniosek końcowy: „dlatego będziemy musieli wysłać panią Cin do... ”.

— Więc twoja ciocia wyjeżdża?

— Jak widzisz.

— A co będzie...

— Zostaje Edka.

Wszystkie moje plany zawirowały nagle. Widzę tylko, jak Batia daje się typowi macać z lubością. Wpadam w pasję:

— Miłość przychodzi, miłość odchodzi.

— Jaka miłość?

— Niby wczoraj to.

— „To” nie ma nic wspólnego z uczuciem. Poza tym nie miłość przechodzi, tylko my.

Rozwarta szczelina. Nareszcie coś z niej. Zagadkowego.

— Ale czy pamiętasz, jak ja cię szorowałem wodą i mydłem? A potem ty mnie? Pamiętasz?

— Pamiętam. No to co?

Batia mówi zimno i uprzejmie:

— My, to znaczy ja i ten pan, odwieziemy cię na ulicę Chapu-Chapu osiem. Oddaj mi moje dziesięć piastrów.