5.

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich pani. Starsza młoda pani powiedziała, gdy spytałem o klozet:

— Proszę, tam, niech się pan nie krępuje.

Powiedziała po polsku miłym głosem. Wiedziałem, że jest tu wiele rodzin polskich, dlatego nie zdziwiłem się. Poszedłem i wypróżniłem się. Potem, gdy miałem pociągnąć za rączkę od rezerwuaru, zobaczyłem, że rezerwuaru nie ma. W takim luksusowym domu — pomyślałem. I wtem zauważyłem, że cały klozet jest drewniany, że drzewo pachnie w słońcu. I zobaczyłem przez okrągłą dziurkę sztachety drewniane, jakieś drzewa owocowe, jabłoń i różowe kwiaty. Posypane delikatnie. Zobaczyłem słońce i trochę chmur. Pani już całkiem młoda, ale ubrana w suknię do kostek, o fiołkowych oczach, prowadziła pięcioletnią dziewczynkę. W koszulinie jednej. I rozmawiała z nią. Dziewczynka mówiła:

Ta kazu, kiń.78

— Nie.

Trzymała w ręce prowokacyjnie duży muchomor.

A ja kazu, kiń.79

Wtedy pani, uśmiechając się, rzuciła grzyb.

Mołodziec, szto posłuchała.80

Z dali jacyś robotnicy. Nie — orzący pole. Pani zwróciła się do mnie:

— Ta mała jest tak urocza.

W dali: Onufry, Onufry.

— To córka naszej służącej, Jewdokii. A teraz pokażę panu z grubsza naszą posiadłość. Zacznijmy od Brzozowej Kępy. Potem jest las szpilkowy, sosnowy, i po części mieszany. Tam jest droga do Szypowszczyzny81. A tu obok drogi jest Polanka. Ale najważniejszy — to Piotropol. Ojciec zbudował groblę. Odgranicza bagna. A jak się idzie z Brzozowej Kępy przez las do Piotropola — wyskakuje krzyż. To taki drewniany, już zielony Chrystusek. Gdy las robi się rzadszy. Z Piotropola idzie się groblą, znów krzyż, do Zakątka. Musiałby pan tam właśnie skosztować owoców. Tam mieszka mój brat starszy, Ksawery. I z tego wszystkiego zapomniałam panu pokazać Stawek. O, tu, za tymi trzcinami, tam gdzie krążą kaczki. I siedzą cicho głuszce. Z Zakątka idzie droga, hen, aż do Baranówki. Z dali:

Kuźma, pohodi.82

Karbowy83 przyprowadza brodatego chłopa:

Nie, panoczku namilejszy, my tolko brali drwa do pieczki.84

— A jak wam idzie? — spytała panienka.

— Chleb z lebiodą i korą brzozową pieczem.

— A gryby85 macie?

— Maleńko, najświetlejsza panienko.

— Oj, Artemuk, Artemuk, puśćcie go, karbowy.

A tu powietrze z pól ciągnie przeźroczyste, chłodne. A powietrze z lasu ciągnie zielone, ciemno-iglaste. A karbowy ciągnie:

— Ten tu libacyje86 urządza w krzakach z dwiema staruchami. A te staruchy się za kudły biorą, którą więcej chce. I tak, proszę panienki.

— Puśćcie go, karbowy.

— Jeszcze czorta napytaje87 — mruczał. — Bo to oni, proszę panienki, z przeproszeniem gorzałę i88. No, Artemuk. Poszoł.

Teraz panienka mówi:

— Ślicznie przepraszam, ale bracia na polowanie poszli, hen, za Burczaczkę, i ja kawalera nakarmię, bajkę opowiem straszną.

Uśmiechnęła się przy tym, zakręciwszy oczyma jak z miki. Warkocze aż do ziemi, słońce się prześlizgnęło na twarzy, zostawiło ją w cieniu, z którego patrzyły jedynie niebieskie oczy.

— Ja kawalera proszę.

I weszliśmy w ogród, w dom, pomalowany na biało, z białymi okienkami, w spokój, gdzie tylko brzęczały muchy. Była boso. Weszła ze mną do domu, do salonu, gdzie była niedźwiedzia skóra, gdzie sowy stały wypatroszone, gdzie wielki zegar bił godzinę dwunastą.

— Wędliny tu domowe i bardzo dobre. Czy zje pan nerki wędzone pod pułapem? Czy głowiznę cielęcą? Czy coś z wieprza? Wszystko domowe.

— Wszystko mi jedno, proszę pani.

I pani robiła się to czerwona, to blada. Niepewny uśmiech. Pod powałą lep na muchy, pelargonie za oknem.

Wiosna. Kora drzew, mokra i zielona. Błyszczała ciemno i zielono od mchów. Chmury, wielkie jak góry, dzieliły się na zielone, złote, bure, ciemne. Panienka:

— Dość, Maryna, dość.

Deski gładko heblowane, woskowane. I jakieś portrety na ścianach z dziwnie wykręconymi głowami. Między nimi pani o fiołkowych oczach.

— To moja matka.

A tu kot siedział w proboszczunia, cały czarny. Miał tylko wycięty biały krawacik i pantofle białe. Z daleka znów: — Onufry...

W wazonie na stole czeremcha, jeszcze wilgotna. Stara szafa jesionowa. I orzechowa biblioteka. Ceratowa kanapa. Usiadła na kanapie, włożyła ciżemki.

— Bajkę straszną opowiem, Alima przygotowuje jedzenie. Ja zresztą sama przypilnuję.

I poszła długim korytarzem w stronę kuchni. Z kuchni dało się słyszeć nagabywanie: — Nu wot chaziajuszka, ćwietoczok moj ślicznieńkij, anu prikiń, anu prisyp, choć troszku, choć żemku89.

A poszoł won, świnia, k’czortu materi90 — odezwały się cztery głosy żeńskie.

I chłop, śmiejąc się, pozwalał się bić przez dziewczyny. Miał na sobie odwieczne dwanaście kożuchów. Nie zdejmował ich w lecie ni w zimie: w lecie chroniły od gorąca. Wróciła panienka w szubie, podbijanej kotami. Niosła potrawy, których nie opiszę.

— Tereniu, Tereniu — odezwał się delikatny, starczy głos.

— To dziadek mój — powiedziała.

Weszła do pokoju (ja za nią), który był prawie że ciemny. W fotelu starszy pan z pijawkami za uszami.

— Zdejm już te zwierzątka — powiedział.

Młoda pani wrzucała do słoja pijawki.

— Z bagien przynoszą bracia — wyjaśniała. — Bydło tam pędzimy.

— Posłuchaj, Tereniu, tego dykcyonarza91: czy to nie nasi krewniacy? Jucewicz (Ludwig-Adam) napisał Przysłowia ludu litewskiego, Wilno tysiąc osiemset trzydzieści cztery. Czy to przypadkiem nie nasz?...

— Nie sądzę, dziadku.

Wyszła. Z daleka od pól:

Oj, kazali ludzie, da ludzie

Polubiła Pietrusia

Ej ty sroczka biełaboczka

Oj, skrypić mojo serce jak koła bies mazi...92

— Pani obiecała bajkę straszną.

— No, proszę usiąść, to opowiem.

Namyśla się chwilę.

— Był sobie dziad i baba. On miał córkę i ona też. Córka dziada wesoła była, pracowita, dobra. Córka baby leniwa i zła. Umyśliła ją zagubić, swoją pasierbicę, bo przez wszystkich więcej lubiana była. Zaczęła więc nastawać na dziada, by ten ją wywiózł z domu i zostawił w lesie. I tak dziad też zrobił. Wieczór się zbliża, ona poczęła wołać: — A chto u poli, a chto u lesie, prydź ko mnie hetu noczku naczawać93. Dziewczyna siedzi i czeka, a tu stuka niedźwiedź w sosnę: — A ja u poli, a ja w lesie... Pyta, czy się może zbliżyć. Gdy otrzymał twierdzącą odpowiedź, mówi: Dzieuka dziawica pierestań maju łapu...94

Wtem powóz zajechał przed dom. Pani panienka przestała opowiadać. Wstała i powiedziała:

— Musimy się już żegnać, bo...

I zaczerwieniła się. Ja krzyknąłem:

— Dlaczego? — i znalazłem się na ulicy Allenby.