5.

— Och, jak mnie przycisnęli do muru — powiedziała moja pani. Oddycha ciężko.

— To było — mówi, nawiązując do poprzedniego — to było jeszcze podczas procesu. Tego o otrucie. A co pan robił wczoraj, przedwczoraj?

— Wczoraj? Wczoraj opuściłem dom, rodzaj sanatorium, rodzaj domu starców. Wczoraj to właśnie było. Wyszedłem na balkon, a tam płacze stara Żydówka.

— Dlaczego pani płacze? — pytam.

— Bo jestem stara i muszę umrzeć. — Tak odpowiedziała.

I jeszcze powiedziała:

— Sama siebie nie mogę znieść, taka starucha, to mi każą jeszcze z kilkoma mieszkać.

A potem poszedłem do pokoju. Mieszkaliśmy we czwórkę. Na moim łóżku siedziała czterdziestoletnia Niemka i udowadniała przez długi czas, że z powodu choroby kręgów może tylko ustami, językiem. Potem wszedł do pokoju mężczyzna, któremu Arabowie ucięli wszystko, razem z prąciem, i który z tego powodu śmierdział stale moczem. Dostawał napadów szału i był poetą. I był tam...

— Dość.

Wydała mi się zakłopotana. Ale nie dałem za wygraną.

— I sprzątała tam młoda dziewczyna. Lalka z czekolady.

Wtem zrozumiałem, że za dużo pamiętam. Że popełniłem fatalny błąd. Ale ona rozstrzygnęła:

— Idę po tragarza. Aha, zauważyłam, że pan sepleni i jąka się.

Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle. Zaczerwieniłem się i powiedziałem:

— Ttttak, nie, proszę pani.

— Czy chodzi pan po schodach?

— Nnnnie, proszę... to znaczy od czasu mojego wypadku z tym, tak, nie.

Rozważała jeszcze jakieś „za” i „przeciw”. Oglądnęła mnie jeszcze raz, w całości, i powiedziała:

— Kupuję. Idę po sabala, tragarza, to znaczy.

Zaczepiła przechodnia, aby tragarzowi, który nie umiał po niemiecku i był z Jemenu, przetłumaczył coś w tym sensie: — Zawieź go na ulicę Chapu-Chapu osiem do pani Cin. Tam ci zapłacę.

I poszła sobie.

Sabal pomógł mi przejść na swój wózek, dwukołowy. Potem przeniósł odzież. Tablicy nie przeniósł. Wyjechaliśmy na ulicę Allenby8.