9.

Miałem stale wrażenie, może mylne, że oni tam, w tym pokoju z nocnikiem, podsłuchują, siedzą jak szczury, wąchają, ruszając czarnymi nosami, uważnie, cicho.

Nagle radio, w tym ich pokoju. Pani Cin podskoczyła. Zawołała:

— Edka, Eeeedka! Gdzie dzwonek?

Edka poruszył się ciężko, zmęczony. Powiedział:

— Coooo?

— Oni grają, grają, grają.

— Niech grają.

— Edka, włącz dzwonek. Kontakt. Włącz.

— To mi będzie przeszkadzał.

— Włąąąącz — syknęła pani Cin.

Westchnął i wstał.

— Gdzie dzwonek?

— Przecież ty sam...!

— Skąd?

— Jakie znowu „skąd”? Ty sam. Włącz dzwonek.

— Przecież szukam.

Znalazł. Włączył do kontaktu elektryczny mechanizm dzwonkowy, bez dzwonka. To powodowało tam, u nich, w pokoju z nocnikiem niezwykłe trzaski.

— Mają muzykę — uspokoiła się.

Wyłączyli radio.

— To takie proste — powiedziała pani Cin nad terkotem — takie proste, włącza się tu, trzaska tam.

— To tyrczenie przeszkadza. Chcę czytać gazetę.

— Niech mają, niech mają. A nafty do jedzenia, jak mi się uda — powiedziała.

— Wyłącz dzwonek.

— Nie. Nie wyłączę.

— Ale ja mam dość. Chcę czytać gazetę.

— Zapominasz, że śmierdzą ci nogi. Jak kozioł śmierdzisz.

— Jak nie wyłączysz tego dzwonka...

— To co?

— To zbiję talerz.

— Spróbuj.

Brzęk. Talerz poszedł na podłogę.

— Edka, co ty robisz? Uspokój się.

— Właśnie, że nie. Ty stara.

— Uspokój się — krzyczała nad turkotem — bo jak nie...

— Właśnie, że nie. Ona tylko to rozumie. Rozbijać jej.

— Właśnie, że nie.

— Odsuń się, ooodsuń.

Pani Cin zasłania jakiś kryształ. Ale Edka tam idzie, twarz mu się zmienia. Mocują się.

— Eeedka.

— Ona tylko to rozumie, tylko.

Krzyczą oboje. Już wiem. Przychodzi się na to z trzech ulic. Okna otwarte. Dorośli i dzieci siadają na murkach. Wygodnie. Kobietom puchną pochwy. Ona wpada w szał.

— Odsuń się, odsuń.

— Właśnie nie. Właśnie.

— Ty cuchnąca...

— Policja, policja. On dusi.

Charczenie. Brzęk szkła. Ona wpada na mnie. Histerycznie.

— Ratuj przyjacielu, mój złoty.

Edka zdyszany:

— Jak nie przestaniesz krzyczeć... Milcz. Milcz!

Twarz robi się niebieska.

To się widać powtarza.

Mrowi się ulica. Nawet oni zerkają. Ci z nocnikiem. Nawet podnoszą dzieci, aby lepiej widziały. On zrywa się nagle, wybiega z domu. Rozchodzą się pomału. Tylko dzieci zostają. Słychać chrobot hulajnogi.

Ona:

— ...więc od jutra. Pan zaczyna, myślę.

— Tak, proszę pani.

— On jest dobry chłopak, ten Edka. Tylko nieco gwałtowny. Jak czasem rąbnie naszego inżyniera w pysk, to aż miło patrzeć. Tak bez powodu. Zresztą15 łagodny jak dziecko. Ale ja muszę wciąż uważać. Aby nie był za łagodny. Wtedy by ci, stamtąd, mieli używanie. A tak to ich trzyma za pysk. To zresztą z temperamentu. No, ja idę spać, a rano na plażę. I potem na posiedzenie Badaczy Pisma Świętego.

— Dobranoc pani.

— A jutro, no, no.

I poszła. Przedtem wskazała mi kanapę, na której miałem spać.