XIV

Hrabia de Lembrat wstał.

— Kochany Cyrano — wyrzekł — rozumiem twą urazę, ale, doprawdy, nic na to nie umiem poradzić. Zwolnij mnie łaskawie od tłumaczenia się, które zresztą jest mi obojętne, i od usprawiedliwiania się, które by mnie nie przekonało.

— Cierpliwości, Rolandzie! Nie chcę mówić z tobą w obecności twych przyjaciół. Będziesz mi wdzięczny za tę okoliczność.

— Wdzięczny? — zaśmiał się hrabia.

— Tak; ale wierz mi, że lepiej będzie, gdy się tymczasem na tym punkcie zatrzymamy. Niebawem będziesz wolny; wówczas też będziemy mogli rozmówić się otwarcie... jeśli naturalnie zgodzisz się na to.

— Aby ci dogodzić, gotów jestem pożegnać swych gości.

— Nie śpieszy mi się zbytnio. Poczekam.

W godzinę później salony pałacu przy ulicy Świętego Pawła były puste. Uwięzienie Ludwika położyło koniec zabawie i każdy zrozumiał konieczność prędkiego wyniesienia się do domu.

— Przejdźmy do mego gabinetu — rzekł Roland do Cyrana. — Będziemy tam mogli swobodniej porozmawiać.

Rinaldo, który już powrócił do domu, wziął świecznik i udał się naprzód, oświetlając drogę rozmawiającym. Gdy weszli do gabinetu, Roland odprawił służącego.

— Czy jesteśmy zupełnie sami? — zapytał Cyrano.

— Tak. Lecz na co ta wielka tajemniczość?

— To, co ci mam powiedzieć, nie powinno być słyszane przez nikogo więcej, prócz nas dwóch. Wymaga tego twoja godność.

— Moja godność?

— Tak, a zarazem twoja miłość własna. Dla twego dobra jedynie wymagam jak największej ostrożności, gdyż co się mnie tyczy, zwłaszcza po tym, co zaszło, mało mnie obchodzi, czy ktoś z wytężonym uchem czai się za obiciem twego pokoju.

— Kto miałby nas podsłuchiwać? Na jakiej zasadzie opierasz to podejrzenie?

— Na dowodach niezwykłego zaufania, jakim zdajesz się obdarzać Rinalda.

— Pozbądź się swych obaw. Nikt nie usłyszy tego, co się tu powie. Mów zatem. Co masz mi do wyjawienia?

Oblicze Cyrana, aż dotąd zupełnie spokojne, w jednej chwili zmieniło wyraz. Oczy poety zabłysły, usta wykrzywiły się najwyższą wzgardą — i głosem ostrym, tnącym jak ostrze miecza rzucił on:

— Przede wszystkim mam ci do wyjawienia, że jesteś nędznikiem!

Roland porwał się wściekły z gniewu.

— Panie!

Szlachcic ujął go za ramię i ściskając energicznie, wyrzekł:

— Z wolna, z wolna, mości hrabio. Nie obrażaj się. Straciłeś do tego prawo.

— Znów obelga! — krzyknął Roland. — Czyś pijany, Bergeraku?

— Wiesz dobrze — odparł śmiało Cyrano — że wina wcale nie piję. To nie ja jestem pijany, ale ty, bratku, stchórzyłeś i usiłujesz miną nadrabiać.

— Stchórzyłem? Z jakiego powodu miałbym stchórzyć?

— Bo drżysz przed następstwami własnych czynów. Zgadujesz, że zamierzam ocalić Ludwika, a jego ocalić, znaczy ciebie zgubić.

— Znów ten Manuel — odezwał się wzgardliwie hrabia. — Nigdyż nie przestanie obijać mi się o uszy to liche imię?

— Do diabła! Jesteś bardzo wymagający i uszy masz bardzo delikatne, mój panie! Bierzesz się jednak do rzeczy bardzo niezręcznie. Robotę twoją widzi się, jak na dłoni. Chciałeś oszczędzić sobie ciężarów, jakie sprowadził na ciebie powrót brata i wymyśliłeś w tym celu marną komedię, zapominając, że ja tu jestem i że w każdej chwili mogę w niej rolę przemienić. Gdybym był chciał uczynić to przed godziną, musiałbyś przy wszystkich żebrać mego przebaczenia i krwawymi łzami opłakiwać swą zdradę.

— Ty zmusiłbyś mnie do tego?

— Ja. Wiadomo ci dobrze, nieprawdaż, że Manuel, że Ludwik raczej jest twoim bratem. Na co tu grać komedię? Nikt nas nie słyszy.

— Skończmy to już raz, Bergeraku. Ta rozmowa przykrość mi sprawia.

— Od ciebie tylko zależy skrócić ją.

— W jaki sposób?

— Uznaj prawdę. Oddaj Ludwikowi, co mu się należy!

— Ludwik nie żyje!

— Ech, wiesz równie dobrze jak ja, że to nieprawda. Przekupiłeś tego łotra Ben Joela i za garść złota wyrecytował on głośno lekcję, której go po cichu wyuczyłeś.

— Zapłacisz mi za te obelgi, Bergeraku!

— Ile tylko zażądasz. Ale wpierw ukończyć musimy swą rozmowę. Księga, w której zapisano dowód tożsamości Ludwika, znajduje się w twoich rękach, przyznaj.

— Ben Joel oświadczył w twojej obecności, że ta księga nigdy nie istniała.

— Istniała i istnieje. Być może zresztą, że jej nie posiadasz, gdyż ten zbój jest zarazem szczwanym lisem, który nie pozbywa się łatwo tak drogocennego dowodu. Ale w takim razie tę książkę ja będę posiadał.

Roland śmiać się zaczął.

Cyrano powtórzył z naciskiem:

— Tak lub inaczej, polubownie lub przemocą zdobędę ją: bądź tego pewny.

Taka pewność siebie brzmiała w tych słowach, że śmiech zamarł na ustach hrabiego.

— Skończywszy z tą kwestią — podjął Cyrano — pogadamy teraz, jeśli pozwolisz, o tobie. W tym głównie celu tu przyszedłem.

— O mnie?

— Tak. Nadeszła chwila, w której wypada ci opowiedzieć pewną historyjkę, tak dalece dla rodziny de Lembrat zajmującą, że ojciec twój zadał sobie pracę opisania całej własną ręką.

— Nie wiem o takim piśmie.

— Byłoby lepiej dla ciebie, żebyś go nigdy nie poznał. Ale silne choroby wymagają silnych leków.

— Jakiż wstęp rozwlekły! Można by sądzić, że zabierasz się do wygłoszenia wyroku na mnie.

— Kto wie? — rzekł tajemniczo Cyrano.

I głosem dobrotliwym, któremu dodawał szczególnego znaczenia uśmiech ironiczny, dodał:

— Usiądź, Rolandzie. Zdaje mi się, że drżysz?

— Dziękuję — odparł oschle hrabia, odsuwając kolanem podane sobie krzesło.

— Jak chcesz. Słuchaj zatem. Opowiadanie moje zmieni niewątpliwie cały porządek twych myśli i projektów.

Roland wzruszył ramionami i przybrał minę zniecierpliwioną.

— Zaczynam — rzekł poeta. — Hrabia de Lembrat, twój ojciec — Cyrano położył umyślny nacisk na ostatnie słowa — był człowiekiem nadzwyczaj dbałym o świetność swojego rodu i pragnął najbardziej, aby ten ród odżył i utrwalił się w jego potomkach. Szlachetne to pragnienie, ani słowa. Tymczasem po dziesięciu latach małżeństwa żona hrabiego nie obdarzyła go jeszcze przyszłym dziedzicem imienia i majątku. Najuczeńsi lekarze, wezwani na naradę do zamku Fougerolles, oświadczyli nareszcie, że pani de Lembrat nigdy nie doświadczy rozkoszy macierzyństwa... Trzeba było pogodzić się z losem; ród de Lembrat miał wygasnąć! Zaczyna cię to zajmować, nieprawdaż?

— Mów dalej — odrzekł krótko Roland.

— Ród de Lembrat miał wygasnąć i cała prowincja była smutkiem przejęta z tego powodu, gdy niespodzianie, wbrew wszelkim przewidywaniom, hrabia rozgłosił z triumfem, że żona jego spodziewa się potomka. W kilka miesięcy później odbyły się chrzciny tęgiego chłopca. Otóż, czy chcesz wiedzieć, skąd się wziął ten mały zuch, któremu przeznaczone były wszystkie świetności magnackiego rodu? Z nędznej lepianki jednego z poddanych hrabiego, postrzygacza baranów, nazwiskiem Jakub Rogacz.

— Niedorzeczna bajka! — spróbował zadrwić hrabia.

— To nie bajka, broń Boże, lecz najoczywistsza prawda, spisana ręką twego ojca i jego podpisem stwierdzona. Hrabia de Lembrat, słuchając jedynie podszeptów dumy, postanowił chwycić się podstępu. Powiedział on sobie: „Moje rodowe nazwisko zabłyśnie jeszcze wśród świata, na przekór Bogu i naturze”. I w najściślejszej tajemnicy kupił od owczarza dziecko, kazał wynieść się jak najdalej jego prawemu ojcu i jego prawej matce, którzy zmarli następnie we Włoszech, i starał wmówić w siebie, że to jego własna krew płynęła w żyłach nowo narodzonego. Tym dziecięciem był Roland de Lembrat: byłeś ty!

— To oszczerstwo! — krzyknął Roland, odchodząc od siebie z bólu i wściekłości. — Bezcześcisz pamięć mego ojca!

— Rzecz jest ciężka do zniesienia — ciągnął spokojnie Cyrano — przyznaję to najzupełniej. Pomiędzy szlachetnie urodzonym hrabią a ubogim postrzygaczem baranów leży przepaść. Kończę jednak. W pięć lat po przybyciu fałszywego syna hrabina, tym razem zadając rzeczywiście kłam przewidywaniom lekarskim, uczuła się w stanie błogosławionym i dała życie Ludwikowi... lub Manuelowi, jeśli cię to imię mniej niepokoi. Łatwo odgadnąć wynikłe stąd zamieszanie: żal twego ojca, wyrzuty sumienia, obustronne wymówki. Cofnąć się jednak było już niepodobieństwem. Trzeba było wypić piwo, którego się nawarzyło. Hrabia pozwalał wyrastać obok siebie obu chłopcom, zamyślając z czasem zaznaczyć między nimi różnicę. Ciąg dalszy jest ci znany. Ludwik został porwany przez bandę Cyganów i zrozpaczony hrabia, zwątpiwszy, aby go mógł kiedykolwiek odnaleźć, miał przed śmiercią tę przynajmniej pociechę, że w przysposobionym synu pozostawił następcę. Jednakże wszystko przewidując i chcąc zabezpieczyć los prawego syna na wypadek, gdyby się zjawił, napisał własnoręcznie wyznanie, o którym ci mówiłem i mnie powierzył drogocenny ten dokument, w którym mieści się także rozporządzenie dotyczące ostatniej woli.

Roland wpatrywał się w mówiącego ze zdumieniem, którego nie starał się już nawet ukrywać.

— Uspokój się — dodał Bergerac — w akcie tym, po szczegółach wyjaśniających twoje stanowisko, powiedziano, że gdyby odnalazł się Ludwik, będziesz obowiązany oddać mu połowę majątku rodzinnego. Twój ojciec był człowiekiem sprawiedliwym; nie chciał on uczynić cię niewinną ofiarą podejścia, do którego wmieszany zostałeś nieświadomie.

— Och, szatanie! — wykrzyknął Roland — czynisz sobie igraszkę z najdotkliwszych moich uczuć i usiłujesz wyzyskać moją dobrą wiarę. Nie uda ci się to jednak. Czyż możesz przypuszczać, aby mój ojciec postępował tak, jak twierdzisz!? Gdyby zaś było tak, to czyż możliwe jest, aby pozostawił piśmienny dowód swego oszukaństwa?

— Ten dowód istnieje, zapewniam cię słowem honoru.

— Pokaż go!

— Na nieszczęście, nie posiadam go u siebie. Obawiając się jakiej złej przygody, powierzyłem go w ręce przyjaciela. Gdybym umarł, te ręce potrafią zrobić użytek ze skarbu, który im oddano do przechowania.

Ostatnie słowa, oddalające groźbę natychmiastowego niebezpieczeństwa i pozostawiające trochę miejsca na wątpliwości, przywróciły Rolandowi poprzednią pewność siebie.

— Zatem — przemówił — cóż zamierzasz uczynić?

— Nic, jeśli zgodzisz się na uznanie praw Ludwika. W razie przeciwnym zamierzam udać się po testament hrabiego de Lembrat i dać mu rozgłos potrzebny.

— Wyznaj, Cyrano, żeś liczył na swój dowcip autorski, który trzeba stwierdzić, stoi na wysokości twej odwagi, aby mnie odwieść od tego, co nazywasz niesłusznie zdradą. Jestem gotów za śmiałość swą dać ci zadośćuczynienie ze szpadą w ręku, nie waham się jednak oświadczyć, że nie wierzę w owo rzekome wyznanie mego ojca.

— Nie wierzysz w nie?

— Nie, bo gdyby to było prawdą, nie zaś powiastką wylęgłą w twojej poetyckiej wyobraźni, nie oszczędzałbyś mnie tam, w salonie i ujawniłbyś przy wszystkich moją hańbę, aby nie dopuścić do uwięzienia Manuela.

— Jeśli pozwoliłem, aby uwięziono Ludwika, wiedziałem, co czynię. Było to niezbędne.

— Niezbędne? — powtórzył hrabia zaciekawiony.

— Niezbędne dla jego bezpieczeństwa.

— Nie rozumiem cię.

— Ale ja rozumiem siebie i to mi wystarcza. O, poznałem ja cię teraz do gruntu, hrabio Rolandzie! Pozostawić Manuela na wolności, wówczas kiedy ja bym wyruszył po testament, znaczyłoby to: odsłaniać jego piersi na wszystkie pociski losu. Pchnięcie sztyletu dużo czasu nie zabiera. Lepiej i bezpieczniej Manuelowi w więzieniu. Uwięzienie brata chroni cię od pokusy, a być może, iż oszczędza ci wyrzutów spełnionej zbrodni.

— Uważasz mnie za zdolnego do morderstwa?

— Po tym, com widział — oświadczył Cyrano bez ogródek — uważam cię za zdolnego do wszystkiego.

— O, tym razem — ryknął hrabia — żądam zadośćuczynienia za obelgę.

— Bić się z tobą nie będę. Mam ważniejsze cele przed sobą. Nie potrzebuję wstydzić się ani żałować tego, com powiedział. Oparłem słowa swe na dowodach. A wreszcie, gdybyśmy bili się z tobą, zabiłbym cię: a to byłaby dla ciebie wygrana!

Zaciśnięta pięść Rolanda uderzyła z wściekłością o stojący przy nim stolik. Czuł się pokonany przez zimną krew przeciwnika.

— Niech i tak będzie — syknął przez zaciśnięte zęby. — Idź, dokąd chcesz, czyń, co ci się podoba. Potrafię unicestwić wszystkie twe natarcia.

— Czy to ostatnie twoje słowo?

— Ostatnie.

— A więc tym gorzej dla ciebie. Księga Ben Joela i testament twego ojca wystarczą mi do powalenia cię o ziemię.

— O, bądź pewny, że księgi nie dostaniesz!

— Ach, ach! — zawołał Cyrano triumfująco. — Przyznajesz zatem, że księga istnieje!

Roland zagryzł usta aż do krwi, spostrzegając za późno błąd popełniony.

Chciał coś powiedzieć — Cyrano nie dał mu na to czasu.

— Dość już się dowiedziałem — rzucił na odchodnym. — Do dzieła teraz. Ben Joel pierwszy; ty zaraz po nim.