XVIII
— Ile? — odezwał się poeta bez żadnych wstępów do wchodzącego Sulpicjusza.
Sekretarz zrozumiał doskonale właściwy sens zapytania i z równym lakonizmem odrzekł:
— Tysiąc dwieście pistolów.
— O dwieście zatem więcej, niż się spodziewałem. To jakiś porządny Żyd.
— Powiedział, że gdyby mu sprzedano pierścień na własność, dołożyłby jeszcze czwartą część tego, co zaliczył.
— To znaczy, że pierścień wart jest trzy razy tyle. Ale nie o to chodzi. Ile ci pozostało?
— Za konia zapłaciłem dwieście pistolów, za ubranie pięćdziesiąt. Dziewięćset pięćdziesiąt pistolów mam do oddania. Oto pieniądze.
— Zatrzymaj dwieście, a resztę schowaj tam, do szuflady.
Castillan rozdzielił pieniądze i swoją część schował do kieszeni.
— A teraz, synku — rzekł Cyrano — zakarbuj sobie dobrze w pamięci, co ci powiem. Gdyby nie trzymała mnie w miejscu ta przeklęta rana, jutro o świcie galopowałbym w stronę Perigord, ty byś zaś siedział sobie spokojnie za piecem. Jestem wszakże unieruchomiony na tydzień jeszcze co najmniej. Odkładając rzecz aż do swego wyzdrowienia, przedłużałbym cierpienia biednego Ludwika. Dla zyskania przeto na czasie ty jechać musisz.
— Co będę tam robił?
— Nic trudnego. Zawieziesz list memu przyjacielowi, Jakubowi, o którym ci często wspominałem.
— Jakże rad jestem, że będę mógł go poznać!
— To złote serce. Być może, że w pierwszej chwili przyjmie cię z pewnym niedowierzaniem, gdyż zleciłem mu jak największą ostrożność i czujność przed podstępem lub gwałtem. Ale gdy rozważy dokładnie słowa mego listu, wątpliwości jego znikną i stosownie do moich wskazówek, wyruszy z tobą w drogę, zabierając drogocenny depozyt, którego żądam i którego treści ani ty, ani on znać nie powinniście.
— Czy nie mógłbym oszczędzić mu trudów podróży i sam rzecz ową przywieźć?
— Wiesz, synku, że mi nie zbywa na odwadze, nieprawdaż? A więc nie czyń żadnych uwag. Odwaga nie wyłącza ostrożności, jeśli zatem proszę Jakuba, aby ci towarzyszył, musi to być rzeczą konieczną.
Castillan stał w milczeniu.
— Rola, którą ci powierzam, nie jest wolna od niebezpieczeństwa — ciągnął Cyrano. — Rolandowi de Lembrat zależy niezmiernie na tym, aby dokumenty posiąść i nie zaniedba on rozstawić na drodze szpiegów, aby nas tropili. Przyjść może do walki, ja zaś nie chciałbym być pobity, nawet w twojej osobie.
— Zrozumiałem. Zlecenie twe, mistrzu, zostanie wypełnione co do joty.
— Aby przekonać cię, synku, o ważności tej sprawy, dodać jeszcze muszę, że osobiście tam wyruszę, gdy tylko będę mógł dosiąść konia.
— Połączysz się, mistrzu, z nami?
— Udam się przynajmniej na wasze spotkanie aż do Colignac. Jeśli przybędziecie tam wcześniej, zaczekajcie na mnie. Powiedziałem już, com miał powiedzieć. Daj mi rękę, Castillanie. Musimy się teraz pożegnać, gdyż wyjedziesz o świcie, ja zaś czuję gwałtowną potrzebę wyspania się.
Sekretarz uścisnął rękę, którą poeta doń wyciągnął i wyszedł w milczeniu.
Przed pójściem na krótki spoczynek przywołał Zuzannę, aby mu zaszyła pod podszewkę kaftana list adresowany do proboszcza. Gdy służąca, bez żadnych tym razem uwag, wypełniła to żądanie, zapłacił za to ucałowaniem jej w oba policzki, po czym zaraz i z nią się pożegnał.
Wyszedłszy na schody przywołał gospodarza, któremu polecił, aby konia jego odprowadził do stajni, a zrobiwszy to rzucił się na łóżko w ubraniu, w chwili, gdy zegar pobliskiego kościoła wydzwonił godzinę dziewiątą.
W godzinę później hrabia Roland de Lembrat, który powracał z odwiedzin u margrabiego de Faventines, wchodził do swego pałacu w eskorcie uzbrojonych służących z pochodniami — ostrożność ta bowiem była niezbędna w porze nocnej, gdy zaraz z zapadnięciem zmroku Paryż napełniał się gromadami podejrzanych włóczęgów.
Gdy hrabia udał się do swej sypialni, niebawem ktoś lekko do niej zapukał.
— Czy to ty, Błażeju? — zapytał, leżąc już w łóżku.
— Tak, jaśnie panie.
— Czego chcesz?
— Człowiek jakiś domaga się gwałtownie, aby go wpuścić.
— O jedenastej w nocy! Niech idzie sobie do diabła!
— Mówi, że to sprawa niecierpiąca zwłoki. Idzie o pana de Cyrano.
— Zapal światło i wprowadź tego człowieka. Ale jeśli okaże się, że bez powodu mnie niepokoi, biada jemu i tobie!
Błażej otworzył wówczas szeroko drzwi, które dotąd były tylko uchylone i wszedł, trzymając zapaloną świecę.
Za jego plecami ukrył się w śmiesznie uniżonych pokłonach chuderlawy staruszek, którego poznaliśmy u Gonina — poeta andegaweński, adept wielkiego Cyrana, Matus Lescot nareszcie!
Miał on minę tak żałosną, tak zabawnie dygotał od chłodu czy strachu, taki był szczerze komiczny w swym zatłuszczonym kaftanie i za krótkich spodenkach, że hrabia nie mógł wytrzymać i parsknął mu śmiechem w oczy.
— Przyznaj, mój zuchu, że jestem bardzo łaskawy. A teraz dowiedź, żeś wart tej łaskawości, wyjawiając coś naprawdę ciekawego. Słucham cię.
Ale staruszek jeszcze mocniej trząść się zaczął.
— Czego się lękasz? — podjął Roland. — Mów śmiało.
Andegaweńczyk wskazał wymownym spojrzeniem służącego, który go wprowadził.
— To, co mam powiedzieć jego wielmożności, tylko przez jego wielmożność powinno być wysłuchane.
— Wyjdź, Błażeju! — rozkazał hrabia, zaczynając się już niecierpliwić.
Pozostawszy sam na sam z Rolandem, staruszek wyprostował się nagle i dźwięcznym, donośnym głosem wyrzekł:
— Muszę być zatem naprawdę dobrze przebrany, skoro mnie nawet jaśnie pan nie poznał.
— Rinaldo! — zawołał hrabia zdziwiony.
— Ja sam — potwierdził szczwany łotr. — Zwolniony zostałem na jeden dzień tylko, ale przekona się jaśnie pan zaraz, żem i tego dnia nadaremnie nie stracił.
— To ty naprawdę? — powtórzył hrabia, nie mogąc wyjść z podziwienia. — Obrotny człek z ciebie, mój mości Rinaldo, i mistrzowsko umiesz postać swą zmieniać.
Sługus uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Niechże teraz jaśnie pan posłucha — rzekł, zbliżając się do hrabiego — czegom w tej nowej skórze dokonał.
— Mów, słucham niecierpliwie.
W kilku słowach Rinaldo opowiedział wiadome już zdarzenia.
— Trzymam już w ręku koniec nici, po której dojdziemy do kłębka — ciągnął, doszedłszy do relacji z drugiego widzenia się Cyrana z Castillanem. — Pisarek Kapitana Czarta udaje się jutro do Perigord.
— A, więc to tam znajduje się pismo mego ojca?
— Tak, u jednego z przyjaciół de Bergeraca.
— Nie udało ci się pochwycić imienia tego przyjaciela?
— W rozmowie tytułowano go po prostu Jakubem.
— Jakub... Co by to był za Jakub? — powtarzał Roland, przywołując nadaremnie wspomnienia, gdyż nie miał żadnych stosunków z proboszczem z Saint-Sernin i obca mu była najzupełniej przyjaźń łącząca go z Cyranem.
— Niech jaśnie pan nie szuka. Powiedziałem już, że trzymam za nitkę. Posłaniec wiezie list od Cyrana.
— Adresowany do Jakuba?
— Tak. Teraz już jaśnie pan rozumie?
— Rozumiem. Musimy ten list dostać.
— Dostaniemy go. List ten pouczy nas, dokąd dąży Castillan, a więc zarazem, gdzie znajduje się potrzebny nam dokument.
— Lecz — zauważył hrabia niespokojnie — czy w liście tym nie ma przypadkiem jakich szczegółów odnoszących się do pisma mego ojca?
— Bergerac mówił wyraźnie, że treść ostatniego dowodu pozostać musi nieznana zarówno temu, kto go posiada, jak temu, co odebrać go śpieszy.
— Bardzo dobrze — rzekł hrabia ucieszony. — Zdobyć list nie będzie chyba rzeczą trudną; pisarek nie jest z ludzi, którzy by bronić go potrafili.
— Jeżeli spróbuje obrony, biada mu!
— Kiedyż wyrusza w drogę?
— Jutro o świcie.
— A ty?
— Podążę w ślad za nim albo też komu innemu śledzić go każę. Pan hrabia raczył obdarzyć mnie zupełnym w tej sprawie zaufaniem, nieprawdaż?
— Tak jest, najzupełniejszym.
— Mam zaszczyt przeto upraszać pana hrabiego o pozostawienie mi całkowitej swobody działania. Posiądę list Castillana i pismo hrabiego de Lembrat, choćby mi przyszło całą bandę opryszków z Nowego Mostu wyprawić naprzeciw Kapitana Czarta i jego sprzymierzeńca. Tymczasem — dodał słodko — będę prosił o nowy zasiłek.
Roland wysunął szufladę pełną złota.
— Zaczerpnij, ile ci trzeba. Na pieniądzach zbywać ci nie będzie.
Sługus zanurzył obie ręce w złocie, które iskrzyło się przy blasku świec, i napełnił nim długą, jedwabną sakiewkę.
— Za kilka dni — rzucił — może nawet już jutro, wstąpimy na drogę wiodącą bezpośrednio do celu. Pan hrabia dostanie na koniec do rąk ów dokument tak pożądany i uwolni się na zawsze od swego wroga.
— Zalecam przezorność. Niech ani jedna kropla krwi nie będzie przelana niezręcznie.
— Jaśnie pan może być spokojny. Jeśli Bergerac zostanie zabity, nastąpi to wówczas dopiero, gdy już nic zeń wydobyć się nie da. Co się zaś tyczy Castillana...
— O, z tym możesz zrobić, co ci się podoba.
— To drobna zwierzyna. Żegnam jaśnie pana. Wkrótce mam nadzieję dać znać o sobie.
— Bądź zdrów, Rinaldo. Będę miał w pamięci twoje poświęcenie i we właściwej chwili nie zaniedbam go wynagrodzić.
Biła północ, gdy Rinaldo wrócił do zajazdu, aby stanąć na czatach przy upatrzonej zwierzynie.
Przebrał się, pozostawił część złota w mieszkaniu i niebawem opuścił izdebkę i zajazd.
Noc była nadzwyczaj ciemna, lecz Rinaldo, przywykły do nocnych wypraw, przedzierał się śmiałym krokiem przez ciemności, a wzrok jego, przenikliwy jak u kota, zapuszczał się w każde zagłębienie murów, gdzie czaić się mógł zbój, pożądający nie tyle krwi, co pieniędzy spóźnionego przechodnia.
Przebył Sekwanę, uniknąwszy szczęśliwie nieprzyjemnego spotkania i stanął przy Domu Cyklopa, który w tej chwili od fundamentów do szczytu pogrążony był w głuchym milczeniu. Nie wszystko jednak spoczywało tam w letargu, gdyż skoro Rinaldo zakołatał do furty w pewien umówiony sposób, natychmiast otworzono i rozległ się głos Ben Joela.
— Czy to ty, Rinaldo?
— A któż by inny o tej porze? Może Jego Królewska Mość Ludwik XIV, któremu przyszła ochota złożyć ci pierwszą wizytę?
— Jesteś w dobrym humorze. Wszystko zatem idzie pomyślnie?
— Jak najpomyślniej. Wejdźmy do środka.
Przy blasku lampki oświetlającej izbę noclegową Ben Joel i Rinaldo przedostali się nie bez trudności pomiędzy śpiącymi pokotem nędzarzami na schody i z pośpiechem podążyli na górę.
— Kolego! — rzekł Włoch, gdy już znaleźli się w kryjówce Cygana — wypada teraz mówić mało, a szybko działać. Potrzebny nam jest na jutro, a raczej potrzebny nam jest natychmiast, gdyż niedługo dzień się zrobi, człowiek zręczny, gotowy na wszystko, pełen obrotności i odwagi, jednym słowem majster nad majstrami. Czy masz takiego człowieka?
— Jakiż to ma być człowiek: od szpady czy od noża?
— Od szpady. Na noże przyjdzie zapewne kolej później. Zależy mi na tym, aby dzieło dokonane zostało możliwie najszybciej i najprzezorniej.
— Poczekaj — rzekł Ben Joel.
Wyszedł z izby i po paru minutach powrócił, wiodąc ze sobą osobistość wielkiego kalibru, której niezwykły wygląd wart szczegółowego opisu.
Był to człowiek chudy do niemożliwości, ale którego chudość zdradzała niezmierną siłę nerwową. Odgadywało się stalowe mięśnie i stawy pod tą skórą wygarbowaną przez wiatr i słońce. Stopy jego zdawały się zatapiać w ziemi na kształt szpon drapieżnego zwierza, a sztywny, naprzód wysunięty tors, wsparty na niezmiernie długich tyczkowatych nogach, owinięty był w wyszarzały płaszcz, oszyty39 zardzewiałym galonem.
Ciężki rapier podnosił z tyłu obszarpany kraj płaszcza, spod którego ukazywały się spodnie z zielonawego, wypłowiałego aksamitu, pokryte plamami tłustymi, pełne dziur i zagłębiające się w buty o szerokich cholewach, o podeszwach podartych i klapiących.
Na tej ostrokanciastej figurze umieszczona była głowa drapieżnego ptaka. Nos był długi, cienki, haczykowaty i zakręcał się nad rudymi wąsami, starannie woskiem wysztywnionymi40. Oczy, głęboko schowane pod brwią wystającą i nastrzępioną, rzucały blaski metaliczne, a czoło, w tył cofnięte, pobrużdżone gęsto siecią blizn i zmarszczek, ginęło pod zbitą masą włosów kędzierzawych, o barwie miedzianej.
Jednak w postawie i ruchach tego człowieka przebijał się jakby cień pewnej naturalnej szlachetności, dziwnie co prawda odbijającej od łachmanów, w które był przyodziany. Ben Joel przedstawił go Włochowi, mówiąc:
— Oto pan Esteban de Poyastruc, szlachcic prowansalski, potomek dobrego, starego rodu, którego przeciwności losu i omyłki sprawiedliwości zmusiły do szukania schronienia pomiędzy nami. Już mu szepnąłem kilka słów o naszej sprawie. Objaśnij go z łaski swej o reszcie.
Pan Esteban wygiął swą długą postać na kształt znaku zapytania i czekał.
— Wstępne objaśnienia wziął na siebie Ben Joel — rzekł służący Rolanda — powtarzać ich więc nie ma potrzeby. Chodzi teraz o to, aby w sposób przyzwoity wszcząć sprzeczkę z pewnym młokosem, doprowadzić rzecz do walki i sprzątnąć go gładko. Czy potrafisz to zrobić, mój zuchu?
— Najpierw — odezwał się Esteban głosem chrypliwym — nie jestem bynajmniej „pańskim zuchem”, rozumiesz waść? Kiedy kto ze mną rozmawia, nazywa mnie „panem”.
— Zgoda i na to. — potwierdził Rinaldo bez żadnych uwag. — A zatem, panie, czy podejmiesz się... za wynagrodzeniem honorowym, rozumie się, uwolnić nas, możliwie najprędzej, od...
— Jeżeli ów człowiek będzie się bronić, to zgoda; w przeciwnym razie: nie. Nie jestem zbójcą; mam zasadę nacierać otwarcie i zabijać przeciwnika według wszelkich prawideł — odrzekł szorstko Esteban.
— To mi już wszystko jedno, byle rezultat był dobry.
— Gdzie pacjent? — zapytał krótko zbir, kładąc dłoń na rękojeści rapiera.
— Do kroćset, bardzoś prędki! Pokażę go panu jutro rano.
— A gdzie pieniądze?
Opalona, brunatna prawie ręka Estebana, podobna do łapy goryla, wyciągnęła się do Włocha, który położył na niej dziesięć sztuk złota.
— Dalej! — rozkazał szlachcic prowansalski.
— Do diabła, jesteś pan drogi, mój panie!
Pięć nowych dukatów zadzwoniło na dłoni bandyty.
— To zaliczka — oświadczył on spokojnie. — Po sprawie wyliczysz mi waść trzy razy tyle.
A gdy Rinaldo przyglądał mu się z gniewnym zdziwieniem, Esteban dodał:
— Jak się zresztą podoba, wolno przyjąć lub nie!
— Nie mam czasu na targi — rzekł Rinaldo. — Zgoda zatem, ale niechże robota będzie porządna.
Straszny drągal wpatrywał się w Rinalda, nic nie mówiąc.
Wzrok jego był przenikliwy, tak obojętnie na wszystko przygotowany, tak spokojnie okropny, że Włoch czuł, jak dreszcz zimny przebiega mu po ciele.
— Nie powiedział mi waść dotąd nazwiska mego przeciwnika — rzekł wreszcie zbir.
— Nazwisko? Na cóż panu nazwisko! Nazywa się Castillan. Podejmuję się urządzić panu spotkanie z nim w odległości kilku mil od Paryża. Do pana należy wynaleźć powód sprzeczki.
— Od tej chwili możesz waść uważać go za nieistniejącego.
— Ale! — porwał się z miejsca Rinaldo — potrzebne nam są konie i odzież podróżna. Poczekajcie tu na mnie. Za godzinę musimy być gotowi do drogi.
Służący hrabiego Rolanda zabrał się energicznie do dzieła i w tej samej chwili, gdy Sulpicjusz Castillan budził gospodarza zajazdu każąc mu osiodłać konia, trójka awanturników dołożyła wszelkich starań, aby wyruszyć w ślad za nim i przygotować spotkanie w miejscu i w czasie, które zawczasu obmyślił Rinaldo.