1.

Telefon od Kutavaggia jest jak Mona Lisa podprowadzona z Luwru. Jak gar złotych monet z czasów króla Ćwieczka albo martwa dziwka znaleziona w łóżku nad ranem. Piękna rzecz i cenna, lecz nie wiadomo, co z tym zrobić.

Roznoszę sałatkę rzymską i ser topiony z sosem truflowym, rozmyślając tylko o tym, że przeholowałem.

Zawartość telefonu może i jest warta tyle, co furgon złota w sztabkach, lecz nie mam pojęcia, co z nią zrobić. Jeśli pójdę z tym do jakiejś galerii, natychmiast mnie zapuszkują. Emek, łasy na aparacik, jest bez grosza przy zaćpanej duszy. Ćwiek może co najwyżej zastawić własną sztuczną szczękę.

Kopnąłem piłkę mocno, lecz niecelnie. Przeleciała nad bramką i wylądowała na trybunach. Być może to cenna lekcja od życia, lecz ja jestem zbyt stary, aby wciąż się uczyć. Ta cała sprawa jest komedią, w której główne role graja martwy bufon, wredna starucha oraz przypadkowy kelner, czyli ja.

Jedynym pocieszeniem w takiej sytuacji, choć marnym, mogą być kobiety, lecz i na tym odcinku jest kiepsko. Przy oknie usadowiła się pulchna kwoczka w piekielnie drogich okularach. Otuliła się szalikiem i chyba uczy się menu na pamięć. Zagaduje. Chce wiedzieć, co mamy dobrego. Chętnie powiedziałbym jej, że wszystko jest wstrętne. W Balatonie karmimy ludzi odpadkami. W zamian proponuję krewetki duszone w sosie maślano-rybnym, ułożone na liściach szpinaku. To dobra przekąska, akurat by namyślić się nad daniem głównym.

Pulchna kwoczka zastanawia się głośno, czy wszyscy tutaj są tak straszliwie mili. Przypomina mi się dźwięk łopaty uderzającej o Pawełkowy łeb, kłaniam się w pas i stwierdzam, że owszem. Na zapleczu zderzam się z królem sympatyczności wszelkiej, czyli Barytonem.

W naszym kucharzu zaszła jakaś poważna przemiana, lecz potrzebuję chwili, aby ją wychwycić. Już wiem. Baryton jest czysty i pachnie czymś więcej niż czosnkiem i tłuszczem. Oczy mu płoną. Do tego zmienił koszulkę, co należy uznać za wydarzenie na miarę lądowania załogowego na Marsie albo nawet Drugiego Przyjścia. Wenus wynurzającą się z piany zastąpiła ruda wywłoka, czyli Siedząca kobieta ze zgiętym kolanem Schielego. Dziewczę to, w oryginale smukła ruchawica, na cielsku Barytona zmienia się w coś pomiędzy smerfetką a balonem meteorologicznym. Baryton oświadcza, że ubierając się w ten sposób, podkreśla kobiecą stronę swojej natury. Zarazem boi się zerknąć na salę i chce wiedzieć, czy randka już przyszła. Opis kobiety od biedy pasuje do pulchnej kwoczki.

Podekscytowany Baryton opowiada o tym, jak podbił Internet. Macha przy tym łapkami i piszczy. Odkrył jakąś aplikację dla nieśmiałych randkowiczów, wysłał mnóstwo zaproszeń, dostał kilka odpowiedzi i teraz realizuje się w poliamorii. To świetnie, odpowiadam, ale co strzeliło mu do głowy, żeby przyciągnąć ją do naszej restauracji? Baryton mruga ze zdziwienia i mówi, że przecież tu karmią najlepiej. Przygotuje krewetki, jakich świat nie widział, jako zaczyn wielkiego erotycznego sukcesu. Baryton jaśnieje w naszej kuchni, jakby miał eksplodować. Kwadrans później nie jest już tak wesoło. Wyruszam z krewetkami, wystawiam łeb na salę tylko po to, by natychmiast się wycofać. Dwa stoliki od pulchnej kwoczki usadowiła się żyrafa w czerni. Ma sweterek, ciemne włosy zaczesane za uszka i szyję niczym słup trakcyjny. Też studiuje menu i wyraźnie na kogoś czeka.