1.

Na przystanku zaczepia mnie Karambol i pyta, czy już zostałem milionerem. Tego dnia wygląda na wyjątkowo zmaltretowanego. Łachy na nim wiszą jak policzki, wargę ma ciężką, a spojrzenie przytłumione. Oczywiście nie może odpuścić i lezie za mną w stronę Konesera.

Co u ciebie, drogi Karambolu? U niego akurat bez zmian. Karambola frapuje stan mojego portfela. Cały czas mówi o tym, jak strasznie go suszy. W głowie mam Kryśkę i nieszczęsnego Emka, który podłożył się z bliżej nieznanych mi powodów. Być może używki namieszały mu we łbie. Albo chodzi o coś innego. Z zamyślenia wyrywa mnie nerwowy głos Karambola. Dopomina się o swoje procenty. Dał mi zapasowy telefon z dobrego serca, licząc jednak na zysk. Odpowiadam, że jeszcze to załatwiam, Karambol zaś okazuje się królem kompromisu. Poczeka na swoje pieniądze, lecz chciałby zaliczki w denarkach. Stoimy pod Koneserem. Dmie lodowaty wiatr.

W taką pogodę kluczowy jest wybór odpowiedniej bramy. Oto sprawdzian człowieka mądrego. Zasuwam Brzeską, przede mną cwałuje podniecony Karambol. Chce skręcać pod piątkę, zaraz za Kijowską, bo blisko i mają zadaszenie w oficynie. Przypominam, że tam nie można, bo na pierwszym piętrze znajduje się melina Kapucyna. Kapucyn wzgardził publicznym szaletem i załatwia swoje potrzeby do wiadra, którego zawartość wylewa przez okno, oczywiście dopiero wtedy, gdy w wiaderku wybrzuszy się menisk. Jak Kapucyn chluśnie, nie pomoże żadne zadaszenie. Karambol przyjmuje tę argumentację i chce przystanąć dwie kamienice dalej. Tam znów się nie da, bo od dziewiątki do siedemnastki rozciąga się rewir Bandy i Wandy. Wanda ma grupę dziewuch. Leją chłopów w opór, zabierają forsę, a co gorsza, telefony. Nikt się nie przyzna. Faceci się wstydzą, że dziewuchy im natłukły.

Karambol proponuje kolejne bramy, a ja je odrzucam. Istnieje obawa, że skończy się nam Brzeska. Zatrzymujemy się niemal przy rogu z Białostocką. Tu jedyne zagrożenie stanowi Żulinek, dziesięcioletnia sierota bez trzonowców, wymuszająca datki za pomocą paralizatora. Na podwórku rdzewieje rama od roweru, lecz próżno szukać Żulinka. Rozpijamy denarki. Zaspokajam ciekawość Karambola, mówiąc, że niedługo ogarnę ten burdel i będę miał mnóstwo pieniędzy. Wcale nie jestem tego taki pewny. Piwo dodaje animuszu. W głowie wydaję szmal, którego jeszcze nie zgarnąłem.

W odpowiedzi Karambol częstuje mnie opowieścią. Miał kiedyś kumpla, który trafił szóstkę w totka. Działo się to w dalekiej Bydgoszczy. Pochwalił się niepotrzebnie i wkrótce na jego klatkę schodową przywędrowała cała rodzina, wszyscy koledzy i pół Fordonu. Rada dzielnicy domagała się sfinansowania rewitalizacji osiedla. Kumple domagali się imprezy, no a rodzina jest przecież najważniejsza. Niedawny zwycięzca błyskawicznie osiwiał, dostał nerwicy i w końcu walnął szwagra deską do krojenia. Szwagier powiększył grono aniołków, kumpel Karambola poleciał do pudła, wygraną przejęła żona, poświęcając drobną jej część na złożenie pozwu rozwodowego. Chłop siedzi pod celą, a baba uciekła z pieniędzmi, rzecze Karambol.

Jego zdaniem powinienem uważać. Chciwość mnie zgubi.